Archiwum kategorii: Bez kategorii

Od pół roku PO cieszy się większym poparciem wyborców niż PIS.

7 sondaży

W lutym ośrodki badania opinii publicznej zrealizowały siedem pomiarów preferencji partyjnych na łącznej próbie 7588 Polaków. Dwa sondaże przeprowadził instytut TNS Polska (telefoniczny dla TVP oraz comiesięczny pomiar metodą wywiadów bezpośrednich – bez zlecenia), zaś rezultaty jednej ankiety opublikowały: CBOS, GFK Polonia, IBRiS (dla „Rzeczpospolitej”) oraz Millward Brown (dla TVN). O ile w styczniu Platforma prowadziła w pięciu z ośmiu zrealizowanych sondaży (w trzech zanotowano remis), o tyle w lutym liderem już wszystkich siedmiu pomiarów była partia E. Kopacz.

Lider

1

Wśród wyborców zdecydowanych, na kogo głosować, największe poparcie zanotowała w lutym Platforma Obywatelska, która mogła liczyć tak jak w styczniu na 39 proc. głosów. Na drugim miejscu uplasowała się prawicowa koalicja Prawo i Sprawiedliwość – Solidarna Polska – Polska Razem (34 proc. – spadek o 2 punkty procentowe względem poprzedniego miesiąca). Swoich przedstawicieli na Wiejskiej miałyby jeszcze tylko dwie partie: Polskie Stronnictwo Ludowe (10 proc. – wzrost o 2 punkty procentowe wobec stycznia) i Sojusz Lewicy Demokratycznej (9 proc. – bez zmian). PSL i SLD od kilku miesięcy rywalizują o miano trzeciej siły politycznej – w lutym to partia J. Piechocińskiego nieznacznie wypędziła lewicę. Pod progiem wyborczym znalazła się nowa partia – Koalicja Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja (w skrócie KORWiN – 3 proc.) oraz  Twój Ruch J. Palikota (2 proc.). Zgodnie z oczekiwaniami pojawienie się nowej formacji J. Korwin-Mikkego unicestwiło w sondażach jego poprzednią formację – Kongres Nowej Prawicy zanotował w lutym poparcie 1 proc. badanych.

Zmiany

2

 

W ujęciu miesięcznym Platforma Obywatelska była liderem sondaży preferencji partyjnych nieprzerwanie przez 6 lat: od pierwszych zwycięskich wyborów parlamentarnych w 2007 roku aż do wiosny 2013 roku. W maju 2013 roku prowadzenie w rankingu partyjnym przejęła partia J. Kaczyńskiego. PIS był najpopularniejszą partią w Polsce przez 11 miesięcy do marca 2014 roku. Dopiero wiosną 2014 roku na fali ukraińskiego kryzysu Platforma na moment odzyskała niewielkie prowadzenie w badaniach opinii publicznej. Sondażowy „efekt Ukrainy”, którego apogeum przypadło na kwiecień i maj 2014 roku, przełożył się na minimalną wygraną PO w wyborach europejskich 25 maja 2014. Trwający dwa miesiące „efekt Ukrainy” szybko jednak ustąpił miejsca „efektowi taśm” i letnie miesiące 2014 roku (czerwiec-sierpień) znów należały do PIS. Momentem przełomowym dla polskiej sceny partyjnej był wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej 30 sierpnia 2014 roku. Już we wrześniu PO wyprzedziła PIS i zdołała utrzymać sondażową przewagę podczas pierwszych miesięcy rządów Ewy Kopacz. W lutym 2015 roku – szósty miesiąc z rzędu – ośrodki badania opinii wskazywały, że wybory parlamentarne wygrałaby partia rządząca.

Bipolaryzacja

Półrocznemu okresowi prowadzenia PO w sondażach towarzyszą utrzymujące się na wysokim poziomie notowania PIS. Od zmiany na stanowisku premiera obserwujemy silną mobilizację elektoratów dwóch największych partii. O ile w ubiegłorocznych wyborach europejskich obie partie zebrały 64% głosów, o tyle po objęciu steru rządów przez E. Kopacz PO i PIS regularnie cieszą się poparciem 3/4 Polaków o sprecyzowanych preferencjach politycznych. 10 lat od rozpoczęcia ostrej rywalizacji politycznej między PO i PIS konflikt ten wciąż ma solidne oparcie w zachowaniach wyborczych.

 Mandaty sejmowe

Jeśli średnią styczniowych sondaży przeliczymy metodą d’Hondta na mandaty parlamentarne, to poszczególne partie mogą liczyć na następującą liczbę posłów: PO 195, PIS 169, PSL 50, SLD 45, PSL 40, MN 1. Podobnie jak na przełomie 2014/2015 roku możliwe byłoby więc skonstruowanie większości rządowej składającej się tylko z PO-PSL (245). Jest to istotna zmiana, bowiem przez ponad 2 ostatnie lata (2013/2014) sondaże dawały większość obecnej koalicji tylko przy wsparciu trzeciego koalicjanta – SLD. Lutowa średnia sondaży nie daje szans PIS na skonstruowanie większościowej koalicji z PSL. Jedynie wejście do parlamentu partii J. Korwin-Mikkego stwarzałoby PIS szansę na zdobycie w Sejmie większości rządowej.

Wnioski

Pogorszenie ocen pracy rządu czy spadek zaufania do czołowych polityków PO zaobserwowane po strajkach lekarzy i górników nie przełożyły się jak dotąd na notowania partii rządzącej. Platforma od pół roku wyprzedza PIS, a przeciętne poparcie dla PO w skali miesiąca – 39% – jest najlepszym sondażowym wynikiem od jesieni 2012 roku. Co więcej, uzyskana w lutym przewaga nad PIS – ok. 5 punktów procentowych – jest na tyle wyraźna, że nawet zakładając przeszacowanie PO i niedoszacowanie PIS w sondażach, można założyć że w lutym to Platforma cieszyła się większą sympatią ankietowanych Polaków. Czy partii E. Kopacz uda się utrzymać prowadzenie do październikowych wyborów parlamentarnych?

W ostatnim sondażu prezydenckim TNS Polska dla telewizji publicznej zdecydowanym liderem jest Bronisław Komorowski (53 proc.). Drugi w rankingu kandydat PIS Andrzej Duda cieszy się poparciem zaledwie 19 proc. badanych. Jednocześnie poparcie dla urzędującej głowy państwa spadło od grudnia już o 4 punkty procentowe. Zdaniem komentatorów i analityków w miarę rozwoju kampanii wyborczej notowania Komorowskiego będą nadal się obniżać, a jego konkurentów rosnąć, tak jak to miało miejsce w 2000 roku, gdy o reelekcję walczył Aleksander Kwaśniewski. Najprawdopodobniej więc kwestią czasu jest sondaż, w którym obecny prezydent otrzyma poparcie poniżej progu 50%.  I niemal na pewno zostanie to zinterpretowane przez media w sensacyjnym tonie jako zapowiedź II tury. Czy słusznie?

