Archiwa tagu: sondaż

Zaprezentowany dziś sondaż TNS Polska dla „Wiadomości” TVP to czwarte badanie, w którym pytano o inicjatywę Jarosława Gowina i trzecie, w którym przekracza 5% próg wyborczy.

Polska Razem zadebiutowała w zrealizowanym 9 grudnia sondażu Millward Brown dla „Faktów” TVN, otrzymując poparcie 6% ankietowanych Polaków. W kolejnym badaniu przeprowadzonym przez firmę Estymator dla Newsweek.pl 9-10 grudnia odnotowano podobny wynik – 6,6%. Instytut Homo Homini zrealizował 11 grudnia sondaż dla „Super Expressu”, w którym partia Gowina otrzymała 4%. I wreszcie zaprezentowany dziś przez „Wiadomości” TVP sondaż TNS Polska z 13-16 grudnia, gdzie na nowe ugrupowanie chce głosować 5% Polaków.

Ponieważ Estymator podał wyniki swojego sondażu tylko wśród wyborców zdecydowanych, a pozostałe badania uwzględniają różny odsetek niezdecydowanych, by móc je ze sobą porównać, należy sprowadzić je do wspólnego mianownika tj. wyłączyć niezdecydowanych z podstawy procentowania w sondażach MB, HH i TNS. Wówczas wyniki Polska Razem prezentują się następująco:

12345

 

Wniosek: wśród wyborców zdecydowanych, na jaką partię głosować, partia Gowina może liczyć w grudniu przeciętnie na 6% głosów. W styczniu poparcie dla Polska Razem zbada jako ostatni CBOS.

Sensacyjny sondaż Homo Homini dla tygodnika „Do Rzeczy” przynosi zaskakująco zaciętą rywalizację o zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego za pół roku. Na czele peletonu Prawo i Sprawiedliwość (23%), druga jest Platforma Obywatelska (21%), tuż za nią – co jest największym zaskoczeniem – Sojusz Lewicy Demokratycznej (20%). Wszystkie trzy partie dzieli różnica mniejsza od błędu pomiaru.

Do wyborów europejskich 25 maja 2014 roku pozostało zaledwie 6 miesięcy. Dziwić więc może, że do tej pory nie doczekaliśmy się zbyt wielu badań opinii publicznej, które pokazują europreferencje Polaków. Dzisiejsze badanie Homo Homini to zaledwie czwarty tego typu sondaż w bieżącym roku  – trzy poprzednie (HH / TNS Polska / SMG KRC) zrealizowano w marcu, jeszcze przed wiosenną zmianą sondażowego lidera na PIS. Pozostaje mieć nadzieje, że po okresie świąteczno-noworocznym ruszą regularne, comiesięczne badania europreferencji.

pop

Porównując dzisiejszy, listopadowy sondaż Homo Homini do swego poprzednika z marca zauważmy, że wynik PIS i PSL nie uległ żadnej zmianie. Największe zawirowania powstały na osi PO-SLD-Palikot. Jeszcze w marcu powołana przez A. Kwaśniewskiego, M. Siwca i J. Palikota inicjatywa „Europa Plus” cieszyła się 14% poparciem (w sondażu SMG KRC nawet 17%) i wyprzedzała SLD (12%). W listopadzie Homo Homini nie pytał już ankietowanych o „Europę Plus”, uznając – nie wiadomo na ile słusznie – że inicjatywa jest martwa. W jej miejsce pojawiło się pytanie o Twój Ruch J. Palikota, który zdobył ledwie 4% głosów. I to jest zapewne najważniejsza przyczyna tak dobrego wyniku SLD.

Zauważmy też dwie kolejne sprawy: po pierwsze, łączne poparcie dla Europy Plus i SLD w marcu (14+12=26%) jest niemal identyczne jak listopadowy wynik Twojego Ruchu i SLD (4+20=24%). Po drugie zaś, między marcem a listopadem liczba osób niezdecydowanych wzrosła ponad dwukrotnie (z 9 do 19%). Zmiana poparcia w listopadowym badaniu (PO -8 pkt, SLD +8 pkt) mogłaby sugerować, że partie „wymieniły się” wyborcami. Jednak zdaniem szefa Instytutu Homo Homini M. Dumy może to wskazywać na to, że SLD poprawił swój wynik głównie kosztem inicjatywy „Europa Plus”, zaś wyborcy Platformy zasilili przede wszystkim grono osób niezdecydowanych.

Jest to o tyle bardziej prawdopodobne, że wyniki PIS i PSL, a także deklarowana frekwencja (24%) nie zmieniły się między marcem a listopadem. Należy podkreślić, że niska frekwencja i specyficzny, „niekrajowy” charakter wyborów mogą wpływać na uzyskane wyniki poparcia dla partii. Nie przesądzając, czy poparcie dla SLD na poziomie 20% jest w przyszłorocznych eurowyborach realne, zauważmy że wyniki sondaży „europejskich” różnią się od „krajowych” nie tylko w Polsce. Dla przykładu, ostatni sondaż „krajowy” w Wielkiej Brytanii daje prowadzenie Partii Pracy (40%) przed Partią Konserwatywną (33%) i UKIP (11%). Przeprowadzony w podobnym czasie sondaż „europejski” pokazuje, ze Partia Pracy może w tych wyborach liczyć na 35%, konserwatyści już tylko na 21%, a eurosceptycy z UKIP na dwukrotnie lepszy rezultat (22%) niż w wyborach krajowych.

Na polskim podwórku również możemy liczyć się z odmiennymi strategiami wyborców w wyborach do Parlamentu Europejskiego niż w głosowaniu krajowym.  Przykładowo można sobie wyobrazić, że część „wkurzonych” wyborców Platformy zechce pokazać partii środkowy palec, nie idąc na wybory lub wspierając SLD, co nie będzie grozić powrotem strasznego Kaczora jak w przypadku wyborów sejmowych. Może to deformować obraz poparcia partyjnego znany nam ze zwykłych, „krajowych” sondaży, w których to PO i PIS walczą o prowadzenie, a SLD jest daleko w tyle.

W komentarzach do sondażu Homo Homini pojawiły się opinie, że instytut ten nie przewiduje trafnie wyników wyborów. O ile w przypadku wyborów parlamentarnych 2011 faktycznie możemy mówić o sporej wpadce Homo Homini, zarówno w przypadku ostatniego sondażu przedwyborczego jak i realizowanego w dniu głosowania exit poll, o tyle by być sprawiedliwym należy przypomnieć, że to właśnie sondaż Homo Homini najtrafniej przewidział wynik eurowyborów w 2009 roku, a opublikowany dziś sondaż dotyczy przecież wyborów europejskich. By nie być gołosłownym, poniżej w tabeli ranking firm badawczych w wyborach do Parlamentu Europejskiego prawie 5 lat temu.

3

Reasumując, również ostatnie krajowe sondaże potwierdzają, że SLD zyskuje poparcie (w listopadzie przeciętnie 15% wyborców zdecydowanych), a swoje najlepsze wyniki uzyskuje faktycznie w badaniach Homo Homini. W tym sensie nie należy się spodziewać, że ewentualne kolejne eurosondaże MillwardBrown czy TNS Polska przyniosą równie świetny wynik partii L. Millera. Konkluzja jednak będzie zapewne podobna: Platforma nie ma co liczyć na powtórkę rewelacyjnego wyniku z eurowyborów 2009 roku (44,4%!) i nawet jeśli nie musi martwić się o 2. pozycję na mecie, to rozegra zapewne zaciętą walkę o wynik w przedziale 20-30%. PO wprowadziła do Parlamentu Europejskiego przed 4 laty aż 25 deputowanych. Dzisiejszy sondaż daje jej nadzieje na 12 mandatów. I to zapewne jest dla europosłów PO prawdziwym powodem do zmartwień.

Opublikowane dziś ankietowe badanie TNS Polska to trzeci z pięciu głównych, comiesięcznych sondaży, które są podstawą obliczanej przeze mnie średniej poparcia dla partii. W oczekiwaniu na telefoniczne badanie TNS dla telewizji publicznej i sondaż MillwardBrown dla TVN/RMF można już wyciągnąć wstępne wnioski o sondażowej sytuacji PO w przededniu zapowiedzianej rekonstrukcji rządu D. Tuska.

