Archiwa tagu: Rokita

Przynajmniej tak się wydaje.Od czasu gdy Rewiński w „Uprowadzeniu Agaty” nazwał Polskę „republiką ziemniaczaną” różnym kartoflom się wydaje, że do władzy krótka droga. I w dodatku prosta.

Najpierw był Janusz Palikot, który przy pomocy kreatorów wizerunku i różnych spin-doctorów maści wszelakiej uznał, że można rzucić rękawicę Tuskowi. Po co być jednym z wielu posłów jak można być premierem? Przepis na partię wg Palikota jest tak prosty, jak przepis na setkę z ogórkiem. Należy wypowiadać się w każdej bieżącej sprawie, zgodnie z nastrojami społecznymi. Był w tym nawet element wizji jednego z doradców (tego samego co u Leppera), że należy, rozumiecie towarzysze, zagospodarować wyborców na odcinku młodzieży. Służyły temu mniej lub bardziej wyrafinowane rekwizyty, programowa nienawiść do Kościoła i wszystko należało ukryć w dymku z legalizowanej maryśki. Problem Palikota polega na tym, że on nic nie rozumie z naszej rzeczywistości. Gdy bezrobocie sięga wśród niektórych roczników czterdziestu kilku procent, a poszukiwanie pracy 3 lata i dłużej jest normą – zmartwienie o legalizację marihuany może co najwyżej interesować tych, których na zioło stać. Palikot coś przegapił.

Potem był Zbyszek „nikt przez tego pana więcej zabitym nie będzie” Ziobro. Postać nawet bardziej groteskowa, mimo braku rekwizytów. Przepis Zbyszka był prosty: należy w każdej sprawie robić konferencję prasową, a wygłaszać na niej zdanie nawet bardziej PiS-owiskie niż PiS. Efekt tego taki że ludzie i tak kojarzyli i kojarzą Ziobro i jego ludzi z PiS-em i nawet tabliczki wielkości tablic drogowych, przypięte do garniturów i garsonek tego nie zmieniły. Zbyszek też chciał być premierem. Kto wie, może nawet dalej chce. Mimo, że na jego konferencje, nikt już nawet nie przychodzi.

Gowin to przypadek szczególny, bo nie posiada ani medialnej swobody Palikota ani pracowitości Ziobry. Uznał po prostu któregoś popołudnia, podczas obiadu, że jest idealnym kandydatem na premiera Polski. I w zasadzie jedyną przeszkodą jest Tusk który uparcie, wbrew poparciu społecznemu utrzymuje się u władzy. Próbował nawet skolaborować innego „murowanego” premiera czyli Schetynę. Jak przyznał Gowin w programie Konrada Piaseckiego: „zaproponowałem Grzegorzowi, żebyśmy wspólnie uderzyli w Tuska, zanim on nas zniszczy.” Schetyna ku mojemu (i Gowina) zdziwieniu odparł, że tak nie można,że „Tusk to mąż stanu”. I tak Gowin obraził się i uznał zbierając 12 gniewnych ludzi, że zostanie premierem. Wcześniej tego samego wirusa miał Rokita. Choć jak wiemy, wywołali go Niemcy. A Piskorski do dziś leczy powikłania, żyjąc jedynie chwilami triumfu, gdy u redaktor Pochanke może wytknąć Tuskowi podsuniętą nieudolność. Potem wsiada w taryfę i jedzie do domu być w nim premierem. Ma nawet przygotowane specjalne ozdobne pióro, gdyby go nagle Komorowski powołał. I nigdy nie wycisza komórki.

Można też chcieć być prezydentem Warszawy jak pewien burmistrz. I kiedy logika podpowiada, byś nie atakował wiceszefowej największej partii w największej metropolii kraju, za błędy których nie popełniła, to on jednak wiedział swoje. Ciężko było sobie przecież wyobrazić, że nikt nie pozwoli na porażkę Gronkiewicz-Waltz. Ciężko było też dotrzeć do badań, z których wynika, że HGW ma w Warszawie więcej zwolenników, niż przeciwników. Pozwolił sobie nawet powiedzieć że „będzie rządził tym miastem”. Kosztowało to sporo nerwów, parę milionów ale efekty znamy.

Jest jeszcze Ryszard Kalisz, ale nie mam sumienia się nad nim znęcać.

Mój synek często jest Darthem Vaderem. I powiem wam szczerze, że jest w tym mniej komizmu. A na dodatek mam pewność, że z tego wyrośnie.