Archiwa tagu: wybory

Nie rozpieszczają piłkarze, nie rozpieszczają inni sportowcy. Sukcesów mamy jak na lekarstwo. Inna sprawa, że sportowcy poza arenami również dają powody, aby niezbyt ich lubić. I często sami nie mają na to wpływu. Być kibicem nie jest zadaniem łatwym, ale być rozpolitykowanym kibicem – to już wyczyn.

Wojna polsko-polska przeniosła się w ostatnich latach na niejeden grunt. Podział na prawicowych i lemingowatych dotknął również sportowców. Co ciekawe, najbardziej tych naszych eksportowych. Szczególnie na portalach społecznościowych Ich sukcesy dla niektórych użytkowników stają się osobistymi porażkami – porażki zaś powodem do fety.

Choć Agnieszka Radwańska jakoś nigdy nie wyrażała zainteresowania polityką, wystarczyło kilka wypowiedzi taty, pokazanie się na rocznicy Smoleńska, bojkot TVN, przywiązanie do wiary… Szybko stała się sportową ikoną prawicy. Dla lemingów Isia stała się równie pieszczotliwie nazywaną PiSią. Dla nich finał w Wimbledonie to nie sukces, bo przecież nie wygrała. Adamkowi radio-maryjny coming-out nie przysporzył nowej rzeszy fanów. Ilość zamienił za to na jakość. Zaczęli kibicować mu zarówno Kaczyński, jak i teraz Ziobro. Ciekawy jest też casus Janowicza. Za swoje ostatnie porażki obwinia państwo, które w młodości zaoferowało mu i jemu podobnym treningi w szopie. Nie przeszkodziło to w międzyczasie dojść do finału turnieju z serii Masters i półfinału w Wimbledonie, ale Jerzyka z marszu przygarnięto do grupy pokrzywdzonych i męczenników IIIRP. Jest kimś, komu coś udało się „pomimo”, a nie „dzięki”. W każdym razie, cytowalność po pamiętnej konferencji na prawicowych portalach miał niemałą.

„Adamek jest inteligentniejszy niż celebryci PO” – słowa Kurskiego są esencją, jak z kolei prawak widzi sportowca-leminga. Należy on z reguły do salonowej podgrupy Platfusów. Prawnicy pozostają prawnikami, politolodzy politologami, ale leming-sportowiec w polityce z automatu stał się celebrytą. Nie to, co Adamek. Po wyborach 2011 m.in.Blanika, Zielińskiego, Marczułajtis udało się nawet przemycić do Sejmu. Inni obecnie starają się to powtórzyć w wyborach do europarlamentu. Encyklopedycznym przykładem stała się Otylia. Razem z Maćkiem Żurawskim – tu, o dziwo, z SLD – przyłapano ją na niewiedzy z podstaw Unii Europejskiej, a nawet o grzanym dzień w dzień w mediach Protokole z Kioto. Oboje niewątpliwie pokazali, że nie mają póki co kompetencji reprezentować Polski w Brukseli. Lepiej robili to na pływalni czy boisku. No cóż, weszli na ring i dostali po ryju. Nie zmienia tego fakt, że obecnych europosłów i polityków bardziej niż o Kioto wypadało w ten sam dzień zapytać, ile w Pomorzaninie jest warszawiaka, a ile w warszawiaku lublinianina. Ważne, że potwierdzili swoją lemingowatość.

Trudno posądzać mnie o sympatię do polskiej prawicy. Gdy walczy Adamek, nigdy nie mam jednak problemów z trzymaniem za niego kciuków. Tak samo jak i za Radwańską. Nie widzę tam Rydzyka na ringu czy tatę Isi na korcie. Śledząc nasze internety, nie raz dziwię się więc, w jaki sposób szufladkuje się czy ideologizuje kolejnych sportowców, aktywnych lub byłych. Dzielą się na tych, którym wypada kibicować, a którym kibicować lub zachować należny szacunek to obciach. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W podobny sposób starano się narzucić polityczne konotacje Stochowi, Błaszczykowskiemu, Kubicy czy też nawet Lewandowskiemu. Oni się akurat sami wybronili. Im na szczęście możemy kibicować jeszcze wszyscy. Jeszcze.

Tegoroczne wybory przypominają taktykę żabich skoków. PiS odbija małe, stosunkowo nieważne lub po prostu utrzymuje swoje przyczółki. Na koniec idzie po potężną Warszawę. Najpierw trzeba jednak odwołać złą prezydent. Złą, bo z PO. Ten z PiS to już oczywiście legenda.

Warszawa przed erą Gronkiewicz-Waltz była krainą mlekiem i miodem płynąca. Przyszła Hania – stolica wygląda jak po drugim Powstaniu. Takie wrażenie można odnieść po wypowiedziach polityków PiS. Również tych, którzy z Warszawy nie pochodzą, nie mieszkają, a wcześniej bywali tam co najwyżej na szkolnych wycieczkach.

Z kolej poprzednik posiadł niemal cechy bohatera bylin. Łukasz Warzecha przekonywał na Twitterze, że za Lecha Kaczyńskiego zima nie zaskakiwała drogowców. System przedwojennej kanalizacji też jakby lepiej odprowadzał wodę po ulewach, a korków najstarsi Warszawiacy nawet nie pamiętają. Media spod znaku niepokornych i “niezależnych” Lecha Kaczyńskiego porównują do bohaterskiego prezydenta Starzyńskiego. Tak robi właśnie w najnowszym “wSieci” jeden z felietonistów. Kaczyński stolicą rządził tylko 3 lata. Zrobił więcej niż Bufetowa przez 7. Zasługuje na pomnik, reprezentacyjną ulicę, stadion swojego imienia… Mityzacja raz za razem przekracza kolejny Rubikon. Dla samego bohatera niedźwiedzia przysługa.

Jedno mnie w tym wszystkim ciekawi. W wyborach 2002 Kaczyński prezydenturę stolicy zdobył prawie w I turze (49,5%). W drugiej wygrał z Balickim procentowym stosunkiem głosów 70:30. Takim zaufaniem cieszył się na początku kadencji. Trzy lata później w wyborach prezydenckich w samej Warszawie jej prezydent w obu turach był dla Donalda Tuska już tylko tłem:

http://prezydent2005.pkw.gov.pl/PZT1/PL/WYN/W/146501.htm

http://prezydent2005.pkw.gov.pl/PZT/PL/WYN/W/146501.htm

Jeżeli dobrze kojarzę, Tuska nigdy przedtem na stołecznych listach wyborczych nie było. W 2005 tuż po wygranych wyborach parlamentarnych PiS było na fali. Na mityczny przemysł pogardy też trudno się powołać. Fakt – trzeba odróżnić specyfikę wyborów ogólnopolskich od lokalnych, choć wyborcy również ci sami. Skoro jednak Lech Kaczyński był tak wspaniałym prezydentem stolicy, jakim cudem przegrał u siebie z gdańszczaninem o kaszubskich korzeniach? I to w takich rozmiarach. Zaiste Warszawiacy musieli bardzo kochać swojego prezydenta. Nie chcieli się nim z resztą Polski dzielić.