Archiwum kategorii: Społeczeństwo

5472518-praha-tk-cssd-sobotka_denik-380

Europejska socjaldemokracja stara się być w awangardzie zmian, a środkiem urzeczywistniającym wizję świata nowoczesnego jest niezmiennie sprawowanie demokratycznej władzy. Perspektywy zmiany widać nie tylko w krajach Europy Zachodniej (gdzie rządzi lewicowy prezydent, a SPD prawdopodobnie wejdzie do rządu), ale także w rodzimej części Starego Kontynentu. Jedną z jaskółek zapowiadających zmianę pogody dla lewicy w Europie jest zwycięstwo czeskiej socjaldemokracji w ostatnich wyborach parlamentarnych.

 

Czeska Partia Socjaldemokratyczna zdobyła 20,45 procent poparcia. Jej zwycięstwo w znacznej mierze ufundowane jest na gruncie spadającego zaufania do ODS, którego rządy zakończyły się wielkim skandalem korupcyjno-obyczajowym. W kampanii wyborczej CzPSD skupiła się na kwestiach związanych m.in. z polityką europejską. Jak trafnie zauważa lider zwycięskiego ugrupowania, w wyborach spora część Czechów odrzuciła tradycyjne partie i przekazała swój głos nowym, populistycznym formacjom. Najjaskrawszym przejawem tego faktu jest wynik wyborczy ANO, partii miliardera Andreja Babisa (związany z branżą chemiczną), którego przekaz polityczny opiera się na krytyce korupcji.

 

Przed partią Hannesa Swobody (lider frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim) stoją teraz istotne wyzwania. Do najważniejszych z nich należy nie tylko uporządkowanie sytuacji w państwie w sposób prowadzący do skutecznego zapobieżenia podobnym skandalom w przyszłości; możliwość sprawowania władzy zobowiązuje do realizowania lewicowego programu.

 

W tym kontekście z czeskim zwycięstwem socjaldemokracji wiązać należy nadzieję na widoczną i trwałą zmianę orientacji państwa czeskiego. Przez ostatnie lata na czeskiej scenie politycznej wiele było stwierdzeń eurosceptycznych, padających choćby z ust – i znajdujących potwierdzenie w działaniu choćby ówczesnego prezydenta, Vaclava Klausa – sojusznika Lecha Kaczyńskiego na arenie europejskiej.

 

Czescy wyborcy pozostali konsekwentni wobec wyborów prezydenckich i idąc za ciosem postawili na socjaldemokratów. Nowy premier nie będzie mógł więc narzekać na różnice aksjologiczne między nim a głową państwa, które mogłyby stanowić zarzewie konfliktu. Współpraca na linii najważniejszych ośrodków władzy przebiegać będzie zatem najpewniej w sposób sprawny i bezproblemowy.

 

Większym problemem może być skonstruowanie większości w parlamencie. Socjaldemokraci nie zamierzają wchodzić w koalicję ze skompromitowaną centroprawicą; wobec takiego rezultatu wyborów najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest chwilowy alias między z komunistami i ANO. Scenariuszem lansowanym w środowiskach partii socjaldemokratycznej jest rząd mniejszościowy, któremu wotum zaufania udzielić miałyby te dwie formacje.

mem05-349872

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie została odwołana w niedzielnym referendum. Zbyt niska frekwencja w głosowaniu skutkuje jego nieważnością. Sytuacja, którą stworzyły przepisy dotyczące referendum lokalnego jest nieco paranoiczna. Po pierwsze dlatego, że obywatel nie ma prawa zachowania bierności względem wyborów – nie pójście na referendum jest pewnego rodzaju aktem politycznej woli (formą zabrania stanowiska); wobec referendum nie można być obojętnym. Dziwne, zwłaszcza, że w żadnych innych głosowaniach w Polsce nie ma przymusu wyborczego, a w kontekście referendum decyzja o nieuczestniczeniu jest formą uczestnictwa skrajnie daleką od obojętności. Po drugie – wątpliwa jest tajność głosowania. Fakt, że pójście do referendum jest domyślnie aktem decyzji przeciwko obowiązującej władzy, powoduje łatwą weryfikowalność nazwisk osób, które zdecydują się zagłosować – co również stanowi czynnik antyfrekwencyjny. Po trzecie – przez wpływ danych dotyczących frekwencji na ewentualny dalszy przebieg głosowania nie można podawać informacji o tym, ile zostało wydanych kart wyborczych. Cisza jest zatem bardzo ścisła, znacznie mocniejsza niż w przypadku wyborów samorządowych, parlamentarnych czy prezydenckich.

