Archiwa tagu: SLD

1314pPremier_Donald_Tusk_86385l_large_4_large_2_large_2-large

Słyszalny w ustach niektórych publicystów i komentatorów życia politycznego zachwyt nad „świeżością”, którą w drugi gabinet Tuska miała tchnąć rekonstrukcja, jest ewidentnie na wyrost. Nie mamy bowiem do czynienia z żadną realnie nową siłą, nie jest to przecież nowy rząd. Środowiska znajdujące reprezentację w najwyższych władzach w państwie mogą być spokojne o swą pozycję – zmieniły się bowiem konkretne jednostki, ale pryncypia władzy pozostały niezmienne. W tym kontekście wielokrotnie ważniejszy od zmian na poszczególnych stanowiskach byłby realny zwrot programowy, bez którego dokonania premier zapomnieć może o kolejnej kadencji. Wyjątkowa trwałość władzy Platformy Obywatelskiej zdaje się być swoistą mgłą, przez którą szef tej partii zdaje się nie zauważać, że owo „trzecie expose”, które wygłosić ma na sobotniej Konwencji Krajowej PO, może być jego ostatnim.

 

Polityka otaczania się „zderzakami” poniosła fiasko, ale niepomny tych nauk Donald Tusk zdecydował się na nominacje ministerialne przeprowadzone w oderwaniu od realnej filozofii sprawowania władzy, zredukowane do aspektów niemal wyłącznie estetycznych. Młodość nowych ministrów nie jest programowym zwrotem ku polityce bardziej krytycznej, dynamicznej i nowoczesnej. Przeciwnie – wydawałoby się, że wśród nowych członków rządu nikt nie aspiruje do kreowania nowej narracji. Nowo powołani członkowie rządu pozbawieni są zaplecza politycznego (wyjątkiem jest jedynie nowy szef resortu sportu, Andrzej Biernat), i – w większości przypadków – doświadczenia w sprawowaniu ważnych funkcji publicznych.

 

Słabość przywództwa szefa rządu objawia się najjaskrawiej w obszarze doboru współpracowników. Silny premier budowałby swoją pozycję w oparciu o mocne nazwiska. Tak było zarówno w przypadku ekipy Leszka Millera (z udziałem Cimoszewicza, Hausnera, Belki, Kołodki, Danuty Hubner czy Jerzego Szmajdzińskiego), jak również – może w nieco mniejszym stopniu – Jarosława Kaczyńskiego (Gilowska, Dorn, Gęsicka – osobowości niemożliwe do zastąpienia w obecnej strukturze Prawa i Sprawiedliwości). W chwili obecnej próżno szukać podobnych gwiazd. Donald Tusk postawił na mało znanych (Szczurek, Trzaskowski), pozbawionych doświadczenia w pracy administracyjnej (Kolarska-Bobińska), czy też zwyczajnie pozbawionych politycznej samodzielności (Kluzik-Rostkowska, Grabowski). Przy okazji stanowiska pozbawił Michała Boniego, który bodaj jako jedyny w tym rządzie formułować umiał względnie skonkretyzowaną wizję państwa wykraczającą poza horyzont najbliższych wyborów.

 

Wydarzenia wokół rekonstrukcji dowodzą nie tylko braku marketingowej skuteczności ekipy sprawującej władzę, ale – przede wszystkim – braku pomysłu na dalsze pełnienie swoich funkcji. Próba swoistego odświeżenia zużytej już władzy spełznie na niczym, bo filozofia konstruowania dyskursu politycznego przez to towarzystwo jest już zwyczajnie niewystarczająca i niedostosowana do dzisiejszych potrzeb.

