Archiwa kategorii: Polityka

1314pPremier_Donald_Tusk_86385l_large_4_large_2_large_2-large

Słyszalny w ustach niektórych publicystów i komentatorów życia politycznego zachwyt nad „świeżością”, którą w drugi gabinet Tuska miała tchnąć rekonstrukcja, jest ewidentnie na wyrost. Nie mamy bowiem do czynienia z żadną realnie nową siłą, nie jest to przecież nowy rząd. Środowiska znajdujące reprezentację w najwyższych władzach w państwie mogą być spokojne o swą pozycję – zmieniły się bowiem konkretne jednostki, ale pryncypia władzy pozostały niezmienne. W tym kontekście wielokrotnie ważniejszy od zmian na poszczególnych stanowiskach byłby realny zwrot programowy, bez którego dokonania premier zapomnieć może o kolejnej kadencji. Wyjątkowa trwałość władzy Platformy Obywatelskiej zdaje się być swoistą mgłą, przez którą szef tej partii zdaje się nie zauważać, że owo „trzecie expose”, które wygłosić ma na sobotniej Konwencji Krajowej PO, może być jego ostatnim.

 

Polityka otaczania się „zderzakami” poniosła fiasko, ale niepomny tych nauk Donald Tusk zdecydował się na nominacje ministerialne przeprowadzone w oderwaniu od realnej filozofii sprawowania władzy, zredukowane do aspektów niemal wyłącznie estetycznych. Młodość nowych ministrów nie jest programowym zwrotem ku polityce bardziej krytycznej, dynamicznej i nowoczesnej. Przeciwnie – wydawałoby się, że wśród nowych członków rządu nikt nie aspiruje do kreowania nowej narracji. Nowo powołani członkowie rządu pozbawieni są zaplecza politycznego (wyjątkiem jest jedynie nowy szef resortu sportu, Andrzej Biernat), i – w większości przypadków – doświadczenia w sprawowaniu ważnych funkcji publicznych.

 

Słabość przywództwa szefa rządu objawia się najjaskrawiej w obszarze doboru współpracowników. Silny premier budowałby swoją pozycję w oparciu o mocne nazwiska. Tak było zarówno w przypadku ekipy Leszka Millera (z udziałem Cimoszewicza, Hausnera, Belki, Kołodki, Danuty Hubner czy Jerzego Szmajdzińskiego), jak również – może w nieco mniejszym stopniu – Jarosława Kaczyńskiego (Gilowska, Dorn, Gęsicka – osobowości niemożliwe do zastąpienia w obecnej strukturze Prawa i Sprawiedliwości). W chwili obecnej próżno szukać podobnych gwiazd. Donald Tusk postawił na mało znanych (Szczurek, Trzaskowski), pozbawionych doświadczenia w pracy administracyjnej (Kolarska-Bobińska), czy też zwyczajnie pozbawionych politycznej samodzielności (Kluzik-Rostkowska, Grabowski). Przy okazji stanowiska pozbawił Michała Boniego, który bodaj jako jedyny w tym rządzie formułować umiał względnie skonkretyzowaną wizję państwa wykraczającą poza horyzont najbliższych wyborów.

 

Wydarzenia wokół rekonstrukcji dowodzą nie tylko braku marketingowej skuteczności ekipy sprawującej władzę, ale – przede wszystkim – braku pomysłu na dalsze pełnienie swoich funkcji. Próba swoistego odświeżenia zużytej już władzy spełznie na niczym, bo filozofia konstruowania dyskursu politycznego przez to towarzystwo jest już zwyczajnie niewystarczająca i niedostosowana do dzisiejszych potrzeb.

 

Źródła ideowe Platformy Obywatelskiej są rozmyte, władza sprawowana jest w sposób bezprogramowy; w istocie rzeczy sposób funkcjonowania polskiej polityki przypomina rządy partyjnych technokratów. Dowodem na to są nie tylko wątpliwe etycznie możliwości, które partia roztacza przed wiernymi jej ludźmi (najlepszym przykładem niech będzie sytuacja na Dolnym Śląsku), ale także pogłębiający się deficyt wartości. Wysuwająca się z programu wyborczego PO z wyborów parlamentarnych w 2011 roku formuła Nowego Centrum jest w istocie rzeczy najbliższa ideologicznie formacji intelektualnej, którą na polskim gruncie reprezentował w latach 2001-2005 Leszek Miller. Błędem byłoby jednak przepisywanie szczególnej płodności intelektualnej wspomnianym wcześniej politykom. Ich programowość była odtwórcza w tym sensie, iż podobny sposób działania wynikał z myśli Anthonego Giddensa i Tonnego Blaira, odpowiedzialnych za sformułowanie koncepcji „Trzeciej Drogi”.

 

Fakty, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich tygodni pokazują, że duopol Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości jest coraz bardziej kruchy. Zdarzenia, które miały miejsce w Warszawie w dniu Święta Niepodległości, pokazują, że układ dwóch, trzymających się w klinczu ugrupowań jest coraz bardziej kruchy. Przestrzeń między „Polską posmoleńską” i „lemingami” nie jest w stanie urosnąć do rozmiarów mogących wchłonąć poglądy wszystkich obywateli, co skrzętnie konsumują decydenci Ruchu Narodowego. W dłuższej perspektywie podobna zdolność do polaryzacji, której szczyt przypadł na wybory parlamentarne w 2011 roku, może się nie powtórzyć. Konflikt polityczny w Polsce trwa realnie pomiędzy tymi, którzy podpalają tęczę na Placu Zbawiciela, a tymi, którzy zostają w domach.

 

Jeżeli „nowe otwarcie” premiera Tuska ma przynieść jakikolwiek efekt, nie może być skoncentrowane na powszechnie akceptowalnych, łatwych i przyjemnych hasłach. W obecnej sytuacji to Platformie Obywatelskiej powinno jak najbardziej zależeć na tym, by w Polsce wyklarował się twórczy konflikt, zogniskowany nie wokół postpolitycznych wydmuszek, ale wokół realnych problemów. Część młodych wyborców nie pamięta przecież rządów PiS, więc jeśli Tusk chce straszyć Kaczyńskim, to będzie mógł robić to realnie mówiąc – przykładowo – o tym, że jego poprzednik domaga się wprowadzenia do Konstytucji RP zapisu ustanawiającego Polskę państwem wyznaniowym i przeciwstawiając tym dążeniom konkretną alternatywę. Jeżeli zaś odpowiedzią partii rządzącej na program największego ugrupowania opozycyjnego będzie ślepa krytyka pozbawiona własnych diagnoz i recept, wówczas pod znakiem zapytania stanie nie tylko trzecia kadencja obecnego szefa rządu, ale w ogóle przekroczenie przez PO poziomu klauzuli zaporowej na poziomie 5 proc.

