Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

wieczor sld

Świat sztuki, mediów i szeroko rozumianej kultury z coraz większa atencją pochyla się nad ideami doktrynalnie lewicowymi. Główny nurt życia publicznego Europy i Polski bez poważniejszych zastrzeżeń widzi słuszność obrony wartości takich jak ochrona granic wolności i swobód obywatelskich, a kulturowa płodność znienawidzonych przez prawicę umysłów stanowi najlepsze potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Z trudem zdobywana przez polskie społeczeństwo europejska progresywność, wyrażana chociażby coraz mocniejszym stopniem ukonstytuowania poprawności politycznej, tworzy dobry grunt do oparcia się o oświeceniowe wartości wolności, równości i solidarności. Mimo to sytuacja współczesnej lewicy instytucjonalnej, czy to na skutek niedostatków organizacyjnych, czy tez uszczuplenia zasobu osób o lewicowym światopoglądzie gotowych do stricte partyjnej działalności, cierpi na chroniczną nieudolność.

 

Od 2001 roku rezultaty wyborcze ugrupowań lewicowych w Polsce, poprzez niemożność osiągnięcia zdrowej, europejskiej równowagi poparcia nurtów lewicy i prawicy, znacznie wydłużają dystans potrzebny do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. I choć konserwatywne otoczenie nie sprzyja lewicowej aktywności, to wyniki wyborcze lat 90-tych pozwalają domniemywać, iż istnieje w Polsce spora grupa wyborców gotowych poprzeć model państwa opiekuńczego i neutralnego światopoglądowo, których głosy pozwoliłyby na otarcie się o możliwość samodzielnego rządzenia.

 

Przyczyną obecnego stanu rzeczy jest jednak przede wszystkim postępująca demobilizacja wyborców, której źródła należy upatrywać w niefrasobliwości lewicowych pryncypałów. Działania kierownictwa instytucjonalnej lewicy, często chybione – jak choćby pakt gospodarczy SLD z Bussines Center Club i współpraca z prof. Gomułką w charakterze eksperta gospodarczego SLD – dowodziły braku pewności w wyznawanej przez siebie wiary w sensowność socjaldemokratycznej drogi. Popełnione błędy nie są jednak nie do naprawienia, zaś fakt wejścia w wiek wyborczy pokolenia osób urodzonych po 1989 roku pozwala twierdzić, ze zapotrzebowanie na silne, lewicowe ugrupowanie zbudowane na kanwie istniejących już struktur, będzie rosło. Młodzi ludzie są nie tylko bardziej wolnościowi w zakresie spraw obyczajowych, ale także – ze względu na fakt, iż często dotknięci są problemem bezrobocia lub zatrudnienia na umowy śmieciowe – skłonni są zaakceptować model państwa opartego o doktrynę walfere state, w którym obciążenia podatkowe są wyższe. Jednocyfrowy wynik SLD w ostatnich wyborach parlamentarnych to najlepszy bodziec do tego, by obecne rozdrobienie lewicowych wyborców stało się twórczym przyczynkiem do metamorfozy na polskiej scenie politycznej. Zdarzenie to należy zapamiętać jako lekcję przypominającą o braku sensowności w działaniach sprowadzających się do oddalania od lewicowego rdzenia.

 

Jako człowiek przywiązany do europejskich wartości i skandynawskiego modelu państwa nie widzę powodów, by zwijać sztandary; przeciwnie: słabe wyniki są najmocniejszą determinantą do tego, by uszyć partie na miarę marzeń milionów młodych Polaków, która, nie bojącej się ubiegać o interesy grup uciskanych (pracowników przemysłowych, mieszkańców Polski B, mniejszości seksualne czy osoby zdystansowane wobec bogoojczyźnianej martyrologii). Potrzebny jest nowy garnitur lewicy; bez zaciskania pasa, zaś na miarę naszych marzeń i ambicji. I wierze, ze dzięki chwalebnej roli lewicy w ostatnim dwudziestoleciu, nie wolnej od błędów, lecz potwierdzonej uczestnictwem w dziejowych wydarzeniach (jak akcesja do UE czy wzorowy niemal sposób transformacji ustrojowej), możliwe jest to w obecnym porządku partyjnym. Kolejne głosowania Sejmowe i propozycje ustaw zgłaszane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dowodzą, iż lekcja ta została odrobiona. SLD nie boi się mówić o potrzebie ustanowienia antyspekulacyjnego podatku od transakcji kapitałowych, poniesieniu minimalnego wynagrodzenia za pracę, przywrócenia trzeciej stawki podatku PIT czy nowelizacji ustawy o świadczeniach socjalnych. I w ten sposób nabywa wiarygodności, zwłaszcza, że nikt, prócz SLD, nie może na scenie politycznej póki co aspirować do miana partii lewicowej: wystarczy zajrzeć w statystyki sejmowych głosowań. Sojusz to socjaldemokratyczny projekt przyszłości, choć do miana „partii lewicowych marzeń” musi jeszcze dorosnąć.

