Miesięczne archiwum: Październik 2013

5472518-praha-tk-cssd-sobotka_denik-380

Europejska socjaldemokracja stara się być w awangardzie zmian, a środkiem urzeczywistniającym wizję świata nowoczesnego jest niezmiennie sprawowanie demokratycznej władzy. Perspektywy zmiany widać nie tylko w krajach Europy Zachodniej (gdzie rządzi lewicowy prezydent, a SPD prawdopodobnie wejdzie do rządu), ale także w rodzimej części Starego Kontynentu. Jedną z jaskółek zapowiadających zmianę pogody dla lewicy w Europie jest zwycięstwo czeskiej socjaldemokracji w ostatnich wyborach parlamentarnych.

 

Czeska Partia Socjaldemokratyczna zdobyła 20,45 procent poparcia. Jej zwycięstwo w znacznej mierze ufundowane jest na gruncie spadającego zaufania do ODS, którego rządy zakończyły się wielkim skandalem korupcyjno-obyczajowym. W kampanii wyborczej CzPSD skupiła się na kwestiach związanych m.in. z polityką europejską. Jak trafnie zauważa lider zwycięskiego ugrupowania, w wyborach spora część Czechów odrzuciła tradycyjne partie i przekazała swój głos nowym, populistycznym formacjom. Najjaskrawszym przejawem tego faktu jest wynik wyborczy ANO, partii miliardera Andreja Babisa (związany z branżą chemiczną), którego przekaz polityczny opiera się na krytyce korupcji.

 

Przed partią Hannesa Swobody (lider frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim) stoją teraz istotne wyzwania. Do najważniejszych z nich należy nie tylko uporządkowanie sytuacji w państwie w sposób prowadzący do skutecznego zapobieżenia podobnym skandalom w przyszłości; możliwość sprawowania władzy zobowiązuje do realizowania lewicowego programu.

 

W tym kontekście z czeskim zwycięstwem socjaldemokracji wiązać należy nadzieję na widoczną i trwałą zmianę orientacji państwa czeskiego. Przez ostatnie lata na czeskiej scenie politycznej wiele było stwierdzeń eurosceptycznych, padających choćby z ust – i znajdujących potwierdzenie w działaniu choćby ówczesnego prezydenta, Vaclava Klausa – sojusznika Lecha Kaczyńskiego na arenie europejskiej.

 

Czescy wyborcy pozostali konsekwentni wobec wyborów prezydenckich i idąc za ciosem postawili na socjaldemokratów. Nowy premier nie będzie mógł więc narzekać na różnice aksjologiczne między nim a głową państwa, które mogłyby stanowić zarzewie konfliktu. Współpraca na linii najważniejszych ośrodków władzy przebiegać będzie zatem najpewniej w sposób sprawny i bezproblemowy.

 

Większym problemem może być skonstruowanie większości w parlamencie. Socjaldemokraci nie zamierzają wchodzić w koalicję ze skompromitowaną centroprawicą; wobec takiego rezultatu wyborów najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest chwilowy alias między z komunistami i ANO. Scenariuszem lansowanym w środowiskach partii socjaldemokratycznej jest rząd mniejszościowy, któremu wotum zaufania udzielić miałyby te dwie formacje.

mem05-349872

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie została odwołana w niedzielnym referendum. Zbyt niska frekwencja w głosowaniu skutkuje jego nieważnością. Sytuacja, którą stworzyły przepisy dotyczące referendum lokalnego jest nieco paranoiczna. Po pierwsze dlatego, że obywatel nie ma prawa zachowania bierności względem wyborów – nie pójście na referendum jest pewnego rodzaju aktem politycznej woli (formą zabrania stanowiska); wobec referendum nie można być obojętnym. Dziwne, zwłaszcza, że w żadnych innych głosowaniach w Polsce nie ma przymusu wyborczego, a w kontekście referendum decyzja o nieuczestniczeniu jest formą uczestnictwa skrajnie daleką od obojętności. Po drugie – wątpliwa jest tajność głosowania. Fakt, że pójście do referendum jest domyślnie aktem decyzji przeciwko obowiązującej władzy, powoduje łatwą weryfikowalność nazwisk osób, które zdecydują się zagłosować – co również stanowi czynnik antyfrekwencyjny. Po trzecie – przez wpływ danych dotyczących frekwencji na ewentualny dalszy przebieg głosowania nie można podawać informacji o tym, ile zostało wydanych kart wyborczych. Cisza jest zatem bardzo ścisła, znacznie mocniejsza niż w przypadku wyborów samorządowych, parlamentarnych czy prezydenckich.

