Archiwa tagu: Gazeta Wyborcza

1381262_567607183288265_323215638_n

Z uwagą i zainteresowaniem oglądam kolejne wykręty satrapów Kościoła Katolickiego odnoszących się do fali pedofilii wśród hierarchów. Gdyby przekaz, który do mnie trafił, był zbudowany na podstawie wypowiedzi umiarkowanych i koncyliacyjnych księży, którzy występują w programach tzw. „telewizji mainstreamowych” byłbym gotów wierzyć w to, że są oni – jako wspólnota – rzeczywiście zdeterminowani do walki z tym problemem. Ale dywersyfikuję źródła wiedzy. Prócz TVN włączam TV Trwam, a prócz Wyborczej czytam Nasz Dziennik. A tam sprawa zyskuje kolorytu.

 

W wyrobieniu własnego zdania pomoce mogą być także słowa płynące z samej Konferencji Episkopatu Polski. Jak choćby te ostatnie, abp. Michalika, w których – mimo mglistych przeprosin – wyraźnie wybrzmiewa chęć zrzucenia odpowiedzialności za akty pedofilii na ofiary i ich otoczenie. Obraz, jaki się z tego wyłania, kształtuje się w następujący sposób: ofiary zbrodni seksualych są prowokujące i ponoszą pełną odpowiedzialność i winę za „wybryki sprawców”, dodatkowo sprowokowanych wysoką temperaturą powietrza na Dominikanie. Sprawiedliwość absurdu rodem z „Procesu” Kafki – to w końcu nie gwałciciel jest winny, tylko kobieta, która biegła po ciemku (cytat za Piotrem Guziałem, który wybrzmieć mógłby równie dobrze w ustach jednego z rodzimych dostojników kościoła).

 

Niepomni nauk papieża Franciszka decydenci wciąż nie dorośli do tego, by zmierzyć się z problemem. Wyzwolenia – zamiast w prawdzie – szukają w ucięciu tematów, krytykowaniu mediów za ogniskowanie społecznej uwagi na ten temat i generalnej kapitulacji; bo przecież gdy słyszymy, jak księża ustosunkowują się do sprawy pedofilii w kościele, to co rusz pada stwierdzenie, że wśród trenerów sportowych i nauczycieli wychowania fizycznego pedofili jest więcej. Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną do tej, w której włodarze Związku Radzieckiego ustosunkowywali się do zarzutów o łamanie praw człowieka mówiąc do Amerykanów: „A u Was biją murzynów”. 

 

Tani, schopnehauerowski chwyt. Kościół nie powinien uciekać od odpowiedzialności za czyny jego ludzi. Jego instytucjonalna odpowiedzialność jest tym większa, że autorytet związku wyznaniowego, podkreślony odpowiednimi emblematami (sutanna, sposób zwracania się do osób duchownych), jest czynnikiem najmocniej determinującym możliwość wystąpienia zbrodni seksualnych i hamującym możliwość skutecznego egzekwowania prawa względem księży-zboczeńców. Człowiek, które swoje życie poświęcić chce głoszeniu prawd wiary, i który prawdy te otrzymuje od swoich pryncypałów, powinien być także przezeń uformowany w sposób niebijący w elementarne zasady. Jeżeli to jest niemożliwe – a prawdopodobnie jest tak w tym przypadku, bo mamy do czynienia ze skomplikowanym schorzeniem psychicznym – to on (kościół) ponosi pełną odpowiedzialność za dopuszczenie lubi niedopuszczenie do duszpasterstwa, a więc też za czyny lokalnych zwierzchników.

 

Wierzę w to, że polskie państwo będzie silne, a sądy – w pełnym majestacie prawa – nie będą bały się orzekać zadośćuczynień. Powinny być one tym wyższe, im bardziej udowodniona jest wina przełożonych księdza dopuszczającego sie pedofilii, chcących zatuszować sprawę. Tylko jasna i klarowna polityka zera tolerancji dla przemocy (w tym przemocy seksualnej) może oczyścić sytuację.

 

Z dystansem podchodzę do słów niektórych polityków lewicy, domagających się odwołania z funkcji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Michalika. Domaganie się zmian i próba wywiwerania wpływu na kształt personalny specyficznego stowarzyszenia, jakim jest Kościół Katolicki, jest równie bezzasadna, co bezzasadne byłyby instrukcje KEP w sprawie głosowania w wyborach. Kwestie personalne katolicy muszą rozstrzygnąć wewnętrznie. Problem pedofilii to największy od lat test dla polskiego kościoła. Albo go zda – i wtedy utrzyma swe pozycje przynajmniej przez jakiś czas, albo obleje – a wówczas skłaniałbym się raczej ku wariantowi czeskiemu, gdzie chrześcijanie stanowią mniejszość.