Musimy pamiętać, że w obecnej kampanii wszystkie ośrodki badania opinii publicznej podają wyniki swoich pomiarów z uwzględnieniem osób, które zapowiadają swój udział w wyborach, ale nie wiedzą jeszcze na kogo zagłosują. Przykładowo – w cytowanym na wstępie sondażu telefonicznym TNS Polska (4-5 lutego) dla TVP odsetek niezdecydowanych wynosi 11 proc. Załóżmy więc, że w kolejnym, marcowym pomiarze nadal 11 proc. ankietowanych nie wie na kogo zagłosować, a chęć poparcia Komorowskiego zgłasza już tylko 48 proc. respondentów. Czy oznacza to, że „będzie II tura”? Niewątpliwie taki wynik świadczyłby, że poparcie dla urzędującej głowy państwa w marcu spadło i II tura jest bardziej prawdopodobna niż w lutym, gdy Komorowski mógł liczyć na 53 proc. głosów. Jednak by prawidłowo odczytać taki sondaż należy z podstawy procentowania wyłączyć wyborców niezdecydowanych, czy inaczej: rozdzielić ich proporcjonalnie między wszystkich kandydatów do prezydentury. 48% Komorowskiego należy odnieść do 89 proc. ankietowanych deklarujących konkretną preferencję wyborczą, a to oznacza, że poparcie dla Komorowskiego wśród wyborców zdecydowanych na kogo głosować wyniosłoby  54% (48 / 89 * 100%).

Polskie ośrodki demoskopijne bardzo niechętnie podchodzą do takiego sposobu „rozprawiania się” z niezdecydowanymi, argumentując, że poparcie w tej grupie nie rozkłada się proporcjonalnie między wszystkich kandydatów. Sondażownie przekonują, że w grupie niezdecydowanych jest więcej wyborców, których można przypisać kandydatom opozycji niż urzędującemu prezydentowi.  Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, m.in. efekt politycznej poprawności, który sprawia że respondentom łatwiej jest przyznać się do popierania polityków z obozu władzy niż opozycji. Jest w takiej argumentacji sporo racji, z tym że na przestrzeni lat ośrodki sondażowe nauczyły się sobie z tym problemem radzić, czego dowodzą wyniki wyborów w 2011 czy 2014 roku.

Najważniejszą funkcją prezentowanych w mediach sondaży jest jednak funkcja poznawcza (informacyjna). Przedstawianie wyników z uwzględnieniem osób niepewnych swojej decyzji wyborczej utrudnia tzw. zwykłemu Polakowi, niezorientowanemu w niuansach metodologicznych, rozeznanie w aktualnym poparciu dla kandydatów. Co ważne, doświadczenia TNS Polska z poprzednich kampanii prezydenckich dowodzą, że proporcjonalne rozdzielanie niezdecydowanych między wszystkich kandydatów nie wypacza wyniku sondażu, wręcz przeciwnie – przybliża go do prezentowanych później przez Państwową Komisję Wyborczą oficjalnych rezultatów głosowania. By to zobrazować, sięgnijmy po ostatni pomiar TNS przed wyborami prezydenckimi w 2000 roku, które zakończyły się zwycięstwem A. Kwaśniewskiego już w I turze (54 proc. głosów).

1

Inaczej niż dziś, TNS prezentował w 2000 roku wyniki swoich sondaży z wyłączeniem wyborców niezdecydowanych. Tak przedstawione rezultaty pomiaru wskazywały, że Kwaśniewski może liczyć na 55 proc. głosów Polaków. Różnica między wynikiem sondażu a rezultatem głosowania wyniosła więc zaledwie 1 punkt procentowy. Można uznać, że TNS Polska idealnie przewidział, że wybory prezydenckie 2000 rozstrzygną się już w I turze.

Sukces TNS nie byłby tak jednoznaczny, gdyby wówczas firma badawcza zaprezentowała sondaż w takiej postaci, jak to czyni obecnie – z uwzględnieniem niezdecydowanych. Odsetek ten ukształtował się wtedy na poziomie 12 proc., co oznacza że poparcie dla Kwaśniewskiego w analizowanym sondażu wyniosło 48 proc. Jak łatwo się domyślić, nieobyte z metodologią badań sondażowych i dążące za „niusem” media błędnie zinterpretowałyby takie wyniki jako zapowiedź drugiej tury.

Dlatego by uniknąć sondażowego chaosu i sensacyjnych interpretacji wyników warto, by ośrodki demoskopijne i media zlecające badania preferencji wyborczych rozważyły w obecnej kampanii prezentowanie rezultatów sondaży w dwojaki sposób: z wyborcami niezdecydowanymi oraz po ich wyłączeniu z podstawy procentowania. Ułatwi to dziennikarzom i odbiorcom mediów właściwą ocenę szans poszczególnych kandydatów ubiegających się o najwyższy urząd w państwie.

PS: Niniejszy wpis przygotowałem wczoraj (13.02.2015). Dziś w „Rzeczpospolitej” (14.02.2015) ukazał się artykuł Pawła Majewskiego „Przełomowy sondaż. Duda w drugiej turze”. Przedstawione przez autora wyniki sondażu – 49% Komorowskiego przy 9% niezdecydowanych (czyli de facto 54% poparcia dla urzędującego prezydenta) – zostały nieprawidłowo zinterpretowane jako „Duda w drugiej turze”. Powyższe rozważania stają się tym samym jeszcze bardziej aktualne.

http://www.rp.pl/artykul/1167699,1179290-Sondaz-IBRiS-dla-PiS-po-konwencji-Dudy.html

W przyszłym tygodniu marszałek Radosław Sikorski wyznaczy termin wyborów głowy państwa i oficjalnie rozpocznie się kampania prezydencka. Z sygnalizowanych przez Państwową Komisję Wyborczą możliwości – 3, 10 i 17 maja – za najbardziej prawdopodobny dzień głosowania uznaje się 10 maja. Na niewiele ponad 100 dni do wyborów zdecydowanym faworytem pozostaje Bronisław Komorowski.

We wszystkich styczniowych pomiarach preferencji prezydenckich liderem jest urzędujący szef państwa. Co ważne, wszystkie cztery sondaże – telefoniczny Millward Brown dla TVN, telefoniczny TNS Polska dla TVP, telefoniczny IBRiS dla „Do Rzeczy oraz zrealizowany metodą wywiadów bezpośrednich TNS Polska – dają Komorowskiemu wygraną już w I turze. Obecny prezydent mógł w styczniu liczyć na 52-65% głosów i to w sytuacji, gdy sondaże uwzględniają różny odsetek wyborców niezdecydowanych, komu przekazać swoje poparcie. Na kandydata największej partii opozycyjnej – Andrzeja Dudę – chce głosować 12-25% wyborców.

1

Sondażowe różnice w poparciu dla dwóch najważniejszych pretendentów do prezydentury są więc znaczące i tylko częściowo tłumaczyć je można odmiennym odsetkiem niezdecydowanych (od 4 do 24% Polaków). Miejmy nadzieję że w miarę zbliżania się terminu wyborów różnice między ośrodkami demoskopijnymi będą maleć. Co ciekawe, wyniki pozostałych kandydatów – Ogórek, Korwina i Palikota – już teraz są niemal identyczne we wszystkich sondażach, a „rozjazd” dotyczy tylko poparcia dla Komorowskiego i Dudy.