W polityce wyjątkowo gorący okres za sprawą projektowanych zmian w rządzie. Na dziennikarskiej giełdzie fruwają codziennie nazwiska nowych ministrów, jednak trudno podejrzewać, by „zwykły Polak” przywiązywał do tej gorączki specjalną uwagę. Z tego punktu widzenia tym trudniej wyjaśnić ostatnie sondażowe zawirowania. Dla przypomnienia, w październiku po kilku miesiącach odstawania od konkurencji CBOS postanowił urealnić wyniki swojego rankingu partyjnego i wreszcie liderem został PIS. Radość z wyjątkowo podobnych do siebie (jak na polskie realia) sondaży nie trwała jednak długo, bo wszystkich pod koniec miesiąca zszokował TNS Polska ze swoim kultowym już badaniem dla TVP, w którym Platforma wróciła na prowadzenie i to od razu z prawie 10-punktową przewagą nad PIS.

Początek listopada przyniósł kolejną odsłonę sondażowej konfuzji. W badaniu CBOS sytuacja niemal wróciła do „normy” (dla tej pracowni oznacza to: niedoszacowanie poparcia dla PIS i Palikota, przeszacowanie poparcia dla aktualnie rządzącej partii + gigantyczny na tle konkurencji odsetek niezdecydowanych) i przewaga PIS nad PO skurczyła się do symbolicznego 1 pkt proc. Nic to, że w tym samym czasie różnica ta wynosi 8 pkt proc. w TNS i 11 pkt proc. w Homo Homini. Ot codzienność polskiej branży badawczej, a dyżurni socjolodzy szybko wyjaśnią różnice w mediach „marginesem błędu”. Sama szefowa CBOS przebąkiwała po fali krytyki tu i ówdzie, że musi się przyjrzeć swoim badaniom, przyznając że metoda realizacji sondażu może premiować PO i zniekształcać wynik PIS i Palikota. Jak widać po jednym miesiącu względnej poprawy M. Grabowska przestała się jednak „przyglądać” konkurencji 😉

1

O ile do nieprzystawalności sondaży przedwyborczych CBOS względem rzeczywistości wszyscy chyba zdążyli się już przyzwyczaić, o tyle dziwi ostatnie zamieszanie w wynikach najlepszego w wyborach parlamentarnych 2011 roku ośrodka demoskopijnego – TNS Polska. Według wspomnianego badania telefonicznego z 22-24 października na PO chce głosować 41% Polaków, zaś na PIS 32%. Minęły raptem 3 tygodnie i w sondażu ankietowym tej samej pracowni z 8-15 listopada liderem znowu jest partia J. Kaczyńskiego. Wyjąwszy wyborców niezdecydowanych PIS popiera 38%, a PO 27% Polaków. Tym samym 9-punktowe prowadzenie PO zamieniło się po kilkunastu dniach w…  11-punktowe zwycięstwo PIS.

2222

Jak wyjaśniła mi szefowa działu badań społecznych i politycznych w TNS Polska Urszula Krassowska, już przy okazji listopadowego badania telefonicznego dla telewizji publicznej pracownia planuje wprowadzenie modyfikacji, które wykluczą podobne przypadki w przyszłości.  „W tym badaniu pytamy o preferencje partyjne jednym pytaniem otwartym – ” Gdyby w najbliższą niedzielę odbyły się wybory do Sejmu, to, na kogo by Pan(i) głosował(a)?” Respondenci spontanicznie odpowiadają. Jedni podają nazwę partii, inni mówią, że nie pójdą głosować, a jeszcze inni – „nie wiem”. Jak dotąd ankieterzy nie dopytywali, co respondent miał na myśli. Od następnego badania planujemy wprowadzenie zmiany. Jeśli respondent spontanicznie odpowie „nie wiem”, to ankieter dopyta go, czy nie wie, czy pójdzie głosować, czy nie wie – na kogo zagłosuje, ale planuje pójść”. Jak przekonuje U. Krassowska, TNS Polska wypracował na przestrzeni lat swój autorski sposób realizacji sondaży ankietowych i telefonicznych i „z punktu widzenia badacza trudno jest zrezygnować z porównywalności danych i obserwowania trendów. Biorąc jednak pod uwagę inne okoliczności, prawdopodobnie wprowadzimy zmiany dotyczące badań preferencji partyjnych”. Czy wyniki telefonicznego sondażu TNS będą dzięki temu zbliżone do opublikowanego dziś badania ankietowego? Najbliższy TNS dla TVP najprawdopodobniej jeszcze w tym tygodniu.

7777

Poparcie dla partii wśród wyborców zdecydowanych, na jaką partię głosować

Jedyne co łączy 3 dotychczasowe sondaże listopadowe to znaczna poprawa notowań SLD. Jeszcze we wrześniu partia L. Millera oscylowała wokół 10% poparcia, obecnie jest to już średnio 15% zdecydowanych wyborców. Co nie jest żadnym zaskoczeniem, SLD zyskuje głównie kosztem PO i TR. „Bez SLD nie byłoby koalicji rządowej” cieszył się niedawno Miller na Twitterze, a analiza ostatnich sondaży i symulacja podziału sejmowych mandatów zdają się potwierdzać jego słowa: http://blogi.polskatimes.pl/poppolityka/2013/11/13/powrot-millera-do-rzadu/

Biorąc pod uwagę spodziewaną korektę wyniku PO i PIS w najbliższym badaniu telefonicznym TNS oraz względnie stabilne prowadzenie PIS w sondażach MillwardBrown można postawić wniosek, że listopad jest kolejnym, siódmym już miesiącem prowadzenia partii J. Kaczyńskiego w rankingu partyjnym. Notowania PO ciągnie w dół zamieszanie wokół wewnętrznych wyborów w tej partii, które zdominowało przekaz medialny w czasie realizacji listopadowych badań. Na ile zmiany w rządzie pozwolą Platformie „zrekonstruować” sondaże, odzyskać zaufanie wyborców i powrócić na czoło partyjnego peletonu, przekonamy się dopiero podczas grudniowej serii badań preferencji partyjnych.

 

Pierwszy listopadowy sondaż preferencji partyjnych Polaków – Instytutu Homo Homini – przynosi aż 11-punktowe prowadzenie PIS nad PO. W tym tygodniu spodziewane są kolejne badania – CBOS oraz TNS Polska. Wszystko wskazuje na to, że rozpoczął się właśnie siódmy miesiąc z partią J. Kaczyńskiego jako liderem rankingu partyjnego.

Opublikowany dziś w „Rzeczpospolitej”, a zrealizowany 8-9 listopada sondaż pokazuje, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości wśród ogółu wyborców wynosi 31%. Platforma Obywatelska tylko o włos uniknęła spadku poniżej „magicznej bariery 20%” (dlaczego część komentatorów uważa akurat ten pułap poparcia za istotny, ciężko powiedzieć 😉 ). Jak słusznie zauważa dziennik w swoim komentarzu, największe powody do zadowolenia ma Leszek Miller. Sojusz Lewicy Demokratycznej osiągnął 14,8% poparcia, a co jeszcze ciekawsze – po raz pierwszy zsumowane poparcie dla SLD i Twojego Ruchu (6,4%) przewyższa wynik partii rządzącej. Pamiętać należy, że to właśnie w sondażach HH wyniki SLD są zdecydowanie najlepsze, a inne ośrodki nie odnotowują aż tak wysokiego poparcia dla partii L. Millera. Niezależnie od tego, trzecia pozycja SLD rzeczywiście ustawia tę partię w roli głównego rozgrywającego, jeśli wybory odbyłyby się już dziś.

Problem z wejściem do Sejmu miałoby Polskie Stronnictwo Ludowe, choć należy pamiętać, że 4,2% wskazań to wynik w sondażu z uwzględnieniem blisko 15% niezdecydowanych. Po ich proporcjonalnym rozdzieleniu między partie PSL otrzymuje równe 4,95% głosów, jest więc blisko przekroczenia 5% progu wyborczego. Podobnie zresztą w przypadku Nowej Prawicy J. Korwin-Mikke: 4,0% w sondażu przekłada się na 4,7% poparcia wśród wyborców zdecydowanych, na jaką partię głosować.