5472518-praha-tk-cssd-sobotka_denik-380

Europejska socjaldemokracja stara się być w awangardzie zmian, a środkiem urzeczywistniającym wizję świata nowoczesnego jest niezmiennie sprawowanie demokratycznej władzy. Perspektywy zmiany widać nie tylko w krajach Europy Zachodniej (gdzie rządzi lewicowy prezydent, a SPD prawdopodobnie wejdzie do rządu), ale także w rodzimej części Starego Kontynentu. Jedną z jaskółek zapowiadających zmianę pogody dla lewicy w Europie jest zwycięstwo czeskiej socjaldemokracji w ostatnich wyborach parlamentarnych.

 

Czeska Partia Socjaldemokratyczna zdobyła 20,45 procent poparcia. Jej zwycięstwo w znacznej mierze ufundowane jest na gruncie spadającego zaufania do ODS, którego rządy zakończyły się wielkim skandalem korupcyjno-obyczajowym. W kampanii wyborczej CzPSD skupiła się na kwestiach związanych m.in. z polityką europejską. Jak trafnie zauważa lider zwycięskiego ugrupowania, w wyborach spora część Czechów odrzuciła tradycyjne partie i przekazała swój głos nowym, populistycznym formacjom. Najjaskrawszym przejawem tego faktu jest wynik wyborczy ANO, partii miliardera Andreja Babisa (związany z branżą chemiczną), którego przekaz polityczny opiera się na krytyce korupcji.

 

Przed partią Hannesa Swobody (lider frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim) stoją teraz istotne wyzwania. Do najważniejszych z nich należy nie tylko uporządkowanie sytuacji w państwie w sposób prowadzący do skutecznego zapobieżenia podobnym skandalom w przyszłości; możliwość sprawowania władzy zobowiązuje do realizowania lewicowego programu.

 

W tym kontekście z czeskim zwycięstwem socjaldemokracji wiązać należy nadzieję na widoczną i trwałą zmianę orientacji państwa czeskiego. Przez ostatnie lata na czeskiej scenie politycznej wiele było stwierdzeń eurosceptycznych, padających choćby z ust – i znajdujących potwierdzenie w działaniu choćby ówczesnego prezydenta, Vaclava Klausa – sojusznika Lecha Kaczyńskiego na arenie europejskiej.

 

Czescy wyborcy pozostali konsekwentni wobec wyborów prezydenckich i idąc za ciosem postawili na socjaldemokratów. Nowy premier nie będzie mógł więc narzekać na różnice aksjologiczne między nim a głową państwa, które mogłyby stanowić zarzewie konfliktu. Współpraca na linii najważniejszych ośrodków władzy przebiegać będzie zatem najpewniej w sposób sprawny i bezproblemowy.

 

Większym problemem może być skonstruowanie większości w parlamencie. Socjaldemokraci nie zamierzają wchodzić w koalicję ze skompromitowaną centroprawicą; wobec takiego rezultatu wyborów najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest chwilowy alias między z komunistami i ANO. Scenariuszem lansowanym w środowiskach partii socjaldemokratycznej jest rząd mniejszościowy, któremu wotum zaufania udzielić miałyby te dwie formacje.

mem05-349872

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie została odwołana w niedzielnym referendum. Zbyt niska frekwencja w głosowaniu skutkuje jego nieważnością. Sytuacja, którą stworzyły przepisy dotyczące referendum lokalnego jest nieco paranoiczna. Po pierwsze dlatego, że obywatel nie ma prawa zachowania bierności względem wyborów – nie pójście na referendum jest pewnego rodzaju aktem politycznej woli (formą zabrania stanowiska); wobec referendum nie można być obojętnym. Dziwne, zwłaszcza, że w żadnych innych głosowaniach w Polsce nie ma przymusu wyborczego, a w kontekście referendum decyzja o nieuczestniczeniu jest formą uczestnictwa skrajnie daleką od obojętności. Po drugie – wątpliwa jest tajność głosowania. Fakt, że pójście do referendum jest domyślnie aktem decyzji przeciwko obowiązującej władzy, powoduje łatwą weryfikowalność nazwisk osób, które zdecydują się zagłosować – co również stanowi czynnik antyfrekwencyjny. Po trzecie – przez wpływ danych dotyczących frekwencji na ewentualny dalszy przebieg głosowania nie można podawać informacji o tym, ile zostało wydanych kart wyborczych. Cisza jest zatem bardzo ścisła, znacznie mocniejsza niż w przypadku wyborów samorządowych, parlamentarnych czy prezydenckich.

Warszawskie referendum pokazało skupione jak w soczewce paradoksy ustawodawstwa, będącego w gruncie rzeczy wytworem antyobywatelskości. Władza, która dzięki rzeczonym ograniczeniom w demokracji może umacniać swoją pozycję i dawać odpór politycznym oponentom, powinna mieć zdolność do samoograniczenia. Jeżeli mieć jej nie będzie – trzeba będzie nam o tym pamiętać przy wyborach do Sejmu i Senatu – nim okopią się na swych pozycjach zbyt mocno.

O odwołaniu prezydenta, wójta, burmistrza miasta na prawach powiatu lub gminy decydować powinna nie skorelowana ilość głosów za odwołaniem z progiem frekwencji, ale po prostu - liczba osób, chcących usunięcia osoby ze stanowiska. Zważywszy na fakt, iż w przypadku osób kierujących strukturami samorządowymi mamy do czynienia z analogiczną metodą wyboru jak w przypadku ogólnokrajowych wyborów prezydenckich, ich mandat jest mocny i stanowi podstawę do trwania systemu zapewniającego niezwykle szerokie prerogatywy. Aby zostać prezydentem, wójtem, burmistrzem trzeba przekonać do siebie ponad połowę głosujących (jeżeli nie w pierwszej, to w drugiej turze wyborów). W obecnej sytuacji za właściwe należy stwierdzić, że o wiele bardziej efektywnym mechanizmem demokratycznym byłaby sytuacja, w której o odwołaniu decydowałaby przynajmniej taka sama liczba osób, która głosowała za danym kandydatem w wyborach.