Warszawskie referendum pokazało skupione jak w soczewce paradoksy ustawodawstwa, będącego w gruncie rzeczy wytworem antyobywatelskości. Władza, która dzięki rzeczonym ograniczeniom w demokracji może umacniać swoją pozycję i dawać odpór politycznym oponentom, powinna mieć zdolność do samoograniczenia. Jeżeli mieć jej nie będzie – trzeba będzie nam o tym pamiętać przy wyborach do Sejmu i Senatu – nim okopią się na swych pozycjach zbyt mocno.

O odwołaniu prezydenta, wójta, burmistrza miasta na prawach powiatu lub gminy decydować powinna nie skorelowana ilość głosów za odwołaniem z progiem frekwencji, ale po prostu – liczba osób, chcących usunięcia osoby ze stanowiska. Zważywszy na fakt, iż w przypadku osób kierujących strukturami samorządowymi mamy do czynienia z analogiczną metodą wyboru jak w przypadku ogólnokrajowych wyborów prezydenckich, ich mandat jest mocny i stanowi podstawę do trwania systemu zapewniającego niezwykle szerokie prerogatywy. Aby zostać prezydentem, wójtem, burmistrzem trzeba przekonać do siebie ponad połowę głosujących (jeżeli nie w pierwszej, to w drugiej turze wyborów). W obecnej sytuacji za właściwe należy stwierdzić, że o wiele bardziej efektywnym mechanizmem demokratycznym byłaby sytuacja, w której o odwołaniu decydowałaby przynajmniej taka sama liczba osób, która głosowała za danym kandydatem w wyborach.

Na tle wyborów i referendów w innych państwach Europy – zwłaszcza tam, gdzie demokracja jest trwałym, zastanym przez kolejne pokolenia wchodzące w dorosłe życie systemem – Polska pod względem aktywności obywatelskiej wypada wyjątkowo słabo. Polacy – często niechętni wobec polityki – nie lubią głosować. U podstaw takiego twierdzenia rzadko kiedy leży lenistwo; fakt ten bierze się raczej z przekonania o nieistotności własnych wyborów politycznych i braku ich wpływu na stan faktyczny. W skali całego państwa grupa ta stanowi większość. Polskie elity polityczne nie podejmują jednocześnie żadnych działań, by to zmienić. Fakt ów ma podstawy albo w partykularnym interesie danej partii, która – dzięki mocnej dyscyplinie elektoratu – osiąga wyższe wyniki (procentowe) gdy ogół głosujących jest niższy, albo też w chronicznej niezdolności do rozwiązywania problemów węzłowych. Pewne pomysły – jak głosowanie przez pełnomocnika – zostały już wprowadzone. Wciąż jednak nie możemy wziąć udziału w wyborach przez internet, zaś przepisy wprowadzające dwudniowe głosowanie zostały uznane przez Trybunał Konstytucyjny za sprzeczne z ustawą zasadniczą (bo ta mówi o zarządzeniu dniu wyborów, tj. nie zawiera liczby mnogiej – słowa „dni”).

Okazuje się, że lekarstwo na niską frekwencję może być mniej gorzkie, niż się wydaje. Najrozsądniejszym pomysłem jest chyba zniesienie ciszy wyborczej, która – w dobie social media (w tym w szczególności opanowanym przez osoby interesujące się polityką Twitterze) jest fikcją. W krajach o mocnych demokracjach – takich jak Stany Zjednoczone i Niemcy – okres zakazu agitacji politycznej nie występuje. Jak wynika ze wstępnych (twitterowych) zapowiedzi w polskim parlamencie z inicjatywą tą wyjdzie poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Dariusz Joński.