123456

Jeśli z sondażu wyłączymy osoby niezdecydowane i sprowadzimy wyniki do postaci oficjalnych rezultatów głosowania przedstawianych przez Państwową Komisję Wyborczą, wówczas 11-punktowa przewaga PIS nad PO wzrasta do blisko 13 pkt proc: 37% do 24%. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że rozkład poparcia dla partii wśród „niezdecydowanych” nie odbiega zwykle mocno od preferencji ogółu elektoratu, taki sposób prezentacji jest więc uprawniony. Z tym że w obecnych realiach jest mocno prawdopodobne, że wśród niezdecydowanych najwięcej jest rozczarowanych wyborców PO, w jakimś stopniu również partii J. Palikota. Wyniki tych 2 partii byłyby więc zapewne realnie lepsze niż wynikałoby to tylko z czysto proporcjonalnego podziału „niezdecydowanych”, jaki zaprezentowałem na wykresie. Z kolei poparcie dla PIS i SLD powinno być zbliżone raczej do „czystych” wyników zaprezentowanych w „Rzepie”.

„Rzeczpospolita” pokusiła się również o orientacyjną próbę symulacji podziału mandatów w przyszłym Sejmie na podstawie sondażu Homo Homini.

2345

 

źródło: http://www.rp.pl/galeria/99645,2,1064255.html

Projektowany rozkład mandatów pokrywa się z opublikowanym przeze mnie na blogu pod koniec października w tym sensie, że pokazuje potencjalne trudności z uformowaniem stabilnej większości rządowej, jeśli wybory odbywałyby się już teraz. Brak w Sejmie PSL (dość mało prawdopodobny, ale jednak) oznacza kłopoty dla zwycięskiego PIS. Nawet jeśli PSL zdobyłoby mandaty poselskie, mogłoby to okazać się niewystarczające do sformowania większościowego rządu z partią J. Kaczyńskiego (197 posłów). Ponieważ koalicja z PO i Twoim Ruchem jest wykluczona, jedyną szansą dla PIS na przejęcie władzy byłoby – wg wyników tego sondażu – wejście w ryzykowny i zdaniem wielu nieprawdopodobny alians z SLD (94 posłów).

Sytuacja nie rysuje się optymistycznie także dla drugiej na wyborczej mecie Platformy. Jedyną szansą na pozostanie u władzy byłaby trójkoalicja PO-SLD-TR (263 posłów), gdyż sam alians z SLD dawałby zaledwie 223 miejsc w Sejmie. Prawdopodobne wejście PSL do parlamentu zmieniałoby jedynie opcję trójkoalicji na PO-SLD-PSL, lecz nie samą konieczność uformowania rządu przez aż 3 partie. Do wyborów jeszcze 2 lata, a to w polityce wieczność. Jednak tak jak niewiele brakowało w 2011 roku, by koalicja PO-PSL straciła przewagę w Sejmie, tak teraz niemal na pewno nie miałaby szansy na taką większość, nawet przy optymistycznym dla PO wariancie z partią J. Piechocińskiego w parlamencie. Jak się wydaje zamiast na kultowej kwestii „powrotu Schetyny do rządu” , komentatorzy powinni raczej skupić się na reaktywacji L. Millera.

Według prezesa IBRIS „Homo Homini” Marcina Dumy przesądzanie o wyniku sejmowych wyborów przed elekcją do Parlamentu Europejskiego jest dość karkołomne. Jego zdaniem to właśnie eurowybory zdecydują o dalszych losach Platformy. „Jeżeli wynik PO będzie słaby tzn. poniżej 30% i niżej od PIS, rozpocznie się gorączkowe poszukiwanie alternatywy dla tej partii i ucieczka od jej szyldu, szczególnie w szeregach samorządowców” – powiedział komentując sondaż M. Duma. Wyborcy przekonają się, że PO nie jest niezwyciężona i część z nich zacznie poważnie rozważać poparcie dla konkurencyjnych projektów.

Na marginesie naszych rozważań odnotujmy jeszcze poparcie dla prawicowego planktonu politycznego, o którym dość głośno w ostatnich dniach – a na pewno zdecydowanie za głośno, jak na skalę poparcia społecznego. Najwięcej głosów wśród kanapówek zbiera wspomniana Nowa Prawica (4%) oraz Solidarna Polska (2,8%). Znany z kulturalnych przemarszów przez Warszawę Ruch Narodowy popiera w sondażu Homo Homini aż 0,6% Polaków. Niewiele mniej zbiera PJN (0,4%). Nikt wśród ogółu badanych nie zdecydował się na znanego z imprez na Mazowieckiej Przemysława Wiplera (Stowarzyszenie Republikanie – 0,0% – sporo mniej niż w wydychanym przez posła powietrzu) ani na Prawicę Rzeczpospolitej.

Wobec fatalnych sondaży premiera i jego rządu, tygodnik „Polityka” umieścił niedawno na okładce słynnego „prezydenta z czekolady”, cieszącego się podobno poparciem 70% rodaków. W zeszłym miesiącu prawicowy portal „Niezależna” odnotowywał z satysfakcją, że „PO topi prezydenta”, ciągnąc jego notowania ostro w dół. Czy chodziło aby o tego samego prezydenta Komorowskiego?

Do szokujących rozbieżności w sondażach preferencji partyjnych Polaków zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić. W zeszłym miesiącu renomowany ośrodek badania opinii publicznej TNS Polska, który opracował rewelacyjną prognozę przewidującą wynik wyborów parlamentarnych 2011, zaskoczył wszystkich sondażem dla TVP, w którym po pół roku PO wróciła na 1. miejsce w rankingu partyjnym i to od razu z 9-pkt przewagą nad PIS. Co prawda opublikowany dosłownie dzień później sondaż MillwardBrown dla TVN pokazał 8-pkt prowadzenie PIS, ale kto by się tym specjalnie przejmował, jeśli do wyborów jeszcze 2 lata 😉

Innym polem, na którym polskie sondażownie regularnie rozjeżdżają się w przeciwnych kierunkach, a nikt poza autorem niniejszego bloga nie zwraca na to uwagi ;), jest ocena pracy prezydenta Bronisława Komorowskiego.  TNS Polska i CBOS regularnie, w comiesięcznych raportach badają poparcie dla urzędującej głowy państwa. Jednak wnioski, jakie można wyciągnąć z prezentowanych wyników, są zgoła odmienne. Jeśli wierzyć CBOS, prezydent Komorowski jest prawdziwym Ojcem Narodu, uwielbianym przez circa 70% rodaków. Z kolei jeśli uznać, że to sondaże TNS Polska lepiej odzwierciedlają prawdziwe przekonania Polaków, to głowa państwa powinna poważnie zastanowić się nad sposobem pełnienia urzędu.

By nie być gołosłownym, wyniki pomiarów CBOS i TNS Polska z ostatniego półrocza wyglądają następująco:

1111

Ekstremalnym miesiącem, w którym wyniki TNS i CBOS rozjechały się najbardziej był czerwiec. Wówczas ankietowani przez TNS podzielili się w ocenie prezydentury Komorowskiego na 2 równe grupy: 45% Polaków oceniało dobrze pracę głowy państwa, 45% wystawiało ocenę złą. Przewaga ocen dobrych nad złymi wyniosła zatem 0 pkt proc. W tym samym czasie według CBOS przewaga ocen dobrych nad złymi wyniosła, bagatelka, 45 pkt proc.!!! (65% ankietowanych przez CBOS wystawiało prezydentowi ocenę pozytywną, tylko 20% negatywną). Nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że różnica pomiaru rzędu 45 pkt proc. to „normalna rozbieżność, która może wystąpić między różnymi sondażami”.

