Miesięczne archiwum: Październik 2013

Wbrew sensacyjnemu sondażowi „Wiadomości” TVP, październik nie przyniósł większych zmian w preferencjach partyjnych Polaków. Szósty miesiąc na czele sondaży pozostaje PIS, ale projektowany podział mandatów nie daje żadnej partii nadziei na łatwą większość rządową.

Za nami kolejny, sondażowy miesiąc . W tym roku nie tylko z powodu aury październik był wyjątkowo jak na tę porę roku gorący. Wewnętrzne wybory w Platformie Obywatelskiej, „konferencje smoleńskie” i coraz bardziej kuriozalne tezy zespołu tzw. ekspertów Macierewicza, zakończona niepowodzeniem próba odwołania prezydent Warszawy czy zamieszanie w specsłużbach to najgorętsze wydarzenia politycznego kalendarza. Sprawdźmy jak te wszystkie dominujące w mediach tematy przełożyły się na sympatie partyjne Polaków w sondażach opinii publicznej.

A

 

Gdyby wybory parlamentarne odbywały się w październiku, wygrałoby je Prawo i Sprawiedliwość, uzyskując przeciętne poparcie na poziomie 36%. Drugie miejsce zajęłaby Platforma Obywatelska (29%), zaś trzecie Sojusz Lewicy Demokratycznej (11%). Do Sejmu weszłaby także pod nową nazwą partia Janusza Palikota – Twój Ruch (7%). Poparcie dla Polskiego Stronnictwa Ludowego balansuje na granicy 5% progu wyborczego, choć partia ta zwykle w wyborach ogólnokrajowych wypada nieco lepiej niż w przedwyborczych sondażach.

Zrealizowany przez TNS Polska dla Telewizji Publicznej sondaż telefoniczny jako jedyny w październiku i pierwszy od kwietnia wskazał PO jako pewnego zwycięzcę wyborów. Uzyskany w tym badaniu wynik partii rządzącej (41%!) i ogromna, 9-punktowa przewaga PO nad PIS stoją w ogromnej sprzeczności z rezultatami PO w pozostałych badaniach (27-31%) i zanotowanym prowadzeniem partii J. Kaczyńskiego (6-9 pkt proc.). Zrealizowane już po publikacji tego sensacyjnego sondażu przez Millward Brown dwa badania telefoniczne – dla TVN 25-26.X i RMF FM 27-28.X – nie potwierdziły, by doszło do zmiany lidera rankingu partyjnego. Z wyciągnięciem ostatecznych wniosków należy poczekać do listopadowych sondaży, niemniej już teraz wydaje się, że telefoniczne badanie TNS dla TVP nosi znamiona czegoś, co w statystyce określa się mianem ‘obserwacji odstającej’ (ang. outlier). Z tego powodu wyłączyłem wynik PO 41% z sondażowej średniej, która ukształtowała się w przypadku tej partii na poziomie 29%. O samym sondażu TNS więcej tu: http://blogi.polskatimes.pl/poppolityka/2013/10/27/karkolomny-sondaz/

Mając na względzie, że prawdopodobnie sondaż TNS Polska dla TVP był „wypadkiem przy pracy”, październik był kolejnym, szóstym już miesiącem prowadzenia partii J. Kaczyńskiego i bezpiecznej, 7-punktowej przewagi nad głównym rywalem.  Jeśli zerkniemy na ostatni kwartał z lotu ptaka okaże się, że preferencje partyjne Polaków są dość stabilne i mimo gorącego okresu w polityce na dobrą sprawę nie ulegają większym zmianom. Trend od kilku miesięcy jest wyraźny, a prowadzenie PIS w sondażach, mimo intensywnych starań Antoniego Macierewicza, na razie wydaje się niezagrożone.

b

 

Jak widać między sierpniem a październikiem w sondażowej średniej zmieniło się niewiele. Poparcie dla PIS waha się w przedziale 35-37% zdecydowanych wyborców. Również notowania PO w granicach 29-30% pozostają stabilne. W październiku przewaga PIS nad PO powróciła do poziomu z sierpnia (7 pkt proc), po krótkotrwałym spadku do 5 pkt we wrześniu. Zauważalne jest stopniowe słabnięcie SLD, który w przeciągu 3 miesięcy stracił 3 pkt proc. z 14 do 11%. Partia Palikota swój najgorszy okres w sondażach ma już chyba za sobą i zatrzymała się na 7%. Notowania PSL wahają się w przedziale 5-7%.

