Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

To, że referendum 6 września jest porażką to rzecz oczywista. Najwięcej słychać, iż głównym przegranym jest prezydent Bronisław Komorowski, który zafundował sobie (za nasze złotówki) akt kampanii prezydenckiej za bagatela 100 mln złotych, które wczoraj spektakularnie zostały wyrzucone w błoto. Pojawia się też przy okazji sporo propozycji, na co można by wydać owe pieniądze – obiady dla dzieci, budowę szkół/żłobków, operacje, etc….

Powyższe tezy są jednak oczywiste, by nie rzec trywialne. Tak, Bronisław Komorowski próbując ratować swoją kampanię i zapewne licząc na poparcie ze strony Pawła Kukiza podarował mu referendum, którego centralnym pytaniem była kwestia jednomandatowych okręgów wyborczych. Zawiódł się srodze i ostatecznie przegrał wybory. Tak, sto milionów można zawsze lepiej wykorzystać, podobnie zresztą, jak ponad miliard, który państwo wydaje na opłacanie lekcji religii a także kilka innych pozycji budżetowych.

Na marginesie dodam, trochę stając w poprzek dzisiejszych komentarzy, coś na usprawiedliwienie PBK – jakbyśmy się cofnęli w czasie do pierwszych dni maja, to przypomnielibyśmy sobie, że kwestia demokracji bezpośredniej – nie tylko JOWów, ale i właśnie referendów była silnie obecna w kampanii i nie jest nieprawdziwym, że PBK ogłaszając wczorajsze referendum także odpowiedział na ówczesną potrzebę, albo wręcz powiedział – sprawdzam, chcecie demokracji bezpośredniej to ją macie, wykorzystajcie najlepiej jak potraficie.

Oto jeszcze kilku innych przegranych referendum, może mniej popularnych, ale nie mniej przegranych:

  • Paweł Kukiz – człowiek z 20% poparciem w wyborach prezydenckich otrzymał – jak napisałem wyżej – prezent. Referendum, na którym miał szansę zbudować silną organizację polityczną tak potrzebną w kampanii parlamentarnej oraz – co chyba ważniejsze – utrzymać mobilizację swojego elektoratu przez jesiennymi wyborami. Nie udało się, bo pan Kukiz ma dzisiaj dużo większe problemy.
  • System prawny dotyczący referendum – winę za niską frekwencję ponosi w pewnej mierze także 50% próg frekwencji, który musi zostać przekroczony, aby było ono ważne. W praktyce oznacza to, że opuszczenie głosowania jest także zabraniem głosu. Pytanie na ile świadomym. Nie mam wątpliwości, że taka sytuacja nie służy demokracji bezpośredniej, ani w ogóle demokracji jako takiej.
  • Partie polityczne – zanim doszło do zignorowania referendum przez obywateli, zostało ono zignorowane przez polityków. Ci albo w ogóle nie zabierali głosu, albo postanowili – jak np. Roman Giertych, czy Nowoczesna PL – wykorzystać kampanię referendalną jako preludium do parlamentarnej. Poza lewicą, która starała się wykazywać wady JOWów reszta graczy wolała nie zabierać w tej sprawie głosu, albo czyniła to tak, aby za wielu tego głosu nie usłyszało.

Zamiast odmawiać kolejną litanię o przegranym prezydencie i zmarnowanych pieniądzach proponuję jednak spróbować wyciągną wnioski na przyszłość z tego zaiste kosztownego projektu. Po pierwsze rozpocząć debatę polityków ale też konstytucjonalistów, specjalistów od systemów politycznych oraz demokracji dotyczącą zmian w systemie zarządzania, organizacji i przeprowadzania referendum. Np. próbę odpowiedzi na pytanie o potrzebę/zasadność/wysokość progu 50%, ale być może też opracowanie ustawowych kryteriów, które powinno spełniać pytanie referendalne a także procedury przekładania decyzji obywateli na zmiany w systemie prawnym.

Po drugie, warto zastanowić się nad rolą edukacji obywatelskiej – może to lekcje WOSu powinny odbywać się dwa razy w tygodniu, nie religii? Jak prowadzić edukację obywatelską dorosłych?

Po trzecie jak powinna wyglądać kampania referendalna i ile trwać?

Większość partii politycznych a także wyborców nie chciała, albo nie potrafiła wykorzystać „prezentu od PBK”, można jednak spróbować jakoś skorzystać z tego drogiego bądź co bądź doświadczenia. Szkoda, żeby te 100 milionów zupełnie się zmarnowało.