Warszawskie referendum pokazało skupione jak w soczewce paradoksy ustawodawstwa, będącego w gruncie rzeczy wytworem antyobywatelskości. Władza, która dzięki rzeczonym ograniczeniom w demokracji może umacniać swoją pozycję i dawać odpór politycznym oponentom, powinna mieć zdolność do samoograniczenia. Jeżeli mieć jej nie będzie – trzeba będzie nam o tym pamiętać przy wyborach do Sejmu i Senatu – nim okopią się na swych pozycjach zbyt mocno.

O odwołaniu prezydenta, wójta, burmistrza miasta na prawach powiatu lub gminy decydować powinna nie skorelowana ilość głosów za odwołaniem z progiem frekwencji, ale po prostu - liczba osób, chcących usunięcia osoby ze stanowiska. Zważywszy na fakt, iż w przypadku osób kierujących strukturami samorządowymi mamy do czynienia z analogiczną metodą wyboru jak w przypadku ogólnokrajowych wyborów prezydenckich, ich mandat jest mocny i stanowi podstawę do trwania systemu zapewniającego niezwykle szerokie prerogatywy. Aby zostać prezydentem, wójtem, burmistrzem trzeba przekonać do siebie ponad połowę głosujących (jeżeli nie w pierwszej, to w drugiej turze wyborów). W obecnej sytuacji za właściwe należy stwierdzić, że o wiele bardziej efektywnym mechanizmem demokratycznym byłaby sytuacja, w której o odwołaniu decydowałaby przynajmniej taka sama liczba osób, która głosowała za danym kandydatem w wyborach.

Na tle wyborów i referendów w innych państwach Europy – zwłaszcza tam, gdzie demokracja jest trwałym, zastanym przez kolejne pokolenia wchodzące w dorosłe życie systemem – Polska pod względem aktywności obywatelskiej wypada wyjątkowo słabo. Polacy – często niechętni wobec polityki – nie lubią głosować. U podstaw takiego twierdzenia rzadko kiedy leży lenistwo; fakt ten bierze się raczej z przekonania o nieistotności własnych wyborów politycznych i braku ich wpływu na stan faktyczny. W skali całego państwa grupa ta stanowi większość. Polskie elity polityczne nie podejmują jednocześnie żadnych działań, by to zmienić. Fakt ów ma podstawy albo w partykularnym interesie danej partii, która – dzięki mocnej dyscyplinie elektoratu – osiąga wyższe wyniki (procentowe) gdy ogół głosujących jest niższy, albo też w chronicznej niezdolności do rozwiązywania problemów węzłowych. Pewne pomysły – jak głosowanie przez pełnomocnika – zostały już wprowadzone. Wciąż jednak nie możemy wziąć udziału w wyborach przez internet, zaś przepisy wprowadzające dwudniowe głosowanie zostały uznane przez Trybunał Konstytucyjny za sprzeczne z ustawą zasadniczą (bo ta mówi o zarządzeniu dniu wyborów, tj. nie zawiera liczby mnogiej – słowa „dni”).

Okazuje się, że lekarstwo na niską frekwencję może być mniej gorzkie, niż się wydaje. Najrozsądniejszym pomysłem jest chyba zniesienie ciszy wyborczej, która – w dobie social media (w tym w szczególności opanowanym przez osoby interesujące się polityką Twitterze) jest fikcją. W krajach o mocnych demokracjach – takich jak Stany Zjednoczone i Niemcy – okres zakazu agitacji politycznej nie występuje. Jak wynika ze wstępnych (twitterowych) zapowiedzi w polskim parlamencie z inicjatywą tą wyjdzie poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Dariusz Joński.