Sprawdźmy jeszcze, jak kształtuje się poparcie dla prawicowego planktonu. Tym bardziej, że raz na jakiś czas pojawia się „sensacyjny” sondaż, w którym J. Korwin-Mikke czy ziobryści forsują próg 5%. I rzeczywiście, to Nowa Prawica radzi sobie najlepiej ze wszystkich pozasejmowych partii. W październiku sondażowe notowania tej partii oscylowały wokół 4% – a więc minimalnie tylko mniej niż w przypadku sejmowego PSL . Wynik SP (2%) czy PJN (1%) nie pozostawia złudzeń co do szans na wejście tych formacji do parlamentu. Podobnie rzecz wygląda w przypadku stowarzyszenia „Republikanie” Przemysława Wiplera, znanego ostatnio głównie z upijania się w środku tygodnia i awantur z policją. W sondażach Millward Brown i Homo Homini poparcie dla jego inicjatywy (0%) dobrze oddaje sytuację, w jakiej znalazła się „nadzieja polskiej prawicy”.

cc

Przypadająca w październiku druga rocznica ostatnich wyborów parlamentarnych to również dobry moment do porównania obecnych notowań partii z wynikami ostatniej elekcji. A tu zmiany są już znaczące. W ciągu 2 ostatnich lat PIS poprawił swój rezultat wśród zdecydowanych wyborców aż o 6 pkt proc. z 30% do 36%. W tym samym czasie elektorat PO skurczył się o 10 pkt proc. z 39% do 29% – partia D. Tuska straciła więc 1/4 sympatyków. Co ciekawe, beneficjentem osłabienia formacji rządzącej nie stały się wcale partie lewicowe. SLD i Ruch Palikota otrzymały razem przed dwoma laty 18% głosów – dziś ich zsumowane poparcie wynosi… 18%. Choć należy zauważyć, że stronnictwo L. Millera to jedyna obok PIS siła, która w obecnych sondażach notuje lepsze rezultaty niż ostatni wynik wyborczy. PSL – podobnie jak PO i Palikot – osłabło względem 2011 o 3 pkt proc. do ledwie 5%.

dd

W rezultacie tak ukształtowane sondażowe poparcie przekłada się na znacząco słabszy, łączny wynik partii koalicji: 34% głosów dla PO-PSL to aż o 13 pkt proc. mniej niż formacje te zdobyły w poprzednich wyborach (47%). Jeśli październikowe sondaże przeliczyć na sejmowe mandaty, okaże się, że uformowanie koalicji rządzącej tylko z 2 partii jest niemożliwe.

eeee

Jeśli sondażową średnią z października przenieść na podział mandatów, koalicja PO-PSL ma zaledwie 173 głosy. Żeby było jeszcze ciekawiej, nawet dołączenie 51 parlamentarzystów SLD nie dawałoby sejmowej większości (224 mandaty). Podobnie, zwycięski  PIS (207 mandatów) nie utworzyłby z partią J. Piechocińskiego (14 mandatów) większościowej koalicji. W połowie kadencji podobne obliczenia to oczywiście tylko zabawa, niemniej już teraz pokazująca, że utworzenie stabilnej, rządowej większości po kolejnych wyborach może być nie lada wyczynem.

PS: Symulację podziału mandatów w oparciu o październikową średnią sondaży przygotował Tomasz Jurkiewicz, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego (Twitter: @Szamotikon).

 

 

Sensacja! PO po pół roku wraca na prowadzenie w sondażach! – ucieszyły się tłyterowe lemingi. Karkołomny sondaż na zlecenie Kraśki, który chce się podlizać PO – wieszczy prawicowy portal wPolityce. Jak jest naprawdę?