kaja godek

Z dużą cierpliwością znoszę powracający jak bumerang rzucany przez polską prawicę temat praw reprodukcyjnych kobiet, a właściwie – postulatu całkowitego ich zniesienia. Co kilka, kilkanaście miesięcy konserwatywne środowiska w Polsce koncentrują – choćby na niewielką chwilę – uwagę opinii publicznej na temacie dopuszczalności możliwości przerywania ciąży. Na przykładzie tym widać – jak w soczewce – paradoks III RP. Kompromisowe rzekomo rozwiązania systemowe okazują się erodować. Tym bardziej, że druga – progresywna – strona nie bez słuszności rozwija swój sprzeciw. Kwestia aborcji zawsze była jedną tych, które najskuteczniej bipolaryzowały społeczeństwo po 1989, dlatego w jej rozpatrywaniu należy zawiesić partyjne barwy i podjąć rzeczową dyskusję.

 

Konstytucja RP stwierdza, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich jej obywateli. W myśl tej zasady prawo obowiązujące w państwie powinno być ustalane na podstawie względnie obiektywnych, racjonalnych reguł, wolnych od swądu kościelnego kadziła. Pomimo to wciąż znajdują się grupy, które dążą do zbudowania swoistej formy szariatu – państwa, w którym determinantą prawa są religijne fatamorgany natchnionych fantastów.

 

W wolnym, demokratycznym państwie nie można opierać ustaw o li tylko koncepcje filozoficzne i religijne, bo nawet, gdy te są właściwe grupom większościowym, wymagają wewnętrznego konsensu wszystkich części społeczeństwa. W kontekście praw reprodukcyjnych ma to tym większe znaczenie, że osób wyznających dany pogląd – katolików, lub w tym wypadku raczej katoliczek, których głos w tej debacie wybrzmiewa o wiele ciszej niż tubalne ryki biskupie – nikt nie będzie zmuszał do aborcji. Prawo do przerywania ciąży jest możliwością, nigdy zaś przymusem.

 

Nikt nie namawia kobiet do usuwania ciąży, ale – ponieważ zabiegi te są wykonywane – państwo powinno dołożyć starań, by przebiegały w warunkach niezagrażających życiu i zdrowiu kobiety. Fakt ten nie znalazł odzwierciedlenia w regułach prawa.

 

Trzeba nam pamiętać o tym, w jak złej kondycji obecnie znajdują się prawa kobiet. Zjawiska przemocy domowej i dzieciobójstwa wskazują, że kobieta często jest postawiona w roli „innej”, nieuprawnionej do pomocy, gdy potrzebne jest wsparcie ze strony rodziny i instytucji polityki społecznej. Skutkuje to zjawiskami o zbrodniczym wręcz wymiarze – zarówno gdy mowa o kobietach dopuszczających się zbrodni, jak i tych godzących się na poniżaniem w domu przez męża do partnera, jakoby uznając, że to jej się należy. Wciąż sprawy kobiet są traktowane jako kwestie domowe, intymne, wobec czego należałoby stwierdzić, że kobieta powinna być posłuszna i nie wyciągać swoich problemów na światło dzienne. Młodzi Polacy – a w sposób szczególny kobiety – nie są wyposażane w szkole w niezbędną wiedzę służącemu świadomemu rodzicielstwu. Ustawa kwotowa jest fragmentaryczna i niepełna; wciąż polska klasa polityczna nie jest gotowa na system suwakowy, który z powodzeniem obowiązuje w wielu państwach świata. A mimo wszystko kobietom odebrać chce się jeszcze więcej – nawet możliwość decydowania o własnym ciele.

jarkacz

PiS bawi się symbolami. Partia, która domaga się, by pamięć historyczną wznieść na piedestał, sama ją zniekształca. Jarosław Kaczyński jest konsekwentnym twórcą mitu. Zbudował sobie wierną, twardą i impregnowaną na argumenty grupę zwolenników teorii o zamachu w Smoleńsku. Podobny mechanizm ma miejsce w tym przypadku: tożsamość wyborców PiS Kaczyński chce wykuwać wokół historii. Bolesne to tym bardziej, że o ile w przypadku katastrofy Tu-154 zrozumieć można związek środowiska PiS z ofiarami tragedii, o tyle związek referendum warszawskiego z Powstaniem ’44 jest wysoce wątpliwy.