W 2010 Hanna Gronkiewicz-Waltz uzyskała 345 737 głosów. Debata publiczna wokół referendum warszawskiej pokazała ułomność obecnych przepisów. Gdyby dla odwołania prezydentki stolicy zgromadzić trzeba byłoby tyle samo przeciwników, co osób głosujących za jej kandydaturą w poprzednich wyborach samorządowych rezultat byłby podobny. Nie wiadomo, czy HGW zostałaby – jak w przypadku niedzielnego referendum – na swoim stanowisku. Do uznania niedzielnego referendum za ważne potrzebnych było 389 430 głosów, czyli więcej, niż uzyskała wiceszefowa Platformy Obywatelskiej. Ale przynajmniej udałoby się uniknąć skandalicznych wypowiedzi premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Szef rządu i głowa państwa zachęcający do bojkotu aktu obywatelskiej decyzji to najwyższy wyraz słabości polskiej demokracji. 

Podczas ostatnich wyborów samorządowych frekwencja wyborcza w Warszawie wyniosła 48,37%. Porównując to z liczbą osób domagających się odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz możemy stwierdzić, że o blisko połowę stopniała liczba wyborców będących zwolennikami Platformy Obywatelskiej. Ale – jak się okazało – nawet to nie wystarczy do tego, by wiceprzewodnicząca PO przestałą kierować warszawskim ratuszem. Oznacza to, że zwolennicy partii rządzącej – nawet przy mniejszej liczebności tej grupy niż w 2010 – posłuchali się szefa rządu i zostali w domach. Za odwołaniem głosowali też raczej „twardzi wyborcy” innych partii; wbrew intencjom Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej nie nastąpiło żadne „pospolite ruszenie”, nie zmobilizowano dostatecznej liczby wyborców – nawet pomimo szerokiej koalicji od Piotra Ikonowicza po Przemysława Wiplera. 

W istocie rzeczy odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi Prawo i Sprawiedliwość, o której skandalicznej akcji pisałem przed kilkunastoma dniami. To właśnie PiS – Jarosław Kaczyński i Piotr Gliński – zapewnili Hannie Gronkiewicz-Waltz pozostanie na stanowisku. Ich wypowiedzi o zatamowaniu ruchu lotniczego nad Ursynowem, zamknięciu Stadionu Narodowego na imprezy i ograniczeniu możliwości organizowania imprez masowych dały do zrozumienia wielu, że w przypadku odwołania prezydentki Warszawy wpadliby z deszczu pod rynnę. 

Więc jest klasycznie, po polsku. Fatalnie, ale stabilnie. Znów mamy mniejsze zło. Dziś – w nowym tygodniu – budzimy się w tym samym mieście z tymi samymi władzami. Można pytać, czy gra była warta świeczki – czy przypadkiem zamieszanie, które wokół Hanny Gronkiewicz-Waltz zostało wzniecone było potrzebne, skoro i tak pozostanie na stanowisku. Odpowiedź jest jednak twierdząca. Nie tylko dlatego, że dla osób analizujących scenę polityczną jest to wspaniały barometr nastrojów społecznych w Warszawie, ale także dlatego, że referendum tchnęło nowe życie w warszawski magistrat i jego szefową. Podziękować za to możemy Piotrowi Guziałowi, który okazał się obiecującym i charyzmatycznym liderem. Pytanie, czy kapitał polityczny, który zgromadził jako inicjator akcji referendalnej, potrafił będzie skutecznie wykorzystać.

Największym wygranym referendum jest chyba jednak ten, który od całej tej wrzawy starał się trzymać jak najdalej – Leszek Miller. Stojąc niejako w rozkroku między opozycją a koalicją mógł uspokoić swój elektorat (który mógłby mieć pretensje do władz swojej partii gdyby ta przyłożyła rękę do przejęcia władzy w stolicy przez Prawo i Sprawiedliwość – niechęć elektorat SLD do PiS jest bardzo wyraźna, a pamięć o wydarzeniach takich jak śmierć Barbary Blidy niezwykle żywa). Jednocześnie wiedział, że potencjalne zyski z odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz będą nikłe: koalicja, która związała się dla odwołania HGW jest nie tylko niemożliwa do odtworzenia w ratuszu, ale nie ma w niej miejsca dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A SLD wyszło z twarzą, bo w zamian za „chłodną obojętność” względem głosowania wytargowało konkretne ustalenia programowe z warszawską Platformą Obywatelską.