Dawno żaden sondaż preferencji partyjnych Polaków nie wywołał w sieci takiego zamieszania, jak ten opublikowany w niedzielny poranek przez TVP Info.  Zaskakujący, bo przynoszący po 6 miesiącach zmianę lidera ranking partyjny TNS Polska wzburzył „prawicowy internet”. Ci sami, którzy jeszcze miesiąc temu pieczołowicie cytowali sondaże tej pracowni, bo prowadził w nich ukochany PIS, teraz zaczęli węszyć spisek „Kraśki”, który rzekomo robi co może, by zadowolić partię rządzącą (wPolityce). Niezawodna Pani Irenka Szafrańska wyraziła nawet opinię, że „sondaż z 41% poparciem dla PO zapowiada jeno wielkie fałszerstwo wyborcze”. Sprawdźmy zatem czy obawy Pani Irenki są uzasadnione i na czym rzeczywiście polega zmiana w październikowym badaniu TNS :)

Jak poinformowała Telewizja Publiczna, sondaż partyjny zrealizowała dla nich tradycyjnie pracownia TNS Polska w dniach 22-24 października na próbie 1000 obywateli. Liczebność tej próby jest zawsze taka sama w prowadzonych już od kilku lat badaniach telefonicznych TNS.

Pierwsza, ważna rzecz, o której trzeba wspomnieć: w sondażu telefonicznym TNS Polska inaczej dzieli elektorat niż w swoim tradycyjnym sondażu ankietowym. W zwykłym ‘ankietowcu’ zasadnicze pytanie, jakie słyszy ankietowany brzmi: „czy zamierzasz wziąć udział w wyborach, jeśli odbyłyby się one w najbliższą niedzielę?”. W rezultacie odpowiedź na to pytanie dzieli badanych na 2 grupy:  deklarujących wzięcie udziału w głosowaniu i zapowiadających absencję. Dopiero przy drugim podejściu pyta się ankietowanych, którzy zadeklarowali udział w wyborach o konkretne preferencje partyjne i dopiero na tym etapie pojawia się możliwość udzielenia odpowiedzi „nie wiem na kogo zagłosuję” obok wskazania PO, PIS czy SLD.

Tymczasem w cytowanym sondażu telefonicznym ankietowani już na samym wstępie mają nie 2, a 3 możliwości odpowiedzi na pytanie o projektowane zachowanie wyborcze:

  1. Nie pójdę na wybory.
  2. Nie wiem na kogo zagłosuję.
  3. Pójdę na wybory i wiem na kogo zagłosuję.

1

 

I to właśnie odpowiedzi ankietowanych z ostatniej, trzeciej grupy („idę na wybory i wiem na kogo zagłosuję”) są później prezentowane przez TVP jako oficjalne wyniki sondażu. Grupa ta wyłącza z podstawy procentowania nie tylko niezamierzających głosować, ale także „niezdecydowanych” – należy podkreślić w tym miejscu, że sondaż telefoniczny TNS to jedyne obecnie na rynku  badanie, którego wyniki podawane są w taki właśnie sposób (pozostałe sondaże: CBOS, Homo Homini, Millward Brown oraz sondaż ankietowy TNS Polska w prezentowanych w mediach wynikach uwzględniają opcję niezdecydowanych).

Jest prawodopodobne, że to właśnie taki a nie inny sposób „pierwszej selekcji” ankietowanych i dzielenia ich na 3 grupy wyborców, przyczynia się do otrzymywania takich rezultatów i ich olbrzymiej zmienności na tle „zwykłych” sondaży, które dzielą wyborców na 2 grupy. Nie są mi bliżej znane przyczyny stosowania takiej metodologii przez TNS akurat w sondażach telefonicznych, skoro nawet w badaniach ankietowych TNS wygląda to już „tradycyjnie” (pierwsze pytanie: „idziesz głosować czy nie?” bez możliwości wskazania na tym etapie „a może bym poszedł, ale nie mam na kogo głosować”).

Przyjrzyjmy się teraz bliżej wynikom zaprezentowanego dziś sondażu i porównajmy go z poprzednikami. Dla ułatwienia ograniczyłem się do trzech ostatnich badań TNS dla TVP z sierpnia, września i października.

2

 

Na pierwszy rzut oka, październikowe zmiany wydają się ogromne. PO zyskała aż 11 pkt proc. i wysunęła sią na pozycję lidera, zaś po pół roku prowadzenia PIS zjechał o 7 pkt proc. z 39% do 32%. Strata partii J. Kaczyńskiego względem sierpnia jest jeszcze większa i wynosi aż 11 pkt proc.

Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się wynikom, staje się jasne, że… Platforma nie zyskała nowych wyborców! Uzyskany przyrost +11 pkt proc. między październikiem a wrześniem to w tym konkretnym sondażu tylko i wyłącznie skutek zwiększenia się grupy wyborców niezdecydowanych i niezamierzających głosować. Trzecia grupa – „idę i wiem na kogo głosować” – jest w październikowym sondażu najniższa w historii badań TNS dla TVP i wyniosła tylko 36% ogółu (dokładnie 36,1% – 361 osób z 1000 ankietowanych).

3

 

Między wrześniem a październikiem liczba osób deklarujących zamiar głosowania na PO pośród ogółu 1000 ankietowanych wzrosła tylko minimalnie. We wrześniu było to 145 osób, w październiku 148 osób (dane w przybliżeniu z uwagi na brak dokładnych tabel TNS). Jednocześnie liczba wyborców PIS zjechała ze 189 osób we wrześniu do ledwie 116 w październiku, przy jednoczesnym intensywnym wzroście odpowiedzi „nie wiem na kogo głosować”. Zmniejszenie się grupy „ogół zdecydowanych wyborców” z 484 we wrześniu do 361 osób w październiku spowodowało, że procentowy wynik PO wystrzelił w górę, mimo symbolicznego wzrostu poparcia w liczbach bezwzględnych.

Reasumując, w tym konkretnym, październikowym sondażu TNS Polska dla TVP drastycznie spadła liczba osób mających jednocześnie: zamiar głosowania + konkretną preferencję partyjną. Projektowana frekwencja w tym sondażu to tylko 36% wobec 48% jeszcze we wrześniu. Nastąpił masowy odpływ wyborców PIS do grupy „niezdecydowanych”, przy jednoczesnym status quo w poparciu dla PO w liczbach bezwzględnych. Istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że niechęć do przyznawania się do PIS w tym sondażu to efekt ostatnich wyczynów „ekspertów” Macierewicza, co było dominującym przekazem medialnym w okresie bezpośrednio poprzedzającym realizację sondażu. Oczywiście niewykluczone, że w kolejnych badaniach PO będzie zyskiwać już nie tylko „w procentach”, ale także odnotuje realny wzrost liczby wyborców i tym samym dzisiejszy sondaż stanie się zwiastunem odbicia notowań PO. Kilka zbliżających się listopadowych badań powinno rozwiać nasze wątpliwości.

PS: za współpracę przy tekście dziękuję znanemu z Twittera blogerowi @JasioCha, który czuwał nad prawidłowością obliczeń ;)

Kolejny raz Państwowa Komisja Wyborcza zdała egzamin i na oficjalne dane o frekwencji 25,7% we wczorajszym referendum kazała nam czekać tylko 14 godzin. Niemcy we wrześniowych wyborach parlamentarnych 44 miliony głosów liczyli przez 7 godzin, ale nie bądźmy przesadnie złośliwi ;)

Gratulacje należą się pracowni TNS Polska, której exit poll kolejny raz (tym razem bez ironii) trafnie przewidział rezultat głosowania. W niedzielny wieczór o 21.00 na ekranach TVN24 i TVP Info, które zamówiły badanie, ujrzeliśmy frekwencję na poziomie 27,2% – później w ramach late poll skorygowaną do 26,8%. Tak czy inaczej, strzał TNS mieści się w marginesie błędu 2 pkt proc, o którym informowała sama pracownia jeszcze przed realizacją exit poll.

Okazało się też, że głos tłyterowego ludu nie powinien być lekceważony :) Średnia typów frekwencji w naszej zabawie wyniosła 26,8%, niemal idealnie pokrywając się z rzeczywistym uczestnictwem wyborczym. Najlepszy typ należy do posłanki PO Ligii Krajewskiej (25,5%), moja skromna osoba uplasowała się na 2. miejscu z typem 25,9% :) Dzięki wszystkim za przesłane na timelinie i DM propozycje, obiecuję powtórzyć zabawę przed kolejnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju 2014.