W pozostałych miesiącach nie było zresztą wcale lepiej. Regularnie prezydent Komorowski jest zdecydowanie gorzej oceniany w sondażach TNS, gdzie przewaga ocen pozytywnych nad negatywnymi waha się w ostatnim półroczu między 5 a 15 pkt proc. Dla odmiany, w sondażach CBOS głowa państwa cieszy się uznaniem rodaków i nokautującą przewagą 43-47 pkt proc. pozytywnych ocen nad złymi. Ostatnie wyniki obu ośrodków za październik to 47% ocen pozytywnych prezydenta w TNS (63% w CBOS) oraz 42% negatywnych w TNS (22% w CBOS). Nawet stosując matematyczne modele prof. Biniendy nie dojdziemy do wniosku, że CBOS i TNS badały to samo drzewo 😉

A co w tym wszystkim najdziwniejsze: sondażowy „rozjazd” dotyczy tylko pracy prezydenta Komorowskiego! Oceny działalności premiera, rządu czy posłów są porównywalne (czytaj: równie złe) w TNS i CBOS. Nawet ja nie mam się tu do czego przyczepić 😉

Należy napisać wprost, że tak szokujące rozbieżności w ocenie pracy prezydenta w dwóch renomowanych ośrodkach badawczych nie są akceptowane w żadnym cywilizowanym kraju. Nie jest to bynajmniej pierwszy lepszy sondaż o posłaniu sześciolatków do szkół czy preferencjach kulinarnych Polaków. Rzecz dotyczy pracy najważniejszej osoby w państwie i jeśli nawet rozjechane sondaże w tak istotnej sprawie nie wywołały żadnego poruszenia polityków czy komentatorów, to nie ma się co dziwić zobojętnieniu zwykłego odbiorcy mediów na coraz to bardziej rozstrzelone słupki poparcia dla partii. Prestiż polskich sondażowni szoruje po dnie i jeśli branża badawcza nie opracuje poważnego programu naprawczego,  wkrótce nikt nie będzie efektów ich pracy traktował poważnie.

Problem jest tym większy, że na dobrą sprawę od totalnej kompromitacji ośrodków badawczych podczas wyborów prezydenckich w 2005 roku (ŻADEN należący do Organiacji Firm Badania Opinii i Rynku instytut nie przewidział zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego), mamy co jakiś czas serię przestrzelonych sondaży przedwyborczych (pamiętne 51% Komorowskiego przed I turą 2010 w sondażu PBS dla „Gazety Wyborczej”) lub „zwykłych”, comiesięcznych rozbieżności rzędu 45 pkt proc jak w przypadku omawianych ocen prezydentury. Michał Kamiński, obecnie europoseł, pytał podobno w wieczór wyborczy 2005, kto zechce po takiej wpadce płacić „frajerom” (firmom badawczym) za sondaże. Jak widać postawione pytanie, może niezbyt eleganckie, po 8 latach pozostaje aktualne 😉

Wśród podawanych przez autorów sondaży wyjaśnień tej kwestii, nie widać przekonującej odpowiedzi. Za rozjechane wyniki ma więc odpowiadać różny termin realizacji badania (dość często TNS i CBOS pytają Polaków o ocenę Komorowskiego niemal w tych samych dniach), różny sposób realizacji sondażu (w obu przypadkach jest to ta sama metoda badania ankietowego), różna wielkość próby (zarówno w TNS jak i w CBOS zwykle ok. 1000 dorosłych Polaków) czy też różny sposób prezentacji wyników (w obu przypadkach identyczny, z uwzględnieniem niezdecydowanych). Problem jak się wydaje leży głębiej i dotyka samej metodologii. Niewykluczone, że nawet tak „banalna” sprawa jak konstrukcja pytania o ocenę pracy prezydenta rzutuje na otrzymywane różnice wyników. Sondażownie nie chcą jednak słyszeć o ujednolicaniu metod badawczych i odrzuciły niedawny apel prezesa Instytutu Homo Homini o wypracowanie wspólnych standardów w tej materii.

W przeciwieństwie do Homo Homini, obie organizacje badawcze – TNS i CBOS – należą do skądinąd prestiżowego zrzeszenia firm badawczych OFBOR, które ponoć regularnie kontroluje ich pracę. Jak czytamy na stronie internetowej, za swój podstawowy cel OFBOR przyjęła umacnianie publicznego zaufania do badań opinii i rynku, stanowienie i propagowanie standardów profesjonalizmu w procesie badawczym oraz tworzenie warunków niezależnej i obiektywnej oceny przestrzegania tych standardów. Jeśli organizacji naprawdę zależy na „publicznym zaufaniu do badań opinii”, podejmie zapewne stosowne kroki w celu eliminacji skrajnie różnych wyników sondaży publikowanych w mediach. Co prawda czekamy na to już dobrych kilka lat, ale nadzieja umiera ponoć ostatnia.

Wbrew sensacyjnemu sondażowi „Wiadomości” TVP, październik nie przyniósł większych zmian w preferencjach partyjnych Polaków. Szósty miesiąc na czele sondaży pozostaje PIS, ale projektowany podział mandatów nie daje żadnej partii nadziei na łatwą większość rządową.

Za nami kolejny, sondażowy miesiąc . W tym roku nie tylko z powodu aury październik był wyjątkowo jak na tę porę roku gorący. Wewnętrzne wybory w Platformie Obywatelskiej, „konferencje smoleńskie” i coraz bardziej kuriozalne tezy zespołu tzw. ekspertów Macierewicza, zakończona niepowodzeniem próba odwołania prezydent Warszawy czy zamieszanie w specsłużbach to najgorętsze wydarzenia politycznego kalendarza. Sprawdźmy jak te wszystkie dominujące w mediach tematy przełożyły się na sympatie partyjne Polaków w sondażach opinii publicznej.

A

 

Gdyby wybory parlamentarne odbywały się w październiku, wygrałoby je Prawo i Sprawiedliwość, uzyskując przeciętne poparcie na poziomie 36%. Drugie miejsce zajęłaby Platforma Obywatelska (29%), zaś trzecie Sojusz Lewicy Demokratycznej (11%). Do Sejmu weszłaby także pod nową nazwą partia Janusza Palikota – Twój Ruch (7%). Poparcie dla Polskiego Stronnictwa Ludowego balansuje na granicy 5% progu wyborczego, choć partia ta zwykle w wyborach ogólnokrajowych wypada nieco lepiej niż w przedwyborczych sondażach.

Zrealizowany przez TNS Polska dla Telewizji Publicznej sondaż telefoniczny jako jedyny w październiku i pierwszy od kwietnia wskazał PO jako pewnego zwycięzcę wyborów. Uzyskany w tym badaniu wynik partii rządzącej (41%!) i ogromna, 9-punktowa przewaga PO nad PIS stoją w ogromnej sprzeczności z rezultatami PO w pozostałych badaniach (27-31%) i zanotowanym prowadzeniem partii J. Kaczyńskiego (6-9 pkt proc.). Zrealizowane już po publikacji tego sensacyjnego sondażu przez Millward Brown dwa badania telefoniczne – dla TVN 25-26.X i RMF FM 27-28.X – nie potwierdziły, by doszło do zmiany lidera rankingu partyjnego. Z wyciągnięciem ostatecznych wniosków należy poczekać do listopadowych sondaży, niemniej już teraz wydaje się, że telefoniczne badanie TNS dla TVP nosi znamiona czegoś, co w statystyce określa się mianem ‘obserwacji odstającej’ (ang. outlier). Z tego powodu wyłączyłem wynik PO 41% z sondażowej średniej, która ukształtowała się w przypadku tej partii na poziomie 29%. O samym sondażu TNS więcej tu: http://blogi.polskatimes.pl/poppolityka/2013/10/27/karkolomny-sondaz/

Mając na względzie, że prawdopodobnie sondaż TNS Polska dla TVP był „wypadkiem przy pracy”, październik był kolejnym, szóstym już miesiącem prowadzenia partii J. Kaczyńskiego i bezpiecznej, 7-punktowej przewagi nad głównym rywalem.  Jeśli zerkniemy na ostatni kwartał z lotu ptaka okaże się, że preferencje partyjne Polaków są dość stabilne i mimo gorącego okresu w polityce na dobrą sprawę nie ulegają większym zmianom. Trend od kilku miesięcy jest wyraźny, a prowadzenie PIS w sondażach, mimo intensywnych starań Antoniego Macierewicza, na razie wydaje się niezagrożone.

b

 

Jak widać między sierpniem a październikiem w sondażowej średniej zmieniło się niewiele. Poparcie dla PIS waha się w przedziale 35-37% zdecydowanych wyborców. Również notowania PO w granicach 29-30% pozostają stabilne. W październiku przewaga PIS nad PO powróciła do poziomu z sierpnia (7 pkt proc), po krótkotrwałym spadku do 5 pkt we wrześniu. Zauważalne jest stopniowe słabnięcie SLD, który w przeciągu 3 miesięcy stracił 3 pkt proc. z 14 do 11%. Partia Palikota swój najgorszy okres w sondażach ma już chyba za sobą i zatrzymała się na 7%. Notowania PSL wahają się w przedziale 5-7%.

