Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

Tegoroczne wybory przypominają taktykę żabich skoków. PiS odbija małe, stosunkowo nieważne lub po prostu utrzymuje swoje przyczółki. Na koniec idzie po potężną Warszawę. Najpierw trzeba jednak odwołać złą prezydent. Złą, bo z PO. Ten z PiS to już oczywiście legenda.

Warszawa przed erą Gronkiewicz-Waltz była krainą mlekiem i miodem płynąca. Przyszła Hania – stolica wygląda jak po drugim Powstaniu. Takie wrażenie można odnieść po wypowiedziach polityków PiS. Również tych, którzy z Warszawy nie pochodzą, nie mieszkają, a wcześniej bywali tam co najwyżej na szkolnych wycieczkach.

Z kolej poprzednik posiadł niemal cechy bohatera bylin. Łukasz Warzecha przekonywał na Twitterze, że za Lecha Kaczyńskiego zima nie zaskakiwała drogowców. System przedwojennej kanalizacji też jakby lepiej odprowadzał wodę po ulewach, a korków najstarsi Warszawiacy nawet nie pamiętają. Media spod znaku niepokornych i “niezależnych” Lecha Kaczyńskiego porównują do bohaterskiego prezydenta Starzyńskiego. Tak robi właśnie w najnowszym “wSieci” jeden z felietonistów. Kaczyński stolicą rządził tylko 3 lata. Zrobił więcej niż Bufetowa przez 7. Zasługuje na pomnik, reprezentacyjną ulicę, stadion swojego imienia… Mityzacja raz za razem przekracza kolejny Rubikon. Dla samego bohatera niedźwiedzia przysługa.

Jedno mnie w tym wszystkim ciekawi. W wyborach 2002 Kaczyński prezydenturę stolicy zdobył prawie w I turze (49,5%). W drugiej wygrał z Balickim procentowym stosunkiem głosów 70:30. Takim zaufaniem cieszył się na początku kadencji. Trzy lata później w wyborach prezydenckich w samej Warszawie jej prezydent w obu turach był dla Donalda Tuska już tylko tłem:

http://prezydent2005.pkw.gov.pl/PZT1/PL/WYN/W/146501.htm

http://prezydent2005.pkw.gov.pl/PZT/PL/WYN/W/146501.htm

Jeżeli dobrze kojarzę, Tuska nigdy przedtem na stołecznych listach wyborczych nie było. W 2005 tuż po wygranych wyborach parlamentarnych PiS było na fali. Na mityczny przemysł pogardy też trudno się powołać. Fakt – trzeba odróżnić specyfikę wyborów ogólnopolskich od lokalnych, choć wyborcy również ci sami. Skoro jednak Lech Kaczyński był tak wspaniałym prezydentem stolicy, jakim cudem przegrał u siebie z gdańszczaninem o kaszubskich korzeniach? I to w takich rozmiarach. Zaiste Warszawiacy musieli bardzo kochać swojego prezydenta. Nie chcieli się nim z resztą Polski dzielić.

Nie sposób przyczepić się do opozycyjnej przeszłości  Jarosława Kaczyńskiego, nawet gdy ją niekiedy ubarwia. Sam ma z tym większy problem, zwłaszcza gdy o „nie do końca jasnej przeszłości” dawnych kolegów przypomina sobie ze szczegółami dopiero po latach. Dla obecnych ta pamięć jest już nieco bardziej ulotna.

Pomińmy połajanki z Walęsą o współpracy z SB. Pomińmy, że Donalda Tuska pamięta teraz tylko jako zwykłego robola na wysokościach. Pomińmy pomawianie Niesiołowskiego o sypanie innych opozycjonistów. Za “sypanie” dostał skromny wyrok 7 lat. Po zeszłorocznym wywiadzie dla Gazety Polskiej można odnieść wrażenie, że dla Prezesa byłaby to rzeczywiście forma nobilitacji. Lista oplutych a zasłużonych jest długa.