 

Nie twierdzę tak dlatego, że nie jestem zwolennikiem referendum. Jako świadomy obywatel pójdę do urny wyborczej i oddam swój głos. Każdy, kto ceni sobie demokrację – i udział członków społeczeństwa w tej najbardziej bezpośredniej jej formie – powinien włączyć się w święto demokracji, jakie odbędzie się 13 października w Warszawie. Nijak jednak ma się to do symboli Powstania Warszawskiego, które PiS pragnie zawłaszczyć i zdezawuować.

 

Warszawiacy są niezwykle podzieleni w ocenie Powstania z 1944 roku. Wielu z nich – i w tym także ja – twierdzi, że gdyby nie powstanie – zwłaszcza, że decyzja o jego wybuchu była podjęta bez geopolitycznego uzasadnienia – stolica byłaby dziś bardziej zasobna, ludna, bogatsza i piękniejsza. Jeszcze większa część mówi o tym, że hierarchia wartości, w której abstrakcyjna w gruncie rzeczy wartość ojczyzny stoi przed indywidualnym życiem. W dobie rozwoju humanistyki nie sposób jest się nie skłaniać ku tej drugiej postawie.

 

Tak śpiewa Maria Peszek w piosence „Sorry Polsko”:

gdyby była wojna/byłabym spokojna

nareszcie spokojna/wreszcie byłabym

nie musiałabym wybierać/ani myśleć jak tu zyć

tylko być/tylko być

po kanałach z karabinem/nie biegałabym

nie oddałabym ci polsko/ani jednej kropli krwi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/wybacz mi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/wybacz mi

 

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/wybacz mi

wystarczająco /przerażająco

jest żyć x2

 

płacę abonament/i za bilet płacę

chodzę na wybory/nie jeżdżę na gapę

tylko nie każ mi umierać/tylko nie każ nie każ mi

nie każ walczyć nie każ ginąć/nie chciej polsko mojej krwi

tylko nie każ mi wybierać/tylko nie każ, nie każ mi

nie każ walczyć/nie każ ginąć

nie chciej Polsko mojej krwi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/nie każ mi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/nie każ mi

 

lepszy żywy obywatel

niż martwy bohater

logo_die-linke_530x168

Przeprowadzone na przełomie XX i XXI wieku reformy gospodarcze w Niemczech zdołały wzmocnić kondycję gospodarczą kraju przed zbliżającym się kryzysem, a ich koszty społeczne były – dzięki rozsądnej polityce tamtejszych władz, opartej na ponadpartyjnym konsensusie w strategicznych obszarach – relatywnie mniejsze, niż analogiczne zmiany w innych krajach Europy. Pomimo tego także wtedy fala społecznego niezadowolenia rozlała się po Republice Federalnej. Właśnie ten fakt leżał u podstawy powstania Die Linke. Partia ta – jako najbardziej lewicowy ruch w Bundestagu – od początku sprzeciwiała się cięciom w zasiłkach dla bezrobotnych i podniesieniu progu wieku emerytalnego do 67 lat. Temat sprawiedliwości społecznej znalazł się w centrum zainteresowań polityków i polityczek z Lewicy, skutkiem czego ich przesłanie – nie powinniście płacić za kryzys gospodarczy – dotarło do milionów. Było to tym łatwiejsze, że zarówno koalicja SPD i Zielonych, jak i sojusz SPD i konserwatywnego CSU zgadzały się na znaczące cięcia w wydatkach publicznych.

 

Lewe skrzydło niemieckiej polityki ma się dobrze, co zostaje w sposób szczególny wzmocnione przez stanowiska organizacji takich jak Niemieckie Zrzeszenie Związków Zawodowych, które wzywa swoich członków do działania na rzecz znaczącej zmiany w polityce. DBG potrafiło zmobilizować tysiące ludzi, by wyszli na ulice i zademonstrowali swój sprzeciw wobec neoliberalizmu. 

