W ciągu ostatnich dwóch lat byliśmy świadkami wielu niezwykłych zjawisk wyborczych – niespodziewanych zwycięstw lub świetnych wyników politycznych nowicjuszy lub outsiderów, decyzji zmieniających sprawdzone i wydawać się mogło trwałe elementy międzynarodowego systemu politycznego, rosnącej popularności ruchów antysystemowych. Nominacja GOP dla Donalda Trumpa, wynik referendum w sprawie Brexitu, popularność takich polityków, jak Beppe Grillo, Pablo Iglesias, czy Paweł Kukiz, wzrost poparcia dla Alternative fur Deutschland. W końcu ostateczne zwycięstwo Trumpa. Można wskazać jeszcze wiele innych podobnych sytuacji i choć pewnie dla każdej z nich moglibyśmy znaleźć racjonalne wyjaśnienie oparte na argumentach ekonomicznych, czy socjologicznych, to co jeśli oprócz tego mają one jeszcze jeden wspólny mianownik, wspólną przyczynę? Przyczynę, którą nazwam zjawiskiem zerwanego połączenia.

XX wiek był czasem rozwoju nowoczesnego marketingu politycznego. Politycy w państwach demokratycznych, zmuszeni rozszerzaniem dostępu do czynnego prawa wyborczego najpierw nauczyli się przekonywać do siebie i swoich poglądów, potem odkryli badania społeczne i zaczęli poznawać oraz odpowiadać na potrzeby elektoratu formułując i kierując do niego wypracowane w sztabach wyborczych komunikaty. Dodatkowo na początku XXI wieku, wraz z powstaniem i gwałtownym rozwojem mediów społecznościowych mogliśmy obserwować dominację polityki wizerunków, uśmiechów, bon-motów, pseudowydarzeń, celebrytyzacji. Obywatel stał się przedmiotem a nie podmiotem działań polityków. Targetem a nie uczestnikiem komunikacji.

Jednocześnie, nawet jeśli w państwach demokratycznych zmieniały się rządzące partie, rzadko owa zmiana wiązała się z faktyczną zmianą w politykach państw. Szczególnie wewnętrznych. Zwykle mieliśmy do czynienia z korektą kursu, nie zaś zwrotem. Co więcej, jeśli pojawiały się jakieś projekty zmian, miały one z reguły charakter systemowy i bezpośrednio nie były odczuwane przez obywateli, lub wymagały czasu, który rozmywał poczucie zmiany społecznej (wyjątkiem może być tutaj Obamacare, czy nasz program 500+, które nie tylko zostały szybko wprowadzone, ale też bezpośrednio wpłynęły na codzienne życie obywateli USA, czy Polski).

Powtórzmy – liderzy i elity polityczne straciły połączenie ze społeczeństwami. Komunikowały „do” a nie „z” wyborcami. W rezultacie obywatele zaczęli rozglądać się za kimś nowym, innym, świeżym, niezepsutym przywilejami władzy, czy znudzonym codzienną polityczną rutyną. A jeśli ktoś taki oferował szybkie i łatwe rozwiązania codziennych problemów – tym lepiej. I nawet jeśli nie miał racji, nawet jeśli elity potrafiły znaleźć racjonalne i prawdziwe kontrargumenty, nie były one słuchane. Połączenie zostało zerwane.

Można się oczywiście długo spierać, czy przedstawiona wyżej teoria jest prawdziwa – jak napisałem, dla każdego przypadku z osobna możemy znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Może jednak zamiast spierania się, czy dla zwycięstwa Trumpa większe znaczenie miały maile Clinton, czy to że dla niezamożnych Amerykanów mieszkających w Ameryce, o której pisał Steinbeck, choćby w  „Podróżach z Charleyem” Trump był kimś spoza dotychczasowych elit, warto postawić pytanie – jak odbudować odpowiedzialne elity, jak przywrócić prawdziwą i odpowiedzialną komunikację pomiędzy elitami politycznymi a obywatelami? Jak powinien komunikować skuteczny ale odpowiedzialny lider?

To, że referendum 6 września jest porażką to rzecz oczywista. Najwięcej słychać, iż głównym przegranym jest prezydent Bronisław Komorowski, który zafundował sobie (za nasze złotówki) akt kampanii prezydenckiej za bagatela 100 mln złotych, które wczoraj spektakularnie zostały wyrzucone w błoto. Pojawia się też przy okazji sporo propozycji, na co można by wydać owe pieniądze – obiady dla dzieci, budowę szkół/żłobków, operacje, etc….