 

Na zakończenie: piosenka taty. Nie jestem specjalnym zwolennikiem jego twórczości, ale tekst nadzwyczaj pasuje do poruszonego tematu.

pastusiak

Agata Nowakowska w Gazecie Wyborczej (18.09.2013) pyta, czy można poważnie traktować partię, która żyje snem o potędze sprzed dwudziestu lat. Kwestia pojawia się w odniesieniu do wczorajszego panelu dyskusyjnego dotyczącego wyborów parlamentarnych z 1993, które zwyciężył Sojusz Lewicy Demokratycznej. Uwadze redaktorki z Czerskiej umyka fakt, że wydarzenie to nie miało wyłącznie charakteru sentymentalnego wspomnienia o zamierzchłych sukcesach, a organizatorzy spotkania postarali się o naukowy background konferencji, który pozwolił na przeprowadzenie pogłębionej analizy politologicznej. Głos zabierali m.in. prof. Jacek Raciborski (kierownik Zakładu Socjologii Polityki Instytutu Socjologii UW) oraz prof. Jerzy Wiatr (rektor Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji). Powierzchowność środowisk kształtujących opinię publiczną zdaje się jednak nie zauważać wagi tych wyborów i ich znaczenia dla późniejszego kształtu polskiej transformacji ustrojowej.

 

W wielu momentach II kadencja Sejmu RP była przełomowa. Dotyczy to w sposób znaczący kwestii legitymizacji przywilejów Kościoła Katolickiego w III RP. Warto pamiętać o tym, że konkordat podpisany został przez rząd Hanny Suchockiej już po uzyskaniu wotum nieufności, a więc bez mandatu społecznego, łamiąc tym samym utarty zwyczaj niepodejmowania wiążących umów międzynarodowych przez przedstawicieli władzy odchodzących ze stanowiska. Pomimo bardziej konserwatywnego kulturowo społeczeństwa w tamtym czasie i nastojów prokatolickich motywowanych ogromną popularnością Jana Pawła II, SLD nie ratyfikowało umowy z Watykanem. Zrobiła to Akcja Wyborcza Solidarność w styczniu 1998, czyli tuż na początku III kadencji Sejmu. To dopiero właśnie próba budowania szerokiej koalicji i scementowania społeczeństwa wokół przygotowanego przez Komisję Konstytucyjną Zgromadzenia Narodowego pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego projektu Konstytucji RP wymusiła na jego autorach zawarcie w nim obecnie obowiązującej – a w moim odczuciu błędnej – treści art. 25. ustawy zasadniczej. Problem z przepisem tym polega na jego wewnętrznej sprzeczności i swoistej alogiczności, wynikłej z faktu jednoczesnego wskazywania na równoprawność kościołów i związków wyznaniowych oraz zawarcia przepisów o umowie ze Stolicą Apostolską, sytuujących Kościół Katolicki w roli swoistego primus inter pares. 

 

Istotnie skorelowana została także polityka gospodarcza rządu. Wstrząs, którym dla społeczeństwa były reformy wynikające z Planu Balcerowicza, został złagodzony przez „Strategię dla Polski”, będącą strategią polityki makroekonomicznej opracowaną przez prof. Grzegorza Kołodkę. Twórcza aktywność Polaków w realiach swobody gospodarczej miała skutek w postaci skumulowanego wzrostu PKB w latach 1993-1997 na poziomie 24,6%, zmniejszeniem długu publicznego z 86% w 1993 do ok.50% w 1997 i spadkiem bezrobocia z 16,4% w chwili objęcia rządów przez SLD do 10,6% w momencie zakończenia kadencji. Niezależnie od tego, że rozwój gospodarki w tamtym czasie był naturalną korektą po latach długotrwałej recesji, a rynek – poturbowany na skutek likwidacji licznych zakładów przemysłowych – musiał zapełnić powstałą wcześniej niszę produkcyjną, rządom Kołodki w gospodarce można przypisać aksjologiczny kontekst egalitaryzmu i szeroko rozumianej sprawiedliwości społecznej. Sukcesy polityki gospodarczej skutkowały przyjęciem Polski do OECD i umocniło naszą pozycję wyjściową wobec partnerów w negocjacjach dotyczących integracji Rzeczypospolitej ze strukturami Wspólnot Europejskich.