Różnice między sondażami nieco maleją, gdy sięgniemy do wariantu „bez wyborców niezdecydowanych”, wszak PKW nie zaprezentuje wyników wyborów jak dziś TNS z 24% niezdecydowanych 😉 Wśród Polaków, którzy wybierają się na wybory i już teraz wiedzą, na kogo chcą oddać głos, poparcie dla Komorowskiego mieści się w przedziale 62-68%, a więc bardzo wyraźnie ponad progiem połowy głosów, co oznacza zwycięstwo już w I turze. Duda może w takim wariancie liczyć na 16-27%.

2

Niezależnie więc od wariantu prezentowania wyników sondaży – z lub bez wyborców niezdecydowanych – po pierwsze, przewaga Komorowskiego nad Dudą w pierwszym miesiącu 2015 roku jest wprost miażdżąca, a po drugie, według wszystkich ośrodków demoskopijnych wybory zakończyłyby się już w I turze.

Ciekawie wypada porównanie społecznego poparcia dla partii i popularności ich kandydatów na prezydenta. Ponieważ wszystkie sondażownie realizują jednocześnie pomiary sympatii partyjnych, łatwo sprawdzić który polityk cieszy się większym, a który mniejszym uznaniem niż popierająca go formacja.

prezida

O ile poparcie dla PO i PIS jest w miarę wyrównane i Platforma wyprzedza partię Kaczyńskiego o przeciętnie 1 pkt proc., o tyle różnica pomiędzy kandydatami prezydenckimi obu partii jest kolosalna i wynosi aż 38 pkt proc.!

– Bronisława Komorowskiego popiera niemal dwa razy więcej Polaków niż partię z której się wywodzi (PBK 57%, PO 33%). Elektorat prezydenta stanowią obecnie w ok. 60% sympatycy PO i 40% wyborcy innych partii.

– Andrzej Duda z kolei (19%) nie mobilizuje na razie nawet większości sympatyków PIS (32%) – mógł w styczniu liczyć na elektorat stanowiący ok. 60% jego macierzystej partii.

– Podobnie rzecz wygląda w przypadku kandydatki SLD – poparcie dla Magdaleny Ogórek (5,8%) wynosiło w styczniu przeciętnie 60% sondażowego wyniku SLD (9,5%).

Zdaniem większości komentatorów i analityków, wraz z rozwojem kampanii prezydenckiej notowania urzędującej głowy państwa będą spadać, a pozostałych kandydatów rosnąć. Przywołuje się w tym kontekście przykład Aleksandra Kwaśniewskiego, który faktycznie rozpoczynał kampanię z poparciem 60-70% Polaków, a wybory wygrał z wynikiem 54%. W świetle pierwszych sondaży, w których prezydent może liczyć na 62-68% głosów zdecydowanych wyborców, Komorowski ma całkiem realne szanse, by wyczyn poprzednika powtórzyć.

Jeśli wierzyć nieoficjalnym danym z regionów podanym przez PKW oraz lokalne media, w sejmikowym wyścigu nieznacznie prowadzi PO przed PIS. W liczbie mandatów sejmikowych sytuacja jest bliska remisu – nieco inaczej niż wynikałoby to z sondażu exit poll, w którym wyraźną, 4-punktową przewagę uzyskał PIS. Możliwe więc że procentowo w skali kraju wygrywa PIS (jeśli wierzyć exit poll IPSOS – brak danych PKW na tę chwilę), ale to PO będzie mieć nieznacznie więcej radnych w sejmikach wojewódzkich. Przewaga PO jest naprawdę niewielka i wynosi 8 mandatów.

555555

W trzech regionach możliwe są teoretycznie rządy tylko jednej partii: w Świętokrzyskiem PSL, w Pomorskiem PO, zaś w Podkarpackiem PIS. Województwo podkarpackie jest zresztą jedynym, w którym po tegorocznych wyborach samorządowych władzę będzie sprawować partia J. Kaczyńskiego. W pozostałych 15 regionach rządzić będzie koalicja PO-PSL, najprawdopodobniej tylko na Śląsku potrzebująca wsparcia trzeciego koalicjanta (SLD / RAŚ).

< obliczenia we współpracy z twitterowym komentatorem polityki – @IncognitusPL >

 

 

 

 

 

 

Według zrealizowanego dla TVP, TVN i Polsatu sondażu exit poll w niedzielnych wyborach samorządowych zwycięstwo odniosło Prawo i Sprawiedliwość (31,5%) przed Platformą Obywatelską (27,3%). Jest to pierwsza wygrana partii J. Kaczyńskiego od 9 lat tj. od wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2005 roku, która przerwała cykl aż siedmiu zwycięstw PO z rzędu (ośmiu w ogóle, licząc wybory europejskie 2004).

Choć na oficjalne wyniki samorządowej elekcji – a co za tym idzie, na pogłębione analizy – przyjdzie nam trochę poczekać, już teraz można wyciągnąć kilka ogólnych wniosków, bazując na – miejmy nadzieję – profesjonalnie zrealizowanym sondażu IPSOS i szczątkowych danych PKW.