 

Źródła ideowe Platformy Obywatelskiej są rozmyte, władza sprawowana jest w sposób bezprogramowy; w istocie rzeczy sposób funkcjonowania polskiej polityki przypomina rządy partyjnych technokratów. Dowodem na to są nie tylko wątpliwe etycznie możliwości, które partia roztacza przed wiernymi jej ludźmi (najlepszym przykładem niech będzie sytuacja na Dolnym Śląsku), ale także pogłębiający się deficyt wartości. Wysuwająca się z programu wyborczego PO z wyborów parlamentarnych w 2011 roku formuła Nowego Centrum jest w istocie rzeczy najbliższa ideologicznie formacji intelektualnej, którą na polskim gruncie reprezentował w latach 2001-2005 Leszek Miller. Błędem byłoby jednak przepisywanie szczególnej płodności intelektualnej wspomnianym wcześniej politykom. Ich programowość była odtwórcza w tym sensie, iż podobny sposób działania wynikał z myśli Anthonego Giddensa i Tonnego Blaira, odpowiedzialnych za sformułowanie koncepcji „Trzeciej Drogi”.

 

Fakty, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich tygodni pokazują, że duopol Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości jest coraz bardziej kruchy. Zdarzenia, które miały miejsce w Warszawie w dniu Święta Niepodległości, pokazują, że układ dwóch, trzymających się w klinczu ugrupowań jest coraz bardziej kruchy. Przestrzeń między „Polską posmoleńską” i „lemingami” nie jest w stanie urosnąć do rozmiarów mogących wchłonąć poglądy wszystkich obywateli, co skrzętnie konsumują decydenci Ruchu Narodowego. W dłuższej perspektywie podobna zdolność do polaryzacji, której szczyt przypadł na wybory parlamentarne w 2011 roku, może się nie powtórzyć. Konflikt polityczny w Polsce trwa realnie pomiędzy tymi, którzy podpalają tęczę na Placu Zbawiciela, a tymi, którzy zostają w domach.

 

Jeżeli „nowe otwarcie” premiera Tuska ma przynieść jakikolwiek efekt, nie może być skoncentrowane na powszechnie akceptowalnych, łatwych i przyjemnych hasłach. W obecnej sytuacji to Platformie Obywatelskiej powinno jak najbardziej zależeć na tym, by w Polsce wyklarował się twórczy konflikt, zogniskowany nie wokół postpolitycznych wydmuszek, ale wokół realnych problemów. Część młodych wyborców nie pamięta przecież rządów PiS, więc jeśli Tusk chce straszyć Kaczyńskim, to będzie mógł robić to realnie mówiąc – przykładowo – o tym, że jego poprzednik domaga się wprowadzenia do Konstytucji RP zapisu ustanawiającego Polskę państwem wyznaniowym i przeciwstawiając tym dążeniom konkretną alternatywę. Jeżeli zaś odpowiedzią partii rządzącej na program największego ugrupowania opozycyjnego będzie ślepa krytyka pozbawiona własnych diagnoz i recept, wówczas pod znakiem zapytania stanie nie tylko trzecia kadencja obecnego szefa rządu, ale w ogóle przekroczenie przez PO poziomu klauzuli zaporowej na poziomie 5 proc.

wieczor sld

Świat sztuki, mediów i szeroko rozumianej kultury z coraz większa atencją pochyla się nad ideami doktrynalnie lewicowymi. Główny nurt życia publicznego Europy i Polski bez poważniejszych zastrzeżeń widzi słuszność obrony wartości takich jak ochrona granic wolności i swobód obywatelskich, a kulturowa płodność znienawidzonych przez prawicę umysłów stanowi najlepsze potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Z trudem zdobywana przez polskie społeczeństwo europejska progresywność, wyrażana chociażby coraz mocniejszym stopniem ukonstytuowania poprawności politycznej, tworzy dobry grunt do oparcia się o oświeceniowe wartości wolności, równości i solidarności. Mimo to sytuacja współczesnej lewicy instytucjonalnej, czy to na skutek niedostatków organizacyjnych, czy tez uszczuplenia zasobu osób o lewicowym światopoglądzie gotowych do stricte partyjnej działalności, cierpi na chroniczną nieudolność.