 

Czego domagają się członkowie i członkinie Die Linke? Szybki research materiałów programowych Lewicy nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z urzeczywistnioną w ramach demokracji parlamentarnej ideą socjalizmu demokratycznego.

„Die Linke jest po stronie pracowników jeśli chodzi o uznanie i dobrą pracę. Począwszy od ogólnokrajowej płacy minimalnej: 10 euro za godzinę. Chcemy skończyć z niskimi płacami, pracą tymczasową, nadużywaniem umów-zleceń” – analogiczny postulat na gruncie polskim proponowany jest przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych i Federację Młodych Socjaldemokratów (minimalnej płacy godzinowej) oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej (walka z umowami śmieciowymi).

„Chcemy znieść ten system i przedstawić koncepcję minimalnego zabezpieczenia, gdzie nikt nie będzie miał dochodu poniżej 1 050 euro.” – nawiązuje się do myśli o idei minimalnego dochodu gwarantowanego, którą w Polsce podnosi Ryszard Kalisz i Stowarzyszenie Dom Wszystkich Polska.

„Emerytura musi zabezpieczyć odpowiedni standard życia. Proponujemy, aby podnieść poziom emerytalny ponownie do 53 procent” – i w dalszej części proponowane jest coś na kształt emerytury obywatelskiej. W Polsce te hasła pojawiają w dyskusji wewnętrznej w ramach Ruchu Palikota – ramy takiej propozycji nakreśla m.in. Anna Grodzka w ramach Parlamentarnego Zespołu Zrównoważonego Rozwoju Społecznego Społeczeństwo Fair.

„Wysokie dochody powinny być opodatkowane w wysokości 53 proc., tak jak w czasach Hemutha Kohla” – propozycje zmiany stawek podatku dochodowego od osób fizycznych PIT zgłosił w tej kadencji Sejmu Klub Poselski Sojuszu Lewicy Demokratycznej, domagając się przywrócenia trzeciej, zlikwidowanej przez rząd PiS stawki (40 proc.). W obecnej sytuacji celowym byłoby domaganie się przez polską klasę polityczną jeszcze bardziej wzmocnionej progresji podatkowej; w moim odczuciu nie powinno się wyłączać nawet postulat stawki 50 proc.

„Podatek od transakcji finansowych powinien być już dawno wprowadzony” – w Polsce ustawę w tym zakresie zgłosił Sojusz Lewicy Demokratycznej, projekt odrzucono.

 

Nie ulega wątpliwości, że Die Linke, jako młodsza, lewicowa siostra SPD zasługuje na uwagę. Zwłaszcza, że zbudowany przez Lewicę program jest bliższy socjaldemokratycznym ideałom, aniżeli SPD, mające w swojej historii uwikłanie w przekształcenia gospodarcze o neoliberalnym charakterze. Ocena postaw i poglądów partii Katji Kipping i Bernda Riexingera powinna być nauką dla polskich partii politycznych chcących być wiarygodnymi w odwoływaniu się do lewicowych idei.

 

Gdybym – mając prawo wybierania do Bundestagu – szedł dziś do wyborów, to właśnie Die Linke mogłoby liczyć na mój głos.

pastusiak

Agata Nowakowska w Gazecie Wyborczej (18.09.2013) pyta, czy można poważnie traktować partię, która żyje snem o potędze sprzed dwudziestu lat. Kwestia pojawia się w odniesieniu do wczorajszego panelu dyskusyjnego dotyczącego wyborów parlamentarnych z 1993, które zwyciężył Sojusz Lewicy Demokratycznej. Uwadze redaktorki z Czerskiej umyka fakt, że wydarzenie to nie miało wyłącznie charakteru sentymentalnego wspomnienia o zamierzchłych sukcesach, a organizatorzy spotkania postarali się o naukowy background konferencji, który pozwolił na przeprowadzenie pogłębionej analizy politologicznej. Głos zabierali m.in. prof. Jacek Raciborski (kierownik Zakładu Socjologii Polityki Instytutu Socjologii UW) oraz prof. Jerzy Wiatr (rektor Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji). Powierzchowność środowisk kształtujących opinię publiczną zdaje się jednak nie zauważać wagi tych wyborów i ich znaczenia dla późniejszego kształtu polskiej transformacji ustrojowej.