  1. Tak jak w 2006 i 2010 roku, tak też i teraz sondaże badające preferencje partyjne elektoratu w dość istotny sposób rozminęły się z prawdopodobnymi wynikami głosowania. W ostatnim przed niedzielnymi wyborami wpisie na blogu http://www.instytutobywatelski.pl/22307/blogi/sondazownia/22307trafnosc-sondazy-przed-wyborami zwracałem uwagę, że pomiary sympatii politycznych do Sejmu są kiepskim prognostykiem wyniku partii na poziomie sejmików wojewódzkich. I rzeczywiście, powtórzyła się zaobserwowana w poprzednich latach prawidłowość, że Platforma wypada znacznie słabiej w wyborach samorządowych niż wynikałoby to z poparcia dla tej partii odnotowywanego w sondażach parlamentarnych. O ile w 2010 roku „sejmowa” przewaga PO – 19 punktów proc. – przełożyła się na 8 punktów proc. przewagi nad PIS w sejmikach, o tyle teraz przeciętnie 2-punktowe prowadzenie PO w wyborach do Sejmu oznaczać będzie zapewne ok. 4-punktową wygraną PIS. 2
  2. Z exit poll Ipsos wyłania się główna przyczyna przegranej PO: demobilizacja elektoratu na tradycyjnie sprzyjających jej ziemiach Polski północnej i zachodniej. Przykładowo, w Pomorskiem po raz pierwszy od dwóch dekad frekwencja była niższa od ogólnokrajowej. Nie dopisali przy urnach również mieszkańcy Dolnego i Górnego Śląska czy Opolskiego.
  3. Tak jak „ziemie PO” okazały się tym razem dość mało wydajne wyborczo, tak tradycyjnie prawicowe regiony Polski biły rekordy frekwencji. Mobilizacja konserwatywnych i ludowych wyborców była na „ziemiach PIS” tak duża, że w aż trzech województwach PO zajęła 3. miejsce za PIS i PSL (Mazowieckie, Świętokrzyskie, Lubelskie). Podobna sytuacja nie miała miejsca na „ziemiach PO”, gdzie PIS zajął drugie po partii E. Kopacz miejsce we wszystkich regionach.
  4. Geografię wyborczą należy uzupełnić również o układ miasto-wieś. Frekwencja w gminach wiejskich (52%) była według Ipsos znacząco wyższa niż w miejskich (39%). Przykładowo, w ostatnich wyborach parlamentarnych w miastach głosowało 54%, zaś na wsi 42% Polaków czyli proporcje rozkładały się niemal na odwrót niż w tegorocznych wyborach samorządowych. Różnice są bardzo wyraźne i można szacować, że już przy frekwencji w miastach na poziomie 47-48% PIS remisowałby z PO.
  5. O tym, że przyczyn wygranej PIS należy dopatrywać się przede wszystkim we frekwencji świadczy jeszcze jeden fakt. W wyborach samorządowych 16 listopada przyrost oddanych głosów między 17.30 a godziną zamknięcia lokali wyborczych był znacząco niższy niż w majowych wyborach europejskich. Ma to o tyle istotne znaczenie, że jak pokazuje doświadczenie wyborcy PO czy SLD głosują częściej w godzinach wieczornych i niejako „na ostatniej prostej” poprawiają wyniki tych partii. Tymczasem podczas niedzielnego głosowania obserwowaliśmy do 17.30 bardzo szybko rosnącą frekwencję, która jednak w godzinach wieczornych wyraźnie „siadła”. Ostatecznie tylko 15% głosów oddano w wyborach samorządowych po godz. 17.30 – w majowych, zwycięskich dla PO, eurowyborach dwukrotnie więcej. 1
  6.  Analiza poparcia dla partii w grupach społeczno-demograficznych wyróżnionych przez IPSOS pokazuje, że pewne obserwowane od lat prawidłowości – większe od przeciętnego poparcie dla PO wśród osób z wykształceniem wyższym, kobiet, mieszkańców miast, kadry kierowniczej czy prywatnych przedsiębiorców – zostały utrzymane, choć uległy sporemu rozmyciu i przewaga Platformy nad PIS w tych grupach znacząco zmalała w stosunku do poprzednich wyborów. Z drugiej jednak strony, kilka kategorii społeczno-demograficznych udało się PIS odbić PO m.in. najmłodszych wyborców, osoby z wykształceniem średnim, studentów. Straty te muszą być przedmiotem troski PO, jeśli partia ta chce wygrać trzecie z rzędu wybory parlamentarne.

Po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów część mniej wyrobionych komentatorów politycznych orzekła, że oto rozpoczął się marsz PIS po władzę, który zwieńczony zostanie zwycięstwem tej partii w wyborach parlamentarnych 2015. Sukces partii J. Kaczyńskiego w wyborach samorządowych jest bezsporny, nie tylko na poziomie sejmików wojewódzkich, ale także w wielu miastach, w których kandydaci PIS odnieśli historyczny sukces i przeszli do II tury (Gdańsk, Wrocław, Warszawa, Katowice, Kraków). Jednak wyciąganie na podstawie wyborów samorządowych – przypomnijmy, od zawsze premiujących partie konserwatywne i ludowe – wniosku o zajęciu przez PIS pozycji faworyta wyborów parlamentarnych w 2015 jest przedwczesne. Niewykluczone, że w kolejnych miesiącach zobaczymy PO na pozycji lidera pomiarów przed wyborami do Sejmu, co przez niedoświadczonych dziennikarzy wyśmiewane będzie jako „kompromitacja sondażowni”. Wiedząc o różnicach we frekwencji miasto-wieś, nie ma powodu podważać aktualnych sondaży parlamentarnych, w których rywalizacja PO-PIS jest wyrównana, a w ostatnich miesiącach zauważalna była przewaga PO („efekt Tuska/Kopacz”). Niewątpliwie okres wyraźnej, wieloletniej dominacji PO nad PIS zakończył się, a w najbliższych miesiącach obserwować będziemy zacięty wyścig PO i PIS w ogólnopolskich sondażach z częstymi „mijankami” obu partii.

Na 2 tygodnie przed wyborami samorządowymi liderem rankingu partyjnego jest Platforma Obywatelska, która walczy o ósme z rzędu zwycięstwo. Partii rządzącej depcze jednak po piętach Prawo i Sprawiedliwość, które w sojuszu z Solidarną Polską i Polską Razem ma realną szansę przełamać złą passę i wygrać pierwsze od 2005 roku ogólnokrajowe wybory.

W powszechnym oczekiwaniu komentatorów wybór Tuska na „króla Europy”, jak nazwał go jeden z tabloidów, miał stać się przełomowym momentem w polskiej polityce, także w obszarze zachowań wyborczych. I rzeczywiście, już wrześniowe sondaże najważniejszych ośrodków badania opinii publicznej – TNS Polska, CBOS, GFK Polonia, Millward Brown i IRBIS (dawniej Homo Homini) – wykazały wyraźny wzrost poparcia dla partii rządzącej oraz odzyskanie przez PO koszulki lidera, co nazwano „efektem Tuska”. Październikowe pomiary preferencji partyjnych pozwalają na wyciągnięcie wniosku o względnej trwałości sondażowego skoku PO oraz przeradzaniu się „efektu Tuska” w „efekt Kopacz”.

Duża dynamika zmian w sympatiach partyjnych Polaków w 2014 roku wyraźnie odbiega od obserwowanej w 2013 stagnacji. Gdy w maju 2013 roku PIS przejęło po raz pierwszy od wyborów parlamentarnych w 2011 roku prowadzenie w sondażach, zdołało utrzymać pozycję lidera już do końca 2013 roku. Tymczasem w 2014 mieliśmy do czynienia już z trzema „zwrotami akcji” w zachowaniach  politycznych Polaków. Wiosną na fali ukraińskiego kryzysu PIS utracił po niemal roku prowadzenie w sondażach, a PO minimalnie wygrała majowe eurowybory. „Efekt Ukrainy” okazał się jednak krótkotrwały, bo już w czerwcu gwałtowną zmianę wywołała „afera taśmowa”, która w letnich miesiącach wywindowała partię J. Kaczyńskiego w okolice 40% poparcia. I wreszcie ostatni zwrot – europejski awans Tuska oraz przejęcie steru rządów przez E. Kopacz – pomogły partii rządzącej po raz drugi w tym roku odzyskać zaufanie wyborców, co zaowocowało objęciem przez PO prowadzenia we wrześniowej i październikowej średniej sondaży.

1

Wybór Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej na tyle „zresetował” sondaże Platformy, że partia ta zanotowała w większości ośrodków demoskopijnych najlepsze od 2 lat rezultaty. Przeciętne poparcie dla PO we wrześniu i październiku (niemal 38% zdecydowanych wyborców) jest najlepszym wynikiem od listopada 2012 roku, gdy słupki partii rządzącej przebiły próg 40% po legendarnej publikacji „Trotyl na wraku Tupolewa”. Znaczenie zmiany na stanowisku premiera dla preferencji politycznych Polaków najłatwiej prześledzić w ramach tzw. średniej kroczącej, a więc średniej pomiarów głównych ośrodków badania opinii publicznej (TNS/CBOS/GFK/IBRIS/MB), uaktualnianej każdorazowo po publikacji wyników nowego sondażu.

