mem05-349872

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie została odwołana w niedzielnym referendum. Zbyt niska frekwencja w głosowaniu skutkuje jego nieważnością. Sytuacja, którą stworzyły przepisy dotyczące referendum lokalnego jest nieco paranoiczna. Po pierwsze dlatego, że obywatel nie ma prawa zachowania bierności względem wyborów – nie pójście na referendum jest pewnego rodzaju aktem politycznej woli (formą zabrania stanowiska); wobec referendum nie można być obojętnym. Dziwne, zwłaszcza, że w żadnych innych głosowaniach w Polsce nie ma przymusu wyborczego, a w kontekście referendum decyzja o nieuczestniczeniu jest formą uczestnictwa skrajnie daleką od obojętności. Po drugie – wątpliwa jest tajność głosowania. Fakt, że pójście do referendum jest domyślnie aktem decyzji przeciwko obowiązującej władzy, powoduje łatwą weryfikowalność nazwisk osób, które zdecydują się zagłosować – co również stanowi czynnik antyfrekwencyjny. Po trzecie – przez wpływ danych dotyczących frekwencji na ewentualny dalszy przebieg głosowania nie można podawać informacji o tym, ile zostało wydanych kart wyborczych. Cisza jest zatem bardzo ścisła, znacznie mocniejsza niż w przypadku wyborów samorządowych, parlamentarnych czy prezydenckich.

Warszawskie referendum pokazało skupione jak w soczewce paradoksy ustawodawstwa, będącego w gruncie rzeczy wytworem antyobywatelskości. Władza, która dzięki rzeczonym ograniczeniom w demokracji może umacniać swoją pozycję i dawać odpór politycznym oponentom, powinna mieć zdolność do samoograniczenia. Jeżeli mieć jej nie będzie – trzeba będzie nam o tym pamiętać przy wyborach do Sejmu i Senatu – nim okopią się na swych pozycjach zbyt mocno.

O odwołaniu prezydenta, wójta, burmistrza miasta na prawach powiatu lub gminy decydować powinna nie skorelowana ilość głosów za odwołaniem z progiem frekwencji, ale po prostu – liczba osób, chcących usunięcia osoby ze stanowiska. Zważywszy na fakt, iż w przypadku osób kierujących strukturami samorządowymi mamy do czynienia z analogiczną metodą wyboru jak w przypadku ogólnokrajowych wyborów prezydenckich, ich mandat jest mocny i stanowi podstawę do trwania systemu zapewniającego niezwykle szerokie prerogatywy. Aby zostać prezydentem, wójtem, burmistrzem trzeba przekonać do siebie ponad połowę głosujących (jeżeli nie w pierwszej, to w drugiej turze wyborów). W obecnej sytuacji za właściwe należy stwierdzić, że o wiele bardziej efektywnym mechanizmem demokratycznym byłaby sytuacja, w której o odwołaniu decydowałaby przynajmniej taka sama liczba osób, która głosowała za danym kandydatem w wyborach.

Na tle wyborów i referendów w innych państwach Europy – zwłaszcza tam, gdzie demokracja jest trwałym, zastanym przez kolejne pokolenia wchodzące w dorosłe życie systemem – Polska pod względem aktywności obywatelskiej wypada wyjątkowo słabo. Polacy – często niechętni wobec polityki – nie lubią głosować. U podstaw takiego twierdzenia rzadko kiedy leży lenistwo; fakt ten bierze się raczej z przekonania o nieistotności własnych wyborów politycznych i braku ich wpływu na stan faktyczny. W skali całego państwa grupa ta stanowi większość. Polskie elity polityczne nie podejmują jednocześnie żadnych działań, by to zmienić. Fakt ów ma podstawy albo w partykularnym interesie danej partii, która – dzięki mocnej dyscyplinie elektoratu – osiąga wyższe wyniki (procentowe) gdy ogół głosujących jest niższy, albo też w chronicznej niezdolności do rozwiązywania problemów węzłowych. Pewne pomysły – jak głosowanie przez pełnomocnika – zostały już wprowadzone. Wciąż jednak nie możemy wziąć udziału w wyborach przez internet, zaś przepisy wprowadzające dwudniowe głosowanie zostały uznane przez Trybunał Konstytucyjny za sprzeczne z ustawą zasadniczą (bo ta mówi o zarządzeniu dniu wyborów, tj. nie zawiera liczby mnogiej – słowa „dni”).

Okazuje się, że lekarstwo na niską frekwencję może być mniej gorzkie, niż się wydaje. Najrozsądniejszym pomysłem jest chyba zniesienie ciszy wyborczej, która – w dobie social media (w tym w szczególności opanowanym przez osoby interesujące się polityką Twitterze) jest fikcją. W krajach o mocnych demokracjach – takich jak Stany Zjednoczone i Niemcy – okres zakazu agitacji politycznej nie występuje. Jak wynika ze wstępnych (twitterowych) zapowiedzi w polskim parlamencie z inicjatywą tą wyjdzie poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Dariusz Joński.

