Archiwa tagu: Tusk

Wujka Tadka znali wszyscy. Przez 45 lat pracy w kilku państwowych firmach praktycznie znało go całe miasto. Nie tylko znało, ale ceniło. Wujek Tadek zawsze pożyczył wiertarkę, interesował się historią więc, zawsze miał jakieś smaczne anegdoty do opowiedzenia. Pochłaniał w dużych ilościach gazety i tygodniki, był na bieżąco z problemami świata i okolic.

Niewielu mogło się z nim równać w rozkręcaniu rodzinnych i firmowych imienin a impreza, na której nie mógł być była uznawana w mieście za nieudaną. Nikt nie miał wątpliwości, że wujek Tadek wszystkich zna a jego rozmówcy nigdy nie mieli złudzeń, że są go w stanie pokonać retorycznie. Zresztą, wujek Tadek był nie tylko duszą towarzystwa, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem. Nikt nie czuł się urażony po rozmowie z więcej wiedzącym Tadkiem, bo po prostu był niezwykle kulturalny. Wujek Tadek potrafił stanąć w obronie żony i położyć na asfalcie pijanego żula, który ich atakował. Był wzorem, do którego odwoływały się żony w mieście, ale jego twarda głowa do wódki sprawiała, że nie mówiły o tym głośno. Tadek zbudował dom i z kilku starych samochodów sam w wakacje zbudował jeden samochód. Skodę konkretnie. Miał plan zbudować dom na kółkach, czyli przyczepę kempingową z prawdziwego zdarzenia, ale jego plany przerwał zawał. Na pogrzebie Tadka było cało miasto, bez publicystycznej przesady. Mimo wielu lat w obecności jego bliskich nie wolno mówić nic złego na Tadka. Taki kult.

Wujek Tadek przerastał całe swoje towarzystwo.

Podobnie jest ze zmarłym tragicznie Lechem Kaczyńskim. To był erudyta, niezwykle uprzejmy i dowcipny człowiek, który posiadał nie tylko charyzmę, ale i był urodzonym liderem. Niestety ze względu na cechy charakteru swojego brata zbierali się zawsze blisko nich ludzie trudni do strawienia medialnie. Ale ich medialność wydaje się być małym problemem w porównaniu z ich wadami czy brakami intelektualnymi. Nie ogarnianie rzeczywistości i brak możliwości otwierania się na ludzi i świat spowodował, że jedynym źródłem światła i wiedzy pozostawał Lech. To on wskazywał kierunki działań jak prezes korporacji wizjoner. Mówił zdanie a najbliższe otoczenie miało je ubrać w narrację i kierunek działania. Nikt wokół niego tyle nie przeczytał, nie planował kilku ruchów do przodu i nie umiał przewidzieć ruchów konkurenta. Miernoty, które jednak pozostawały wokół jego brata jak klony nie były zdolne i nie są do dzisiaj zdolne do własnej refleksji i zmiany szyku zdania przygotowanego przez Jarosława („wina rządu Tuska”, ”kłamstwa Kopacz” itp.) Kompleksy brata wobec przerastającego go Lecha spowodowały wykruszanie się osobowości, których nie dało się tak przyciąć by nie mówiły swoim językiem i nie myślały zbytnio własnym umysłem. Nastał czas otępiałych lizusów, którzy szczególnie po tym jak zabrakło Lecha zaczęli wychodzić na pierwszą linię wykorzystując przyzwolenie tracącego siły Jarosława.

Ze względu na brak jakiegokolwiek następcy o tych cechach, które posiadał Lech, podobnie jak Platforma (po wyjeździe Tuska) również i PiS popada w marazm. Ani Duda, nazwany na twitterze Dudałą ani zaspany Komorowski nie są liderami. Jedynym scalającym spoiwem partii pozostaje mit Prezydenta Tysiąclecia, który niczego szczególnego dla Polski nie dokonał. Po prostu był najmądrzejszym w swojej partii, był autentycznym liderem i dobrym człowiekiem. Gdy jego zabrakło rozglądający się po sali członkowie PiS zobaczyli tylko ogolone twarze Brudzińskiego, Błaszczaka, Hofmana i Waszczykowskiego. Kiedy odwrócili się do tyłu dostrzegli panią Pawłowicz a jeszcze dalej Sobecką. Są w pułapce, którą zastawił na nich Jarosław. Oprócz niego nie ma nic. No jest jeszcze kult Lecha. I tak jak na wujka Tadka rodzina tak i na Lecha Kaczyńskiego partia nie może nic mówić bo nie ma nic poza tym.