Skoro już zachwycam się sam sobą ;), przypomnę o opracowanej dla portalu Polityka Warszawska analizie ostatnich sondaży przedwyborczych. W piątek pisałem, że medialna interpretacja sondaży w oparciu o całkowity odsetek deklaracji udziału w referendum nie jest właściwa. Posiłkując się dotychczasowym doświadczeniem ośrodków badania opinii publicznej i własną, niewielką wiedzą szacowałem, że „frekwencja powinna zamknąć się w przedziale 24-27%, a prezydent stolicy nie powinna zostać odwołana”http://www.politykawarszawska.pl/index.php/article/233 ).

finito

Według medialnej interpretacji publikowanych w trakcie kampanii referendalnej sondaży prezydent stolicy powinna już szykować się do wyprowadzki z Ratusza. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej tym badaniom, sprawa nie jest tak jednoznaczna.

Sondaże nie pozostawiają Hannie Gronkiewicz-Waltz złudzeń co do jednego: zdecydowana większość tych, którzy pofatygują się 13 października do lokali wyborczych, opowie się za jej odwołaniem ze stanowiska prezydenta Warszawy. Odsetek przeciwników HGW waha się od 67% w badaniach TNS Polska do 76% w sondażu ABR Sesta. Po wyłączeniu z sondaży wyborców niezdecydowanych, 83-88% warszawiaków zagłosuje przeciw obecnej prezydent miasta. Warto podkreślić, że ten odsetek – jak na polskie realia – jest bardzo podobny w sondażach 4 różnych ośrodków.

1

 

Zauważmy też, że nadal 10-14% chętnych do udziału w głosowaniu chce bronić HGW. Biorąc pod uwagę sondażowe deklaracje uczestnictwa w referendum (nawet połowa warszawiaków), daje to nawet 5 punktów procentowych frekwencji, co w obecnej sytuacji może mieć niebagatelne skutki dla dalszych losów prezydent miasta.

O ile w przypadku rozkładu głosów w samym referendum sondaże są dość jednoznaczne, o tyle dużo ważniejsza kwestia – poziomu projektowanej frekwencji – nie jest już w przedwyborczych badaniach tak klarowna. Według PKW, w stolicy uprawnionych do głosowania jest 1 milion 335 tysięcy osób. By referendum było ważne do urn musi się pofatygować ponad 389 tys. warszawiaków, co przekłada się na frekwencję na poziomie ok 29%. Sprawdźmy jak wyglądają zapowiedzi udziału w referendum w ostatnich przed referendum sondażach czterech ośrodków demoskopijnych.

2

 

Gdyby wszyscy warszawiacy, którzy deklarują w sondażach udział w głosowaniu, faktycznie pofatygowali się do urn wyborczych, próg ważności referendum zostałby osiągnięty. Choć zgodność między ośrodkami badania opinii publicznej jest tu mniejsza niż w przypadku rozkładu głosów, to jednak wystarczający odsetek 36-52% mieszkańców stolicy zapowiada pójście na referendum.

Sprawdźmy jeszcze dynamikę zmian podczas kampanii referendalnej na podstawie kilku sondaży TNS Polska.

3

 

Zwraca uwagę, że podczas trwającej kampanii referendalnej odsetek deklarujących udział w głosowaniu 13 października praktycznie pozostaje w sondażach TNS (najlepszego ośrodka badań opinii publicznej w wyborach 2011) na niezmienionym poziomie 36-39%. Ostatni sondaż TNS pokazuje jednak, że spadła liczba osób „raczej” wybierających się do urn, co może sugerować krystalizowanie się bloku przeciwników i zwolenników obecnej prezydent.

Zagadką pozostaje, ilu z zapowiadających udział w referendum naprawdę uda się w nadchodzącą niedzielę do lokalu wyborczego. Ze względu na fakt, że podczas kampanii referendalnej to TNS Polska najbardziej regularnie badał preferencje warszawiaków, postanowiłem przyjrzeć się, jak wyglądały różnice pomiędzy deklarowanym udziałem w wyborach a rzeczywistą frekwencją w ciągu ostatnich 20 lat. Efekty porównania w poniższej tabeli.

4

 

  1. W historii badań TNS Polska rzeczywista frekwencja wyborcza nigdy nie przewyższyła sumy deklaracji „zdecydowanie pójdę na wybory” i „raczej pójdę” (w tabeli jako „tak ogółem”).
  2. Rzeczywista frekwencja wyborcza najbardziej zbliżona była do sondażowej odpowiedzi „zdecydowanie pójdę zagłosować” – przeciętna frekwencja wyborcza w analizowanym okresie wyniosła 49,6%, zaś średni odsetek „zdecydowanie tak” 49,5%.
  3. Warto zauważyć, że kilkukrotnie realne uczestnictwo w wyborach przewyższyło jednak odsetek „zdecydowanych” deklaracji (np. 2009 i 2010 – w tabeli oznaczone na żółto).
  4. Przeciętnie, na przestrzeni ostatnich 2 dekad, realna frekwencja zanotowana w wyborach wynosiła 67,3% ogólnych deklaracji uczestnictwa w sondażach TNS.

