Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Pierwsze pieniądze w ramach dzisiejszego mechanizmu polityki spójności (Common Regional Policy) wypłacono w 1975 r na rzecz Wielkiej Brytanii. Mechanizm wyrównywania spójności ekonomicznej i społecznej w UE, poprzez pomoc słabiej rozwiniętym regionom i sektorom gospodarek państw członkowskich, został wynegocjowany w UE przez Wielką Brytanię w czasie negocjacji akcesyjnych. Od 1988r do 2013 r Unia Europejska wydała na ten cel około 770 miliardów euro.

Podzielę się tutaj moimi przemyśleniami i pytaniami jakie powinniśmy sobie postawić i w kontekście nadchodzących eurowyborów i w ogóle w kontekście naszego miejsca w Europie.

Polska posiada jedną metropolię w rozumieniu regionalnym ponad narodowym – Warszawę. Instytut Konkurencyjnej Ekonomii Regionów w 2011r wskazywał jeszcze tzw „metropolie w produkcji”: Kraków, Wrocław, Poznań, aglomeracja śląska i Trójmiasto. Łódź nie weszła do tej grupy ale i tak jest ligę wyżej niż np Lublin. W trzeciej lidze, czyli miasta bez perspektyw odgrywania roli metropolitalnej, znalazły się takie ośrodki jak Szczecin, Bydgoszcz, Rzeszów czy Kielce. Rozwój właśnie tych małych, niesamodzielnych ośrodków, wyrównywanie poziomów życia na terenie Unii Europejskiej to jeden z jej mitów założycielskich. Mitów stworzonych przez pokolenie polityków pamiętających wojnę i rozumiejących znaczenie braku różnic dla pokoju na kontynencie. Działali oni, politycy tej epoki, w czasie stale rosnącego PKB, rosnącej liczby ludności i co najważniejsze stałego wzrostu pensji. Koniunkturze nie miało być końca a jeśli nawet znajdował się ktoś kto przed czymś ostrzegał, musiał liczyć się z marginalizacją środowisk naukowych. Innej niż świetlana, przyszłości, przecież nie było. Małe miasteczka i wsie wystarczyło pokryć dobrą siecią infrastruktury drogowej i teleinformatycznej a PKB samo już rosło będzie a rosnący popyt wewnętrzny załatwi resztę. W każdym mieście powyżej 20 tys mieszkańców czy we Francji czy w Polsce istniały zakłady produkcyjne które zapewniały byt połowie miasta. Doprowadzimy drogę, tory i będzie dobrze. W czasie transformacji u nas i w czasie wzrostu znaczenia Chin jako producenta na zachodzie, coś zaczynało zgrzytać w tej jedynie słusznej koncepcji. Nagle dziś okazało się że konkurować z pochodzącym z chińskiego interioru robotnikiem kosztami nie może ani robotnik francuski ani polski.

Nagle okazało się, że wszystko można zbudować, uszyć i wyprodukować w Chinach. Taniej i korzystniej by nie myśleć o układach zbiorowych, ubezpieczeniach społecznych, przepisach BHP czy tak bardzo przeszkadzającym w każdym biznesie – prawie pracy. Oto mamy pracowników idealnych którzy za część kosztów europejskiego pracownika są gotowi pracować po 14 godzin a potem spać w baraku czy nawet pracować w zaawansowanej ciąży przy chemikaliach. Biznes odkrył swój raj, ziemię obiecaną kapitalizmu. Zamawia się nie na sztuki tylko na statki a jednostka miary to wielotonowy kontener. Francuski robotnik ze swoim 35 godzinnym tygodniem pracy czy Polska pracownica z rocznym urlopem macierzyńskim przegrali już na zawsze. Przegraliśmy walkę o produkcję dóbr bo nie możemy konkurować z milionami biednych chińczyków z interioru dla których ręczne farbowanie koszulek znanej marki to kariera życia. Dlatego musiały upaść i już nigdy się nie podniosą fabryki i zakłady z małych miast w Europie. Ich czas minął jak minął czas producentów kół do karoc. To już nie wróci. Gdy Chiny staną się za drogie, zaczną wschodzić gospodarki Afryki i wzrostowi światowego biznesu końca nie widać.

Interior pozbawiony pracy zaczyna się wyludniać w zastraszającym tempie. W ciągu 20 lat Łódź skurczyła się o 100 tys mieszkańców. Podobnie rzeczy dzieją się we wszystkich niesamodzielnych ośrodkach miejskich które nie są w stanie zapewnić miejsc pracy kolejnym pokoleniom. Wszystkie państwowe przedsiębiorstwa od wielu lat są w ciągłej restrukturyzacji co oznacza w większości odejścia dobrowolne tysięcy pracowników, którzy lokalnie wspierali popyt na handel i usługi. Po wielkich zakładach przemysłowych dziś hula wiatr, w stanie restrukturyzacji jest Poczta Polska czy zakłady energetyczne, gazownie, spółki miejskie. Etaty się likwiduje i ich nie odtwarza. Wchodzący ochoczo na Polski rynek centra BPO zatrudniają głównie poza Warszawą bo taka jest logika kosztowa. Stąd można odnosić wrażenie że Wrocław czy Łódź opierają się historycznym zmianom i w zasadzie się uratowały. Nic bardziej błędnego. Centra biznesowo-księgowe równie szybko mogą przenieść się do innego kraju tak jak szybko znalazły się w Polsce. Cały świat pełen jest wschodzących gospodarek gdzie młodzież wychowana w anglosaskiej popkulturze sprawnie posługuje się językiem angielskim i chętnie podejmie pracę taniej niż my. Jedną decyzją można zlikwidować kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. A innych sektorów które wchłonęły by młodych ludzi – brak. W urzędach organizuje się już system kastowy który pozwala w nieformalny sposób czasem zatrudnić członka rodziny obecnego pracownika. Oprócz tego urzędy obrastają w system stażowy który kończy zamienieniem stażysty na nowego bez szans na jakikolwiek stały kontrakt. Kto żyw ucieka z interioru do metropolii, bo jeszcze tylko tu można znaleźć pracę. Wyludniają się małe miasteczka i wsie. Dumnym jest każdy burmistrz że za unijne pieniądze wyremontował ryneczek i postawił fontannę. Gdzieniegdzie jest orlik i nowa droga rowerowa. Ale zaczyna już brakować dzieci a młodych ludzi ogląda się w święta jak z metropolii przyjadą do rodziców po słoiki z gołąbkami.