1381262_567607183288265_323215638_n

Z uwagą i zainteresowaniem oglądam kolejne wykręty satrapów Kościoła Katolickiego odnoszących się do fali pedofilii wśród hierarchów. Gdyby przekaz, który do mnie trafił, był zbudowany na podstawie wypowiedzi umiarkowanych i koncyliacyjnych księży, którzy występują w programach tzw. „telewizji mainstreamowych” byłbym gotów wierzyć w to, że są oni – jako wspólnota – rzeczywiście zdeterminowani do walki z tym problemem. Ale dywersyfikuję źródła wiedzy. Prócz TVN włączam TV Trwam, a prócz Wyborczej czytam Nasz Dziennik. A tam sprawa zyskuje kolorytu.

 

W wyrobieniu własnego zdania pomoce mogą być także słowa płynące z samej Konferencji Episkopatu Polski. Jak choćby te ostatnie, abp. Michalika, w których – mimo mglistych przeprosin – wyraźnie wybrzmiewa chęć zrzucenia odpowiedzialności za akty pedofilii na ofiary i ich otoczenie. Obraz, jaki się z tego wyłania, kształtuje się w następujący sposób: ofiary zbrodni seksualych są prowokujące i ponoszą pełną odpowiedzialność i winę za „wybryki sprawców”, dodatkowo sprowokowanych wysoką temperaturą powietrza na Dominikanie. Sprawiedliwość absurdu rodem z „Procesu” Kafki – to w końcu nie gwałciciel jest winny, tylko kobieta, która biegła po ciemku (cytat za Piotrem Guziałem, który wybrzmieć mógłby równie dobrze w ustach jednego z rodzimych dostojników kościoła).

 

Niepomni nauk papieża Franciszka decydenci wciąż nie dorośli do tego, by zmierzyć się z problemem. Wyzwolenia – zamiast w prawdzie – szukają w ucięciu tematów, krytykowaniu mediów za ogniskowanie społecznej uwagi na ten temat i generalnej kapitulacji; bo przecież gdy słyszymy, jak księża ustosunkowują się do sprawy pedofilii w kościele, to co rusz pada stwierdzenie, że wśród trenerów sportowych i nauczycieli wychowania fizycznego pedofili jest więcej. Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną do tej, w której włodarze Związku Radzieckiego ustosunkowywali się do zarzutów o łamanie praw człowieka mówiąc do Amerykanów: „A u Was biją murzynów”. 

 

Tani, schopnehauerowski chwyt. Kościół nie powinien uciekać od odpowiedzialności za czyny jego ludzi. Jego instytucjonalna odpowiedzialność jest tym większa, że autorytet związku wyznaniowego, podkreślony odpowiednimi emblematami (sutanna, sposób zwracania się do osób duchownych), jest czynnikiem najmocniej determinującym możliwość wystąpienia zbrodni seksualnych i hamującym możliwość skutecznego egzekwowania prawa względem księży-zboczeńców. Człowiek, które swoje życie poświęcić chce głoszeniu prawd wiary, i który prawdy te otrzymuje od swoich pryncypałów, powinien być także przezeń uformowany w sposób niebijący w elementarne zasady. Jeżeli to jest niemożliwe – a prawdopodobnie jest tak w tym przypadku, bo mamy do czynienia ze skomplikowanym schorzeniem psychicznym – to on (kościół) ponosi pełną odpowiedzialność za dopuszczenie lubi niedopuszczenie do duszpasterstwa, a więc też za czyny lokalnych zwierzchników.

 

Wierzę w to, że polskie państwo będzie silne, a sądy – w pełnym majestacie prawa – nie będą bały się orzekać zadośćuczynień. Powinny być one tym wyższe, im bardziej udowodniona jest wina przełożonych księdza dopuszczającego sie pedofilii, chcących zatuszować sprawę. Tylko jasna i klarowna polityka zera tolerancji dla przemocy (w tym przemocy seksualnej) może oczyścić sytuację.

 

Z dystansem podchodzę do słów niektórych polityków lewicy, domagających się odwołania z funkcji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Michalika. Domaganie się zmian i próba wywiwerania wpływu na kształt personalny specyficznego stowarzyszenia, jakim jest Kościół Katolicki, jest równie bezzasadna, co bezzasadne byłyby instrukcje KEP w sprawie głosowania w wyborach. Kwestie personalne katolicy muszą rozstrzygnąć wewnętrznie. Problem pedofilii to największy od lat test dla polskiego kościoła. Albo go zda – i wtedy utrzyma swe pozycje przynajmniej przez jakiś czas, albo obleje – a wówczas skłaniałbym się raczej ku wariantowi czeskiemu, gdzie chrześcijanie stanowią mniejszość.