 

W wielu momentach II kadencja Sejmu RP była przełomowa. Dotyczy to w sposób znaczący kwestii legitymizacji przywilejów Kościoła Katolickiego w III RP. Warto pamiętać o tym, że konkordat podpisany został przez rząd Hanny Suchockiej już po uzyskaniu wotum nieufności, a więc bez mandatu społecznego, łamiąc tym samym utarty zwyczaj niepodejmowania wiążących umów międzynarodowych przez przedstawicieli władzy odchodzących ze stanowiska. Pomimo bardziej konserwatywnego kulturowo społeczeństwa w tamtym czasie i nastojów prokatolickich motywowanych ogromną popularnością Jana Pawła II, SLD nie ratyfikowało umowy z Watykanem. Zrobiła to Akcja Wyborcza Solidarność w styczniu 1998, czyli tuż na początku III kadencji Sejmu. To dopiero właśnie próba budowania szerokiej koalicji i scementowania społeczeństwa wokół przygotowanego przez Komisję Konstytucyjną Zgromadzenia Narodowego pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego projektu Konstytucji RP wymusiła na jego autorach zawarcie w nim obecnie obowiązującej – a w moim odczuciu błędnej – treści art. 25. ustawy zasadniczej. Problem z przepisem tym polega na jego wewnętrznej sprzeczności i swoistej alogiczności, wynikłej z faktu jednoczesnego wskazywania na równoprawność kościołów i związków wyznaniowych oraz zawarcia przepisów o umowie ze Stolicą Apostolską, sytuujących Kościół Katolicki w roli swoistego primus inter pares. 

 

Istotnie skorelowana została także polityka gospodarcza rządu. Wstrząs, którym dla społeczeństwa były reformy wynikające z Planu Balcerowicza, został złagodzony przez „Strategię dla Polski”, będącą strategią polityki makroekonomicznej opracowaną przez prof. Grzegorza Kołodkę. Twórcza aktywność Polaków w realiach swobody gospodarczej miała skutek w postaci skumulowanego wzrostu PKB w latach 1993-1997 na poziomie 24,6%, zmniejszeniem długu publicznego z 86% w 1993 do ok.50% w 1997 i spadkiem bezrobocia z 16,4% w chwili objęcia rządów przez SLD do 10,6% w momencie zakończenia kadencji. Niezależnie od tego, że rozwój gospodarki w tamtym czasie był naturalną korektą po latach długotrwałej recesji, a rynek – poturbowany na skutek likwidacji licznych zakładów przemysłowych – musiał zapełnić powstałą wcześniej niszę produkcyjną, rządom Kołodki w gospodarce można przypisać aksjologiczny kontekst egalitaryzmu i szeroko rozumianej sprawiedliwości społecznej. Sukcesy polityki gospodarczej skutkowały przyjęciem Polski do OECD i umocniło naszą pozycję wyjściową wobec partnerów w negocjacjach dotyczących integracji Rzeczypospolitej ze strukturami Wspólnot Europejskich.

 

Pamięć o tych faktach – zwłaszcza, gdy stanowi przyczynek do refleksji, krytycznego myślenia i twórczej dyskusji – jest fundamentem stosunku każdego bodaj ruchu politycznego wobec okresu polskiej transformacji. W sposób szczególny dotyczy to formacji, która na barkach swojej historii nosi znaczną część odpowiedzialności za sytuację Polski. Zarówno tej minionej – ludowej, jak i nowoczesnej III RP. Ocena wydarzeń podejmowanych z przeszłości jest reflektorem rozświetlającym mrok przyszłych działań. Krytyczny stosunek wobec własnych dokonań jest czynnikiem najmocniej determinującym kształt decyzji stojących przed klasą polityczną. To głównie dzięki analizie własnej przeszłości czerpiemy poglądy na przyszłość. Pielęgnowanie własnej historii jest nie tylko kanwą, na której oprzeć można swój „mit założycielski” (arcyważny w przypadku partii politycznych), ale przede wszystkim niemal nieograniczonym zbiorem emblematów. Tym bardziej, że pamięci o własnych dokonaniach nie odmawia się środowiskom postsolidarnościowym – 4 czerwca ’89 hucznie obchodzony jest co roku, nawet pomimo tego, że znaczna część błędów w polityce III RP została popełniona przez polityków związanych ze środowiskami opozycyjnymi, a tylko nieliczni (tacy jak Karol Modzelewski, Aleksander Małachowski, Jan Józef Lipski czy Zbigniew Bujak) z nich potrafili pozostać wiernym ideałom pierwszej Solidarności.