No dobra. Jest kokarda. Bo jak to dziś napisał jeden prawicowy bloger to nie Komorowski wprowadził na uroczystości państwowe kokardy. Kokardy wprowadził pierwszy Lech. No bo któż by stamtąd?

Przynajmniej tak się wydaje.Od czasu gdy Rewiński w „Uprowadzeniu Agaty” nazwał Polskę „republiką ziemniaczaną” różnym kartoflom się wydaje, że do władzy krótka droga. I w dodatku prosta.

Najpierw był Janusz Palikot, który przy pomocy kreatorów wizerunku i różnych spin-doctorów maści wszelakiej uznał, że można rzucić rękawicę Tuskowi. Po co być jednym z wielu posłów jak można być premierem? Przepis na partię wg Palikota jest tak prosty, jak przepis na setkę z ogórkiem. Należy wypowiadać się w każdej bieżącej sprawie, zgodnie z nastrojami społecznymi. Był w tym nawet element wizji jednego z doradców (tego samego co u Leppera), że należy, rozumiecie towarzysze, zagospodarować wyborców na odcinku młodzieży. Służyły temu mniej lub bardziej wyrafinowane rekwizyty, programowa nienawiść do Kościoła i wszystko należało ukryć w dymku z legalizowanej maryśki. Problem Palikota polega na tym, że on nic nie rozumie z naszej rzeczywistości. Gdy bezrobocie sięga wśród niektórych roczników czterdziestu kilku procent, a poszukiwanie pracy 3 lata i dłużej jest normą – zmartwienie o legalizację marihuany może co najwyżej interesować tych, których na zioło stać. Palikot coś przegapił.

Potem był Zbyszek „nikt przez tego pana więcej zabitym nie będzie” Ziobro. Postać nawet bardziej groteskowa, mimo braku rekwizytów. Przepis Zbyszka był prosty: należy w każdej sprawie robić konferencję prasową, a wygłaszać na niej zdanie nawet bardziej PiS-owiskie niż PiS. Efekt tego taki że ludzie i tak kojarzyli i kojarzą Ziobro i jego ludzi z PiS-em i nawet tabliczki wielkości tablic drogowych, przypięte do garniturów i garsonek tego nie zmieniły. Zbyszek też chciał być premierem. Kto wie, może nawet dalej chce. Mimo, że na jego konferencje, nikt już nawet nie przychodzi.

Gowin to przypadek szczególny, bo nie posiada ani medialnej swobody Palikota ani pracowitości Ziobry. Uznał po prostu któregoś popołudnia, podczas obiadu, że jest idealnym kandydatem na premiera Polski. I w zasadzie jedyną przeszkodą jest Tusk który uparcie, wbrew poparciu społecznemu utrzymuje się u władzy. Próbował nawet skolaborować innego „murowanego” premiera czyli Schetynę. Jak przyznał Gowin w programie Konrada Piaseckiego: „zaproponowałem Grzegorzowi, żebyśmy wspólnie uderzyli w Tuska, zanim on nas zniszczy.” Schetyna ku mojemu (i Gowina) zdziwieniu odparł, że tak nie można,że „Tusk to mąż stanu”. I tak Gowin obraził się i uznał zbierając 12 gniewnych ludzi, że zostanie premierem. Wcześniej tego samego wirusa miał Rokita. Choć jak wiemy, wywołali go Niemcy. A Piskorski do dziś leczy powikłania, żyjąc jedynie chwilami triumfu, gdy u redaktor Pochanke może wytknąć Tuskowi podsuniętą nieudolność. Potem wsiada w taryfę i jedzie do domu być w nim premierem. Ma nawet przygotowane specjalne ozdobne pióro, gdyby go nagle Komorowski powołał. I nigdy nie wycisza komórki.