 

Na zakończenie: piosenka taty. Nie jestem specjalnym zwolennikiem jego twórczości, ale tekst nadzwyczaj pasuje do poruszonego tematu.

wallpaper-world-map-2006-large

Istnienie pewnych wartości, pomimo zmieniających się czasów, dowodzi tego, że idee są trwalsze od rzeczy. W tym kontekście funkcjonuje jeszcze pojęcie państwa, które objawia się przede wszystkim w sferze sentymentalnej. Człowiek potrzebuje rzeczy, które wpływają na jego emocjonalność, i – niekiedy intuicyjnie – wprowadza się w ich orbitę. Przywiązanie do koncepcji dawnej państwowości jest irracjonalne o tyle, o ile uznamy, że odwołuje się ono do anachronicznego sposobu rozumowania świata. Mówiąc o sposobie kształtowania ustroju społecznego i gospodarczego należy odwoływać się wyłącznie do aktualnych terminów; w przeciwnym wypadku nie bylibyśmy w stanie – jako społeczeństwo – wypracować aktualnej strategii politycznej.

 

Od dłuższego czasu prerogatywy państwa są ograniczane. Następuje swoisty outsourcing państwa; przeniesienie jego zadań na inne podmioty. Przykładów tego zjawiska nie trzeba daleko szukać: przez ostatnie 20 lat dano nam okazję do tego, by blisko poznać się z prywatyzacją, komercjalizacją czy partnerstwem publiczno-prywatnym.

 

Kryzys współczesnej państwowości dotyka nawet nie tyle ideę instytucji jako takiej, ile samą koncepcję państwa narodowego – to ona okazała się najmniej odporna na wpływy kapitału. W miejsce prerogatyw zarezerwowanych dotychczas dla rządów i ich instytucji wchodzą samorządy i podmioty międzynarodowe, które są – bardziej niż władze państwowe – podatne na ingerencje zewnętrzne (rozmaitych grup interesów, globalnego kapitału, ładu korporacyjnego), lub też reprezentujące ten kapitał wprost – podmioty prywatne. Przeniesienie zadań państwa na podmioty prywatne następuje na dwa sposoby; mamy do czynienia z dwojakiego rodzaju metodologią demontowania państwa jako regulatora stosunków społecznych: pośredni i bezpośredni.

 

Zjawisko to jest dla społeczeństwa, zwłaszcza w długim horyzoncie czasowym, niekorzystne. Celem usług publicznych jest zaspokajanie potrzeb obywateli – bardzo często niewymiernych, niemożliwych do obliczenia i nieujmowalnych w ramach kalkulacji ekonomicznej, nie zaś generowanie zysków. Organy władzy powinny być niezwykle ostrożne przy przyjmowaniu modelu „dużego przedsiębiorstwa“. Celem firmy zawsze jest zysk, a celem państwa zawsze musi być człowiek. Można przyjmować wyniesione z doświadczeń kapitału sposoby funkcjonowania i zarządzania, ale tylko wtedy, gdy służy to zaspokojeniu potrzeb społecznych. Koniec władzy rozkazodawczej, której śmierć w naszej części świata został definitywnie przypieczętowany upadkiem komunizmu, powoduje, że możemy dziś żądać od władzy tego, że będą swoistym usługodawcą. Musimy jednak pamiętać o tym, że wektorami powinny być tu spójność społeczna, zrównoważony rozwój i poszanowanie praw mniejszości, a nie płaska logika rynku. Obywatele są dziś niejako „użytkownikami“ państwa i dlatego pewien standard po prostu im się należy. W dobie globalizacji potrzeba kulturowej wspólnoty została przeniesiona z państwa na globalny rynek kultury, ponieważ dominujący w tego rodzaju przemyśle stał się zachodni kod kulturowy. Teraz, gdy utrzymujemy władze przy istnieniu, choć nie zaspokajają one naszych głęboko ukrytych, psychicznych pragnień, mamy prawo żądać od nich pozostawania na pewnym, wysokim poziomie.