Na tle wyborów i referendów w innych państwach Europy – zwłaszcza tam, gdzie demokracja jest trwałym, zastanym przez kolejne pokolenia wchodzące w dorosłe życie systemem – Polska pod względem aktywności obywatelskiej wypada wyjątkowo słabo. Polacy – często niechętni wobec polityki – nie lubią głosować. U podstaw takiego twierdzenia rzadko kiedy leży lenistwo; fakt ten bierze się raczej z przekonania o nieistotności własnych wyborów politycznych i braku ich wpływu na stan faktyczny. W skali całego państwa grupa ta stanowi większość. Polskie elity polityczne nie podejmują jednocześnie żadnych działań, by to zmienić. Fakt ów ma podstawy albo w partykularnym interesie danej partii, która – dzięki mocnej dyscyplinie elektoratu – osiąga wyższe wyniki (procentowe) gdy ogół głosujących jest niższy, albo też w chronicznej niezdolności do rozwiązywania problemów węzłowych. Pewne pomysły – jak głosowanie przez pełnomocnika – zostały już wprowadzone. Wciąż jednak nie możemy wziąć udziału w wyborach przez internet, zaś przepisy wprowadzające dwudniowe głosowanie zostały uznane przez Trybunał Konstytucyjny za sprzeczne z ustawą zasadniczą (bo ta mówi o zarządzeniu dniu wyborów, tj. nie zawiera liczby mnogiej – słowa „dni”).

Okazuje się, że lekarstwo na niską frekwencję może być mniej gorzkie, niż się wydaje. Najrozsądniejszym pomysłem jest chyba zniesienie ciszy wyborczej, która – w dobie social media (w tym w szczególności opanowanym przez osoby interesujące się polityką Twitterze) jest fikcją. W krajach o mocnych demokracjach – takich jak Stany Zjednoczone i Niemcy – okres zakazu agitacji politycznej nie występuje. Jak wynika ze wstępnych (twitterowych) zapowiedzi w polskim parlamencie z inicjatywą tą wyjdzie poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Dariusz Joński.

W 2010 Hanna Gronkiewicz-Waltz uzyskała 345 737 głosów. Debata publiczna wokół referendum warszawskiej pokazała ułomność obecnych przepisów. Gdyby dla odwołania prezydentki stolicy zgromadzić trzeba byłoby tyle samo przeciwników, co osób głosujących za jej kandydaturą w poprzednich wyborach samorządowych rezultat byłby podobny. Nie wiadomo, czy HGW zostałaby – jak w przypadku niedzielnego referendum – na swoim stanowisku. Do uznania niedzielnego referendum za ważne potrzebnych było 389 430 głosów, czyli więcej, niż uzyskała wiceszefowa Platformy Obywatelskiej. Ale przynajmniej udałoby się uniknąć skandalicznych wypowiedzi premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Szef rządu i głowa państwa zachęcający do bojkotu aktu obywatelskiej decyzji to najwyższy wyraz słabości polskiej demokracji. 

Podczas ostatnich wyborów samorządowych frekwencja wyborcza w Warszawie wyniosła 48,37%. Porównując to z liczbą osób domagających się odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz możemy stwierdzić, że o blisko połowę stopniała liczba wyborców będących zwolennikami Platformy Obywatelskiej. Ale – jak się okazało – nawet to nie wystarczy do tego, by wiceprzewodnicząca PO przestałą kierować warszawskim ratuszem. Oznacza to, że zwolennicy partii rządzącej – nawet przy mniejszej liczebności tej grupy niż w 2010 – posłuchali się szefa rządu i zostali w domach. Za odwołaniem głosowali też raczej „twardzi wyborcy” innych partii; wbrew intencjom Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej nie nastąpiło żadne „pospolite ruszenie”, nie zmobilizowano dostatecznej liczby wyborców – nawet pomimo szerokiej koalicji od Piotra Ikonowicza po Przemysława Wiplera. 

W istocie rzeczy odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi Prawo i Sprawiedliwość, o której skandalicznej akcji pisałem przed kilkunastoma dniami. To właśnie PiS – Jarosław Kaczyński i Piotr Gliński – zapewnili Hannie Gronkiewicz-Waltz pozostanie na stanowisku. Ich wypowiedzi o zatamowaniu ruchu lotniczego nad Ursynowem, zamknięciu Stadionu Narodowego na imprezy i ograniczeniu możliwości organizowania imprez masowych dały do zrozumienia wielu, że w przypadku odwołania prezydentki Warszawy wpadliby z deszczu pod rynnę. 

Więc jest klasycznie, po polsku. Fatalnie, ale stabilnie. Znów mamy mniejsze zło. Dziś – w nowym tygodniu – budzimy się w tym samym mieście z tymi samymi władzami. Można pytać, czy gra była warta świeczki – czy przypadkiem zamieszanie, które wokół Hanny Gronkiewicz-Waltz zostało wzniecone było potrzebne, skoro i tak pozostanie na stanowisku. Odpowiedź jest jednak twierdząca. Nie tylko dlatego, że dla osób analizujących scenę polityczną jest to wspaniały barometr nastrojów społecznych w Warszawie, ale także dlatego, że referendum tchnęło nowe życie w warszawski magistrat i jego szefową. Podziękować za to możemy Piotrowi Guziałowi, który okazał się obiecującym i charyzmatycznym liderem. Pytanie, czy kapitał polityczny, który zgromadził jako inicjator akcji referendalnej, potrafił będzie skutecznie wykorzystać.