 

Budowanie tożsamości własnego ugrupowania nie powinno ograniczać się do postpolitycznego pompowania wydarzeń wyłącznie korzystnych. Wewnętrzna debata potrzebna jest w każdej partii. Z politologicznego punktu widzenia nie należy dziwić się Leszkowi Millerowi, że ów dąży do konsolidacji swoich szeregów. Byłemu premierowi zależy na tym, by ludzie, którzy kiedyś zaufali jego partii, odzyskali zaufanie do SLD. Intencje te są czytelne i zrozumiałe dla każdego, kto zna mechanizmy rządzące polityką. Zwłaszcza, że w polityka odbywa się na przecięciu aksjologii i relacji interpersonalnych, gdzie treść wyznawanych przez siebie poglądów jest równie ważna, co umiejętność dotarcia z nimi do wyborców. SLD zwyciężyło w 1993, a ów rezultat wyborczy tak był odczytywany przez redaktora naczelnego GW, Adama Michnika:

„Głosując na partie mające rodowód w epoce postkomunistycznej dyktatury odrzucono tożsamość ideową Trzeciej Rzeczypospolitej, na którą składały się antykomunizm, „solidarnościowy” rodowód, legitymizacja udzielana przez kościół. Ważne (…) by zrozumieć, że ten sposób myślenia o Polsce został w ostatnich wyborach powszechnie zakwestionowany”.

 

Redaktorka Gazety Wyborczej przypomina słowa Ewy Milewicz z 1993 mówiące o tym, że Sojuszowi Lewicy Demokratycznej wolno mniej. Być może wolno mało. Być może dobre demokracje to takie, w których próg odporności i akceptacji dla patologii w ugrupowaniach jest niski. Zarazem jednak elementarna trzeźwość oceny wskazuje na to, że innym podmiotom na scenie politycznej powinno być wolno równie niewiele. Zwłaszcza, że błędy Millera – nawet tak znaczące, jak wprowadzenie polskich wojsk do Iraku czy Afganistanu – wyglądają blado wobec pozostałej części klasy politycznej.

 

Nie uda się zbudować europejskiej demokracji bez równouprawnienia podmiotów w debacie publicznej. Spór między nimi może być rozstrzygany tylko na płaszczyźnie ideowej. Jedynym czynnikiem wyrzucającym określony byt polityczny poza nawias akceptacji może być łamanie przez nie reguł demokratycznych. W tym kontekście nieporównanie bliżej cienkiej czerwonej linii niż Leszek Miller jest Jarosław Kaczyński, który nie wahał się zaprzęgać służb specjalnych do tropienia politycznej konkurencji, ani nawet Donald Tusk, który bez zahamowań przeprowadził przez Sejm RP ustawę dotyczącą podwyższenia wieku emerytalnego, pomimo, że w kampanii wyborczej nie było o tym ani słowa. 

 

Wiarygodność szefa SLD była wielokrotnie wystawiana na próbę. Na tle pozostałej klasy politycznej to właśnie jednak jego rządy pozostawały w najściślejszej korelacji z deklaracjami przedwyborczymi. Rozstrzał w przypadku treści dokumentów programowych i sposobu kształtowania polityki w przypadku aktualnie rządzącej Platformy Obywatelskiej jest większy, niż w czasach, gdy rządził Sojusz Lewicy Demokratycznej. Inne są także reakcje mediów, gdy zestawimy przykładowo Aferę Rywina z Aferą Hazardową. Skutkiem tego mamy do czynienia z dziwnego rodzaju asymetrią zasięgu medialnej pamięci względem poszczególnych podmiotów na scenie politycznej. Pani redaktorko Nowakowska – mierzmy wszystkich równą miarą.

http://wyborcza.pl/1,75968,14636553,Leszek_Miller_koloruje_demoludy__czyli_sen_o_wladzy.html

Głośnym echem na forach internetowych i twitterze odbił się tekst prof. Magdaleny Środy, która wskazuje na to, że dla środowisk feministycznych Ruch Palikota jest jedyną alternatywą. „Na bezrybiu i rak ryba”, puentuje znana socjolożka. I wskazuje, że to właśnie Palikot – pomimo cynicznych gier względem Wandy Nowickiej – jest najmniejszym złem.