Gdyby tę średnią zastosować mechanicznie do ostatniego przedreferendalnego sondażu TNS Polska (łącznie 36% deklaracji udziału), to otrzymujemy frekwencję wynoszącą 24% – a więc dużo poniżej wymaganych 29%. Jeśli zaś uwzględnimy fakt, że wg TNS „rzeczywista frekwencja oscyluje wokół odsetka ankietowanych deklarujących swój zdecydowany udział w głosowaniu”, a ten w ostatnim sondażu TNS wynosi 27%, możemy spodziewać się frekwencji na poziomie 27%.

Reasumując, za odwołaniem HGW opowiada się w badaniach opinii publicznej zdecydowana większość deklarujących udział w głosowaniu. Jeśli przyjąć, że dotychczasowe doświadczenie TNS Polska potwierdzi się przy okazji referendum warszawskiego i, po pierwsze, rzeczywista frekwencja będzie zbliżona do odsetka osób chcących „zdecydowanie” pójść do urn, a po drugie, wyniesie ok 2/3 ogółu deklarujących udział w głosowaniu, to frekwencja powinna zamknąć się w przedziale 24-27%, a prezydent stolicy nie powinna zostać odwołana. Pamiętać jednak należy, że taka symulacja to w pewnym sensie wróżenie z fusów, bowiem operujemy tylko i wyłącznie wieloletnią średnią badań, zastosowaną mechanicznie do aktualnych sondaży. I wreszcie, w sondażowej historii TNS bywały lata, gdy realna frekwencja zanotowana w wyborach była wyższa od „zdecydowanych” zapowiedzi ankietowanych. Jeśli w tym roku będziemy mieli do czynienia z taką „anomalią”, przekroczenie progu 29% wydaje się możliwe.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Polityka Warszawska http://politykawarszawska.pl

Poprosiłem znanych i lubianych użytkowników Twittera o ich typ frekwencji w niedzielnym referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jeśli rzeczywista frekwencja pokryłaby się z uzyskaną średnią naszych strzałów (26,8%), prezydent stolicy zostałaby uratowana. Najmniej łaskawy dla HGW w swojej prognozie był naczelny „Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski (36%), największe szanse na ocalenie daje prezydent Warszawy Piotr Witwicki z Polsat News/300polityka (17%). Temu ostatniemu już teraz należą się gratulacje za najbardziej oryginalne uzasadnienie prognozy, wiążącej frekwencję z zawartością alkoholu w aktualnie konsumowanym trunku ;) Kto jest najbliższy prawdy, dowiemy się już pojutrze :)

finito

Na Twitterze regularnie narzekam na badania preferencji partyjnych realizowane przez polskie firmy i w roli pozytywnego bohatera obsadzam ich niemieckich kolegów. „Polska the Times” na szczęście nie ogranicza mnie 140 znakami, mogę więc w tym miejscu jasno wyłożyć powody tego nieustannego hejtu.

We wrześniu prezes Instytutu Homo Homini Marcin Duma wystosował do firm zrzeszonych w Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku (OFBOR) list otwarty, w którym wezwał konkurencję do ujednolicenia metodologii przeprowadzania sondaży http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/organizacje-zrzeszajace-instytuty-badawcze-odrzucaja-propozycje-szefa-homo-homini

Szefowi HH chodziło głównie o prezentowane w mediach badania preferencji partyjnych, które są wizytówką firm badawczych. Ich skrajnie odmienne wyniki podważają zaufanie opinii publicznej do pracy firm badawczych, także w przypadku sondaży na inne, pozapolityczne tematy. Wielokrotnie już na tym blogu zwracałem uwagę, że bombardowanie Polaków w krótkim okresie czasu rankingami, w których PIS osiąga poparcie w przedziale 23% (CBOS) – 43% (TNS Polska dla TVP), prowadzi do totalnego chaosu i wykpiwania sondaży przez komentatorów, co uderza przede wszystkim w interes ośrodków badawczych. Lekceważąca odpowiedź OFBOR na list otwarty nie daje niestety nadziei na rychłą poprawę.

