Archiwum kategorii: Bez kategorii

Inicjatorzy pomysłu Pomnika upamiętniającego polskie ofiary okupacji niemieckiej w latach 1939 – 1945 wystosowali  15 listopada apel do Bundestagu i niemieckiego społeczeństwa. Pod apelem podpisało się kilkudziesięciu przedstawicieli  polityki, kultury i nauki, w tym byli przewodniczący parlamentu Rita Suessmuth i Wolfgang Thierse. Monument miałby powstać w Berlinie, naprzeciwko ośrodka dokumentacyjnego poświęconego przymusowym wysiedleniom („wypędzeniom”). Poniżej mój krótki komentarz.

 

  1. Pomnik nie powstanie. Jego inicjatywa ze strony niemieckiej jest miłym gestem w stosunku do Polaków, na którą jednak Polacy zareagowali dużo poniżej niemieckich oczekiwań. Zamiast podziękowań – nastało milczenie. Przyznam, że dla mnie zaskakujące. Po raz kolejny Niemcy przekonali się, jak słabo rozumieją swojego sąsiada.
  2. Kasa, nie beton. W kontekście tematu reparacji (co do którego obecny rząd dokładnie wie, że nie ma szans na powodzenie – potwierdził to prezes Fundacji Narodowej Maciej Świrski na konferencji Reduty Dobrego Imienia „Support Poland” mówiąc, że wniosek o reparacje od Niemiec jest przede wszystkim medialną tamą przeciwko narracji o współsprawstwie Polski w Holokauście, bo przypomina o niemieckiej winie, pomaga walczyć z wyrażaniami typu „polskie obozy”) – ludzie nie chcą pomników, a odszkodowań dla indywidualnych ofiar i ich potomków. Gesty – listy, apele, przyklęknięcia, podawanie sobie rąk – już były, teraz czas na czyny. Mało kto rozumie, że Niemcy swój dług w stosunku do Polski spłacają od lat. Polacy zapomnieli już o odszkodowaniach dla robotników przymusowych, nie zdają sobie sprawy, że strumień pieniędzy na rzecz pojednania polsko-niemieckiego płynie poprzez programy dla przeróżnych grup Polaków, realizowane przez niemieckie fundacje polityczne i prywatne oraz przez budżet Unii.
  3. Niemcom nie wolno nic, Polakom niewiele – sprawa pomnika nigdy nie pozostanie wyłącznie polsko-niemiecka. Jest to sprawa polsko-żydowsko-niemiecka. Część środowisk żydowskich (z przekonania, przyzwyczajenia lub dla zysku) oraz część Niemców (ze strachu przed oskarżeniem o antysemityzm lub w celu udowodnienia, że odrobili lekcję historii) tak niesamowicie pielęgnują „wyjątkowość” Zagłady, że odbierają prawo do upamiętnienia własnych ofiar innym narodom, które padły ofiarą agresji III Rzeszy. Doskonale wiedzą, jak wyglądała codzienność Polaków nieżydowskiego pochodzenia pod okupacją, ale nie chcą tej wiedzy upowszechniać, bo Polska przestałaby być międzynarodowym „chłopcem do bicia” – trudniej pisałoby się o polskim antysemityzmie i polskiej obojętności na Holokaust, a równocześnie trzeba by przypomnieć o postawie innych państw wobec Holokaustu. W Polsce i w Niemczech nikt przy zdrowych zmysłach nie przeciwstawia pomnika ofiar Holokaustu pomnikowi polskich ofiar i nikt nie zaprzecza, że polscy szmalcownicy i inne kanalie istniały, że na terenach okupowanym przez Niemców dochodziło do pogromów w wykonaniu nie tylko niemieckim. W mediach wysuwany jest argument, że taki pomnik byłby rasistowski. „Forsowany jest obecnie pomnik tylko dla etnicznych Polaków.  Byłby on jednak symbolem podtrzymywania narodowo-socjalistycznej ideologii rasowej, co byłoby powodem do łez radości dla wszystkich antysemitów po tej i po tamtej stronie Odry” – pisze historyk Stephan Lehnstaedt na łamach dziennika „Tageszeitung”. A pomnik wyłącznie dla Żydów czy Romów nie jest rasistowski? Pokrętna to logika, ale zrozumiała na Zachodzie, w przeciwieństwie do martyrologiczno-narodowego podejścia do historii w Polsce.