 

Od 2001 roku rezultaty wyborcze ugrupowań lewicowych w Polsce, poprzez niemożność osiągnięcia zdrowej, europejskiej równowagi poparcia nurtów lewicy i prawicy, znacznie wydłużają dystans potrzebny do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. I choć konserwatywne otoczenie nie sprzyja lewicowej aktywności, to wyniki wyborcze lat 90-tych pozwalają domniemywać, iż istnieje w Polsce spora grupa wyborców gotowych poprzeć model państwa opiekuńczego i neutralnego światopoglądowo, których głosy pozwoliłyby na otarcie się o możliwość samodzielnego rządzenia.

 

Przyczyną obecnego stanu rzeczy jest jednak przede wszystkim postępująca demobilizacja wyborców, której źródła należy upatrywać w niefrasobliwości lewicowych pryncypałów. Działania kierownictwa instytucjonalnej lewicy, często chybione – jak choćby pakt gospodarczy SLD z Bussines Center Club i współpraca z prof. Gomułką w charakterze eksperta gospodarczego SLD – dowodziły braku pewności w wyznawanej przez siebie wiary w sensowność socjaldemokratycznej drogi. Popełnione błędy nie są jednak nie do naprawienia, zaś fakt wejścia w wiek wyborczy pokolenia osób urodzonych po 1989 roku pozwala twierdzić, ze zapotrzebowanie na silne, lewicowe ugrupowanie zbudowane na kanwie istniejących już struktur, będzie rosło. Młodzi ludzie są nie tylko bardziej wolnościowi w zakresie spraw obyczajowych, ale także – ze względu na fakt, iż często dotknięci są problemem bezrobocia lub zatrudnienia na umowy śmieciowe – skłonni są zaakceptować model państwa opartego o doktrynę walfere state, w którym obciążenia podatkowe są wyższe. Jednocyfrowy wynik SLD w ostatnich wyborach parlamentarnych to najlepszy bodziec do tego, by obecne rozdrobienie lewicowych wyborców stało się twórczym przyczynkiem do metamorfozy na polskiej scenie politycznej. Zdarzenie to należy zapamiętać jako lekcję przypominającą o braku sensowności w działaniach sprowadzających się do oddalania od lewicowego rdzenia.

 

Jako człowiek przywiązany do europejskich wartości i skandynawskiego modelu państwa nie widzę powodów, by zwijać sztandary; przeciwnie: słabe wyniki są najmocniejszą determinantą do tego, by uszyć partie na miarę marzeń milionów młodych Polaków, która, nie bojącej się ubiegać o interesy grup uciskanych (pracowników przemysłowych, mieszkańców Polski B, mniejszości seksualne czy osoby zdystansowane wobec bogoojczyźnianej martyrologii). Potrzebny jest nowy garnitur lewicy; bez zaciskania pasa, zaś na miarę naszych marzeń i ambicji. I wierze, ze dzięki chwalebnej roli lewicy w ostatnim dwudziestoleciu, nie wolnej od błędów, lecz potwierdzonej uczestnictwem w dziejowych wydarzeniach (jak akcesja do UE czy wzorowy niemal sposób transformacji ustrojowej), możliwe jest to w obecnym porządku partyjnym. Kolejne głosowania Sejmowe i propozycje ustaw zgłaszane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dowodzą, iż lekcja ta została odrobiona. SLD nie boi się mówić o potrzebie ustanowienia antyspekulacyjnego podatku od transakcji kapitałowych, poniesieniu minimalnego wynagrodzenia za pracę, przywrócenia trzeciej stawki podatku PIT czy nowelizacji ustawy o świadczeniach socjalnych. I w ten sposób nabywa wiarygodności, zwłaszcza, że nikt, prócz SLD, nie może na scenie politycznej póki co aspirować do miana partii lewicowej: wystarczy zajrzeć w statystyki sejmowych głosowań. Sojusz to socjaldemokratyczny projekt przyszłości, choć do miana „partii lewicowych marzeń” musi jeszcze dorosnąć.