W 2010 Hanna Gronkiewicz-Waltz uzyskała 345 737 głosów. Debata publiczna wokół referendum warszawskiej pokazała ułomność obecnych przepisów. Gdyby dla odwołania prezydentki stolicy zgromadzić trzeba byłoby tyle samo przeciwników, co osób głosujących za jej kandydaturą w poprzednich wyborach samorządowych rezultat byłby podobny. Nie wiadomo, czy HGW zostałaby – jak w przypadku niedzielnego referendum – na swoim stanowisku. Do uznania niedzielnego referendum za ważne potrzebnych było 389 430 głosów, czyli więcej, niż uzyskała wiceszefowa Platformy Obywatelskiej. Ale przynajmniej udałoby się uniknąć skandalicznych wypowiedzi premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Szef rządu i głowa państwa zachęcający do bojkotu aktu obywatelskiej decyzji to najwyższy wyraz słabości polskiej demokracji. 

Podczas ostatnich wyborów samorządowych frekwencja wyborcza w Warszawie wyniosła 48,37%. Porównując to z liczbą osób domagających się odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz możemy stwierdzić, że o blisko połowę stopniała liczba wyborców będących zwolennikami Platformy Obywatelskiej. Ale – jak się okazało – nawet to nie wystarczy do tego, by wiceprzewodnicząca PO przestałą kierować warszawskim ratuszem. Oznacza to, że zwolennicy partii rządzącej – nawet przy mniejszej liczebności tej grupy niż w 2010 – posłuchali się szefa rządu i zostali w domach. Za odwołaniem głosowali też raczej „twardzi wyborcy” innych partii; wbrew intencjom Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej nie nastąpiło żadne „pospolite ruszenie”, nie zmobilizowano dostatecznej liczby wyborców – nawet pomimo szerokiej koalicji od Piotra Ikonowicza po Przemysława Wiplera. 

W istocie rzeczy odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi Prawo i Sprawiedliwość, o której skandalicznej akcji pisałem przed kilkunastoma dniami. To właśnie PiS – Jarosław Kaczyński i Piotr Gliński – zapewnili Hannie Gronkiewicz-Waltz pozostanie na stanowisku. Ich wypowiedzi o zatamowaniu ruchu lotniczego nad Ursynowem, zamknięciu Stadionu Narodowego na imprezy i ograniczeniu możliwości organizowania imprez masowych dały do zrozumienia wielu, że w przypadku odwołania prezydentki Warszawy wpadliby z deszczu pod rynnę. 

Więc jest klasycznie, po polsku. Fatalnie, ale stabilnie. Znów mamy mniejsze zło. Dziś – w nowym tygodniu – budzimy się w tym samym mieście z tymi samymi władzami. Można pytać, czy gra była warta świeczki – czy przypadkiem zamieszanie, które wokół Hanny Gronkiewicz-Waltz zostało wzniecone było potrzebne, skoro i tak pozostanie na stanowisku. Odpowiedź jest jednak twierdząca. Nie tylko dlatego, że dla osób analizujących scenę polityczną jest to wspaniały barometr nastrojów społecznych w Warszawie, ale także dlatego, że referendum tchnęło nowe życie w warszawski magistrat i jego szefową. Podziękować za to możemy Piotrowi Guziałowi, który okazał się obiecującym i charyzmatycznym liderem. Pytanie, czy kapitał polityczny, który zgromadził jako inicjator akcji referendalnej, potrafił będzie skutecznie wykorzystać.

Największym wygranym referendum jest chyba jednak ten, który od całej tej wrzawy starał się trzymać jak najdalej – Leszek Miller. Stojąc niejako w rozkroku między opozycją a koalicją mógł uspokoić swój elektorat (który mógłby mieć pretensje do władz swojej partii gdyby ta przyłożyła rękę do przejęcia władzy w stolicy przez Prawo i Sprawiedliwość – niechęć elektorat SLD do PiS jest bardzo wyraźna, a pamięć o wydarzeniach takich jak śmierć Barbary Blidy niezwykle żywa). Jednocześnie wiedział, że potencjalne zyski z odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz będą nikłe: koalicja, która związała się dla odwołania HGW jest nie tylko niemożliwa do odtworzenia w ratuszu, ale nie ma w niej miejsca dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A SLD wyszło z twarzą, bo w zamian za „chłodną obojętność” względem głosowania wytargowało konkretne ustalenia programowe z warszawską Platformą Obywatelską.