 

Zmiana nastrojów w stosunku do Ruchu Palikota może mieć u źródła chęć swoistego „resetu”, „nowego otwarcia” przed zapowiadaną na 6 października zmianę nazwy i formuły partii. Ciekaw jestem, co kongres ów zaprezentuje. W środku partii lubelskiego przedsiębiorcy zaczepione są wektory o podobnych kierunkach, ale przeciwnych zwrotach. Istniejące w ramach tego ugrupowania różnice przekraczają normę właściwą dla wewnętrznego pluralizmu. Obszarem szczególnym muszą być kwestie związane z polityką społeczno-gospodarczą. Postawy socjaldemokratyczne i progresywne (Anna Grodzka, Robert Biedroń) są nie do pogodzenia z poglądami skrajnie neoliberalnymi (Łukasz Gibała, Wincenty Elsner). Nie wiadomo, w którą z tych stron pójdzie Palikot.

 

Znamy różne oblicza lidera ruchu swojego imienia. Pamiętamy, gdy – niesłusznie potem wyśmiewany – głosił postulat, by państwo budowało fabryki. Pamiętamy też, gdy w sprawie podniesienia wieku emerytalnego dogadał się z Donaldem Tuskiem, i przeforsował to rozwiązanie w parlamencie. Wewnętrzne sprzeczności rozsadzają Ruch Palikota od środka, co nie pozwala wierzyć, że partia ta będzie w stanie odnosić sukcesy. Palikot wejdzie do następnego Sejmu tylko wtedy, gdy opracuje spójny program, a następnie jednoznacznie określi się, do kogo zamierza z tym programem dotrzeć. W tym momencie nie mam pojęcia, czy Palikotowi bliżej jest do Kongresu Nowej Prawicy, czy do Polskiej Partii Pracy.

 

W 2011 Palikot brał na listy wyborcze ludzi, którzy byli dość zamożni, by współfinansować kampanię. W czterdziestoosobowym klubie znalazły się osoby, których obecność w polskiej polityce jest przełomowa, a ich praca – wiele warta. Przykładem niech będą Anna Grodzka (kojarzona ze względu na tożsamość płciową, niesłusznie – bo jest atrakcyjna merytorycznie, zwłaszcza dzięki organizacji prac Parlamentarnego Zespołu Zrównoważonego Rozwoju Społecznego „Społeczeństwo Fair”) czy Robert Biedroń (aktywy w ramach Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy). Zmiana nazwy ugrupowania oznacza najprawdopodobniej także utratę subwencji budżetowej. Oznacza to, że wariant z 2011 może się powtórzyć. Palikot zachowuje się tak, jakby podtrzymać chciał choroby wieku dziecięcego. Istotnie – słaby, podzielony klub, to grupa którą łatwiej przeciw sobie rozgrywać i z tego punktu widzenia mocniejsza jest jurysdykcja Palikota nad politykami jego partii.

 

Sądzę, że w Polsce istnieje miejsce na partię liberalną. Rozczarowanie rządami Platformy Obywatelskiej dostarcza liczną bazę potencjalnych wyborców. To jedyne miejsce – wskazują na to także wypowiedzi prof. Hartmana, który popiera wprowadzenie odpłatności za naukę – w którym Palikot może próbować się rozpychać. Na lewicy tego miejsca nie ma. Nie tylko dlatego, że w siłę rośnie Sojusz Lewicy Demokratycznej, ale także dlatego, że Palikot, jako polityk wrażliwy społecznie (co jest tylko pewną ewentualnością), byłby po prostu niewiarygodny.

 

Unia Wolności może się odrodzić. W nieco innej formie, z mocniejszym akcentem na liberalizm kulturowy. Kwaśniewski, po wielu nieudanych próbach (Socjaldemokracja Polska, Lewica i Demokraci) najpewniej spełni swoje marzenie o byciu architektem centrowej, proeuropejsko zorientowanej formacji. Komentatorom, którzy już na ugrupowaniu Palikota postawili krzyżyk, pragnę przekazać, że prawdopodobnie informacje o jego śmierci są przedwczesne. Nie mniej tezy o roztrwonieniu kapitału początkowego nie są dalekie od rzeczywistości. Palikot nie odegra kluczowej roli w polskiej polityce w najbliższych latach, ale w wyborach (zwłaszcza do Parlamentu Europejskiego, gdzie frekwencja jest niska) może liczyć na przekroczenie progu wyborczego.