Nic nie powstrzyma śmierci małych miast. Do tego dołoży się emigracja bo gdy my się rozwijamy to zachód trochę też w tym czasie podnosi pensje i my tego króliczka cały czas gonimy. Lepiej jest za prawdziwe pieniądze kroić kanapki dla British Airways na nocnej zmianie niż odbywać 8 staż w Polskim urzędzie który i tak czeka z etatem jak córka burmistrza skończy Prywatną Akademię Obrony Narodowej i Klejenia Tipsów w Pułtusku. Podziwiam ludzi biorących dziś kredyty na domy pod Kaliszem czy Łodzią. Podziwiam wypruwających sobie flaki żeby wykończyć dom pod Szczecinem. Podziwiam, bo wiem, że za 25 lat nikt w tym domu nie zostanie. Tak. Dzieci ze Szczecina będą szukały pracy w Berlinie albo Hannowerze. A ci z Kalisza albo będą spijać wino pod sklepem za dwa złote albo uciekną do Poznania może do Londynu.

Niemcy są naszą metropolią

Produkcja czy też reindustrializacja jest już nie do zrobienia. Wszystko co wartościowe i wymagające skomplikowanej myśli technicznej produkują już Niemcy. I w kontekście państw o sile metropolitalnej to one są naszą metropolią a my pozostajemy interiorem. Miejscem taniego składania podzespołów, dojenia krów na jogurty i zbijania palet pod prawdziwe produkty. Mogliśmy stać się światowym potentantem wódki ale nie było na to pomysłu. Jesteśmy potentatem w jabłkach ale zaraz może się okazać że te bardziej organiczne są na Ukrainie. Wprowadzenie jakiegokolwiek nowego produktu wysokiej technologii to miliardy dolarów, musielibyśmy mieć narodowe firmy czempiony które byłyby gotowe zainwestować te pieniądze. Ale jesteśmy na etapie dyskusji o tworzeniu czempionów.

Pomyślmy też przed podpisaniem weksli na kredyt mieszkaniowy, o tym czy za 20 czy 30 lat moja miejscowość nie będzie stała już całkiem pusta jak wiele miast w Hiszpanii. Jesteśmy te 20 kilka lat za Hiszpanią. Ile warte będzie wtedy mieszkanie w Bydgoszczy i jak podaż wpłynie na popyt? Jakie to sztuczki będą stosować polskie banki by się przed tym armageddonem ochronić? Jeśli miasto wojewódzkie może tracić 50 tys ludzi w ciągu 10 lat to ile straci za 30 lat? Kto będzie kupował mieszkania na wymarłych osiedlach? Kto chciałby dziś mieszkać w Detroit?

Jesteśmy europejskim interiorem. Mamy swoja metropolię która powinna przetrwać a nawet się rozwijać. Mamy kilka ośrodków miejskich aspirujących do roli metropolitalnej i z całą pewnością powinniśmy być tymi w UE którzy podnoszą temat zjadania interioru przez metropolię. Ale nie w ten sposób że dosypmy zatem jeszcze więcej na interior. Pobudujmy jeszcze pod dwie fontanny i wyłóżmy kostką brukową jeszcze jedno schyłkowe miasteczko. Rozpocznijmy uczciwą dyskusję o tym które miasteczka i miasta są w stanie agonalnym i nawet utrzymywanie własnej nadętej administracji jest dla niej zbyt dużym kosztem. Dlaczego nie likwidować takich powiatów? Urzędów miejskich? Skoro rozumiemy potrzebę likwidacji szkoły bo ma zbyt mało uczniów to jak długo utrzymywać będziemy miasteczka które z podatków nie są w stanie obsłużyć własnych potrzeb? Po co tam dziesiątki radnych? Może trzeba tym zarządzać regionalnie? Może trzy upadające powiaty trzeba połączyć w jeden? To zmniejszy koszty o 2/3. Do tego trzeba zbudować sprawną e-administrację a na drodze tej budowy stoi właśnie milion urzędników który wiec co ich czeka. Czy w biednych miastach w ośrodkach pomocy społecznej potrzebujemy setek etatów które będą ludziom przyznawać 26 zł zapomogi? Naprawdę?

Z całą pewnością potrzebujemy nowej strategicznej wizji rozwoju regionów z kluczową rolą dużych ośrodków miejskich, bo od ich rozwoju i wzrostu nie ma już odwrotu. W kontekście coraz mniej pewnej i krótszej pracy oraz jej częstego zmieniania tylko metropolie będą przyciągać nowych mieszkańców. Ja oczywiście mogę się mylić ale McKinsey który twierdzi to samo, zapewne już nie.