Ostatnio obudził się ponownie w liderze PiS duch opozycjonisty. Ćwierć wieku po obaleniu PRL znów idzie do wyborów z hasłami dekomunizacji na sztandarach. Kogo chce nimi przekonywać? Nie wiem. Nie podoba mu się biznes, nie podobają się i ministrowie w Kancelarii Prezydenta. Ci z przeszłością w PZPR. W ostatnim “Czarno na białym.” skoncentrowano się więc na najbliższym otoczeniu prezesa, dawnymi aparatczykami Kostrzewskim i Jasińskim. Padały również nazwiska Kryże i Kornatowski, za rządów PiS wiceministra sprawiedliwości i szefa policji –  za PRL robiących kariery w komunistycznym aparacie sprawiedliwości.

Cytując klasyka: “wszedł na ring i dostał po r…”. Ciężkiego nokautu mimo wszystko nie było. Jeden z blogerów wyliczył kilkudziesięciu PZPR-owców, w mniejszym lub większym stopniu powiązanych z PiS, jego środowiskiem i jego rządami (link poniżej). Takich notabli SLD by się nie powstydziło. Niektórych Kaczyński pewnie nawet nie zna. Innych nie chciałby już znać. Ale już na takiego Karskiego prezes w ostatnich wyborach nawet głosował. Ten Wielki Dekomunizator.

Członkowie PZPR w szeregach PiS: http://jedyniesluszne.blox.pl/2007/09/Czlonkowie-PZPR-w-szeregach-PiS.html

Zaufani z PRL-u: http://www.tvn24.pl/czarno-na-bialym,42,m/zaufani-z-prl-u,355199.html

W mediach społecznościowych sondaże stały się naszym sportem narodowym, Zwłaszcza gdy bierze się za nie polityczny plankton. Sondaże są dla niego jak FIFA na Playstation. Jedynie tu mogą dowalić wielkim, by potem pokornie wrócić do rzeczywistości.  

Palikotersi lubują się w cytowaniu sondaży portalu eWybory, uważanego za nieformalną przybudówkę RP. Nawet w dołku uzyskuje on tu niezłe wyniki. W ostatnim praktycznie nieistniejąca w mediach Europa Plus jest niemal na równo z Platformą, choć daleko za PiS. Mało tego. Tuż przed wyborami w Elblągu sam Palikot ochoczo prężył muskuły sondażem, w którym kandydatka Ruchu miała poparcie 17% mieszkańców. Najprawdopodobniej Elbląga, bo sondażownia okazała się być chałupnicza, z Warszawy. Równie dobrze Palikot mógł skorzystać z usług Antykomora. Na koniec kandydatka nie zdobyła nawet 5% głosów.

Legendarnych 19% na zamówienie Republikanów też trudno będzie zapomnieć. Dla uwiarygodnienia wyniku skorzystali z usług ciągle mainstreamowego Homo Homini. Abonamentu nie wykupili i w kolejnych ten sam Instytut poparcie mierzył już w promilach. Klata pirata, a w środku wata. Wiplerowi w sukurs przyszedł lider PJN, przywołując sondaż z 6% poparcia nieistniejącego triumwiratu Kowal-Wipler-Gowin. Na Homo Homini zawsze można liczyć.

Na podium prężących muskuły mogliby też załapać się Narodowcy. I to nie w byle jakim stylu. Jeżeli wierzyć w ujawnioną przez Wikileaks korespondencję między Arturem Zawiszą a politologiem Marcinem Palade, panowie umawiali się na drukowanie wyniku Ruchu Narodowego. Prognozy pana Palade (dawniej PGB) pasują do rzeczywistości jak pięść do oka. Teraz przynajmniej wiadomo dlaczego.

Pokomonowe sondaże w erze internetu wybaczam. Nikt oprócz zamawiających i tak ich nie zacytuje, o braniu na poważnie nie wspominając. Gorzej, gdy w gierki sondażowe bawią się poważni gracze. SMG/KRC dla Faktów zapytał o premiera na czas kryzysu. Zdecydowanie wygrywa w nim, o dziwo, Jarosław Kaczyński. Wszystko byłoby cacy, gdyby lider PiS nie był tu jedyną opcją z prawicy. W odpowiedziach nie było ani Ziobry, ani nawet Glińskiego. Prawicowi respondenci stanęli poniekąd przed faktem dokonanym. Za to było aż 3 polityków PO – wszyscy z solidnymi wynikami, równomiernie zresztą rozłożonymi. Sondażowi insiderzy od razu to wychwycili. Przeciętny odbiorca raczej już nie. Wynik z Kaczyńskim jako najlepszym premierem poszedł w świat. Cytowalność jest gwarantowana, ale za takie Playstation to ja też dziękuję.