Sprawdźmy jeszcze, jak kształtuje się poparcie dla prawicowego planktonu. Tym bardziej, że raz na jakiś czas pojawia się „sensacyjny” sondaż, w którym J. Korwin-Mikke czy ziobryści forsują próg 5%. I rzeczywiście, to Nowa Prawica radzi sobie najlepiej ze wszystkich pozasejmowych partii. W październiku sondażowe notowania tej partii oscylowały wokół 4% – a więc minimalnie tylko mniej niż w przypadku sejmowego PSL . Wynik SP (2%) czy PJN (1%) nie pozostawia złudzeń co do szans na wejście tych formacji do parlamentu. Podobnie rzecz wygląda w przypadku stowarzyszenia „Republikanie” Przemysława Wiplera, znanego ostatnio głównie z upijania się w środku tygodnia i awantur z policją. W sondażach Millward Brown i Homo Homini poparcie dla jego inicjatywy (0%) dobrze oddaje sytuację, w jakiej znalazła się „nadzieja polskiej prawicy”.

cc

Przypadająca w październiku druga rocznica ostatnich wyborów parlamentarnych to również dobry moment do porównania obecnych notowań partii z wynikami ostatniej elekcji. A tu zmiany są już znaczące. W ciągu 2 ostatnich lat PIS poprawił swój rezultat wśród zdecydowanych wyborców aż o 6 pkt proc. z 30% do 36%. W tym samym czasie elektorat PO skurczył się o 10 pkt proc. z 39% do 29% – partia D. Tuska straciła więc 1/4 sympatyków. Co ciekawe, beneficjentem osłabienia formacji rządzącej nie stały się wcale partie lewicowe. SLD i Ruch Palikota otrzymały razem przed dwoma laty 18% głosów – dziś ich zsumowane poparcie wynosi… 18%. Choć należy zauważyć, że stronnictwo L. Millera to jedyna obok PIS siła, która w obecnych sondażach notuje lepsze rezultaty niż ostatni wynik wyborczy. PSL – podobnie jak PO i Palikot – osłabło względem 2011 o 3 pkt proc. do ledwie 5%.

dd

W rezultacie tak ukształtowane sondażowe poparcie przekłada się na znacząco słabszy, łączny wynik partii koalicji: 34% głosów dla PO-PSL to aż o 13 pkt proc. mniej niż formacje te zdobyły w poprzednich wyborach (47%). Jeśli październikowe sondaże przeliczyć na sejmowe mandaty, okaże się, że uformowanie koalicji rządzącej tylko z 2 partii jest niemożliwe.

eeee

Jeśli sondażową średnią z października przenieść na podział mandatów, koalicja PO-PSL ma zaledwie 173 głosy. Żeby było jeszcze ciekawiej, nawet dołączenie 51 parlamentarzystów SLD nie dawałoby sejmowej większości (224 mandaty). Podobnie, zwycięski  PIS (207 mandatów) nie utworzyłby z partią J. Piechocińskiego (14 mandatów) większościowej koalicji. W połowie kadencji podobne obliczenia to oczywiście tylko zabawa, niemniej już teraz pokazująca, że utworzenie stabilnej, rządowej większości po kolejnych wyborach może być nie lada wyczynem.

PS: Symulację podziału mandatów w oparciu o październikową średnią sondaży przygotował Tomasz Jurkiewicz, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego (Twitter: @Szamotikon).

 

 

Sensacja! PO po pół roku wraca na prowadzenie w sondażach! – ucieszyły się tłyterowe lemingi. Karkołomny sondaż na zlecenie Kraśki, który chce się podlizać PO – wieszczy prawicowy portal wPolityce. Jak jest naprawdę?

Dawno żaden sondaż preferencji partyjnych Polaków nie wywołał w sieci takiego zamieszania, jak ten opublikowany w niedzielny poranek przez TVP Info.  Zaskakujący, bo przynoszący po 6 miesiącach zmianę lidera ranking partyjny TNS Polska wzburzył „prawicowy internet”. Ci sami, którzy jeszcze miesiąc temu pieczołowicie cytowali sondaże tej pracowni, bo prowadził w nich ukochany PIS, teraz zaczęli węszyć spisek „Kraśki”, który rzekomo robi co może, by zadowolić partię rządzącą (wPolityce). Niezawodna Pani Irenka Szafrańska wyraziła nawet opinię, że „sondaż z 41% poparciem dla PO zapowiada jeno wielkie fałszerstwo wyborcze”. Sprawdźmy zatem czy obawy Pani Irenki są uzasadnione i na czym rzeczywiście polega zmiana w październikowym badaniu TNS 🙂

Jak poinformowała Telewizja Publiczna, sondaż partyjny zrealizowała dla nich tradycyjnie pracownia TNS Polska w dniach 22-24 października na próbie 1000 obywateli. Liczebność tej próby jest zawsze taka sama w prowadzonych już od kilku lat badaniach telefonicznych TNS.

Pierwsza, ważna rzecz, o której trzeba wspomnieć: w sondażu telefonicznym TNS Polska inaczej dzieli elektorat niż w swoim tradycyjnym sondażu ankietowym. W zwykłym ‘ankietowcu’ zasadnicze pytanie, jakie słyszy ankietowany brzmi: „czy zamierzasz wziąć udział w wyborach, jeśli odbyłyby się one w najbliższą niedzielę?”. W rezultacie odpowiedź na to pytanie dzieli badanych na 2 grupy:  deklarujących wzięcie udziału w głosowaniu i zapowiadających absencję. Dopiero przy drugim podejściu pyta się ankietowanych, którzy zadeklarowali udział w wyborach o konkretne preferencje partyjne i dopiero na tym etapie pojawia się możliwość udzielenia odpowiedzi „nie wiem na kogo zagłosuję” obok wskazania PO, PIS czy SLD.

Tymczasem w cytowanym sondażu telefonicznym ankietowani już na samym wstępie mają nie 2, a 3 możliwości odpowiedzi na pytanie o projektowane zachowanie wyborcze:

  1. Nie pójdę na wybory.
  2. Nie wiem na kogo zagłosuję.
  3. Pójdę na wybory i wiem na kogo zagłosuję.

1

 

I to właśnie odpowiedzi ankietowanych z ostatniej, trzeciej grupy („idę na wybory i wiem na kogo zagłosuję”) są później prezentowane przez TVP jako oficjalne wyniki sondażu. Grupa ta wyłącza z podstawy procentowania nie tylko niezamierzających głosować, ale także „niezdecydowanych” – należy podkreślić w tym miejscu, że sondaż telefoniczny TNS to jedyne obecnie na rynku  badanie, którego wyniki podawane są w taki właśnie sposób (pozostałe sondaże: CBOS, Homo Homini, Millward Brown oraz sondaż ankietowy TNS Polska w prezentowanych w mediach wynikach uwzględniają opcję niezdecydowanych).

Jest prawodopodobne, że to właśnie taki a nie inny sposób „pierwszej selekcji” ankietowanych i dzielenia ich na 3 grupy wyborców, przyczynia się do otrzymywania takich rezultatów i ich olbrzymiej zmienności na tle „zwykłych” sondaży, które dzielą wyborców na 2 grupy. Nie są mi bliżej znane przyczyny stosowania takiej metodologii przez TNS akurat w sondażach telefonicznych, skoro nawet w badaniach ankietowych TNS wygląda to już „tradycyjnie” (pierwsze pytanie: „idziesz głosować czy nie?” bez możliwości wskazania na tym etapie „a może bym poszedł, ale nie mam na kogo głosować”).

Przyjrzyjmy się teraz bliżej wynikom zaprezentowanego dziś sondażu i porównajmy go z poprzednikami. Dla ułatwienia ograniczyłem się do trzech ostatnich badań TNS dla TVP z sierpnia, września i października.

2

 

Na pierwszy rzut oka, październikowe zmiany wydają się ogromne. PO zyskała aż 11 pkt proc. i wysunęła sią na pozycję lidera, zaś po pół roku prowadzenia PIS zjechał o 7 pkt proc. z 39% do 32%. Strata partii J. Kaczyńskiego względem sierpnia jest jeszcze większa i wynosi aż 11 pkt proc.

Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się wynikom, staje się jasne, że… Platforma nie zyskała nowych wyborców! Uzyskany przyrost +11 pkt proc. między październikiem a wrześniem to w tym konkretnym sondażu tylko i wyłącznie skutek zwiększenia się grupy wyborców niezdecydowanych i niezamierzających głosować. Trzecia grupa – „idę i wiem na kogo głosować” – jest w październikowym sondażu najniższa w historii badań TNS dla TVP i wyniosła tylko 36% ogółu (dokładnie 36,1% – 361 osób z 1000 ankietowanych).

3

 

Między wrześniem a październikiem liczba osób deklarujących zamiar głosowania na PO pośród ogółu 1000 ankietowanych wzrosła tylko minimalnie. We wrześniu było to 145 osób, w październiku 148 osób (dane w przybliżeniu z uwagi na brak dokładnych tabel TNS). Jednocześnie liczba wyborców PIS zjechała ze 189 osób we wrześniu do ledwie 116 w październiku, przy jednoczesnym intensywnym wzroście odpowiedzi „nie wiem na kogo głosować”. Zmniejszenie się grupy „ogół zdecydowanych wyborców” z 484 we wrześniu do 361 osób w październiku spowodowało, że procentowy wynik PO wystrzelił w górę, mimo symbolicznego wzrostu poparcia w liczbach bezwzględnych.

Reasumując, w tym konkretnym, październikowym sondażu TNS Polska dla TVP drastycznie spadła liczba osób mających jednocześnie: zamiar głosowania + konkretną preferencję partyjną. Projektowana frekwencja w tym sondażu to tylko 36% wobec 48% jeszcze we wrześniu. Nastąpił masowy odpływ wyborców PIS do grupy „niezdecydowanych”, przy jednoczesnym status quo w poparciu dla PO w liczbach bezwzględnych. Istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że niechęć do przyznawania się do PIS w tym sondażu to efekt ostatnich wyczynów „ekspertów” Macierewicza, co było dominującym przekazem medialnym w okresie bezpośrednio poprzedzającym realizację sondażu. Oczywiście niewykluczone, że w kolejnych badaniach PO będzie zyskiwać już nie tylko „w procentach”, ale także odnotuje realny wzrost liczby wyborców i tym samym dzisiejszy sondaż stanie się zwiastunem odbicia notowań PO. Kilka zbliżających się listopadowych badań powinno rozwiać nasze wątpliwości.

PS: za współpracę przy tekście dziękuję znanemu z Twittera blogerowi @JasioCha, który czuwał nad prawidłowością obliczeń 😉

Na Twitterze regularnie narzekam na badania preferencji partyjnych realizowane przez polskie firmy i w roli pozytywnego bohatera obsadzam ich niemieckich kolegów. „Polska the Times” na szczęście nie ogranicza mnie 140 znakami, mogę więc w tym miejscu jasno wyłożyć powody tego nieustannego hejtu.

We wrześniu prezes Instytutu Homo Homini Marcin Duma wystosował do firm zrzeszonych w Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku (OFBOR) list otwarty, w którym wezwał konkurencję do ujednolicenia metodologii przeprowadzania sondaży http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/organizacje-zrzeszajace-instytuty-badawcze-odrzucaja-propozycje-szefa-homo-homini

Szefowi HH chodziło głównie o prezentowane w mediach badania preferencji partyjnych, które są wizytówką firm badawczych. Ich skrajnie odmienne wyniki podważają zaufanie opinii publicznej do pracy firm badawczych, także w przypadku sondaży na inne, pozapolityczne tematy. Wielokrotnie już na tym blogu zwracałem uwagę, że bombardowanie Polaków w krótkim okresie czasu rankingami, w których PIS osiąga poparcie w przedziale 23% (CBOS) – 43% (TNS Polska dla TVP), prowadzi do totalnego chaosu i wykpiwania sondaży przez komentatorów, co uderza przede wszystkim w interes ośrodków badawczych. Lekceważąca odpowiedź OFBOR na list otwarty nie daje niestety nadziei na rychłą poprawę.

Z punktu widzenia zwykłego „konsumenta” sondaży najpilniejszą sprawą, wśród poruszonych w liście przez M. Dumę, jest postulat ujednolicenia sposobu prezentacji sondaży w mediach. Ta akurat propozycja Homo Homini jako jedyna znalazła uznanie firm konkurencyjnych i pozostaje mieć nadzieję, że chociaż w tym zakresie ośrodki demoskopijne wypracują wspólne stanowisko. W olbrzymiej bowiem mierze szokujące rozbieżności biorą się właśnie stąd, że część sondaży uwzględnia wyborców niezdecydowanych, inne zaś podawane są po ich wyłączeniu z podstawy procentowania (czyli przybierają postać wyniku wyborów podawanych przez Państwową Komisję Wyborczą, gdzie poparcie dla wszystkich partii sumuje się do 100%). Drugą kwestią problematyczną jest fakt, że w polskich realiach badawczych odsetek niezdecydowanych potrafi wahać się od 12 do 26% Polaków (to dane z wrześniowych sondaży). Mając to na względzie skuteczne porównanie sondaży różnych pracowni i wyrobienie sobie orientacji w poparciu partyjnym przez zwykłego zjadacza sondaży jest zadaniem karkołomnym.

By przekonać się, że postulat ujednolicenia metodologii jest słuszny, wystarczy porównać efekty pracy niemieckich i polskich ośrodków badawczych w zakresie sondaży przedwyborczych. Przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu badania preferencji przeprowadzało 7 firm demoskopijnych i WSZYSTKIE podawały wyniki swoich sondaży w identyczny sposób tj. bez wyborców niezdecydowanych. Dzięki temu nie zdarzyło się, by niemiecki wyborca bombardowany był sondażami, w których koalicja CDU/CSU cieszyła się poparciem raz 23%, a innym razem 43% – jak miało to niedawno miejsce w Polszcze z poparciem dla PIS.

W poniższej tabeli zebrałem wszystkie ostatnie przed wyborami sondaże poszczególnych ośrodków i obliczyłem skalę popełnionego przez każdą firmę błędu badawczego tj. sumę różnic pomiędzy wynikiem każdej partii w sondażu a rezultatem wyborczym. I tak przykładowo dla instytutu Forsa: wynik CDU w wyborach 41.5% vs. wynik w sondażu 40% = błąd 1,5 pkt / SPD 25,7% w wyborach vs. 26% w sondażu = błąd 0,3 pkt i tak dalej dla każdej partii. Łączna suma błędów Forsa wyniosła 5 pkt.

1

Jak widać, niemieckie firmy badawcze spisały się na medal. Publikowały nie tylko niewiele różniące się od siebie sondaże, ale również wybitnie trafnie przewidziały wynik każdej partii w elekcji. I tak, średnia sondaży CDU/CSU (39,5%) jest tylko o 2 pkt proc mniejsza niż rzeczywisty wynik wyborów (41,5%). W przypadku SPD i Zielonych różnica wynosi tylko 1 pkt proc, a średni sondażowy wynik Linke (8,6%) czy Piratów (2,2%) wręcz idealnie pokrywa się z rezultatem wrześniowego głosowania (odpowiednio 8,6% i 2,2%).

Zwraca też uwagę niewielka rozpiętość popełnionego przez sondażownie błędu – od 5 pkt w przypadku najlepszego instytutu Forsa do 8,8 pkt w najgorszym sondażu Infratest.  Przeciętny błąd popełniony przez niemieckie sondażownie we wrześniowych wyborach wyniósł 6,8 pkt.

A teraz rzućmy okiem na rezultaty pracy polskich firm badawczych przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi  w 2011 roku. Podobnie jak w przypadku Niemiec, w tabeli zawarłem ostatni opublikowany przed wyborami sondaż danego ośrodka badawczego po wykluczeniu niezdecydowanych.