Największym wygranym referendum jest chyba jednak ten, który od całej tej wrzawy starał się trzymać jak najdalej – Leszek Miller. Stojąc niejako w rozkroku między opozycją a koalicją mógł uspokoić swój elektorat (który mógłby mieć pretensje do władz swojej partii gdyby ta przyłożyła rękę do przejęcia władzy w stolicy przez Prawo i Sprawiedliwość – niechęć elektorat SLD do PiS jest bardzo wyraźna, a pamięć o wydarzeniach takich jak śmierć Barbary Blidy niezwykle żywa). Jednocześnie wiedział, że potencjalne zyski z odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz będą nikłe: koalicja, która związała się dla odwołania HGW jest nie tylko niemożliwa do odtworzenia w ratuszu, ale nie ma w niej miejsca dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A SLD wyszło z twarzą, bo w zamian za „chłodną obojętność” względem głosowania wytargowało konkretne ustalenia programowe z warszawską Platformą Obywatelską.

wallpaper-world-map-2006-large

Istnienie pewnych wartości, pomimo zmieniających się czasów, dowodzi tego, że idee są trwalsze od rzeczy. W tym kontekście funkcjonuje jeszcze pojęcie państwa, które objawia się przede wszystkim w sferze sentymentalnej. Człowiek potrzebuje rzeczy, które wpływają na jego emocjonalność, i – niekiedy intuicyjnie – wprowadza się w ich orbitę. Przywiązanie do koncepcji dawnej państwowości jest irracjonalne o tyle, o ile uznamy, że odwołuje się ono do anachronicznego sposobu rozumowania świata. Mówiąc o sposobie kształtowania ustroju społecznego i gospodarczego należy odwoływać się wyłącznie do aktualnych terminów; w przeciwnym wypadku nie bylibyśmy w stanie – jako społeczeństwo – wypracować aktualnej strategii politycznej.

 

Od dłuższego czasu prerogatywy państwa są ograniczane. Następuje swoisty outsourcing państwa; przeniesienie jego zadań na inne podmioty. Przykładów tego zjawiska nie trzeba daleko szukać: przez ostatnie 20 lat dano nam okazję do tego, by blisko poznać się z prywatyzacją, komercjalizacją czy partnerstwem publiczno-prywatnym.

 

Kryzys współczesnej państwowości dotyka nawet nie tyle ideę instytucji jako takiej, ile samą koncepcję państwa narodowego – to ona okazała się najmniej odporna na wpływy kapitału. W miejsce prerogatyw zarezerwowanych dotychczas dla rządów i ich instytucji wchodzą samorządy i podmioty międzynarodowe, które są – bardziej niż władze państwowe – podatne na ingerencje zewnętrzne (rozmaitych grup interesów, globalnego kapitału, ładu korporacyjnego), lub też reprezentujące ten kapitał wprost – podmioty prywatne. Przeniesienie zadań państwa na podmioty prywatne następuje na dwa sposoby; mamy do czynienia z dwojakiego rodzaju metodologią demontowania państwa jako regulatora stosunków społecznych: pośredni i bezpośredni.

 

Zjawisko to jest dla społeczeństwa, zwłaszcza w długim horyzoncie czasowym, niekorzystne. Celem usług publicznych jest zaspokajanie potrzeb obywateli – bardzo często niewymiernych, niemożliwych do obliczenia i nieujmowalnych w ramach kalkulacji ekonomicznej, nie zaś generowanie zysków. Organy władzy powinny być niezwykle ostrożne przy przyjmowaniu modelu „dużego przedsiębiorstwa“. Celem firmy zawsze jest zysk, a celem państwa zawsze musi być człowiek. Można przyjmować wyniesione z doświadczeń kapitału sposoby funkcjonowania i zarządzania, ale tylko wtedy, gdy służy to zaspokojeniu potrzeb społecznych. Koniec władzy rozkazodawczej, której śmierć w naszej części świata został definitywnie przypieczętowany upadkiem komunizmu, powoduje, że możemy dziś żądać od władzy tego, że będą swoistym usługodawcą. Musimy jednak pamiętać o tym, że wektorami powinny być tu spójność społeczna, zrównoważony rozwój i poszanowanie praw mniejszości, a nie płaska logika rynku. Obywatele są dziś niejako „użytkownikami“ państwa i dlatego pewien standard po prostu im się należy. W dobie globalizacji potrzeba kulturowej wspólnoty została przeniesiona z państwa na globalny rynek kultury, ponieważ dominujący w tego rodzaju przemyśle stał się zachodni kod kulturowy. Teraz, gdy utrzymujemy władze przy istnieniu, choć nie zaspokajają one naszych głęboko ukrytych, psychicznych pragnień, mamy prawo żądać od nich pozostawania na pewnym, wysokim poziomie.

 

Przeciwne działanie oznaczałoby anihilację koncepcji państwa liberalno-demokratycznego. Jeżeli kapitalizm chce się utrzymać, sam musi pozwolić na liczne ograniczenia jego samego – jak wysokie opodatkowanie czy społeczna odpowiedzialność przedsiębiorstw. Gdyby tego nie zrobił, warunki, z których wyrósł – które dały mu możliwość rozwoju – zaczną być niekorzystne. Przedsiębiorcy muszą wreszcie zrozumieć, że podatki to nie haracz, ale raczej spłata długu za to, że państwo stworzyło odpowiednie otoczenie, które pozwoliło na wystąpienie jednostki takiej, jak przedsiębiorca. Demontaż państwa liberalno-demokratycznego,  zwłaszcza w tak niespokojnych czasach, zepchnąłby nas z powrotem w arkany autorytaryzmów.

 

Kryterium sensu wolnego rynku jest wyznaczane przez wektor służenia społeczeństwu. Kapitał jest potrzebny tak długo, jak zaspokaja nasze potrzeby: zawsze musi być środkiem, nigdy celem. Państwo nie ma obowiązku, i – więcej – nie powinno przyczyniać się do istnienia podmiotów, które działają na szkodę ludzi. Jego podstawowym zadaniem jest chronienie obywateli. Dziś znaczy ono tyle co przestrzeń, wspólne wartości, energia, ludzie, tradycja. Model państwowości z celnikami, aparatem władzy, policją myśli i romantycznym paradygmatem polityki jest dziś nadzwyczaj mocno przebrzmiały, nieaktualny, niedostosowany do realiów. Establishment wielu państw odchodzi dziś od prowadzenia wielkich narracji, stosując w ich miejsce zwyczajną, pragmatyczną technokrację. Partie lewicowe i prawicowe w Europie niewiele się różnią, a nawet jeżeli, to częstokroć są to różnice estetyczne. Tak właśnie, w mojej ocenie, prezentuje się doskonale znany nam spór między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Postpolityka wyparła politykę, postmodernizm jest niemożliwy do zatrzymania.