Niezależnie od rozmów koalicyjnych, w niemieckim ministerstwie obrony toczą się prace nad niezwykle ważnym dokumentem – nowym rozporządzeniem o tradycji dla Bundeswehry (niem. Traditionserlass), które zmieni treść obecnie obowiązującego prawa z 1982 r. Przyspieszą, kiedy tylko sformują się nowe komisje w Bundestagu. Dokument ma być odpowiedzią na ostatnie incydenty nacjonalistyczne w Bundeswehrze.

Bundeswehra musi zmierzyć się nie tylko z dziedzictwem Wehrmachtu, ale również z bliższej przeszłości – armii NRD (Nationale Volksarmee), a z dalszej – Reichswehry, armii Cesarstwa Niemieckiego, militaryzmu pruskiego, a nawet wojsk najemnych z okresu wojny 30-letniej, od których pochodzą elementy wielkiego capstrzyku, dziś najwyższego ceremoniału wojskowego Bundeswehry – przypomniał w tekście w „Die Welt” Hans-Peter Bartels, pełnomocnik rządu ds. obronności. Dziś to historia własna, pruskie reformy armii i opór wojskowy przeciwko Hitlerowi stanowią trzy filary tradycji Bundeswehry. Okazuje się jednak, że pomiędzy nimi jest wiele znaków zapytania.

Bartels wymienia trzy obszary, co do których w Bundeswehrze nie ma zgody, jak powinno się je oceniać. Po pierwsze, podzielone są zdania co do żołnierzy z okresu II wojny światowej, którzy dokonywali obiektywnie bohaterskich czynów, lecz służyli w Wehrmachcie. Tu Bartels nie ma wątpliwości – nie powinno się ich gloryfikować, choćby ich rzemiosło wojskowe było najwybitniejsze. Dalej, spór toczy się o ojców założycieli Bundeswehry. Jak to ujął kanclerz Adenauer, „nie można wylać brudnej wody, dopóki nie ma się czystej” – armię demokratycznych Niemiec tworzyli ludzie, którzy wcześniej przez kilka służyli Hitlerowi, a w początkowej fazie kształtowania się wojska RFN sprzeciwiali się nowemu, demokratycznemu modelowi wychowania żołnierza. Dyskusyjne są też oceny postępowania żołnierzy i zarazem członków niemieckiego ruchu oporu, z których wielu dokonało wcześniej zbrodni wojennych i nawet nie wyznawało demokratycznych wartości, ale w pewnym momencie znalazło w sobie siłę, by złamać przysięgę wojskową i poczucie obowiązku względem zbrodniczego systemu. I dlatego, zdaniem Bartelsa, w dwóch ostatnich przypadkach należy szczegółowo nauczać o „złamanych życiorysach”, dokładnie oddzielając zasługi dla III Rzeszy od udziału w odbudowie – fizycznej i moralnej – RFN. „Niemieccy żołnierze, którzy dziś uczą się walczyć, muszą wiedzieć, po co. Mają prawo dowiedzieć się, w którym miejscu sekwencji pokoleń, kontynuacji i mostów cywilizacyjnych, się znajdują. Dbałość o tradycję to znajomość całości i uznanie tego, co dobre, za własne” – pisze Bartels.