1381262_567607183288265_323215638_n

Z uwagą i zainteresowaniem oglądam kolejne wykręty satrapów Kościoła Katolickiego odnoszących się do fali pedofilii wśród hierarchów. Gdyby przekaz, który do mnie trafił, był zbudowany na podstawie wypowiedzi umiarkowanych i koncyliacyjnych księży, którzy występują w programach tzw. „telewizji mainstreamowych” byłbym gotów wierzyć w to, że są oni – jako wspólnota – rzeczywiście zdeterminowani do walki z tym problemem. Ale dywersyfikuję źródła wiedzy. Prócz TVN włączam TV Trwam, a prócz Wyborczej czytam Nasz Dziennik. A tam sprawa zyskuje kolorytu.

 

W wyrobieniu własnego zdania pomoce mogą być także słowa płynące z samej Konferencji Episkopatu Polski. Jak choćby te ostatnie, abp. Michalika, w których – mimo mglistych przeprosin – wyraźnie wybrzmiewa chęć zrzucenia odpowiedzialności za akty pedofilii na ofiary i ich otoczenie. Obraz, jaki się z tego wyłania, kształtuje się w następujący sposób: ofiary zbrodni seksualych są prowokujące i ponoszą pełną odpowiedzialność i winę za „wybryki sprawców”, dodatkowo sprowokowanych wysoką temperaturą powietrza na Dominikanie. Sprawiedliwość absurdu rodem z „Procesu” Kafki – to w końcu nie gwałciciel jest winny, tylko kobieta, która biegła po ciemku (cytat za Piotrem Guziałem, który wybrzmieć mógłby równie dobrze w ustach jednego z rodzimych dostojników kościoła).

 

Niepomni nauk papieża Franciszka decydenci wciąż nie dorośli do tego, by zmierzyć się z problemem. Wyzwolenia – zamiast w prawdzie – szukają w ucięciu tematów, krytykowaniu mediów za ogniskowanie społecznej uwagi na ten temat i generalnej kapitulacji; bo przecież gdy słyszymy, jak księża ustosunkowują się do sprawy pedofilii w kościele, to co rusz pada stwierdzenie, że wśród trenerów sportowych i nauczycieli wychowania fizycznego pedofili jest więcej. Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną do tej, w której włodarze Związku Radzieckiego ustosunkowywali się do zarzutów o łamanie praw człowieka mówiąc do Amerykanów: „A u Was biją murzynów”. 

 

Tani, schopnehauerowski chwyt. Kościół nie powinien uciekać od odpowiedzialności za czyny jego ludzi. Jego instytucjonalna odpowiedzialność jest tym większa, że autorytet związku wyznaniowego, podkreślony odpowiednimi emblematami (sutanna, sposób zwracania się do osób duchownych), jest czynnikiem najmocniej determinującym możliwość wystąpienia zbrodni seksualnych i hamującym możliwość skutecznego egzekwowania prawa względem księży-zboczeńców. Człowiek, które swoje życie poświęcić chce głoszeniu prawd wiary, i który prawdy te otrzymuje od swoich pryncypałów, powinien być także przezeń uformowany w sposób niebijący w elementarne zasady. Jeżeli to jest niemożliwe – a prawdopodobnie jest tak w tym przypadku, bo mamy do czynienia ze skomplikowanym schorzeniem psychicznym – to on (kościół) ponosi pełną odpowiedzialność za dopuszczenie lubi niedopuszczenie do duszpasterstwa, a więc też za czyny lokalnych zwierzchników.

 

Wierzę w to, że polskie państwo będzie silne, a sądy – w pełnym majestacie prawa – nie będą bały się orzekać zadośćuczynień. Powinny być one tym wyższe, im bardziej udowodniona jest wina przełożonych księdza dopuszczającego sie pedofilii, chcących zatuszować sprawę. Tylko jasna i klarowna polityka zera tolerancji dla przemocy (w tym przemocy seksualnej) może oczyścić sytuację.