Powyższe tezy są jednak oczywiste, by nie rzec trywialne. Tak, Bronisław Komorowski próbując ratować swoją kampanię i zapewne licząc na poparcie ze strony Pawła Kukiza podarował mu referendum, którego centralnym pytaniem była kwestia jednomandatowych okręgów wyborczych. Zawiódł się srodze i ostatecznie przegrał wybory. Tak, sto milionów można zawsze lepiej wykorzystać, podobnie zresztą, jak ponad miliard, który państwo wydaje na opłacanie lekcji religii a także kilka innych pozycji budżetowych.

Na marginesie dodam, trochę stając w poprzek dzisiejszych komentarzy, coś na usprawiedliwienie PBK – jakbyśmy się cofnęli w czasie do pierwszych dni maja, to przypomnielibyśmy sobie, że kwestia demokracji bezpośredniej – nie tylko JOWów, ale i właśnie referendów była silnie obecna w kampanii i nie jest nieprawdziwym, że PBK ogłaszając wczorajsze referendum także odpowiedział na ówczesną potrzebę, albo wręcz powiedział – sprawdzam, chcecie demokracji bezpośredniej to ją macie, wykorzystajcie najlepiej jak potraficie.

Oto jeszcze kilku innych przegranych referendum, może mniej popularnych, ale nie mniej przegranych:

  • Paweł Kukiz – człowiek z 20% poparciem w wyborach prezydenckich otrzymał – jak napisałem wyżej – prezent. Referendum, na którym miał szansę zbudować silną organizację polityczną tak potrzebną w kampanii parlamentarnej oraz – co chyba ważniejsze – utrzymać mobilizację swojego elektoratu przez jesiennymi wyborami. Nie udało się, bo pan Kukiz ma dzisiaj dużo większe problemy.
  • System prawny dotyczący referendum – winę za niską frekwencję ponosi w pewnej mierze także 50% próg frekwencji, który musi zostać przekroczony, aby było ono ważne. W praktyce oznacza to, że opuszczenie głosowania jest także zabraniem głosu. Pytanie na ile świadomym. Nie mam wątpliwości, że taka sytuacja nie służy demokracji bezpośredniej, ani w ogóle demokracji jako takiej.
  • Partie polityczne – zanim doszło do zignorowania referendum przez obywateli, zostało ono zignorowane przez polityków. Ci albo w ogóle nie zabierali głosu, albo postanowili – jak np. Roman Giertych, czy Nowoczesna PL – wykorzystać kampanię referendalną jako preludium do parlamentarnej. Poza lewicą, która starała się wykazywać wady JOWów reszta graczy wolała nie zabierać w tej sprawie głosu, albo czyniła to tak, aby za wielu tego głosu nie usłyszało.

Zamiast odmawiać kolejną litanię o przegranym prezydencie i zmarnowanych pieniądzach proponuję jednak spróbować wyciągną wnioski na przyszłość z tego zaiste kosztownego projektu. Po pierwsze rozpocząć debatę polityków ale też konstytucjonalistów, specjalistów od systemów politycznych oraz demokracji dotyczącą zmian w systemie zarządzania, organizacji i przeprowadzania referendum. Np. próbę odpowiedzi na pytanie o potrzebę/zasadność/wysokość progu 50%, ale być może też opracowanie ustawowych kryteriów, które powinno spełniać pytanie referendalne a także procedury przekładania decyzji obywateli na zmiany w systemie prawnym.

Po drugie, warto zastanowić się nad rolą edukacji obywatelskiej – może to lekcje WOSu powinny odbywać się dwa razy w tygodniu, nie religii? Jak prowadzić edukację obywatelską dorosłych?

Po trzecie jak powinna wyglądać kampania referendalna i ile trwać?

Większość partii politycznych a także wyborców nie chciała, albo nie potrafiła wykorzystać „prezentu od PBK”, można jednak spróbować jakoś skorzystać z tego drogiego bądź co bądź doświadczenia. Szkoda, żeby te 100 milionów zupełnie się zmarnowało.

1.