 

Jeden medal w sporcie zespołowym wart kilku indywidualnych. Finlandia mogła nie zdobyć żadnego na zimowych igrzyskach w Turynie w swoich ukochanych biegach, skokach, czy też na łyżwach. Wystarczyłoby zdobyć złoto w hokeju, wtedy i tak cała reprezentacja wróciłaby do kraju z tarczą. To właśnie sporty zespołowe świadczą o poważnym istnieniu na sportowej mapie świata, na której Polska wygląda jak po trzech rozbiorach.

Fakt faktem, nigdy nie byliśmy w nich jakąś wybitną potęgą. Niemniej i swoje 3 grosze potrafiliśmy zawsze wtrącić. Tymczasem piąte igrzyska z rzędu cieszymy się z awansu jednego zespołu. W porywach dwóch, w szczytowym Pekinie trzy. Pierwszy wraca do kraju jako niespełniona nadzieja medalowa. Druga pełni rolę chłopca do bicia. Postęp, jaki dokonaliśmy rok od Euro 2012 i Londynu jest imponujący: piłkarze, siatkarze, siatkarki, czy też nawet dzielnie walczący o zapowiadany medal na ME koszykarze… Siatkarze co jakiś czas jeszcze zaskoczą, resztę trudno nawet skomentować.

Z imprez światowych przywozimy medale indywidualne. W drużynowych zaczynamy pukać od spodu w dno. Świat nam odjeżdża, i to wcale nie ten bogaty. Niepodległa ledwie od kilku lat Czarnogóra już stała się potęgą w piłce ręcznej kobiet i piłce wodnej. Piłkarsko też nas wyprzedza. Kraj pod względem ludności porównywalny z Cyprem, od nas znacznie mniejszy i biedniejszy. To tylko jeden przykład. Do niedawna punktem odniesienia były dla nas Węgry. Oni utrzymali stan posiadania w swoich tradycyjnych dyscyplinach, kiedy my lecimy na łeb na szyję

Zespołowo nie mamy mentalności zwycięzcy. Jak się wali, to na całego. Koszykarze mówili o medalu, a już w pierwszym meczu tyłek stłukli im Gruzini. Dalej był już efekt śnieżnej kuli. Podobnych przykładów z ostatnich lat jest bez liku.

Po każdych igrzyskach słyszymy śpiewkę o koniecznych zmianach w systemie szkolenia, o zwiększeniu finansowania. Zawsze na zapowiedziach i bzdurnych projektach pisanych na kolanie się kończy. Brak spójnego systemu właśnie najbardziej odbija się na sportach zespołowych. Wychować wybitnego sportowca w dyscyplinie indywidualnej zawsze przychodzi łatwiej.

Bawimy się w jakieś ogólnonarodowe programy rozwoju sportu, zamiast każdym zajmować się z osobna  Teraz mamy Orliki, które wydadzą większe rzesze dzieci chętnych do uprawiania sportu. Im dalej w las, tym więcej drzew. Niektóre z nich trafią do klubów, ich skromnych szkółek, bez sponsorów, bez spójnego systemu rywalizacji. Na końcu drogi znów przytrafi się jeden czy dwóch Lewandowskich, reszta będzie biegającymi bez ładu i składu Rasiakami.

O sukcesach pojedynczych sportowców z reguły pamiętamy kilka dni, tygodni – o sukcesach drużyn rozmawiamy latami. Martwimy się tym, że z igrzysk wracamy z 10 medalami. Dla mnie większym problemem jest, że nie wracamy z żadnym w drużynowym. Mieliśmy Orły, pozostał śpiący niedźwiedź. To jest miś na miarę naszych możliwości.