Z punktu widzenia zwykłego „konsumenta” sondaży najpilniejszą sprawą, wśród poruszonych w liście przez M. Dumę, jest postulat ujednolicenia sposobu prezentacji sondaży w mediach. Ta akurat propozycja Homo Homini jako jedyna znalazła uznanie firm konkurencyjnych i pozostaje mieć nadzieję, że chociaż w tym zakresie ośrodki demoskopijne wypracują wspólne stanowisko. W olbrzymiej bowiem mierze szokujące rozbieżności biorą się właśnie stąd, że część sondaży uwzględnia wyborców niezdecydowanych, inne zaś podawane są po ich wyłączeniu z podstawy procentowania (czyli przybierają postać wyniku wyborów podawanych przez Państwową Komisję Wyborczą, gdzie poparcie dla wszystkich partii sumuje się do 100%). Drugą kwestią problematyczną jest fakt, że w polskich realiach badawczych odsetek niezdecydowanych potrafi wahać się od 12 do 26% Polaków (to dane z wrześniowych sondaży). Mając to na względzie skuteczne porównanie sondaży różnych pracowni i wyrobienie sobie orientacji w poparciu partyjnym przez zwykłego zjadacza sondaży jest zadaniem karkołomnym.

By przekonać się, że postulat ujednolicenia metodologii jest słuszny, wystarczy porównać efekty pracy niemieckich i polskich ośrodków badawczych w zakresie sondaży przedwyborczych. Przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu badania preferencji przeprowadzało 7 firm demoskopijnych i WSZYSTKIE podawały wyniki swoich sondaży w identyczny sposób tj. bez wyborców niezdecydowanych. Dzięki temu nie zdarzyło się, by niemiecki wyborca bombardowany był sondażami, w których koalicja CDU/CSU cieszyła się poparciem raz 23%, a innym razem 43% – jak miało to niedawno miejsce w Polszcze z poparciem dla PIS.

W poniższej tabeli zebrałem wszystkie ostatnie przed wyborami sondaże poszczególnych ośrodków i obliczyłem skalę popełnionego przez każdą firmę błędu badawczego tj. sumę różnic pomiędzy wynikiem każdej partii w sondażu a rezultatem wyborczym. I tak przykładowo dla instytutu Forsa: wynik CDU w wyborach 41.5% vs. wynik w sondażu 40% = błąd 1,5 pkt / SPD 25,7% w wyborach vs. 26% w sondażu = błąd 0,3 pkt i tak dalej dla każdej partii. Łączna suma błędów Forsa wyniosła 5 pkt.

1

Jak widać, niemieckie firmy badawcze spisały się na medal. Publikowały nie tylko niewiele różniące się od siebie sondaże, ale również wybitnie trafnie przewidziały wynik każdej partii w elekcji. I tak, średnia sondaży CDU/CSU (39,5%) jest tylko o 2 pkt proc mniejsza niż rzeczywisty wynik wyborów (41,5%). W przypadku SPD i Zielonych różnica wynosi tylko 1 pkt proc, a średni sondażowy wynik Linke (8,6%) czy Piratów (2,2%) wręcz idealnie pokrywa się z rezultatem wrześniowego głosowania (odpowiednio 8,6% i 2,2%).

Zwraca też uwagę niewielka rozpiętość popełnionego przez sondażownie błędu – od 5 pkt w przypadku najlepszego instytutu Forsa do 8,8 pkt w najgorszym sondażu Infratest.  Przeciętny błąd popełniony przez niemieckie sondażownie we wrześniowych wyborach wyniósł 6,8 pkt.

A teraz rzućmy okiem na rezultaty pracy polskich firm badawczych przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi  w 2011 roku. Podobnie jak w przypadku Niemiec, w tabeli zawarłem ostatni opublikowany przed wyborami sondaż danego ośrodka badawczego po wykluczeniu niezdecydowanych.