 

Społeczeństwo powinno umieć wybierać takie władze, które będą potrafiły wziąć na siebie odpowiedzialność za dobrostan słabych (mniej zdolnych), ponieważ korporacje nie zechcą tego zrobić. Kapitał działa zawsze na zasadzie równowagi sił, państwo – na zasadzie wartości i utrzymywania pewnego ładu aksjologicznego. I o ile rachunek ekonomiczny – czego dowiódł czeski ekonomista Thomas Sedlacek – jest możliwy do podważenia i posiada wiele słabych punktów, o tyle wartości, na których opiera się człowiek, są par exellance ukoronowaniem cywilizacji.

 

Wybór, który nas czeka, to wybór pomiędzy przeniesieniem przymiotów państwa w stronę korporacji (umacnianie władzy globalnego kapitału), albo w stronę jakiejś formy wzmacniania państwowości. Paradoks polega jednak na tym, że do tego drugiego można doprowadzić w sposób o wiele bardziej efektywny, niż za sprawą klasycznego umacniania władzy. W dobie tak wyraźnej dominacji pieniądza i zatarcia się granic jedynym organizmem odpowiadającym potrzebom ludzi jest zwiększanie znaczenia instytucji międzynarodowych.

 

W obecnej sytuacji Polski oznacza to głęboką konieczność uświadomienia sobie potrzeby nieskończenie dalekiej integracji z Unią Europejską. Nie tylko dlatego, że wartości, które płyną z Europy są bardziej postępowe, ale także dlatego, że siła Polski – mierzona siłą jej obywateli – będzie większa wtedy, gdy Polacy będą mocno osadzeni w strukturach europejskich. Działa tu bardzo prosty mechanizm: im bardziej się zintegrujemy, tym większy wpływ będziemy mieli na losy wspólnoty. Działalność eurosceptyczna jest z góry skazana na niepowodzenie, może próbować odsunąć „nowoczesność“ w czasie, ale nie pokona jej. A jeśli przyjmiemy ją i uformujemy na swój sposób – wówczas okaże się nam bardziej korzystna.

 

Przezwyciężenie swoistej społecznej nieodpowiedzialności kapitalizmu możliwe jest tylko za sprawą solidarnego, zwartego i silnego społeczeństwa. Narzędziem do tego, zwłaszcza w czasie globalizacji, jest wiele skoordynowanych ze sobą polityk, które muszą być przekazane demokratycznym organizmom ponadnarodowym. Warunkiem tego jest rzeczywisty udział obywateli w sprawowaniu władzy. Naszym celem powinna być europejska demokracja.

wieczor sld

Świat sztuki, mediów i szeroko rozumianej kultury z coraz większa atencją pochyla się nad ideami doktrynalnie lewicowymi. Główny nurt życia publicznego Europy i Polski bez poważniejszych zastrzeżeń widzi słuszność obrony wartości takich jak ochrona granic wolności i swobód obywatelskich, a kulturowa płodność znienawidzonych przez prawicę umysłów stanowi najlepsze potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Z trudem zdobywana przez polskie społeczeństwo europejska progresywność, wyrażana chociażby coraz mocniejszym stopniem ukonstytuowania poprawności politycznej, tworzy dobry grunt do oparcia się o oświeceniowe wartości wolności, równości i solidarności. Mimo to sytuacja współczesnej lewicy instytucjonalnej, czy to na skutek niedostatków organizacyjnych, czy tez uszczuplenia zasobu osób o lewicowym światopoglądzie gotowych do stricte partyjnej działalności, cierpi na chroniczną nieudolność.

 

Od 2001 roku rezultaty wyborcze ugrupowań lewicowych w Polsce, poprzez niemożność osiągnięcia zdrowej, europejskiej równowagi poparcia nurtów lewicy i prawicy, znacznie wydłużają dystans potrzebny do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. I choć konserwatywne otoczenie nie sprzyja lewicowej aktywności, to wyniki wyborcze lat 90-tych pozwalają domniemywać, iż istnieje w Polsce spora grupa wyborców gotowych poprzeć model państwa opiekuńczego i neutralnego światopoglądowo, których głosy pozwoliłyby na otarcie się o możliwość samodzielnego rządzenia.

 

Przyczyną obecnego stanu rzeczy jest jednak przede wszystkim postępująca demobilizacja wyborców, której źródła należy upatrywać w niefrasobliwości lewicowych pryncypałów. Działania kierownictwa instytucjonalnej lewicy, często chybione – jak choćby pakt gospodarczy SLD z Bussines Center Club i współpraca z prof. Gomułką w charakterze eksperta gospodarczego SLD – dowodziły braku pewności w wyznawanej przez siebie wiary w sensowność socjaldemokratycznej drogi. Popełnione błędy nie są jednak nie do naprawienia, zaś fakt wejścia w wiek wyborczy pokolenia osób urodzonych po 1989 roku pozwala twierdzić, ze zapotrzebowanie na silne, lewicowe ugrupowanie zbudowane na kanwie istniejących już struktur, będzie rosło. Młodzi ludzie są nie tylko bardziej wolnościowi w zakresie spraw obyczajowych, ale także – ze względu na fakt, iż często dotknięci są problemem bezrobocia lub zatrudnienia na umowy śmieciowe – skłonni są zaakceptować model państwa opartego o doktrynę walfere state, w którym obciążenia podatkowe są wyższe. Jednocyfrowy wynik SLD w ostatnich wyborach parlamentarnych to najlepszy bodziec do tego, by obecne rozdrobienie lewicowych wyborców stało się twórczym przyczynkiem do metamorfozy na polskiej scenie politycznej. Zdarzenie to należy zapamiętać jako lekcję przypominającą o braku sensowności w działaniach sprowadzających się do oddalania od lewicowego rdzenia.