 

Z dystansem podchodzę do słów niektórych polityków lewicy, domagających się odwołania z funkcji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Michalika. Domaganie się zmian i próba wywiwerania wpływu na kształt personalny specyficznego stowarzyszenia, jakim jest Kościół Katolicki, jest równie bezzasadna, co bezzasadne byłyby instrukcje KEP w sprawie głosowania w wyborach. Kwestie personalne katolicy muszą rozstrzygnąć wewnętrznie. Problem pedofilii to największy od lat test dla polskiego kościoła. Albo go zda – i wtedy utrzyma swe pozycje przynajmniej przez jakiś czas, albo obleje – a wówczas skłaniałbym się raczej ku wariantowi czeskiemu, gdzie chrześcijanie stanowią mniejszość.

 

Na zakończenie: piosenka taty. Nie jestem specjalnym zwolennikiem jego twórczości, ale tekst nadzwyczaj pasuje do poruszonego tematu.

kaja godek

Z dużą cierpliwością znoszę powracający jak bumerang rzucany przez polską prawicę temat praw reprodukcyjnych kobiet, a właściwie – postulatu całkowitego ich zniesienia. Co kilka, kilkanaście miesięcy konserwatywne środowiska w Polsce koncentrują – choćby na niewielką chwilę – uwagę opinii publicznej na temacie dopuszczalności możliwości przerywania ciąży. Na przykładzie tym widać – jak w soczewce – paradoks III RP. Kompromisowe rzekomo rozwiązania systemowe okazują się erodować. Tym bardziej, że druga – progresywna – strona nie bez słuszności rozwija swój sprzeciw. Kwestia aborcji zawsze była jedną tych, które najskuteczniej bipolaryzowały społeczeństwo po 1989, dlatego w jej rozpatrywaniu należy zawiesić partyjne barwy i podjąć rzeczową dyskusję.

 

Konstytucja RP stwierdza, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich jej obywateli. W myśl tej zasady prawo obowiązujące w państwie powinno być ustalane na podstawie względnie obiektywnych, racjonalnych reguł, wolnych od swądu kościelnego kadziła. Pomimo to wciąż znajdują się grupy, które dążą do zbudowania swoistej formy szariatu – państwa, w którym determinantą prawa są religijne fatamorgany natchnionych fantastów.

 

W wolnym, demokratycznym państwie nie można opierać ustaw o li tylko koncepcje filozoficzne i religijne, bo nawet, gdy te są właściwe grupom większościowym, wymagają wewnętrznego konsensu wszystkich części społeczeństwa. W kontekście praw reprodukcyjnych ma to tym większe znaczenie, że osób wyznających dany pogląd – katolików, lub w tym wypadku raczej katoliczek, których głos w tej debacie wybrzmiewa o wiele ciszej niż tubalne ryki biskupie – nikt nie będzie zmuszał do aborcji. Prawo do przerywania ciąży jest możliwością, nigdy zaś przymusem.

 

Nikt nie namawia kobiet do usuwania ciąży, ale – ponieważ zabiegi te są wykonywane – państwo powinno dołożyć starań, by przebiegały w warunkach niezagrażających życiu i zdrowiu kobiety. Fakt ten nie znalazł odzwierciedlenia w regułach prawa.

 

Trzeba nam pamiętać o tym, w jak złej kondycji obecnie znajdują się prawa kobiet. Zjawiska przemocy domowej i dzieciobójstwa wskazują, że kobieta często jest postawiona w roli „innej”, nieuprawnionej do pomocy, gdy potrzebne jest wsparcie ze strony rodziny i instytucji polityki społecznej. Skutkuje to zjawiskami o zbrodniczym wręcz wymiarze – zarówno gdy mowa o kobietach dopuszczających się zbrodni, jak i tych godzących się na poniżaniem w domu przez męża do partnera, jakoby uznając, że to jej się należy. Wciąż sprawy kobiet są traktowane jako kwestie domowe, intymne, wobec czego należałoby stwierdzić, że kobieta powinna być posłuszna i nie wyciągać swoich problemów na światło dzienne. Młodzi Polacy – a w sposób szczególny kobiety – nie są wyposażane w szkole w niezbędną wiedzę służącemu świadomemu rodzicielstwu. Ustawa kwotowa jest fragmentaryczna i niepełna; wciąż polska klasa polityczna nie jest gotowa na system suwakowy, który z powodzeniem obowiązuje w wielu państwach świata. A mimo wszystko kobietom odebrać chce się jeszcze więcej – nawet możliwość decydowania o własnym ciele.