Można też chcieć być prezydentem Warszawy jak pewien burmistrz. I kiedy logika podpowiada, byś nie atakował wiceszefowej największej partii w największej metropolii kraju, za błędy których nie popełniła, to on jednak wiedział swoje. Ciężko było sobie przecież wyobrazić, że nikt nie pozwoli na porażkę Gronkiewicz-Waltz. Ciężko było też dotrzeć do badań, z których wynika, że HGW ma w Warszawie więcej zwolenników, niż przeciwników. Pozwolił sobie nawet powiedzieć że „będzie rządził tym miastem”. Kosztowało to sporo nerwów, parę milionów ale efekty znamy.

Jest jeszcze Ryszard Kalisz, ale nie mam sumienia się nad nim znęcać.

Mój synek często jest Darthem Vaderem. I powiem wam szczerze, że jest w tym mniej komizmu. A na dodatek mam pewność, że z tego wyrośnie.

 

Obama mówi pięknie i wzniośle. Jego długie, mocne zdania odnoszą się do wartości i marzeń. Było zatem kwestią czasu gdy pojawi się Polska tęsknota za mówcą odnoszącym się publicznie do moralności, obowiązków obywatela wobec republiki czy nawet do religii-tylko jakoś tak inaczej niż przywykliśmy u nas o tej religii.

Musiała się pojawić tęsknota za dobrym, gładkim mówcą zwłaszcza wtedy, gdy zagoniony do narożnika PDT nie daje się ponieść emocjom i podszeptom i raczej unika długich, gładkich wystąpień, z których był znany, które stanowi jego siłę.

Siłę tak wielką, że gdy Tusk mówił to okruszki słuchały i Schetyna znał swoje miejsce bo ani nie jest dobrym mówcą ani nie umie porwać tłumów. Gowin z tłumami zaś ma tyle do czynienia, co zrobienie ankiety w internecie.

To była siła Tuska i oni wszyscy we trzech zdawali sobie z tego sprawę. Swada PDT była dumą Platformy i dawała im psychiczną przewagę nad PiS. Mamy prawdziwego, europejskiego lidera, o którym możecie tylko pomarzyć-zdawały się mówić uśmieszki platformersów gdy dochodziło do porównań.

Było jasne, że bezpośrednie starcia wygra Tusk, bo Jarosław jest znakomitym mówcą o ile mu się nie przerywa i nie zadaje pytań. Szybka riposta, która daje zwycięstwo – wymaga posiadania cech osobowości wodzireja a ciężko wyobrazić sobie jak Kaczyński prowadzi imprezę czy zabawia towarzystwo anegdotkami na swój temat.

Gigantyczna inteligencja Kaczyńskiego jest przygnieciona jakimś ciężarem, który od trzech lat stał się jeszcze cięższy. Profesor Staniszkis powiedziałaby, że Kaczyńskiego przygniata ból o Polskę i jest w tym jakaś prawda, wszyscy znamy kierowników projektów, którzy nie mogą pogodzić się z żadnymi zmianami, które inni chcą wprowadzić w ich projekcie. Na ten projekt tylko ja mam patent i ja wiem najlepiej i innej drogi nie ma. Jak ktoś przy nim majstruje to jest mi smutno.

Taki project manager, któremu zabrano projekt.

No to project manager Kaczyński się obraził i zaczął milczeć.

Nieopatrznie zaczęły mu rosnąć słupki. Okazało się że skoro Polacy nie rozumieją już od dawna dysputy politycznej- trochę dlatego że mają ją w dupie a trochę dlatego że nie ma nic do rozumienia- to gdy się nie odzywasz twój projekt na tym zyskuje.

Zatem trochę niechcący Kaczyński postąpił tak jak postąpić powinien. Postąpił jak żona, która mówi w cztery litery zalanemu mężowi że go poprowadzi bo sam się wywali. Ale on „nie-on pojzie sam”.

No to Tusk idzie sam.