 

Jako człowiek przywiązany do europejskich wartości i skandynawskiego modelu państwa nie widzę powodów, by zwijać sztandary; przeciwnie: słabe wyniki są najmocniejszą determinantą do tego, by uszyć partie na miarę marzeń milionów młodych Polaków, która, nie bojącej się ubiegać o interesy grup uciskanych (pracowników przemysłowych, mieszkańców Polski B, mniejszości seksualne czy osoby zdystansowane wobec bogoojczyźnianej martyrologii). Potrzebny jest nowy garnitur lewicy; bez zaciskania pasa, zaś na miarę naszych marzeń i ambicji. I wierze, ze dzięki chwalebnej roli lewicy w ostatnim dwudziestoleciu, nie wolnej od błędów, lecz potwierdzonej uczestnictwem w dziejowych wydarzeniach (jak akcesja do UE czy wzorowy niemal sposób transformacji ustrojowej), możliwe jest to w obecnym porządku partyjnym. Kolejne głosowania Sejmowe i propozycje ustaw zgłaszane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dowodzą, iż lekcja ta została odrobiona. SLD nie boi się mówić o potrzebie ustanowienia antyspekulacyjnego podatku od transakcji kapitałowych, poniesieniu minimalnego wynagrodzenia za pracę, przywrócenia trzeciej stawki podatku PIT czy nowelizacji ustawy o świadczeniach socjalnych. I w ten sposób nabywa wiarygodności, zwłaszcza, że nikt, prócz SLD, nie może na scenie politycznej póki co aspirować do miana partii lewicowej: wystarczy zajrzeć w statystyki sejmowych głosowań. Sojusz to socjaldemokratyczny projekt przyszłości, choć do miana „partii lewicowych marzeń” musi jeszcze dorosnąć.

kaja godek

Z dużą cierpliwością znoszę powracający jak bumerang rzucany przez polską prawicę temat praw reprodukcyjnych kobiet, a właściwie – postulatu całkowitego ich zniesienia. Co kilka, kilkanaście miesięcy konserwatywne środowiska w Polsce koncentrują – choćby na niewielką chwilę – uwagę opinii publicznej na temacie dopuszczalności możliwości przerywania ciąży. Na przykładzie tym widać – jak w soczewce – paradoks III RP. Kompromisowe rzekomo rozwiązania systemowe okazują się erodować. Tym bardziej, że druga – progresywna – strona nie bez słuszności rozwija swój sprzeciw. Kwestia aborcji zawsze była jedną tych, które najskuteczniej bipolaryzowały społeczeństwo po 1989, dlatego w jej rozpatrywaniu należy zawiesić partyjne barwy i podjąć rzeczową dyskusję.

 

Konstytucja RP stwierdza, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich jej obywateli. W myśl tej zasady prawo obowiązujące w państwie powinno być ustalane na podstawie względnie obiektywnych, racjonalnych reguł, wolnych od swądu kościelnego kadziła. Pomimo to wciąż znajdują się grupy, które dążą do zbudowania swoistej formy szariatu – państwa, w którym determinantą prawa są religijne fatamorgany natchnionych fantastów.

 

W wolnym, demokratycznym państwie nie można opierać ustaw o li tylko koncepcje filozoficzne i religijne, bo nawet, gdy te są właściwe grupom większościowym, wymagają wewnętrznego konsensu wszystkich części społeczeństwa. W kontekście praw reprodukcyjnych ma to tym większe znaczenie, że osób wyznających dany pogląd – katolików, lub w tym wypadku raczej katoliczek, których głos w tej debacie wybrzmiewa o wiele ciszej niż tubalne ryki biskupie – nikt nie będzie zmuszał do aborcji. Prawo do przerywania ciąży jest możliwością, nigdy zaś przymusem.

 

Nikt nie namawia kobiet do usuwania ciąży, ale – ponieważ zabiegi te są wykonywane – państwo powinno dołożyć starań, by przebiegały w warunkach niezagrażających życiu i zdrowiu kobiety. Fakt ten nie znalazł odzwierciedlenia w regułach prawa.

 

Trzeba nam pamiętać o tym, w jak złej kondycji obecnie znajdują się prawa kobiet. Zjawiska przemocy domowej i dzieciobójstwa wskazują, że kobieta często jest postawiona w roli „innej”, nieuprawnionej do pomocy, gdy potrzebne jest wsparcie ze strony rodziny i instytucji polityki społecznej. Skutkuje to zjawiskami o zbrodniczym wręcz wymiarze – zarówno gdy mowa o kobietach dopuszczających się zbrodni, jak i tych godzących się na poniżaniem w domu przez męża do partnera, jakoby uznając, że to jej się należy. Wciąż sprawy kobiet są traktowane jako kwestie domowe, intymne, wobec czego należałoby stwierdzić, że kobieta powinna być posłuszna i nie wyciągać swoich problemów na światło dzienne. Młodzi Polacy – a w sposób szczególny kobiety – nie są wyposażane w szkole w niezbędną wiedzę służącemu świadomemu rodzicielstwu. Ustawa kwotowa jest fragmentaryczna i niepełna; wciąż polska klasa polityczna nie jest gotowa na system suwakowy, który z powodzeniem obowiązuje w wielu państwach świata. A mimo wszystko kobietom odebrać chce się jeszcze więcej – nawet możliwość decydowania o własnym ciele.

pastusiak

Agata Nowakowska w Gazecie Wyborczej (18.09.2013) pyta, czy można poważnie traktować partię, która żyje snem o potędze sprzed dwudziestu lat. Kwestia pojawia się w odniesieniu do wczorajszego panelu dyskusyjnego dotyczącego wyborów parlamentarnych z 1993, które zwyciężył Sojusz Lewicy Demokratycznej. Uwadze redaktorki z Czerskiej umyka fakt, że wydarzenie to nie miało wyłącznie charakteru sentymentalnego wspomnienia o zamierzchłych sukcesach, a organizatorzy spotkania postarali się o naukowy background konferencji, który pozwolił na przeprowadzenie pogłębionej analizy politologicznej. Głos zabierali m.in. prof. Jacek Raciborski (kierownik Zakładu Socjologii Polityki Instytutu Socjologii UW) oraz prof. Jerzy Wiatr (rektor Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji). Powierzchowność środowisk kształtujących opinię publiczną zdaje się jednak nie zauważać wagi tych wyborów i ich znaczenia dla późniejszego kształtu polskiej transformacji ustrojowej.