2 W przeciągu 2 ostatnich miesięcy Platforma poprawiła swój wynik aż o 8 punktów procentowych (z 30% do 38%) – w tym czasie lista zjednoczeniowa PIS-SPZZ-PRJG utraciła przeciętnie 2 punkty proc. poparcia (z 37% do 35%). Spadek prawicowej koalicji jest więc niewielki, co świadczy o silnej – największej od ostatnich wyborów parlamentarnych – bipolaryzacji elektoratów PO i PIS. Obie partie zagospodarowały we wrześniu i październiku niemal 3/4 Polaków, którzy byli w stanie określić, na kogo chcą oddać swój głos. Platforma umocniła się głównie kosztem partii lewicowych, zwłaszcza Twojego Ruchu, ale także… Nowej Prawicy. Partia Korwin-Mikkego okres swojej największej świetności ma już chyba za sobą i w październiku spadła tam, gdzie przebywała przez ostatnie lata; pod 5% próg wyborczy.

3

Średnia 6 sondaży zrealizowanych w październiku (4 badania telefoniczne i 2 pomiary face-to-face) opiera się na łącznej próbie ponad 6 tys. Polaków. Przeciętny odsetek wyborców niezdecydowanych wyniósł 13,4% – po jego wyeliminowaniu PO uzyskuje 37,5%, a PIS-SPZZ-PRJG 35,2% głosów. Różnica PO-PIS wynosi więc tylko i aż 2 punkty procentowe. Tylko – bo przez wiele lat sondaże były wyjątkowo łaskawe dla Platformy, która potrafiła uzyskiwać nawet 20-punktowe prowadzenie nad największym rywalem. – bo w ciągu ostatniego 1,5 roku to PIS był zdecydowanym faworytem, który w swoich najlepszych miesiącach odnotowywał nawet 8-punktową przewagę nad PO.

Jeśli komuś wydaje się, że „efekt Tuska/Kopacz” nie niesie za sobą większych zmian w układzie partyjnym, powinien zerknąć do podziału mandatów sejmowych na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. Niemal regułą stała się bowiem dotąd możliwość utworzenia większościowej koalicji przez zwycięski PIS z partią J. Piechocińskiego lub J. Korwin-Mikkego. Tymczasem średnia październikowych sondaży pozwala skonstruować tylko dwie koalicje sejmowe: PO-SLD (247 posłów) lub PO-SLD-PSL (280). Spadek Nowej Prawicy pod próg wyborczy znacznie więc komplikuje sytuację PIS, który w sojuszu z PSL dysponowałby ok. 200 mandatami.

Druga istotna nowość wynikająca z nowego rozdania politycznego to możliwość utworzenia rządu tylko przez PO-SLD: na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy nie zdarzyło się, by średnia sondaży dawała tym partiom szanse na sejmową większość bez udziału PSL. Co prawda kontynuacja obecnego wariantu – rządu PO-PSL – nie byłaby możliwa w świetle obecnych symulacji, jednak obu partiom (225 głosów) brakowałoby do upragnionej większości niewiele mandatów.

Zauważmy też że potencjalna koalicja PO-SLD-PSL (280 posłów) miałaby w tak ukształtowanym Sejmie większość do swobodnego odrzucania prezydenckiego weta (do czego potrzeba 3/5 głosów), jednak PIS nadal zachowałby możliwość blokowania działań trójkoalicji wymagających większości 2/3 głosów w Sejmie (zmiana konstytucji czy samorozwiązanie izby).

O ile wrześniowe sondaże i obserwowany w nich skok PO miały bezpośredni związek z wyborem Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, o tyle październikowe pomiary odzwierciedlają już stosunek wyborców do przejmowania przez Ewę Kopacz steru rządów. Reakcje Polaków na pierwsze tygodnie rządów nowej premier wydają się dość pozytywne, czego potwierdzenie znajdujemy nie tylko w sondażach preferencji partyjnych, ale także w rankingu zaufania do polityków CBOS (drugie miejsce Kopacz) czy w ocenie pracy nowego gabinetu (dobre noty w CBOS/TNS/IBRIS/MB).

Można więc powiedzieć, że Platforma po raz drugi w tym roku ma „farta” i poprawia swoje notowania tuż przed najważniejszym testem dla każdej partii: ogólnokrajowymi wyborami. Tak jak podczas eurowyborów, również 16 listopada PO ma szansę nieznacznie wyprzedzić PIS na poziomie sejmików wojewódzkich, a tym samym odnieść ósme z rzędu zwycięstwo. Stałoby się to po okresie długotrwałego prowadzenia PIS w sondażach – na przestrzeni ostatnich 18 miesięcy partia Kaczyńskiego była liderem rankingu partyjnego aż 14-krotnie, zaś Platforma tylko przez 4 miesiące. Być może więc prorocze okażą się słowa jednego z prawicowych publicystów, który z goryczą komentował wyniki eurowyborów: „Teraz PIS będzie wygrywał w sondażach, a PO w prawdziwych wyborach”.

Wygrana PIS w listopadowych wyborach jest tym bardziej „konieczna”, że na horyzoncie wiosenna elekcja prezydencka, w której niemal na pewno zwycięży były polityk PO. W takiej sytuacji PIS walczyłby jesienią 2015 o swoje pierwsze od 10 lat zwycięstwo i jednocześnie o uniknięcie dziesiątej (!) porażki z rzędu. Waga wyborów samorządowych jest tym większa, że partia Kaczyńskiego mierzy się tym razem ze stojącą „trzy poziomy niżej” Ewą Kopacz, a nie Donaldem Tuskiem. Ewentualna porażka PIS z lekceważoną liderką PO uruchomi w sposób naturalny pytania o zdolność tej partii do wygrania jakichkolwiek wyborów.

Kolejne kraje Unii Europejskiej wprowadzają prawodawstwo dotyczące związków osób tej samej płci. Tymczasem PO nie tylko porzuciła na dobre swój projekt „umowy o związku partnerskim”, ale ma problemy z przeforsowaniem innych, niebudzących na Zachodzie niemal żadnych emocji pomysłów jak ustawa o in vitro czy konwencja o zapobieganiu przemocy.

W minionym tygodniu parlament Estonii uchwalił ustawę wprowadzającą związki partnerskie dla par hetero i homoseksualnych. Tym samym liczba krajów Unii Europejskiej, których prawodawstwo przewiduje możliwość zawarcia sankcjonowanego przez państwo związku dwóch osób tej samej płci wzrosła do 20. Środowiska liberalne i lewicowe w Polsce ponowiły żądania uchwalenia stosownej ustawy, a Twój Ruch i SLD złożyły w Sejmie już kilka miesięcy temu własne projekty. Sporym zaskoczeniem okazała się informacja, że pozostająca w orbicie wpływów partii rządzącej telewizja publiczna zdecydowała się na emisję spotów Kampanii Przeciw Homofobii promujących legalizację związków partnerskich.