2

Kilka wniosków nasuwa się z takiej analizy porównawczej polskich i niemieckich sondaży:

  1. Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi najlepiej spisał się TNS Polska, głównie dlatego że jako jedyny ośrodek opublikował (na łamach „Gazety Wyborczej”) prognozę wyborczą, a nie zwykły sondaż (wszystkie pozostałe badania w powyższej tabeli to klasyczne sondaże). Być może „surowe” wyniki sondaży trzeba w Polsce poddawać fachowej obróbce, by odzwierciedlały rzeczywiste sympatie elektoratu.
  2. Suma błędu popełnionego przez TNS Polska (4,5) jest MNIEJSZA od najlepszego wyniku zanotowanego w niemieckich wyborach przez firmę Forsa (łączny błąd – 5 pkt)! Innymi słowy, TNS Polska w swojej prognozie lepiej przewidział wynik wyborów niż najlepsza niemiecka sondażownia. Dowodzi to kunsztu badaczy TNS, którzy w oparciu o kilka „zwykłych” sondaży i dodatkowe badania zadawane ankietowanym stworzyli w 2011 prognozę wręcz idealną.
  3. Ostatnie przed wyborami sondaże CBOS i GFK Polonia najsłabiej przewidziały wynik wyborów. Nic więc dziwnego, że tuż po wyborach 2011 „Rzeczpospolita” podziękowała GFK Polonia za współpracę, a badania tej firmy niemal zniknęły z mediów. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o CBOS 😉
  4. Średni błąd popełniony przez polskie firmy badawcze wyniósł 12,8 pkt – był więc niemal dwukrotnie wyższy niż w przypadku niemieckich kolegów (6,8 pkt). Sondaże w RFN spudłowały w przedziale między 5 (Forsa) a 8,8 pkt (Infratest); w Polsce między 4,5 (TNS) a 18,8 pkt (GFK Polonia). Jak widać, problem z polskimi sondażami sprowadza się nie tylko do ujednolicenia sposobu prezentowania wyników sondaży w mediach, czym zgodziły się łaskawie zająć firmy badawcze po liście prezesa Dumy, ale tkwi chyba znacznie głębiej – w samej metodologii badawczej, która prowadzi do skrajnie odmiennych wyników (np. poparcie dla PO między 35 a 46%) oraz do rezultatów nieprzystających do wyborczej rzeczywistości (np. wg sondażu CBOS PO miała otrzymać 44%, a PIS 25% – różnica między partiami miała wynieść 19 pkt proc, a wyniosła… 9 pkt).
  5. Ostatni wniosek jest iście paradoksalny i zdziwił nawet autora tego porównania 😉 Otóż okazuje się, że średnia wszystkich, ostatnich przed wyborami sondaży w niemal idealny sposób odzwierciedliła wynik elekcji 2011! Przykładowo, zanotowane przed wyborami poparcie dla PO wynosiło w różnych sondażach od 35% do 46%, a taka szokująca rozbieżność rzędu 11 pkt skłoniłaby zapewne niemieckie sondażownie do samorozwiązania. Jednocześnie jednak średnia tych wszystkich „rozjechanych” sondaży dawała tej partii 39,2% – a więc dokładnie tyle, ile partia ta otrzymała w wyborach 2011 (39,2%)! Podobnie w przypadku pozostałych partii rozbieżności między przeciętnym wynikiem sondażowym a rezultatami wyborów są minimalne. Jest to oczywiście wniosek nieco żartobliwy, niemniej zachęcam do śledzenia moich comiesięcznych podsumowań, w których w analogiczny sposób uprzeciętniam wyniki wszystkich ośrodków 😉

Przyczyna nietrafności polskich sondaży przedwyborczych pozostaje nadal niezdiagnozowana i dopiero wspólny wysiłek całej branży może wskazać jej źródła. Być może to specyfika polskiego elektoratu, który unika mówienia prawdy w badaniach (wtedy warto, by sami badacze poddali korekcie wyniki sondaży, publikując tuż przed samymi wyborami prognozy), a być może wina leży po stronie samych firm demoskopijnych i stosowanych przez nich metod badawczych. Niezależnie od powodu, tylko uśrednienie skrajnie różnych wyników sondaży daje w polskich realiach w miarę realny obraz poparcia dla partii politycznych. Przynajmniej do czasu, gdy same firmy badawcze nie wypracują jednolitych standardów. Analiza październikowych sondaży już wkrótce na moim blogu.

Według opublikowanego dziś sondażu Millward Brown dla TVN24, prezydent Warszawy miałaby spore szanse pożegnać się ze stanowiskiem, jeśli głosowanie nad jej losem odbywało się już teraz. To już trzecie badanie opinii publicznej w tej sprawie. Najważniejszy w sondażach jest oczywiście procent wyborców deklarujących udział w referendum.

Rezultat referendum warszawskiego jest łatwy do przewidzenia i większość biorących w nim udział wyborców opowie się za odwołaniem HGW. Dużo bardziej interesująca jest odpowiedź na pytanie, czy referendum będzie ważne. Według Państwowej Komisji Wyborczej, w stolicy uprawnionych do głosowania jest 1 milion 335 tysięcy osób. By referendum było ważne, do urn musi się pofatygować ponad 389 tys. warszawiaków, co przekłada się na frekwencję na poziomie ok 29%. Sprawdźmy jak wyglądają zapowiedzi udziału w referendum w dotychczasowych trzech sondażach.

Pierwszy raz o warszawskie referendum zapytała pracownia TNS Polska na zlecenie „Gazety Wyborczej”. Przeprowadzony w połowie czerwca sondaż zaskoczył przede wszystkim wysokim poziomem frekwencji – aż 63% mieszkańców stolicy zadeklarowało chęć udziału w referendum. Co prawda z badania nie dowiadujemy się, ilu spośród nich stwierdziło, że „na pewno” pójdzie zagłosować, a ilu „raczej” (to bardzo istotne rozróżnienie), ale deklarowane uczestnictwo na poziomie 2/3 warszawiaków mogło robić wrażenie.

11111111

 

Drugie badanie ws. odwołania prezydent stolicy zrealizowane zostało również przez TNS Polska, tym razem na zlecenie „Wiadomości” TVP pod koniec sierpnia.  Sondaż przeprowadzono już po ustaleniu terminu referendum, a jego wyniki przyniosły zaskakujący spadek zainteresowania udziałem w głosowaniu. Tylko 36% warszawiaków chciało w sierpniu pofatygować się do urn, co oznaczało spadek o połowę w stosunku do deklaracji czerwcowych. Co ważniejsze, tylko 26% ankietowanych wyraziło chęć „zdecydowanego” głosowania, pozostałe 10% „raczej”. Dotychczasowe doświadczenia sondażowni z badań przed wyborami parlamentarnymi czy prezydenckimi wskazują, że rzeczywista frekwencja jest zbliżona właśnie do odsetka „na pewno pójdę zagłosować”.  To by zaś oznaczało, że HGW miałaby szansę ocalić swoje stanowisko.

22222

 

 

I wreszcie dzisiejszy sondaż, tym razem pracowni Millward Brown dla TVN24, a więc z dużą ostrożnością podchodzić należy do porównywania jego wyników z poprzednikiem. Jednak najbardziej nas interesujący odsetek zapowiadających zdecydowany udział w głosowaniu jest podobny do zanotowanego w sierpniu przez TNS (26%) i wynosi… 29%, a więc dokładnie tyle, ile potrzeba do ważności referendum. Dalsze 18% warszawiaków „raczej” pójdzie do urn, razem więc deklarowana frekwencja wynosi 47% – mniej niż czerwcowe 64%, ale więcej niż sierpniowe 36% w sondażach TNS Polska.

3333

 

Reasumując, za odwołaniem HGW opowiada się w badaniach opinii publicznej zdecydowana większość deklarujących udział w głosowaniu. Jeśli przyjąć, że dotychczasowe doświadczenie pracowni badawczych potwierdzi się przy okazji referendum warszawskiego i rzeczywista frekwencja będzie zbliżona do odsetka osób chcących „zdecydowanie” pójść do urn (jest to w polskich warunkach założenie ryzykowne:), to los prezydent Warszawy wisi na włosku. Bowiem zarówno wyniki sierpniowego, jak i wrześniowego sondażu pokazują, że 26-29% warszawiaków zamierza 13 października na pewno wziąć udział w referendum. Nadzieją PO pozostaje więc przekonanie kilkunastu procent wyborców, którzy chcą iść zagłosować przeciw odwołaniu HGW, by jednak ten dzień spędzili z dala od lokali wyborczych.

Po wpadce w wyborach 2011 roku Instytut Homo Homini nie cieszy się wśród części dziennikarzy i komentatorów dobrą sławą. Jego sondaże są przez część mediów przemilczane, za to wyjątkowo chętnie cytowane są efekty prac Centrum Badania Opinii Społecznej. Czy rzeczywiście sondaże CBOS są lepsze od Homo Homini?