Bruno Jasieńsi 

W natłoku niebezzasadnych, choć często przesadnie patetycznych i martyrologicznych uniesień, które wzbudza data 17 września, opinia publiczna zdaje się nie pamiętać o tym, że dzień ten – przypominający o radzieckiej interwencji zbrojnej – jest także rocznicą śmierci wybitnego artysty, poety i pisarza, Brunona Jasieńskiego. Zamordowany został dokładnie rok przed wejściem sowietów na terytorium Polski, a jego śmierć nie może być rozpatrywana w oderwaniu od etycznej oceny stalinowskiego terroru, bo zginął z rąk NKWD i pochowany został w zbiorowej mogile pod Moskwą. Błędem byłoby zatem narzucanie jakiejkolwiek gradacji, mówiącej o wyższej wartości pamięci o jednym lub drugim tragicznym zdarzeniu. Faktem jest jednak to, że świadomość społeczeństwa na temat twórczości, życia i śmierci Jasieńskiego, jest nieporównanie mniejsza, niż wiedza o zdarzeniach będących następstwem paku Ribbentrop-Mołotow.

 

Kim był Bruno Jasieński? Pamięć o nim próbują przywrócić niektóre media, tekst poświęcony jego osobie ukazał się w jednym z ostatnich numerów Rzeczypospolitej. Dyskurs historyczny kształtowany przez polityków i ich reprezentantów w Instytucie Pamięci Narodowej zdaje się tworzyć pewną, choć par exellance niepełną, a zatem jednostronną wizję historii. Nic dziwnego – wszakże wizja świata płynąca z tekstów Jasieńskiego stoi w jawnej sprzeczności z ideałem Polaka-katolika, heroicznego, oszukanego przez historię patrioty. Po wnikliwej lekturze jego wierszy, pism i powieści nie jestem w stanie odmówić mu miejsca w panteonie wybitnych Polaków. Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego nazwisko Jasieńskiego nie jest wymieniane równie często, jak Gombrowicza, Boya-Żeleńskiego czy Przerwy-Tetmajera. A jednak – dla „Palę Paryż” zabrakło miejsca w kanonie lektur.

 

Środowisko pryncypałów zbiorowej świadomości historycznej zachowuje się tak, jakby chciało na trwałe wymazać z niej tych, którzy potrafili zdobyć się na krytyczne spojrzenie na tradycję i historię własnego państwa. Właściwa Jasieńskiemu aksjologia – wynosząca nade wszystko zdolność krytycznego myślenia, umiejętność zachowania własnego zdania, promująca indywidualną wolność – jest nie do zaakceptowania dla prawicowych ideologów. Próżno domagać się, by w nowej rzeczywistości polityki historycznej, zdominowanej przez apologetów klęsk i nieudolności, moc zyskał głos przywracający pamięć o słowach takich, jak te:

„Tszeba otwożyć naośćeż wszystkie dżwi i okna, nieh wywieje ten swąd piwnic i kośćelnego kadźidła, kturym od dźecka uczyli was oddyhać. Zaopatszeńi w gigantyczne respiratory idźemy wam na spotkańe. Ogłaszamy za St. Bżozowskim wielką wypszedaż staryh rupieći. Spszedaje śę za puł darmo stare tradycje, kategorje, pszyzwyczajenia, malowanki i fetysze. (…) Będziemy zwoźić taczkami z placuw, skweruw i ulic mumie mickiwiczuw i słowackih. (…) Odżucamy parasole, kapelusze, meloniki, będźiemy hodzić z otwartą głową. Tszeba, żeby każdy jaknajbardziej się opalił. Gdyby Sejm polski obradował na powietszu, napewno mielibyśmy o wiele słoneczniejszą konstytucję”

 

Pisząc „Palę Paryż” Jasieński staje się socrealistycznym antycypantem „Dżumy” Alberta Camusa; sposób kształtowania świata przedstawionego (epidemia dżumy w mieście) jest zasadniczo zbliżony. Motywy bohaterów kreowanych przez współtwórcę rodzimego futuryzmu – widać to szczególnie w „Słowie o Jakubie Szeli”, w którym opisana zostaje Rabacja Galicyjska – niosą uniwersalną treść. Niechęć do zastanych, zmurszałych form jest charakterystyczna nie tylko dla podmiotów literackich kreowanych przez Jasińskiego, lecz łatwo ją dostrzec także na płaszczyźnie formy (stosunek futurystów do ortografii choćby). Niepokorny i buntujący się, pragnący zmieniać rzeczywistość, oddany idei – tak właśnie powinniśmy zapamiętać Jasieńskiego. I nie pozwólmy na to, by z podręczników i lektur wykreślić bunt i rewolucję, które wielokrotnie stawały się najżyźniejszym podglebiem dla wartościowych artystycznie wytworów polskiej kultury.