Również nowa premier Ewa Kopacz odniosła się w jednym ze swoich pierwszych wywiadów do kwestii związków, uznając że temat ten trzeba wreszcie „załatwić”. Jednocześnie większość komentatorów politycznych powątpiewa, czy Platforma zdecyduje się przeforsować w tej kadencji Sejmu własny, zarzucony projekt posła Artura Dunina. Wskazuje się w tym kontekście na trudności z uchwaleniem ustawy o in vitro, której Platforma – mimo groźby kar finansowych ze strony UE – nie jest w stanie uchwalić od 7 lat, a samo dofinansowanie procedury wprowadziła tylnymi drzwiami za pomocą rządowego programu (a nie ustawy).

Czy jednak kwestia związków partnerskich cieszy się poparciem elektoratu Platformy i partia rządząca w ogóle powinna się tym zajmować? By móc odpowiedzieć na to pytanie musimy sięgnąć po badania opinii publicznej z zeszłego roku, bowiem po odrzuceniu przez Sejm projektów związków w 2013 roku nie przeprowadzono nowych pomiarów w tej materii.

Slajd1

W zrealizowanym w marcu 2013 metodą wywiadów bezpośrednich (face-to-face) sondażu TNS Polska za uznaniem przez państwo związków partnerskich par różnopłciowych opowiedziało się ponad 2/3 Polaków. Największe uznanie dla tego pomysłu zgłaszali wyborcy ówczesnego Ruchu Palikota (84%), ale również w elektoracie PO i SLD (po 74%) poparcie było większe niż pośród ogółu populacji. Najbardziej konserwatywni okazali się, co nie jest żadnym zaskoczeniem, sympatycy Prawa i Sprawiedliwości, ale nawet w tym elektoracie zwolennicy legalizacji heteroseksualnych konkubinatów stanowili większość.

Z kolei pomysł wprowadzenia do polskiego prawodawstwa instytucji związków partnerskich dla par homoseksualnych cieszył się uznaniem mniej niż połowy Polaków (47%). Ale co najciekawsze, wyborcy partii rządzącej są w tej sprawie wyraźnie bardziej liberalni niż ogół społeczeństwa i wespół z sympatykami Palikota generują największe poparcie dla tego rozwiązania. Aż 61% zwolenników PO – niemal dwukrotnie więcej niż PIS – opowiada sią za legalizacją związków osób tej samej płci, co pokazuje fundamentalną różnicę między elektoratami dwóch największych centroprawicowych formacji.

Umieszczając więc elektoraty polskich partii na osi podziałów światopoglądowych przynajmniej w sprawie związków partnerskich wyborcy PO należą wraz z sympatykami TR i SLD do awangardy. Gdyby koalicje sejmowe w Polsce zawierane były według podobieństwa ideowego wyborców, naturalną większością rządową byłby sojusz PO-TR-SLD. Na drugim biegunie sporu o związki partnerskie plasują się sympatycy PIS oraz PSL.

Interesującym uzupełnieniem jest nieco wcześniejszy sondaż TNS Polska (6-10 grudnia 2012), w którym pracownia pytała o małżeństwa osób tej samej płci. Choć nie jest to obecnie przedmiot debaty publicznej w naszym kraju, wyniki pomiaru potwierdzają, że to sympatycy TR i PO cechują się największym liberalizmem światopoglądowym. 24% sympatyków Palikota i aż 21% elektoratu PO popiera już na obecnym etapie zalegalizowanie małżeństw jednopłciowych. Dużo mniejszym uznaniem postulat ten cieszy się wśród zwolenników SLD (13%) czy PIS (10%).

Slajd2

Reasumując, w wymiarze światopoglądowym przeciwstawne do siebie pozycje zajmują z jednej strony liberalne elektoraty TR, PO, SLD, a z drugiej strony konserwatywne PSL i PIS. Biorąc pod uwagę polskie uwarunkowania należy zauważyć, że wyborcy PO są bardziej liberalni w kwestii związków homoseksualnych od teoretycznie lewicowych sympatyków SLD. Politycy Platformy przejawiają więc w kwestii związków partnerskich dużo większą zachowawczość niż wyborcy tej partii. PO wraz z SLD i TR posiada w Sejmie matematyczną większość do uchwalenia dowolnego projektu (248 głosów), lecz obawa przed konfliktem z kilkunastoma posłami z konserwatywnego skrzydła PO skutecznie hamuje aktywność legislacyjną w tej materii.

Już za kilka miesięcy – wiosną 2015 roku – wybory prezydenckie. Tymczasem sondażownie nie rozpieszczają nas pomiarami sprawdzającymi preferencje Polaków przed tym głosowaniem. Na dobrą sprawę żaden z głównych ośrodków badania opinii publicznej nie prowadzi regularnych sondaży prezydenckich, co jest na tle minionych wyborów zastanawiające.

Przykładowo, przed wyborami prezydenckimi w 2010 roku regularne, comiesięczne pomiary rozpoczęły się grubo ponad rok przed terminem głosowania, mimo że faworyt był od samego początku jeden. Również teraz za zdecydowanego lidera wyścigu do Pałacu Prezydenckiego uznaje się Bronisława Komorowskiego, choć na dobrą sprawę ciężko powiedzieć na jakiej podstawie formułowane są takie opinie – na pewno nie na podstawie sondaży prezydenckich, bo tych po prostu jeszcze nie ma. Z dostępnych narzędzi, które umożliwią nam oszacowanie sytuacji Komorowskiego na kilka miesięcy przed elekcją, najlepsze wydają się raporty zaufania do polityków i oceny pracy głowy państwa według CBOS – głównie dlatego, że umożliwiają porównanie sytuacji obecnej głowy państwa z poprzednikami: Aleksandrem Kwaśniewskim w 2000 i Lechem Kaczyńskim w 2005 roku. Żaden inny ośrodek demoskopijny nie badał z taką regularnością popularności urzędujących prezydentów, oparcie się na CBOS jest więc w pewnym sensie przymusem.

Celem określenia szans Bronisława Komorowskiego na ponowny wybór, sprawdźmy jakie było zaufanie i ocena jej pracy poprzedników obecnego prezydenta na 9-10 miesięcy przed głosowaniem, w których polityk ubiegał się (Kwaśniewski) lub miał się ubiegać o reelekcję (Kaczyński).

prezydenci

Okazuje się, że snute przez ekspertów wizje tylko jednej tury prezydenckiej w 2015 mają całkiem solidne podstawy. Komorowski zdecydowanie kroczy sondażową ścieżką Kwaśniewskiego, a jego notowania są niekiedy nawet lepsze niż byłego polityka SLD, który w 2005 roku zdobył w I turze poparcie 54% Polaków. Podobieństwo Kwaśniewski-Komorowski staje się jeszcze bardziej wyraźne, gdy wspomnianą dwójkę zestawimy z Lechem Kaczyńskim. Na początku 2005 roku zmarłemu tragicznie prezydentowi ufało o połowę mniej Polaków niż Kwaśniewskiemu i Komorowskiemu. Z kolei oceny pracy Kaczyńskiego (30% pozytywnych) wypadają wprost fatalnie przy 73-74% dobrych ocen obecnej głowy państwa i poprzednika z SLD.