W zasadzie nie sam. Bo bardzo pomaga mu Rostowski i Nowak.

I rodacy na ten spacer patrzą. Im dłużej on trwa tym gorzej wygląda.

Tak nic nie mówiąc wygrywa się wybory. Tak nie będąc nawet krytykowanym przez lidera opozycji samemu można położyć słupki poparcia.

I to nawet nie kryzysem tylko swoimi zaniechaniami a jeśli działaniami to odbieranymi społecznie, jako wymierzone w ludzi. Tak wymierzone jak obiektyw fotoradaru w twarz kierowcy. Kierowcy, któremu ciążą opłaty za auto, opłaty za benzynę i ogólnie nie jest mu lekko.  Zatem gdy się tylko zapomni to tą chwilę zapomnienia i szczęśliwości odpłatnie utrwali na czarno białej stylowej fotografii minister Nowak.

I ta tęsknota za gładko mówiącym mądrym liderem, o którym Polacy mogli myśleć „jest taki jak ja tylko mądrzejszy” nadeszła gdy zmęczony samotnym spacerem Tusk również zamilkł.

Próbował jeszcze coś mówić minister Sienkiewicz w zastępstwie premiera się odgrażać w imieniu sprawnego państwa, ale okazało się że już wszyscy wiedzą, że państwo nie jest sprawne. Wiedzą to młodzi ludzie naśmiewający się w nos policjantom na ulicy i wiedza to gangsterzy i zwykli bandyci, że gdy władza wstydzi się rządzić to nadchodzi ich czas.

A gdy zapadła cisza odezwały się tęsknoty za Obamą.

Za gładkim mówcą.

Nikt oczywiście w Polsce nic nie wie o Komisji Trójstronnej i jej roli w podejmowaniu istotnych w Ameryce decyzji, nikt nie wnika w rolę kongresu. Jest produkt Obama i on jak VW Golf jest idealny i w każdych testach wyprzedza konkurencję.

Nikt nie wnika, że odnoszące się do moralności, wartości i wizji przemówienia to jest to, czego oczekują amerykańscy wyborcy, bo to nie jest naród, który zapyta premiera „jak żyć?”.

W Ameryce jesteś kowalem swojego losu, panem swojej ziemi lub domu i ty sam jesteś za siebie odpowiedzialny. Nikt w Ameryce nie pyta o skuteczność policji, bo tam masz prawo zabić sam każdego, kto nastaje na ciebie lub twoje mienie. Policja jest równie brutalna jak te proste prawa i wszyscy tam wiedzą, że tak być musi i tak chciał Bóg który chroni Amerykę.

Amerykanie wcale nie popierali reformy zdrowotnej Obamy tak ochoczo jak byśmy się tego spodziewali w naszym kręgu kulturowym. To również wynika z ich kultury i zwyczajów, że państwo ma im nic nie dawać za darmo. Obama mówiący o wizji i wartościach w Polsce zostałby uznany za niegroźnego mesjasza dobrej nowiny i położony na polityczną półkę razem z zajmującym ją od lat Korwinem-Mikke.

Tymczasem to u nas trwa prawdziwy konflikt a w Ameryce macie prawdziwy projekt.

Autorem większości przemówień, podobnie jak wyborczego hasła „Yes We Can”, jest młody (27lat) pisarz Jon Favreau. Inspiruje się przemówieniami JFK i jego brata.

Uważnie obserwuje tłum podczas przemówień. Pisze dokładnie to, co chcą usłyszeć amerykanie i nie musi absolutnie obiecywać im nic za darmo, o czym ma mówić jak nie o wolności, wizjach i wartościach?

Jest copywriterem projektu Obama.

Ale znudzeni spacerem Tuska i milczeniem Kaczyńskiego tęsknimy za wirtualnym światem Obamy.

Światem, który jest tylko projektem. Niestety tak samo nierozwiązującym problemów zwykłych amerykanów jak nasz project manager nie rozwiąże naszych.

Ale jest dobrze napisany i zazwyczaj dobrze reżyserowany jak to przystało na amerykański produkcyjniak.