W 2010 Hanna Gronkiewicz-Waltz uzyskała 345 737 głosów. Debata publiczna wokół referendum warszawskiej pokazała ułomność obecnych przepisów. Gdyby dla odwołania prezydentki stolicy zgromadzić trzeba byłoby tyle samo przeciwników, co osób głosujących za jej kandydaturą w poprzednich wyborach samorządowych rezultat byłby podobny. Nie wiadomo, czy HGW zostałaby – jak w przypadku niedzielnego referendum – na swoim stanowisku. Do uznania niedzielnego referendum za ważne potrzebnych było 389 430 głosów, czyli więcej, niż uzyskała wiceszefowa Platformy Obywatelskiej. Ale przynajmniej udałoby się uniknąć skandalicznych wypowiedzi premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Szef rządu i głowa państwa zachęcający do bojkotu aktu obywatelskiej decyzji to najwyższy wyraz słabości polskiej demokracji. 

Podczas ostatnich wyborów samorządowych frekwencja wyborcza w Warszawie wyniosła 48,37%. Porównując to z liczbą osób domagających się odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz możemy stwierdzić, że o blisko połowę stopniała liczba wyborców będących zwolennikami Platformy Obywatelskiej. Ale – jak się okazało – nawet to nie wystarczy do tego, by wiceprzewodnicząca PO przestałą kierować warszawskim ratuszem. Oznacza to, że zwolennicy partii rządzącej – nawet przy mniejszej liczebności tej grupy niż w 2010 – posłuchali się szefa rządu i zostali w domach. Za odwołaniem głosowali też raczej „twardzi wyborcy” innych partii; wbrew intencjom Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej nie nastąpiło żadne „pospolite ruszenie”, nie zmobilizowano dostatecznej liczby wyborców – nawet pomimo szerokiej koalicji od Piotra Ikonowicza po Przemysława Wiplera. 

W istocie rzeczy odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi Prawo i Sprawiedliwość, o której skandalicznej akcji pisałem przed kilkunastoma dniami. To właśnie PiS – Jarosław Kaczyński i Piotr Gliński – zapewnili Hannie Gronkiewicz-Waltz pozostanie na stanowisku. Ich wypowiedzi o zatamowaniu ruchu lotniczego nad Ursynowem, zamknięciu Stadionu Narodowego na imprezy i ograniczeniu możliwości organizowania imprez masowych dały do zrozumienia wielu, że w przypadku odwołania prezydentki Warszawy wpadliby z deszczu pod rynnę. 

Więc jest klasycznie, po polsku. Fatalnie, ale stabilnie. Znów mamy mniejsze zło. Dziś – w nowym tygodniu – budzimy się w tym samym mieście z tymi samymi władzami. Można pytać, czy gra była warta świeczki – czy przypadkiem zamieszanie, które wokół Hanny Gronkiewicz-Waltz zostało wzniecone było potrzebne, skoro i tak pozostanie na stanowisku. Odpowiedź jest jednak twierdząca. Nie tylko dlatego, że dla osób analizujących scenę polityczną jest to wspaniały barometr nastrojów społecznych w Warszawie, ale także dlatego, że referendum tchnęło nowe życie w warszawski magistrat i jego szefową. Podziękować za to możemy Piotrowi Guziałowi, który okazał się obiecującym i charyzmatycznym liderem. Pytanie, czy kapitał polityczny, który zgromadził jako inicjator akcji referendalnej, potrafił będzie skutecznie wykorzystać.

Największym wygranym referendum jest chyba jednak ten, który od całej tej wrzawy starał się trzymać jak najdalej – Leszek Miller. Stojąc niejako w rozkroku między opozycją a koalicją mógł uspokoić swój elektorat (który mógłby mieć pretensje do władz swojej partii gdyby ta przyłożyła rękę do przejęcia władzy w stolicy przez Prawo i Sprawiedliwość – niechęć elektorat SLD do PiS jest bardzo wyraźna, a pamięć o wydarzeniach takich jak śmierć Barbary Blidy niezwykle żywa). Jednocześnie wiedział, że potencjalne zyski z odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz będą nikłe: koalicja, która związała się dla odwołania HGW jest nie tylko niemożliwa do odtworzenia w ratuszu, ale nie ma w niej miejsca dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A SLD wyszło z twarzą, bo w zamian za „chłodną obojętność” względem głosowania wytargowało konkretne ustalenia programowe z warszawską Platformą Obywatelską.

Komentarze (2):

  1. krzyhoo1

    Wybory, a szczególnie referenda, powinny być obowiązkowe jak w Szwajcarii, czy Belgii, dostępne via internet, pocztę, gołębie pocztowe i co tam jeszcze, a skończył by się problem z pierniczeniem o niereprezentatywności rządu Tuska, czy bredzeniem o „antydemokratycznym” apelu premiera i prezydenta o zagłosowaniu nogami przeciw odwołaniu z najwyższej funkcji samorzadowej w Polsce drugiej osoby w partii rządzącej. W obecnym bowiem kształcie ustrojowym referenda są wyrazem frustracji tłumu, a nie aktem demokracji bezpośredniej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.