Zatem mimo że nie dysponujemy aktualnymi pomiarami badającymi poparcie dla kandydatów w prezydenckim wyścigu (głównie z powodu braku jednoznacznych kandydatów opozycji), można na tę chwilę stwierdzić, że Komorowski jest zdecydowanym faworytem przyszłorocznych wyborów i ma spore szanse zakończyć je już na pierwszej turze. Komorowskiemu udała się sztuka, za którą podziwiano dotąd tylko Kwaśniewskiego: wkupienia w łaski tradycyjnych, katolicko-narodowych wyborców. Poparcie dla obecnego szefa państwa deklaruje całkiem pokaźny odsetek sympatyków PIS, Solidarnej Polski czy Polski Razem. Pamiętać oczywiście musimy, że inauguracja kampanii prezydenckiej dopiero przed nami, a wyłonienie silnych kandydatów PIS czy SLD może zmienić słupki poparcia. Niezależnie od tego nikt nie wątpi, że prawdziwą stawką wyborów 2015 roku jest dla Komorowskiego zwycięstwo już w pierwszej turze. W jego wygraną w drugiej turze nikt chyba nie wątpi.

Wakacyjne miesiące po „aferze taśmowej” pozwoliły PIS ugruntować pozycję partii cieszącej się największym poparciem Polaków, ale wzrost notowań PO na fali wyboru Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej może skutecznie pokrzyżować partii Kaczyńskiego plany zwycięstwa w samorządach. We wrześniu prowadzenie w sondażach znów objęła Platforma Obywatelska.

Rok 2014 przyniósł trzy wyraźne „zwroty akcji”, które przyniosły zmianę lidera w rankingach: kryzys na Ukrainie, aferę taśmową i wybór Tuska na szefa Rady Europejskiej. Obserwatorzy polskiej sceny politycznej oczekiwali, że awans byłego polskiego premiera na „króla Europy”, jak nazwał go jeden z tabloidów, pomoże Platformie odrobić straty do Prawa i Sprawiedliwości, a być może nawet wysunąć się na pierwsze miejsce w rankingu partyjnym. I rzeczywiście, średnia wrześniowych sondaży najważniejszych ośrodków badania opinii publicznej – TNS Polska, CBOS, GFK Polonia, Millward Brown i IRBIS (dawniej Homo Homini) – pokazuje wyraźny wzrost poparcia dla PO, co ochrzczono mianem „efektu Tuska”.

1

Prawo i Sprawiedliwość zajmowało pierwsze miejsce w rankingu partyjnym od maja 2013 roku aż do marca 2014, a więc nieprzerwanie przez 10 miesięcy. Dopiero dramatyczne wydarzenia na Ukrainie – zajęcie przez Rosję Krymu, a co za tym idzie aktywność polskiego rządu i dyplomacji znacząco poprawiły notowania PO i w kwietniu po niemal roku partia Tuska znów wyprzedziła PIS w miesięcznej średniej sondaży. Szczęśliwie dla PO poprawa notowań przeciągnęła się także na maj i przeciętne poparcie dla partii tuż przed eurowyborami  (25 maja) zwiastowało minimalną, bo wynoszącą 0,2 punktu proc. wygraną Platformy (PO 32,7%, PIS 32,5%). Średnia sondaży świetnie przewidziała wynik głosowania: wygrała PO (32,1%), a jej przewaga nad PIS (31,8%) wyniosła 0,3 punktu proc.

Tuż po wyborach europejskich sceną polityczną w Polsce wstrząsnęła „afera taśmowa”, której skutki partia rządząca dość boleśnie odczuła w sondażach. Przeciętne poparcie dla partii w sierpniu – tuż przed wyborem Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej – zapowiadało łatwy marsz PIS po wygraną w wyborach samorządowych: PIS 37%, PO 31%. Awans polskiego premiera zresetował jednak sondaże i we wrześniu Platforma nie tylko wyprzedziła nieznacznie PIS, ale i zanotowała najlepszy od 22 miesięcy wynik – 37%. Przeciętny wynik PO jest najlepszy od listopada 2012 roku, gdy słupki partii rządzącej wystrzeliły po legendarnej publikacji „Trotyl na wraku Tupolewa”.  Obecne 37% dla PO oznacza, że jesienny „efekt Tuska” jest silniejszy niż wiosenny „efekt Ukrainy”, na bazie którego PO urosła w sondażach do ok. 34% i wygrała eurowybory. Wyjątkowo wyraźnie widać wpływ szczytu europejskiego na sondaże w tzw. średniej kroczączej czyli aktualizowanej po każdej publikacji nowego sondażu we wrześniu. W ciągu miesiąca od decyzji o awanie Tuska poparcie dla PO wzrosło przeciętnie o 6 punktów procentowych, minimalnie osłabły notowania PIS (-1,5 pkt proc.).

3

Zwróćmy też uwagę na polaryzację potencjalnych wyborców wokół PO-PIS – największą od wyborów parlamentarnych w 2011 roku! Dwie największe partie we wrześniu cieszyły się poparciem łącznie elektoratu (PO 37%, PIS 36%), podczas gdy w całym okresie 2012-2014 odsetek ten oscylował w sondażach między 60 a 70% (a w majowych eurowyborach POPIS zebrał 64% głosów). We wrześniu zresztą tylko partie Kaczyńskiego i Kopacz notowały dwucyfrowe poparcie – wyniki pozostałych partii zamknęły się poniżej 10% głosów. Na „efekcie Tuska” wyraźnie stracił SLD (9,5%) i Twój Ruch (2,5%). Lewicowe partie cieszą się obecnie sympatią 12% ankietowanych Polaków – w wyborach 2011 było to 18%. Również Nowa Prawica swoje najlepsze sondaże ma już chyba za sobą i krąży wokół 6% elektoratu. Tradycyjnie stabilne poparcie odnotowuje PSL.

2

Jeśli średnią wrześniowych sondaży przełożyć na mandaty sejmowe, to okazuje się że możliwe są dwie koalicje: PO-SLD-PSL (256 posłów) oraz PIS-PSL-KNP (232 posłów). Realnym wariantem byłaby też koalicja PO-SLD (227 mandatów), jeśli obie partie uzyskałyby minimalnie lepsze rezultaty od sondażowych. Jest to istotna nowość w partyjnej układance, bowiem na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy nie zdarzyło się, by PO i SLD zbliżyły się do większości dającej im możliwość sformowania koalicji bez udziału PSL.

Na koniec ważna uwaga: większość sondaży, które uwzględniłem w obliczanej średniej, zrealizowano w pierwszej połowie września, a więc ma bezpośredni związek z wyborem Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej i nie odzwierciedla jeszcze stosunku wyborców do przejmowania przez Ewę Kopacz steru rządów. Reakcje na proces formowania nowego gabinetu i wygłoszone właśnie expose pokażą dopiero nadchodzące, październikowe pomiary preferencji partyjnych.