W projekcie nowej tradycji zaostrzono stosunek do Wehrmachtu. Zmiana w porównaniu do ostrożnego zapisu z 1982 r. jest ewidentna. Do dziś obowiązuje takie zdanie: „W okresie nazizmu siły zbrojne częściowo były winne uwikłania [w zbrodnicze działania], częściowo wykorzystane bez winy”. Natomiast w projekcie nowego dokumentu zapisano: „Zbrodnicze państwo narodowo-socjalistyczne nie może być podstawą dla tradycji. Centralnym punktem odniesienia dla Bundeswehry jest jej własna, długa historia i osiągnięcia jej żołnierzy, członków cywilnych oraz rezerwistów”. Z kolei ponadczasowe cnoty żołnierskie to „męstwo, rycerskość, przyzwoitość, lojalność, skromność, koleżeństwo, prawdomówność, determinacja, sumienne wykonywanie obowiązków”, „doskonałość wojskowa i „wybitne przywództwo”. Podkreślono, że Wehrmacht służył nazistowskiemu reżimowi niesprawiedliwości i „był winien popełnienia zbrodni, które są wyjątkowe w historii pod względem ich zasięgu, potworności i stopnia organizacji przez państwo”. „Wehrmacht jako instytucja nie może nadawać sensu siłom zbrojnym wolnego demokratycznego państwa” – stąd zabronione jest gromadzenie jakichkolwiek pamiątek po Wehrmachcie. To samo odnotowano w przypadku NVA. Inaczej potraktowano indywidualne przypadki – subiektywną decyzją dowódców poszczególni żołnierze z każdego okresu istnienia niemieckich sił zbrojnych mogą stać się przykładem dla współczesnych. Dotyczy to w szczególności nadawania patronatów koszarom, z których część do dziś nosi imiona zbrodniarzy hitlerowskich.

Warto odnotować, że w Monachium pod hasłem „Przyszłość Bundeswehry – europejska i cyfrowa“ odbył się 8. kongres techniki wojskowej komisji CSU ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.
I choć organizatorem była bawarska przystawka partii Angeli Merkel, to wydarzenie przyciągnęło jak co roku wielu polityków, ekspertów i lobbystów z branży zbrojeniowej. Podczas kongresu generalny Inspektor Luftwaffe gen. dywizji Karl Müllner zapowiedział zakup przez Bundeswehrę myśliwca 5. generacji, który może atakować cele wroga z dużej i bliskiej odległości, pozostając niewykrywalny przez radary, jak również może przenosić broń jądrową. Lista zakupów, których chce dokonać federalne ministerstwo obrony jest długa – Niemcy są zainteresowane nabyciem następcy Euro-fightera, helikopterów, pojazdów opancerzonych, artylerii, dronów bojowych – i nie jest to „niemiecka lista życzeń”, a spełnienie oczekiwań NATO i element polityki odstraszania wobec Rosji.

Chadecja stawia na rozwój zbrojeń, powołując się na zobowiązania wobec Sojuszu, Zieloni wręcz przeciwnie – postulują zamrożenie produkcji broni w Niemczech. Można przypuszczać, że koalicja jamajska nie doszła do skutku m.in. przez stosunek partii do produkcji zbrojeń. Podczas rozmów sondażowych przy Jamaice, Jürgen Trittin z Zielonych oświadczył w rozmowach chadecją, że chce zupełnego zaprzestania eksportów broni z Niemiec. Nawet FDP nie reprezentowało aż tak skrajnego podejścia. Dla CDU taka decyzja oznaczałaby de facto zlikwidowanie rodzimej gałęzi przemysłu obronnego, co oczywiście nie wchodzi w grę. Już obecnie ograniczenia eksportu broni do krajów trzecich w Niemczech powodują, że produkcja broni i sprzętu wojskowego jest mało opłacalna, gdyż Bundeswehra nie jest masowym odbiorcą.

Niemiecki przemysł zbrojeniowy nie wyżywi się samą Bundeswehrą – powiedział podczas kongresu CSU Frank Haun z lobby wojskowego (Bundesverband der Deutschen Sicherheits- und Verteidigungsindustrie). Wtórował mu gen. dywizji Erhard Bühler, kierownik komórki planowania w resorcie obrony, podkreślając, że obecnie ilość produkowanego sprzętu wojskowego jest zbyt mała, a jego koszty zbyt duże, by były opłacalne. Szansą na rozwój niemieckiego przemysłu zbrojeniowego jest zacieśnienie współpracy z Francją. Berlin chce się co do przedsięwzięć wojskowych porozumieć z Paryżem, a dopiero później włączyć w nie inne państwa UE i NATO – ale dopiero na etapie, gdy nikt im już nie przeszkodzi i nie zawyży kosztów projektu dodatkowymi wymaganiami. Powstanie militarne twarde jądro Europy – Francja z chęcią będzie współpracować z niemieckim kapitałem i technologiami, z kolei Niemcom łatwiej będzie (finansowo i PR-owo)  produkować zbrojenia pod flagą europejską oraz szukać dla nich nowych rynków zbytu. Wszystko jednak na równych warunkach – Niemcy nie pozwolą Francji dyktować warunków kooperacji.