2

Kilka wniosków nasuwa się z takiej analizy porównawczej polskich i niemieckich sondaży:

  1. Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi najlepiej spisał się TNS Polska, głównie dlatego że jako jedyny ośrodek opublikował (na łamach „Gazety Wyborczej”) prognozę wyborczą, a nie zwykły sondaż (wszystkie pozostałe badania w powyższej tabeli to klasyczne sondaże). Być może „surowe” wyniki sondaży trzeba w Polsce poddawać fachowej obróbce, by odzwierciedlały rzeczywiste sympatie elektoratu.
  2. Suma błędu popełnionego przez TNS Polska (4,5) jest MNIEJSZA od najlepszego wyniku zanotowanego w niemieckich wyborach przez firmę Forsa (łączny błąd – 5 pkt)! Innymi słowy, TNS Polska w swojej prognozie lepiej przewidział wynik wyborów niż najlepsza niemiecka sondażownia. Dowodzi to kunsztu badaczy TNS, którzy w oparciu o kilka „zwykłych” sondaży i dodatkowe badania zadawane ankietowanym stworzyli w 2011 prognozę wręcz idealną.
  3. Ostatnie przed wyborami sondaże CBOS i GFK Polonia najsłabiej przewidziały wynik wyborów. Nic więc dziwnego, że tuż po wyborach 2011 „Rzeczpospolita” podziękowała GFK Polonia za współpracę, a badania tej firmy niemal zniknęły z mediów. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o CBOS ;)
  4. Średni błąd popełniony przez polskie firmy badawcze wyniósł 12,8 pkt – był więc niemal dwukrotnie wyższy niż w przypadku niemieckich kolegów (6,8 pkt). Sondaże w RFN spudłowały w przedziale między 5 (Forsa) a 8,8 pkt (Infratest); w Polsce między 4,5 (TNS) a 18,8 pkt (GFK Polonia). Jak widać, problem z polskimi sondażami sprowadza się nie tylko do ujednolicenia sposobu prezentowania wyników sondaży w mediach, czym zgodziły się łaskawie zająć firmy badawcze po liście prezesa Dumy, ale tkwi chyba znacznie głębiej – w samej metodologii badawczej, która prowadzi do skrajnie odmiennych wyników (np. poparcie dla PO między 35 a 46%) oraz do rezultatów nieprzystających do wyborczej rzeczywistości (np. wg sondażu CBOS PO miała otrzymać 44%, a PIS 25% – różnica między partiami miała wynieść 19 pkt proc, a wyniosła… 9 pkt).
  5. Ostatni wniosek jest iście paradoksalny i zdziwił nawet autora tego porównania ;) Otóż okazuje się, że średnia wszystkich, ostatnich przed wyborami sondaży w niemal idealny sposób odzwierciedliła wynik elekcji 2011! Przykładowo, zanotowane przed wyborami poparcie dla PO wynosiło w różnych sondażach od 35% do 46%, a taka szokująca rozbieżność rzędu 11 pkt skłoniłaby zapewne niemieckie sondażownie do samorozwiązania. Jednocześnie jednak średnia tych wszystkich „rozjechanych” sondaży dawała tej partii 39,2% – a więc dokładnie tyle, ile partia ta otrzymała w wyborach 2011 (39,2%)! Podobnie w przypadku pozostałych partii rozbieżności między przeciętnym wynikiem sondażowym a rezultatami wyborów są minimalne. Jest to oczywiście wniosek nieco żartobliwy, niemniej zachęcam do śledzenia moich comiesięcznych podsumowań, w których w analogiczny sposób uprzeciętniam wyniki wszystkich ośrodków ;)

Przyczyna nietrafności polskich sondaży przedwyborczych pozostaje nadal niezdiagnozowana i dopiero wspólny wysiłek całej branży może wskazać jej źródła. Być może to specyfika polskiego elektoratu, który unika mówienia prawdy w badaniach (wtedy warto, by sami badacze poddali korekcie wyniki sondaży, publikując tuż przed samymi wyborami prognozy), a być może wina leży po stronie samych firm demoskopijnych i stosowanych przez nich metod badawczych. Niezależnie od powodu, tylko uśrednienie skrajnie różnych wyników sondaży daje w polskich realiach w miarę realny obraz poparcia dla partii politycznych. Przynajmniej do czasu, gdy same firmy badawcze nie wypracują jednolitych standardów. Analiza październikowych sondaży już wkrótce na moim blogu.