Miesięczne archiwum: Październik 2013

1.

Kategorie: Bez kategorii

Jeśli ktoś chce pomóc Hannie Gronkiewicz-Waltz w pozostaniu na stanowisku prezydenta Warszawy, to nie powinien iść na referendum 13 października. Ta kwestia dziś nie ulega wątpliwościom najmniejszym. Jest jednak świadectwem, jak daleko w politycznej grze potrafią posunąć się politycy. Bo nie powinno tak być – a jest – że dziś już same deklaracje „pójdę na referendum” i „13 zostanę w domu” są czytelną demonstracją preferencji politycznych.

Gdy ustawodawca wprowadzał do przepisów dotyczących referendum próg jego ważności, chciał zabezpieczyć nas przed sytuacją, w której aktywna (lub nadaktywna) mniejszość będzie mogła doprowadzić do usunięcia lokalnych władz i de facto zdestabilizować funkcjonowanie samorządowej egzekutywy. To się udało. Ustawodawca ten niestety nie przewidział, jak sprytni są nasi politycy, którzy chwycą się każdego sposobu dla ochronienia zajmowanych pozycji i zaatakowania pozycji przeciwnika. Uważny czytelnik powinien dostrzec, że ów ustawodawca i politycy to generalnie to samo. Politycy grają więc w grę, której zasady wcześniej sami ułożyli. I moglibyśmy przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie jeden – wcale niemały z punktu widzenia naszych praw konstytucyjnych – problem. Otóż w Polsce wybory (a także referenda) odbywają się między innymi w głosowaniu tajnym, co oznacza, iż to jak głosujemy jest naszą słodką (niekiedy) tajemnicą i poznać ją mogą tylko te osoby, którym się z niej zwierzymy. Ta zasada ma charakter fundamentalny, jest związana z naszym prawem do prywatności, ma nas chronić, przed ewentualną zemstą tych, na których nie zagłosowaliśmy. Stąd na kartach do głosowania nie ma miejsca na nasze dane, a przysłowiowy krzyżyk możemy postawić zasuwając za sobą firankę w lokalu wyborczym. W tym samym lokalu wyborczym znajduje się jednak spis wyborców – każdy, kto choć raz głosował pewnie pamięta, że miłe panie i panowie z komisji wyborczej proszą o potwierdzenie swoim podpisem faktu odebrania karty do głosowania. Podpisując możemy przy okazji sprawdzić, czy sąsiad już głosował.  I tutaj właśnie pojawia się pierwszy problem ze strategią zachęcania do bojkotu, którą PO przyjęło w Warszawie, a wcześniej PiS np. w Łodzi. Nie idąc na referendum nie podpiszemy się na spisie wyborców i ktoś niepowołany będzie mógł poznać nasze preferencje polityczne, które niekoniecznie chcemy manifestować i które – jak wspomniałem wcześniej – są konstytucyjnie chronione przed wścibstwem innych.

Drugi, nie mniej poważny problem, który zafundowała Polsce Platforma (a wcześniej PiS) to postawienie nas wyborców w obliczu poważnego dysonansu – klasa polityczna, media, organizacje pozarządowe i różne autorytety od lat zachęcają do udziału w głosowaniach, boleją nad niską frekwencją wyborczą, słyszymy o konieczności wypełnienia naszego obywatelskiego obowiązku. Wbrew pozorom wiele osób – szczególnie młodych, szczególnie tych, którzy w 2007 i 2011 roku poparli PO, a w 2010 roku Hannę Gronkiewicz-Waltz – dało się przekonać. Oni mają dziś nie lada dylemat – czy dla ratowania pani prezydent (którą lubią i cenią za wiele inwestycji jednocześnie przymykają oko na odwieczne problemy, którym poprzednicy pani prezydent także nie podołali) warto poświęcić swoje (sic!) ideały i zlekceważyć obywatelski obowiązek (tak przynajmniej to nazywają).

W świecie, w którym nie byłoby progu ważności referendum PO, PiS, RP, SLD, PSL i inni ścigaliby się w zachęcaniu wyborców do głosowania. Czy jednak należy ów próg znieść? Może wystarczy wymagać od polityków większej odpowiedzialności a za jej brak karać ich przy urnach?

Na koniec powtórzę – jeśli ktoś chce pomóc prezydentom Warszawy, Słupska, czy burmistrz Wadowic w pozostaniu na swoim stanowisku, niech zostanie w domu. Jeśli chce ich odwołania – powinien pójść na głosowanie. I wcale nie jestem zadowolony, że tak właśnie jest. Jak śpiewała w 2000 roku Anja Ortodox w piosence wyborczej Piotra Ikonowicza – To inaczej miało być, przyjaciele