Za niecały tydzień mieszkańców Warszawy czeka referendum.
Nie jest to, jak usiłuje się nam wmówić, referendum burmistrza
Guziała, PISu czy innej siły politycznej. Nie wiem czy uda się
osiągnąć wymagana frekwencję, a nawet jeśli się uda to jestem
przekonany o tym, że w mieście i tak rządzić będzie ta sama ekipa.
Wobec tego po co iść na referendum? Żeby władza nam nie rozbestwiła
się jeszcze bardziej. Perspektywa rychłych przedterminowych wyborów
zadziałała na HGW i jej ekipę jak otrzeźwiający, zimny prysznic.
Niestety, jeśli teraz zatrzymamy się w pół kroku następnym razem
już nie zadziała. Warszawiaku, idź na referendum – nie dla jakiejś
partii, a dla siebie samego.

Wolność słowa w Polsce ma się całkiem nieźle. Najlepszym dowodem na to są podnoszące się co jakiś czas głosy wzywające do obrony uciśnionych dziennikarzy, blogerów i artystów.

W mediach nie ma nic gorszego od ciszy – cisza zabija. Dlatego trzeba mówić, mówić i mówić. W telewizji, radiu i w sieci, i na papierze. Wszędzie. Że za dużo i często bez sensu? Nie szkodzi. Matka małej Madzi? Świetny temat. Senator przyłapany w sukience? W tłoku ujdzie. Widz, słuchacz i czytelnik mają przecież prawo wiedzieć. Dziennikarz ma obowiązek informować.

Megamagiel całodobowy zabawi każdego. W kryzysie to najpewniejsza inwestycja – gargantuiczne opowieści pospołu z telewizyjnymi ekspertami uratują firmowy bilans. Bo czy poważna rozmowa o gospodarce znajdzie tylu odbiorców co nekrocelebrytka?

Cenzura (oczywiście nieświadomie) wymuszała na twórcach inteligentne i niekonwencjonalne podejście do pracy. Można zaryzykować tezę, że to między innymi dzięki cenzorom Miś stał się filmem ponadczasowym. Dziś cenzury na szczęście nie ma, ale mam wrażenie, że wraz z zamknięciem urzędu na Mysiej twórcy odpuścili sobie, bo tak jest szybciej i łatwiej. W redakcjach zwalnia się redaktorów, a stażystów puszcza na żywioł.Niestety, często zapominamy, że wolność to również odpowiedzialność.

Tylko czy jesteśmy gotowi ją podjąć?