jarkacz

PiS bawi się symbolami. Partia, która domaga się, by pamięć historyczną wznieść na piedestał, sama ją zniekształca. Jarosław Kaczyński jest konsekwentnym twórcą mitu. Zbudował sobie wierną, twardą i impregnowaną na argumenty grupę zwolenników teorii o zamachu w Smoleńsku. Podobny mechanizm ma miejsce w tym przypadku: tożsamość wyborców PiS Kaczyński chce wykuwać wokół historii. Bolesne to tym bardziej, że o ile w przypadku katastrofy Tu-154 zrozumieć można związek środowiska PiS z ofiarami tragedii, o tyle związek referendum warszawskiego z Powstaniem ’44 jest wysoce wątpliwy.

 

Nie twierdzę tak dlatego, że nie jestem zwolennikiem referendum. Jako świadomy obywatel pójdę do urny wyborczej i oddam swój głos. Każdy, kto ceni sobie demokrację – i udział członków społeczeństwa w tej najbardziej bezpośredniej jej formie – powinien włączyć się w święto demokracji, jakie odbędzie się 13 października w Warszawie. Nijak jednak ma się to do symboli Powstania Warszawskiego, które PiS pragnie zawłaszczyć i zdezawuować.

 

Warszawiacy są niezwykle podzieleni w ocenie Powstania z 1944 roku. Wielu z nich – i w tym także ja – twierdzi, że gdyby nie powstanie – zwłaszcza, że decyzja o jego wybuchu była podjęta bez geopolitycznego uzasadnienia – stolica byłaby dziś bardziej zasobna, ludna, bogatsza i piękniejsza. Jeszcze większa część mówi o tym, że hierarchia wartości, w której abstrakcyjna w gruncie rzeczy wartość ojczyzny stoi przed indywidualnym życiem. W dobie rozwoju humanistyki nie sposób jest się nie skłaniać ku tej drugiej postawie.

 

Tak śpiewa Maria Peszek w piosence „Sorry Polsko”:

gdyby była wojna/byłabym spokojna

nareszcie spokojna/wreszcie byłabym

nie musiałabym wybierać/ani myśleć jak tu zyć

tylko być/tylko być

po kanałach z karabinem/nie biegałabym

nie oddałabym ci polsko/ani jednej kropli krwi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/wybacz mi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/wybacz mi

 

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/wybacz mi

wystarczająco /przerażająco

jest żyć x2

 

płacę abonament/i za bilet płacę

chodzę na wybory/nie jeżdżę na gapę

tylko nie każ mi umierać/tylko nie każ nie każ mi

nie każ walczyć nie każ ginąć/nie chciej polsko mojej krwi

tylko nie każ mi wybierać/tylko nie każ, nie każ mi

nie każ walczyć/nie każ ginąć

nie chciej Polsko mojej krwi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/nie każ mi

sorry Polsko/sorry Polsko

sorry Polsko/nie każ mi

 

lepszy żywy obywatel

niż martwy bohater

logo_die-linke_530x168

Przeprowadzone na przełomie XX i XXI wieku reformy gospodarcze w Niemczech zdołały wzmocnić kondycję gospodarczą kraju przed zbliżającym się kryzysem, a ich koszty społeczne były – dzięki rozsądnej polityce tamtejszych władz, opartej na ponadpartyjnym konsensusie w strategicznych obszarach – relatywnie mniejsze, niż analogiczne zmiany w innych krajach Europy. Pomimo tego także wtedy fala społecznego niezadowolenia rozlała się po Republice Federalnej. Właśnie ten fakt leżał u podstawy powstania Die Linke. Partia ta – jako najbardziej lewicowy ruch w Bundestagu – od początku sprzeciwiała się cięciom w zasiłkach dla bezrobotnych i podniesieniu progu wieku emerytalnego do 67 lat. Temat sprawiedliwości społecznej znalazł się w centrum zainteresowań polityków i polityczek z Lewicy, skutkiem czego ich przesłanie – nie powinniście płacić za kryzys gospodarczy – dotarło do milionów. Było to tym łatwiejsze, że zarówno koalicja SPD i Zielonych, jak i sojusz SPD i konserwatywnego CSU zgadzały się na znaczące cięcia w wydatkach publicznych.