 

W wielu momentach II kadencja Sejmu RP była przełomowa. Dotyczy to w sposób znaczący kwestii legitymizacji przywilejów Kościoła Katolickiego w III RP. Warto pamiętać o tym, że konkordat podpisany został przez rząd Hanny Suchockiej już po uzyskaniu wotum nieufności, a więc bez mandatu społecznego, łamiąc tym samym utarty zwyczaj niepodejmowania wiążących umów międzynarodowych przez przedstawicieli władzy odchodzących ze stanowiska. Pomimo bardziej konserwatywnego kulturowo społeczeństwa w tamtym czasie i nastojów prokatolickich motywowanych ogromną popularnością Jana Pawła II, SLD nie ratyfikowało umowy z Watykanem. Zrobiła to Akcja Wyborcza Solidarność w styczniu 1998, czyli tuż na początku III kadencji Sejmu. To dopiero właśnie próba budowania szerokiej koalicji i scementowania społeczeństwa wokół przygotowanego przez Komisję Konstytucyjną Zgromadzenia Narodowego pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego projektu Konstytucji RP wymusiła na jego autorach zawarcie w nim obecnie obowiązującej – a w moim odczuciu błędnej – treści art. 25. ustawy zasadniczej. Problem z przepisem tym polega na jego wewnętrznej sprzeczności i swoistej alogiczności, wynikłej z faktu jednoczesnego wskazywania na równoprawność kościołów i związków wyznaniowych oraz zawarcia przepisów o umowie ze Stolicą Apostolską, sytuujących Kościół Katolicki w roli swoistego primus inter pares. 

 

Istotnie skorelowana została także polityka gospodarcza rządu. Wstrząs, którym dla społeczeństwa były reformy wynikające z Planu Balcerowicza, został złagodzony przez „Strategię dla Polski”, będącą strategią polityki makroekonomicznej opracowaną przez prof. Grzegorza Kołodkę. Twórcza aktywność Polaków w realiach swobody gospodarczej miała skutek w postaci skumulowanego wzrostu PKB w latach 1993-1997 na poziomie 24,6%, zmniejszeniem długu publicznego z 86% w 1993 do ok.50% w 1997 i spadkiem bezrobocia z 16,4% w chwili objęcia rządów przez SLD do 10,6% w momencie zakończenia kadencji. Niezależnie od tego, że rozwój gospodarki w tamtym czasie był naturalną korektą po latach długotrwałej recesji, a rynek – poturbowany na skutek likwidacji licznych zakładów przemysłowych – musiał zapełnić powstałą wcześniej niszę produkcyjną, rządom Kołodki w gospodarce można przypisać aksjologiczny kontekst egalitaryzmu i szeroko rozumianej sprawiedliwości społecznej. Sukcesy polityki gospodarczej skutkowały przyjęciem Polski do OECD i umocniło naszą pozycję wyjściową wobec partnerów w negocjacjach dotyczących integracji Rzeczypospolitej ze strukturami Wspólnot Europejskich.

 

Pamięć o tych faktach – zwłaszcza, gdy stanowi przyczynek do refleksji, krytycznego myślenia i twórczej dyskusji – jest fundamentem stosunku każdego bodaj ruchu politycznego wobec okresu polskiej transformacji. W sposób szczególny dotyczy to formacji, która na barkach swojej historii nosi znaczną część odpowiedzialności za sytuację Polski. Zarówno tej minionej – ludowej, jak i nowoczesnej III RP. Ocena wydarzeń podejmowanych z przeszłości jest reflektorem rozświetlającym mrok przyszłych działań. Krytyczny stosunek wobec własnych dokonań jest czynnikiem najmocniej determinującym kształt decyzji stojących przed klasą polityczną. To głównie dzięki analizie własnej przeszłości czerpiemy poglądy na przyszłość. Pielęgnowanie własnej historii jest nie tylko kanwą, na której oprzeć można swój „mit założycielski” (arcyważny w przypadku partii politycznych), ale przede wszystkim niemal nieograniczonym zbiorem emblematów. Tym bardziej, że pamięci o własnych dokonaniach nie odmawia się środowiskom postsolidarnościowym – 4 czerwca ’89 hucznie obchodzony jest co roku, nawet pomimo tego, że znaczna część błędów w polityce III RP została popełniona przez polityków związanych ze środowiskami opozycyjnymi, a tylko nieliczni (tacy jak Karol Modzelewski, Aleksander Małachowski, Jan Józef Lipski czy Zbigniew Bujak) z nich potrafili pozostać wiernym ideałom pierwszej Solidarności.

 

Budowanie tożsamości własnego ugrupowania nie powinno ograniczać się do postpolitycznego pompowania wydarzeń wyłącznie korzystnych. Wewnętrzna debata potrzebna jest w każdej partii. Z politologicznego punktu widzenia nie należy dziwić się Leszkowi Millerowi, że ów dąży do konsolidacji swoich szeregów. Byłemu premierowi zależy na tym, by ludzie, którzy kiedyś zaufali jego partii, odzyskali zaufanie do SLD. Intencje te są czytelne i zrozumiałe dla każdego, kto zna mechanizmy rządzące polityką. Zwłaszcza, że w polityka odbywa się na przecięciu aksjologii i relacji interpersonalnych, gdzie treść wyznawanych przez siebie poglądów jest równie ważna, co umiejętność dotarcia z nimi do wyborców. SLD zwyciężyło w 1993, a ów rezultat wyborczy tak był odczytywany przez redaktora naczelnego GW, Adama Michnika:

„Głosując na partie mające rodowód w epoce postkomunistycznej dyktatury odrzucono tożsamość ideową Trzeciej Rzeczypospolitej, na którą składały się antykomunizm, „solidarnościowy” rodowód, legitymizacja udzielana przez kościół. Ważne (…) by zrozumieć, że ten sposób myślenia o Polsce został w ostatnich wyborach powszechnie zakwestionowany”.

 

Redaktorka Gazety Wyborczej przypomina słowa Ewy Milewicz z 1993 mówiące o tym, że Sojuszowi Lewicy Demokratycznej wolno mniej. Być może wolno mało. Być może dobre demokracje to takie, w których próg odporności i akceptacji dla patologii w ugrupowaniach jest niski. Zarazem jednak elementarna trzeźwość oceny wskazuje na to, że innym podmiotom na scenie politycznej powinno być wolno równie niewiele. Zwłaszcza, że błędy Millera – nawet tak znaczące, jak wprowadzenie polskich wojsk do Iraku czy Afganistanu – wyglądają blado wobec pozostałej części klasy politycznej.