 

Pamięć o tych faktach – zwłaszcza, gdy stanowi przyczynek do refleksji, krytycznego myślenia i twórczej dyskusji – jest fundamentem stosunku każdego bodaj ruchu politycznego wobec okresu polskiej transformacji. W sposób szczególny dotyczy to formacji, która na barkach swojej historii nosi znaczną część odpowiedzialności za sytuację Polski. Zarówno tej minionej – ludowej, jak i nowoczesnej III RP. Ocena wydarzeń podejmowanych z przeszłości jest reflektorem rozświetlającym mrok przyszłych działań. Krytyczny stosunek wobec własnych dokonań jest czynnikiem najmocniej determinującym kształt decyzji stojących przed klasą polityczną. To głównie dzięki analizie własnej przeszłości czerpiemy poglądy na przyszłość. Pielęgnowanie własnej historii jest nie tylko kanwą, na której oprzeć można swój „mit założycielski” (arcyważny w przypadku partii politycznych), ale przede wszystkim niemal nieograniczonym zbiorem emblematów. Tym bardziej, że pamięci o własnych dokonaniach nie odmawia się środowiskom postsolidarnościowym – 4 czerwca ’89 hucznie obchodzony jest co roku, nawet pomimo tego, że znaczna część błędów w polityce III RP została popełniona przez polityków związanych ze środowiskami opozycyjnymi, a tylko nieliczni (tacy jak Karol Modzelewski, Aleksander Małachowski, Jan Józef Lipski czy Zbigniew Bujak) z nich potrafili pozostać wiernym ideałom pierwszej Solidarności.

 

Budowanie tożsamości własnego ugrupowania nie powinno ograniczać się do postpolitycznego pompowania wydarzeń wyłącznie korzystnych. Wewnętrzna debata potrzebna jest w każdej partii. Z politologicznego punktu widzenia nie należy dziwić się Leszkowi Millerowi, że ów dąży do konsolidacji swoich szeregów. Byłemu premierowi zależy na tym, by ludzie, którzy kiedyś zaufali jego partii, odzyskali zaufanie do SLD. Intencje te są czytelne i zrozumiałe dla każdego, kto zna mechanizmy rządzące polityką. Zwłaszcza, że w polityka odbywa się na przecięciu aksjologii i relacji interpersonalnych, gdzie treść wyznawanych przez siebie poglądów jest równie ważna, co umiejętność dotarcia z nimi do wyborców. SLD zwyciężyło w 1993, a ów rezultat wyborczy tak był odczytywany przez redaktora naczelnego GW, Adama Michnika:

„Głosując na partie mające rodowód w epoce postkomunistycznej dyktatury odrzucono tożsamość ideową Trzeciej Rzeczypospolitej, na którą składały się antykomunizm, „solidarnościowy” rodowód, legitymizacja udzielana przez kościół. Ważne (…) by zrozumieć, że ten sposób myślenia o Polsce został w ostatnich wyborach powszechnie zakwestionowany”.

 

Redaktorka Gazety Wyborczej przypomina słowa Ewy Milewicz z 1993 mówiące o tym, że Sojuszowi Lewicy Demokratycznej wolno mniej. Być może wolno mało. Być może dobre demokracje to takie, w których próg odporności i akceptacji dla patologii w ugrupowaniach jest niski. Zarazem jednak elementarna trzeźwość oceny wskazuje na to, że innym podmiotom na scenie politycznej powinno być wolno równie niewiele. Zwłaszcza, że błędy Millera – nawet tak znaczące, jak wprowadzenie polskich wojsk do Iraku czy Afganistanu – wyglądają blado wobec pozostałej części klasy politycznej.

 

Nie uda się zbudować europejskiej demokracji bez równouprawnienia podmiotów w debacie publicznej. Spór między nimi może być rozstrzygany tylko na płaszczyźnie ideowej. Jedynym czynnikiem wyrzucającym określony byt polityczny poza nawias akceptacji może być łamanie przez nie reguł demokratycznych. W tym kontekście nieporównanie bliżej cienkiej czerwonej linii niż Leszek Miller jest Jarosław Kaczyński, który nie wahał się zaprzęgać służb specjalnych do tropienia politycznej konkurencji, ani nawet Donald Tusk, który bez zahamowań przeprowadził przez Sejm RP ustawę dotyczącą podwyższenia wieku emerytalnego, pomimo, że w kampanii wyborczej nie było o tym ani słowa. 

 

Wiarygodność szefa SLD była wielokrotnie wystawiana na próbę. Na tle pozostałej klasy politycznej to właśnie jednak jego rządy pozostawały w najściślejszej korelacji z deklaracjami przedwyborczymi. Rozstrzał w przypadku treści dokumentów programowych i sposobu kształtowania polityki w przypadku aktualnie rządzącej Platformy Obywatelskiej jest większy, niż w czasach, gdy rządził Sojusz Lewicy Demokratycznej. Inne są także reakcje mediów, gdy zestawimy przykładowo Aferę Rywina z Aferą Hazardową. Skutkiem tego mamy do czynienia z dziwnego rodzaju asymetrią zasięgu medialnej pamięci względem poszczególnych podmiotów na scenie politycznej. Pani redaktorko Nowakowska – mierzmy wszystkich równą miarą.

http://wyborcza.pl/1,75968,14636553,Leszek_Miller_koloruje_demoludy__czyli_sen_o_wladzy.html