 

Przeciwne działanie oznaczałoby anihilację koncepcji państwa liberalno-demokratycznego. Jeżeli kapitalizm chce się utrzymać, sam musi pozwolić na liczne ograniczenia jego samego – jak wysokie opodatkowanie czy społeczna odpowiedzialność przedsiębiorstw. Gdyby tego nie zrobił, warunki, z których wyrósł – które dały mu możliwość rozwoju – zaczną być niekorzystne. Przedsiębiorcy muszą wreszcie zrozumieć, że podatki to nie haracz, ale raczej spłata długu za to, że państwo stworzyło odpowiednie otoczenie, które pozwoliło na wystąpienie jednostki takiej, jak przedsiębiorca. Demontaż państwa liberalno-demokratycznego,  zwłaszcza w tak niespokojnych czasach, zepchnąłby nas z powrotem w arkany autorytaryzmów.

 

Kryterium sensu wolnego rynku jest wyznaczane przez wektor służenia społeczeństwu. Kapitał jest potrzebny tak długo, jak zaspokaja nasze potrzeby: zawsze musi być środkiem, nigdy celem. Państwo nie ma obowiązku, i – więcej – nie powinno przyczyniać się do istnienia podmiotów, które działają na szkodę ludzi. Jego podstawowym zadaniem jest chronienie obywateli. Dziś znaczy ono tyle co przestrzeń, wspólne wartości, energia, ludzie, tradycja. Model państwowości z celnikami, aparatem władzy, policją myśli i romantycznym paradygmatem polityki jest dziś nadzwyczaj mocno przebrzmiały, nieaktualny, niedostosowany do realiów. Establishment wielu państw odchodzi dziś od prowadzenia wielkich narracji, stosując w ich miejsce zwyczajną, pragmatyczną technokrację. Partie lewicowe i prawicowe w Europie niewiele się różnią, a nawet jeżeli, to częstokroć są to różnice estetyczne. Tak właśnie, w mojej ocenie, prezentuje się doskonale znany nam spór między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Postpolityka wyparła politykę, postmodernizm jest niemożliwy do zatrzymania.

 

Społeczeństwo powinno umieć wybierać takie władze, które będą potrafiły wziąć na siebie odpowiedzialność za dobrostan słabych (mniej zdolnych), ponieważ korporacje nie zechcą tego zrobić. Kapitał działa zawsze na zasadzie równowagi sił, państwo – na zasadzie wartości i utrzymywania pewnego ładu aksjologicznego. I o ile rachunek ekonomiczny – czego dowiódł czeski ekonomista Thomas Sedlacek – jest możliwy do podważenia i posiada wiele słabych punktów, o tyle wartości, na których opiera się człowiek, są par exellance ukoronowaniem cywilizacji.

 

Wybór, który nas czeka, to wybór pomiędzy przeniesieniem przymiotów państwa w stronę korporacji (umacnianie władzy globalnego kapitału), albo w stronę jakiejś formy wzmacniania państwowości. Paradoks polega jednak na tym, że do tego drugiego można doprowadzić w sposób o wiele bardziej efektywny, niż za sprawą klasycznego umacniania władzy. W dobie tak wyraźnej dominacji pieniądza i zatarcia się granic jedynym organizmem odpowiadającym potrzebom ludzi jest zwiększanie znaczenia instytucji międzynarodowych.

 

W obecnej sytuacji Polski oznacza to głęboką konieczność uświadomienia sobie potrzeby nieskończenie dalekiej integracji z Unią Europejską. Nie tylko dlatego, że wartości, które płyną z Europy są bardziej postępowe, ale także dlatego, że siła Polski – mierzona siłą jej obywateli – będzie większa wtedy, gdy Polacy będą mocno osadzeni w strukturach europejskich. Działa tu bardzo prosty mechanizm: im bardziej się zintegrujemy, tym większy wpływ będziemy mieli na losy wspólnoty. Działalność eurosceptyczna jest z góry skazana na niepowodzenie, może próbować odsunąć „nowoczesność“ w czasie, ale nie pokona jej. A jeśli przyjmiemy ją i uformujemy na swój sposób – wówczas okaże się nam bardziej korzystna.

 

Przezwyciężenie swoistej społecznej nieodpowiedzialności kapitalizmu możliwe jest tylko za sprawą solidarnego, zwartego i silnego społeczeństwa. Narzędziem do tego, zwłaszcza w czasie globalizacji, jest wiele skoordynowanych ze sobą polityk, które muszą być przekazane demokratycznym organizmom ponadnarodowym. Warunkiem tego jest rzeczywisty udział obywateli w sprawowaniu władzy. Naszym celem powinna być europejska demokracja.