Jednym z największych ‘hejterów’ Instytutu Homo Homini jest redaktor Wojciech Szacki, obecnie dziennikarz tygodnika „Polityka”. Swojej niechęci do tej sondażowni redaktor daje wyraz często i gęsto. Np. wczoraj podczas twitterowej pogawędki z innymi dziennikarzami wyraził przekonanie, że „poważni ludzie” nie powołują się na sondaże Homo Homini.

1

Jednocześnie redaktor Szacki, podobnie jak wielu innych komentatorów polityki, jest wielkim entuzjastą sondaży nadzorowanej przez Prezesa Rady Ministrów fundacji CBOS. Badania tego ośrodka zapowiada on często z wyprzedzeniem na swoim profilu na Twitterze i namiętnie cytuje w swoich analizach dla Polityka Insight. Wydaje się, że uważa badania CBOS za rzetelne, miarodajne, znajdujące potwierdzenie w rzeczywistych postawach i poglądach ankietowanych Polaków – w przeciwieństwie do nierzetelnego Instytutu Homo Homini. Zainspirowany opiniami redaktora Szackiego postanowiłem sprawdzić jak to wygląda w rzeczywistości.

W tym wpisie chciałbym pominąć powody niechęci do HH tego konkretnego dziennikarza czy pozostałych komentatorów, a skupić się na porównaniu efektów pracy indagowanych sondażowni: Centrum Badania Opinii Społecznej i Instytutu Homo Homini. Wydawać się może, że okrzepły, z blisko 30-letnim doświadczeniem CBOS rozłoży na łopatki Homo Homini – ośrodek młody, działający pod obecną nazwą od 2007 roku, nienależący do zrzeszającej wszystkie „renomowane” sondażownie Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku (OFBOR).

W przypadku firm badania opinii publicznej jednym z najlepszych sposobów weryfikacji jakości sondaży, w Polsce niestety niespecjalnie chętnie praktykowanym, jest porównanie ostatnich, opublikowanych przed wyborami sondaży wszystkich ośrodków z rzeczywistymi wynikami wyborów podanymi przez Państwową Komisję Wyborczą. Ponieważ Instytut Homo Homini zadebiutował na szerszą skalę przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2009, od tego więc momentu jest możliwość porównania efektów pracy tej sondażowni z konkurencją w postaci CBOS.

W jaki sposób porównałem wyniki sondaży CBOS i HH? Uwaga, będzie nudniejszy fragment, ale konieczny dla przejrzystości wywodu 😉 Po 1, za podstawę do obliczeń przyjąłem ostatni, opublikowany w mediach przed ciszą wyborczą sondaż danego ośrodka badawczego. Po 2, wyniki sondaży sprowadziłem do wspólnego mianownika tj. wyłączyłem z podstawy procentowania wyborców niezdecydowanych (porównywanie sondaży z uwzględnieniem niezdecydowanych i bez nich jest z metodologicznego punktu widzenia błędem). Dość często wyniki bez niezdecydowanych dostarczyły do mojej analizy porównawczej same pracownie, jak np. CBOS na swojej stronie internetowej. Po 3, porównałem rzeczywisty rezultat wyborczy każdej partii z wartościami prognozowanymi przed wyborami przez obie sondażownie. Następnie obliczyłem sumę błędu popełnionego przez daną sondażownię dla każdej z partii (przykładowo: wyborczy wynik w 2009 PO to 44,4% – wg Homo Homini partia ta miała otrzymać 46,3%, a więc błąd oszacowania wyniósł 1,9 pkt proc / wg CBOS Platforma miała dostać 48,7%, a więc błąd oszacowania wyniósł 4,3 pkt proc). Zsumowana skala błędów każdego ośrodka znajduje się w tabeli na zielonym polu.

2

Wybory do PE 2009 to zdecydowane zwycięstwo Homo Homini nad CBOS. Łączna suma błędu HH to 6,4 pkt proc, a CBOS aż 13,6 pkt – można więc powiedzieć, że CBOS w swoim ostatnim przedwyborczym sondażu pomylił się ponad dwukrotnie bardziej niż HH. Kolejne powszechne wybory, które dają nam możliwość porównania efektów pracy CBOS i HH to I tura wyborów prezydenckich w 2010 roku (przed II turą CBOS nie zdecydował się na realizację sondażu przedwyborczego, jako materiał porównawczy musi więc wystarczyć I tura).

 

3

Jak wynika z powyższych obliczeń, I tura wyborów prezydenckich w 2010 roku to znowu większa pomyłka CBOS (16,6 pkt proc) niż Homo Homini (11,2 pkt proc). Wg CBOS Komorowski miał otrzymać 47% głosów, a Kaczyński 32%, a więc różnica między kandydatami miała wynieść aż 15 pkt proc. Tymczasem rzeczywista przewaga kandydata PO nad PIS wyniosła w I turze raptem… 5 pkt proc, a zatem można mówić o kompromitującej wpadce CBOS. Tymczasem Instytut HH oszacował przewagę Komorowskiego nad Kaczyńskim na 5,6 pkt proc, co było strzałem niemal idealnym.

I wreszcie na koniec pora zerknąć na wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych w 2011 roku. Również tutaj bez zaskoczeń – to CBOS tradycyjnie „przestrzelił” ze swoim sondażem.

4

Gdyby wyniki wyborów parlamentarnych 2011 pokryły się z ostatnim przed ciszą wyborczą sondażem CBOS, powody do zadowolenia miałaby przede wszystkim partia Tuska. Bowiem wg szacownego, 30-letniego ośrodka badawczego przewaga PO (44%) nad PIS (25%) miała sięgnąć aż 19 pkt proc. Rzeczywistość nie chciała być jednak tak łaskawa dla partii rządzącej jak sondaże instytutu Mirosławy Grabowskiej i PO musiała się zadowolić ledwie 9-pkt przewagą nad Kaczyńskim.

By być sprawiedliwym trzeba odnotować, że 2011 rok to najsłabszy z dotychczasowych „występów” przedwyborczych Homo Homini. Suma popełnionych błędów w ostatnim przed ciszą sondażu jest bowiem niewiele tylko mniejsza od dokonań CBOS. O ile CBOS przeszacował mocno PO i niedoszacował PIS, o tyle HH dokładnie odwrotnie. Prognozowana przez ten ośrodek różnica raptem 3 pkt proc między PO a PIS okazała się trzykrotnie mniejsza od zanotowanej w wyborach.

Dodatkowo należy pamiętać o „przestrzelonym” sondażu exit poll zrealizowanym przez Homo Homini w dniu wyborów 2011 dla telewizji Polsat. Podczas wieczoru wyborczego 9 października to TNS Polska triumfował ze swoim exit poll dla telewizji publicznej – również opublikowana na łamach „Gazety Wyborczej” 2 dni przed wyborami prognoza pokryła się wyśmienicie z wynikami wyborów, wzbudzając powszechny szacunek całej branży badawczej.

Wystarczył szybki fact check na potrzeby niniejszego, raczkującego dopiero bloga, by dowieść, że przedwyborcze sondaże preferencji partyjnych CBOS należy traktować z dużym dystansem. Warto o tym pamiętać w sytuacji, gdy wrzesień to już drugi miesiąc z rzędu, gdy tylko w sondażach CBOS to Platforma Obywatelska jest liderem rankingu partyjnego. W badaniach Millward Brown, TNS Polska czy wreszcie Homo Homini to PIS jest od maja najpopularniejszą polską partią ( http://blogi.polskatimes.pl/poppolityka/?p=6&preview=true )

Zastanawiać może, że mimo dostępności wszystkich danych potrzebnych do obliczeń takie proste zestawienie błędów sondażowni dotąd w mejnstrimowych mediach się nie ukazało. Nic więc dziwnego, że prof. Ireneusz Krzemiński może nadal z poważną miną prawić w telewizjach informacyjnych o „bezużyteczności” sondaży Homo Homini i pokładać zaufanie tylko w sondażach CBOS. Tymczasem prosta weryfikacja przedwyborczych badań z wynikami elekcji prowadzi do wniosku, że – parafrazując mojego ulubionego red. Szackiego – poważni ludzie nie powinni raczej cytować sondaży CBOS 😉

PS: niniejszy wpis nie został niestety zasponsorowany przez Instytut Homo Homini, mimo wielokrotnych prób przekazania numeru mojego konta bankowego prezesowi HH Marcinowi Dumie.