Kategorie: Bez kategorii

Jeśli ktoś chce pomóc Hannie Gronkiewicz-Waltz w pozostaniu na stanowisku prezydenta Warszawy, to nie powinien iść na referendum 13 października. Ta kwestia dziś nie ulega wątpliwościom najmniejszym. Jest jednak świadectwem, jak daleko w politycznej grze potrafią posunąć się politycy. Bo nie powinno tak być – a jest – że dziś już same deklaracje „pójdę na referendum” i „13 zostanę w domu” są czytelną demonstracją preferencji politycznych.

Gdy ustawodawca wprowadzał do przepisów dotyczących referendum próg jego ważności, chciał zabezpieczyć nas przed sytuacją, w której aktywna (lub nadaktywna) mniejszość będzie mogła doprowadzić do usunięcia lokalnych władz i de facto zdestabilizować funkcjonowanie samorządowej egzekutywy. To się udało. Ustawodawca ten niestety nie przewidział, jak sprytni są nasi politycy, którzy chwycą się każdego sposobu dla ochronienia zajmowanych pozycji i zaatakowania pozycji przeciwnika. Uważny czytelnik powinien dostrzec, że ów ustawodawca i politycy to generalnie to samo. Politycy grają więc w grę, której zasady wcześniej sami ułożyli. I moglibyśmy przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie jeden – wcale niemały z punktu widzenia naszych praw konstytucyjnych – problem. Otóż w Polsce wybory (a także referenda) odbywają się między innymi w głosowaniu tajnym, co oznacza, iż to jak głosujemy jest naszą słodką (niekiedy) tajemnicą i poznać ją mogą tylko te osoby, którym się z niej zwierzymy. Ta zasada ma charakter fundamentalny, jest związana z naszym prawem do prywatności, ma nas chronić, przed ewentualną zemstą tych, na których nie zagłosowaliśmy. Stąd na kartach do głosowania nie ma miejsca na nasze dane, a przysłowiowy krzyżyk możemy postawić zasuwając za sobą firankę w lokalu wyborczym. W tym samym lokalu wyborczym znajduje się jednak spis wyborców – każdy, kto choć raz głosował pewnie pamięta, że miłe panie i panowie z komisji wyborczej proszą o potwierdzenie swoim podpisem faktu odebrania karty do głosowania. Podpisując możemy przy okazji sprawdzić, czy sąsiad już głosował.  I tutaj właśnie pojawia się pierwszy problem ze strategią zachęcania do bojkotu, którą PO przyjęło w Warszawie, a wcześniej PiS np. w Łodzi. Nie idąc na referendum nie podpiszemy się na spisie wyborców i ktoś niepowołany będzie mógł poznać nasze preferencje polityczne, które niekoniecznie chcemy manifestować i które – jak wspomniałem wcześniej – są konstytucyjnie chronione przed wścibstwem innych.

Drugi, nie mniej poważny problem, który zafundowała Polsce Platforma (a wcześniej PiS) to postawienie nas wyborców w obliczu poważnego dysonansu – klasa polityczna, media, organizacje pozarządowe i różne autorytety od lat zachęcają do udziału w głosowaniach, boleją nad niską frekwencją wyborczą, słyszymy o konieczności wypełnienia naszego obywatelskiego obowiązku. Wbrew pozorom wiele osób – szczególnie młodych, szczególnie tych, którzy w 2007 i 2011 roku poparli PO, a w 2010 roku Hannę Gronkiewicz-Waltz – dało się przekonać. Oni mają dziś nie lada dylemat – czy dla ratowania pani prezydent (którą lubią i cenią za wiele inwestycji jednocześnie przymykają oko na odwieczne problemy, którym poprzednicy pani prezydent także nie podołali) warto poświęcić swoje (sic!) ideały i zlekceważyć obywatelski obowiązek (tak przynajmniej to nazywają).

W świecie, w którym nie byłoby progu ważności referendum PO, PiS, RP, SLD, PSL i inni ścigaliby się w zachęcaniu wyborców do głosowania. Czy jednak należy ów próg znieść? Może wystarczy wymagać od polityków większej odpowiedzialności a za jej brak karać ich przy urnach?

Na koniec powtórzę – jeśli ktoś chce pomóc prezydentom Warszawy, Słupska, czy burmistrz Wadowic w pozostaniu na swoim stanowisku, niech zostanie w domu. Jeśli chce ich odwołania – powinien pójść na głosowanie. I wcale nie jestem zadowolony, że tak właśnie jest. Jak śpiewała w 2000 roku Anja Ortodox w piosence wyborczej Piotra Ikonowicza – To inaczej miało być, przyjaciele