 

Lewe skrzydło niemieckiej polityki ma się dobrze, co zostaje w sposób szczególny wzmocnione przez stanowiska organizacji takich jak Niemieckie Zrzeszenie Związków Zawodowych, które wzywa swoich członków do działania na rzecz znaczącej zmiany w polityce. DBG potrafiło zmobilizować tysiące ludzi, by wyszli na ulice i zademonstrowali swój sprzeciw wobec neoliberalizmu. 

 

Czego domagają się członkowie i członkinie Die Linke? Szybki research materiałów programowych Lewicy nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z urzeczywistnioną w ramach demokracji parlamentarnej ideą socjalizmu demokratycznego.

„Die Linke jest po stronie pracowników jeśli chodzi o uznanie i dobrą pracę. Począwszy od ogólnokrajowej płacy minimalnej: 10 euro za godzinę. Chcemy skończyć z niskimi płacami, pracą tymczasową, nadużywaniem umów-zleceń” – analogiczny postulat na gruncie polskim proponowany jest przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych i Federację Młodych Socjaldemokratów (minimalnej płacy godzinowej) oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej (walka z umowami śmieciowymi).

„Chcemy znieść ten system i przedstawić koncepcję minimalnego zabezpieczenia, gdzie nikt nie będzie miał dochodu poniżej 1 050 euro.” – nawiązuje się do myśli o idei minimalnego dochodu gwarantowanego, którą w Polsce podnosi Ryszard Kalisz i Stowarzyszenie Dom Wszystkich Polska.

„Emerytura musi zabezpieczyć odpowiedni standard życia. Proponujemy, aby podnieść poziom emerytalny ponownie do 53 procent” – i w dalszej części proponowane jest coś na kształt emerytury obywatelskiej. W Polsce te hasła pojawiają w dyskusji wewnętrznej w ramach Ruchu Palikota – ramy takiej propozycji nakreśla m.in. Anna Grodzka w ramach Parlamentarnego Zespołu Zrównoważonego Rozwoju Społecznego Społeczeństwo Fair.

„Wysokie dochody powinny być opodatkowane w wysokości 53 proc., tak jak w czasach Hemutha Kohla” – propozycje zmiany stawek podatku dochodowego od osób fizycznych PIT zgłosił w tej kadencji Sejmu Klub Poselski Sojuszu Lewicy Demokratycznej, domagając się przywrócenia trzeciej, zlikwidowanej przez rząd PiS stawki (40 proc.). W obecnej sytuacji celowym byłoby domaganie się przez polską klasę polityczną jeszcze bardziej wzmocnionej progresji podatkowej; w moim odczuciu nie powinno się wyłączać nawet postulat stawki 50 proc.

„Podatek od transakcji finansowych powinien być już dawno wprowadzony” – w Polsce ustawę w tym zakresie zgłosił Sojusz Lewicy Demokratycznej, projekt odrzucono.

 

Nie ulega wątpliwości, że Die Linke, jako młodsza, lewicowa siostra SPD zasługuje na uwagę. Zwłaszcza, że zbudowany przez Lewicę program jest bliższy socjaldemokratycznym ideałom, aniżeli SPD, mające w swojej historii uwikłanie w przekształcenia gospodarcze o neoliberalnym charakterze. Ocena postaw i poglądów partii Katji Kipping i Bernda Riexingera powinna być nauką dla polskich partii politycznych chcących być wiarygodnymi w odwoływaniu się do lewicowych idei.

 

Gdybym – mając prawo wybierania do Bundestagu – szedł dziś do wyborów, to właśnie Die Linke mogłoby liczyć na mój głos.