 

Nie uda się zbudować europejskiej demokracji bez równouprawnienia podmiotów w debacie publicznej. Spór między nimi może być rozstrzygany tylko na płaszczyźnie ideowej. Jedynym czynnikiem wyrzucającym określony byt polityczny poza nawias akceptacji może być łamanie przez nie reguł demokratycznych. W tym kontekście nieporównanie bliżej cienkiej czerwonej linii niż Leszek Miller jest Jarosław Kaczyński, który nie wahał się zaprzęgać służb specjalnych do tropienia politycznej konkurencji, ani nawet Donald Tusk, który bez zahamowań przeprowadził przez Sejm RP ustawę dotyczącą podwyższenia wieku emerytalnego, pomimo, że w kampanii wyborczej nie było o tym ani słowa. 

 

Wiarygodność szefa SLD była wielokrotnie wystawiana na próbę. Na tle pozostałej klasy politycznej to właśnie jednak jego rządy pozostawały w najściślejszej korelacji z deklaracjami przedwyborczymi. Rozstrzał w przypadku treści dokumentów programowych i sposobu kształtowania polityki w przypadku aktualnie rządzącej Platformy Obywatelskiej jest większy, niż w czasach, gdy rządził Sojusz Lewicy Demokratycznej. Inne są także reakcje mediów, gdy zestawimy przykładowo Aferę Rywina z Aferą Hazardową. Skutkiem tego mamy do czynienia z dziwnego rodzaju asymetrią zasięgu medialnej pamięci względem poszczególnych podmiotów na scenie politycznej. Pani redaktorko Nowakowska – mierzmy wszystkich równą miarą.

http://wyborcza.pl/1,75968,14636553,Leszek_Miller_koloruje_demoludy__czyli_sen_o_wladzy.html

Głośnym echem na forach internetowych i twitterze odbił się tekst prof. Magdaleny Środy, która wskazuje na to, że dla środowisk feministycznych Ruch Palikota jest jedyną alternatywą. „Na bezrybiu i rak ryba”, puentuje znana socjolożka. I wskazuje, że to właśnie Palikot – pomimo cynicznych gier względem Wandy Nowickiej – jest najmniejszym złem.

 

Zmiana nastrojów w stosunku do Ruchu Palikota może mieć u źródła chęć swoistego „resetu”, „nowego otwarcia” przed zapowiadaną na 6 października zmianę nazwy i formuły partii. Ciekaw jestem, co kongres ów zaprezentuje. W środku partii lubelskiego przedsiębiorcy zaczepione są wektory o podobnych kierunkach, ale przeciwnych zwrotach. Istniejące w ramach tego ugrupowania różnice przekraczają normę właściwą dla wewnętrznego pluralizmu. Obszarem szczególnym muszą być kwestie związane z polityką społeczno-gospodarczą. Postawy socjaldemokratyczne i progresywne (Anna Grodzka, Robert Biedroń) są nie do pogodzenia z poglądami skrajnie neoliberalnymi (Łukasz Gibała, Wincenty Elsner). Nie wiadomo, w którą z tych stron pójdzie Palikot.

 

Znamy różne oblicza lidera ruchu swojego imienia. Pamiętamy, gdy – niesłusznie potem wyśmiewany – głosił postulat, by państwo budowało fabryki. Pamiętamy też, gdy w sprawie podniesienia wieku emerytalnego dogadał się z Donaldem Tuskiem, i przeforsował to rozwiązanie w parlamencie. Wewnętrzne sprzeczności rozsadzają Ruch Palikota od środka, co nie pozwala wierzyć, że partia ta będzie w stanie odnosić sukcesy. Palikot wejdzie do następnego Sejmu tylko wtedy, gdy opracuje spójny program, a następnie jednoznacznie określi się, do kogo zamierza z tym programem dotrzeć. W tym momencie nie mam pojęcia, czy Palikotowi bliżej jest do Kongresu Nowej Prawicy, czy do Polskiej Partii Pracy.

 

W 2011 Palikot brał na listy wyborcze ludzi, którzy byli dość zamożni, by współfinansować kampanię. W czterdziestoosobowym klubie znalazły się osoby, których obecność w polskiej polityce jest przełomowa, a ich praca – wiele warta. Przykładem niech będą Anna Grodzka (kojarzona ze względu na tożsamość płciową, niesłusznie – bo jest atrakcyjna merytorycznie, zwłaszcza dzięki organizacji prac Parlamentarnego Zespołu Zrównoważonego Rozwoju Społecznego „Społeczeństwo Fair”) czy Robert Biedroń (aktywy w ramach Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy). Zmiana nazwy ugrupowania oznacza najprawdopodobniej także utratę subwencji budżetowej. Oznacza to, że wariant z 2011 może się powtórzyć. Palikot zachowuje się tak, jakby podtrzymać chciał choroby wieku dziecięcego. Istotnie – słaby, podzielony klub, to grupa którą łatwiej przeciw sobie rozgrywać i z tego punktu widzenia mocniejsza jest jurysdykcja Palikota nad politykami jego partii.

 

Sądzę, że w Polsce istnieje miejsce na partię liberalną. Rozczarowanie rządami Platformy Obywatelskiej dostarcza liczną bazę potencjalnych wyborców. To jedyne miejsce – wskazują na to także wypowiedzi prof. Hartmana, który popiera wprowadzenie odpłatności za naukę – w którym Palikot może próbować się rozpychać. Na lewicy tego miejsca nie ma. Nie tylko dlatego, że w siłę rośnie Sojusz Lewicy Demokratycznej, ale także dlatego, że Palikot, jako polityk wrażliwy społecznie (co jest tylko pewną ewentualnością), byłby po prostu niewiarygodny.

 

Unia Wolności może się odrodzić. W nieco innej formie, z mocniejszym akcentem na liberalizm kulturowy. Kwaśniewski, po wielu nieudanych próbach (Socjaldemokracja Polska, Lewica i Demokraci) najpewniej spełni swoje marzenie o byciu architektem centrowej, proeuropejsko zorientowanej formacji. Komentatorom, którzy już na ugrupowaniu Palikota postawili krzyżyk, pragnę przekazać, że prawdopodobnie informacje o jego śmierci są przedwczesne. Nie mniej tezy o roztrwonieniu kapitału początkowego nie są dalekie od rzeczywistości. Palikot nie odegra kluczowej roli w polskiej polityce w najbliższych latach, ale w wyborach (zwłaszcza do Parlamentu Europejskiego, gdzie frekwencja jest niska) może liczyć na przekroczenie progu wyborczego.