Wrześniowy sondaż telefoniczny TNS Polska dla telewizji publicznej wywołał sporą sensację z uwagi na bardzo duży wzrost poparcia dla partii rządzącej. Przyjrzyjmy się bliżej temu badaniu preferencji partyjnych Polaków.

W sondażu TNS Polska (zrealizowanym 4-5 września) prowadzenie przejęła Platforma Obywatelska (34 proc.), uzyskując najlepszy wynik w całym 2014 roku w badaniach dla telewizji publicznej i wyprzedzając aż o 6 punktów proc. PIS (28 proc.). Od poprzedniego pomiaru w czerwcu PO zyskała aż 10 punktów proc., co większość komentatorów uznała za premię dla partii rządzącej po wyborze Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej.

Zaprezentowane w TVP rezultaty sondażu TNS oparte były zarówno na spontanicznych odpowiedziach ankietowanych Polaków („na jaką partię Pan/i zagłosuje?”), jak i wspomaganych listą partii (w przypadku tych, którzy nie byli w stanie „spontanicznie” wymienić ulubionej partii, a deklarowali udział w wyborach). Udało mi się ustalić jak prezentowałby się sondaż, gdyby uwzględnić tylko respondentów zdolnych samodzielnie wskazać partię, na którą chcieliby oddać głos w wyborach. Różnice względem ostatecznej wersji przedstawionej w TVP są ciekawe i dają rzadką okazję, by zajrzeć do sondażowej kuchni.

Okazuje się, że Polacy mieli w trakcie tego sondażu ogromny problem ze wskazaniem partii, na którą chcą oddać głos. Z 1000 respondentów swój udział w wyborach zapowiedziało aż 759 osób, a wiec deklarowana frekwencja wyniosła 76%. Jednak wśród tych 3/4 Polaków deklarujących udział w głosowaniu tylko 440 osób było w stanie spontanicznie wskazać popieraną partię, a 319 ankietowanych udzieliło w pierwszym etapie ankiety odpowiedzi „nie wiem na kogo zagłosuję”.

c

Zdobywamy w ten sposób cenne informacje, które pozwalają podzielić ankietowanych Polaków na 3 grupy:

24% Polaków zadeklarowało kompletny brak zainteresowania udziałem w wyborach parlementarnych,

32% Polaków twierdziło, że weźmie udział w wyborach, ale nie potrafiło samodzielnie wskazać partii, na którą chciałoby oddać głos,

– 44% Polaków spełniało dwa warunki jednocześnie tj. deklarowało udział w wyborach i potrafiło samodzielnie wskazać popieraną partię.

Podział ten jest istotny, bo jak pokazuje doświadczenie minionych wyborów, realna frekwencja oscyluje właśnie wokół odsetka z ostatniej, najbardziej określonej politycznie grupy. A zatem gdyby wybory odbywały się na początku września, wzięłoby w nich udział ok. 44% uprawnionych (a nie 76% jak wynikałoby z ogółu deklaracji).

Gdybyśmy chcieli uściślić powyższy wykres i zaprezentować jakie partie wskazało te 44% Polaków, którzy byli w stanie podać je spontanicznie, wyglądałby on następująco:

A

Widzimy zatem, że z 1000 dobranych do sondażu Polaków chęć głosowania na PO zadeklarowało ok. 20%, a na PIS 14% – są to oczywiście odpowiedzi spontaniczne.

W drugim etapie ankiety, by zmniejszyć odsetek niezdecydowanych na kogo głosować, respondentom zaprezentowano listę partii, z której mogli wybrać ulubione ugrupowanie polityczne. Wówczas zaktualizowany wykres prezentuje się następująco:

B

Innymi słowy, na końcowym etapie realizacji sondażu pośród 1000 Polaków napotkać mogliśmy ok. 26% sympatyków PO i 21% PIS. Ponieważ w TVP zaprezentowano wyniki sondażu tylko pośród tych, którzy zadeklarowali udział w wyborach (76% ogółu), ostateczne przeprocentowanie dało PO 34%, PIS 28%, niezdecydowanym 16% i td.

I wreszcie na koniec najciekawsza kwestia: poparcie dla poszczególnych partii. Na „chłopski rozum” wydawać się może, że bez pomocy ankietera najlepiej poradzą sobie wyborcy PIS, którzy w mediach są określani jako najbardziej „zmobilizowani”. Okazuje się jednak, że – przynajmniej w tym sondażu – Platforma ma zdecydowaną przewagę nad PIS pośród „spontanicznych” odpowiedzi, przegrywa zaś wśród tych, którzy zadeklarowali udział w głosowaniu, ale potrzebowali pomocy ankietera do wskazania konkretnej partii.

1Po lewej stronie zaprezentowałem odpowiedzi z pierwszego etapu sondażu – tych ankietowanych, którzy zapowiedzieli swój udział w wyborach (przypomnijmy-to ok 76% uczestników sondażu). Te 3/4 Polaków podzieliło się więc na 58% które podało nazwę partii (tu prowadzi PO) i 42% które samodzielnie nie potrafiło tego zrobić.

W drugim etapie (srodkowy wykres) o preferencje zapytano tylko osoby, które chciały głosować, ale nie potrafiły spontanicznie wymienić nazwy partii (42% z 3/4 Polaków deklarujących udział w wyborach). I spośród tych 319 osób większość (prawie 200) wybrała ulubioną partię z listy – na tym etapie to PIS uzyskał więcej wskazań od PO.

Pamiętać należy, że pierwsza grupa „spontanicznych” była dwukrotnie liczniejsza od wskazań „wspomaganych”, stąd wyniki końcowe nie odbiegają od „spontanicznych” tak, jak mogłoby się wydawać po rezultatach procentowych „wspomaganych”. PO ma 7 punktów proc. przewagi nad PIS wśród „spontanicznych” (26% do 19%), PIS ma 3 punkty proc. przewagi nad PO wśród mniej licznych „wspomaganych” (22% do 19%), więc w ostatecznym rozrachunku zmniejsza to przewagę PO tylko o 1 punkt – z 7 do 6 punktów proc.

Zauważmy też, że pomoc ankietera pomaga „wydobyć” z niezdecydowanych nie tylko wyborców PIS, ale i SLD oraz PSL.  Z kolei tak jak PO traci na niej Nowa Prawica. Różnice mogą wydawać się niewielkie, ale dla ich uwypuklenia warto zerknąć jak wyglądałby wynik wyborów podany przez PKW w każdym z 3 wariantów:

– gdyby głosowali tylko wyborcy potrafiący wymienić samodzielnie popieraną partię (po lewej),

– gdyby głosowali tylko wyborcy którym przedstawiono listę partii do wyboru (środek),

– wreszcie gdyby obie grupy głosowały razem (po prawej).

2

Należy oczywiście być ostrożnym i unikać wyciągania jednoznacznych wniosków tylko na podstawie jednego, nawet najlepiej zrealizowanego sondażu. Wydaje się jednak, że na obecnym etapie różnica między PO a PIS przy urnach wyborczych może okazywać się korzystniejsza dla PO niż wskazywałyby na to same tylko sondaże (tak jak podczas majowych eurowyborów).