Pomimo wyprodukowania nowoczesnego serialu o misji w Mali oraz ogólnie nasilonej kampanii rekrutacyjnej do wojska, nastawionej w formie przekazu na młode pokolenie, do końca sierpnia w br. dobrowolnie wstąpić do Bundeswehry chciało 10 105 osób, o 15% mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Czas pokaże, czy odświeżony „kompas moralny” i zapowiedź nowych zabawek w narodowym arsenale zachęcą młodych Niemców do dobrowolnej służby wojskowej.

Bundeswehra przeanalizowała skutki najgorszych scenariuszy dla przyszłości Unii Europejskiej, podaje Der Spiegel w artykule z 4 listopada 2017 r. Tajny 102-stronicowy dokument „Strategiczna perspektywa 2040” pochodzi z końca lutego.

W Strategische Vorausschau 2040 Bundeswehra po raz pierwszy w historii podjęła próbę zdefiniowania, w jaki sposób tendencje społeczne i konflikty międzynarodowe mogą wpływać na niemiecką politykę bezpieczeństwa w nadchodzących dziesięcioleciach. Dokument nie zawiera jednak zaleceń dotyczących organizacji, składu osobowego i wyposażenia niemieckich sił zbrojnych.

W dokumencie czytamy: „Rozszerzenie UE zostało w dużej mierze porzucone, kolejne państwa opuściły Wspólnotę. Europa straciła swoją globalną konkurencyjność”. „Coraz bardziej bezładny, po części chaotyczny i podatny na konflikty świat, radykalnie zmienił środowisko bezpieczeństwa Niemiec i Europy”.

W jednym z sześciu scenariuszy autorzy zakładają „wielokrotną konfrontację”. Jest w nim opisany świat, w którym porządek międzynarodowy ulega erozji po „dekadach niestabilności”, systemy wartości w różnych państwach stają się nie do pogodzenia, a globalizacja zostaje zatrzymana.

 

https://www.instagram.com/bundeswehr/

Najprawdopodobniej 7 marca odbędą się ćwiczenia symulujące atak terrorystyczny na Niemcy, w których wezmą udział wybrane urzędy państwowe, policja i Bundeswehra. W pierwszej tego rodzaju symulacji udział wezmą jednostki policyjne i wojskowe z pięciu krajów związkowych.

Scenariusz ćwiczeń o kryptonimie „Getex” opracował Federalny Urząd Ochrony Cywilnej i Pomocy Ofiarom Katastrof (Bundesamt für Bevölkerungsschutz und Katastrophenhilfe). Zakłada on potężny atak terrorystyczny na Niemcy, w którym siły policyjne nie wystarczą do przywrócenia ładu i pracy operacyjnej, dlatego konieczne jest, aby zaangażować wojsko.

Poza takim przypadkiem Niemiecka Ustawa Zasadnicza ogranicza użycie wojska wewnątrz kraju. W 2012 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że użycie wojska jest możliwe w przypadku wielkich aktów terroru. Od tamtej pory orzeczenie nie znalazło zastosowania. [Nach Ansicht des Bundesverfassungsgerichts mit Beschluss vom 03. Juli 2012 (Az.: 2 PBvU 1/11) ist ein Einsatz militärischer Mittel in „äußersten Ausnahmefällen” von „katastrophischen Dimensionen” erlaubt].

Scenariusz przewiduje, że po zamachach w Anglii, Hiszpanii i Holandii pojawiają się ostrzeżenia przed atakami w Niemczech. Policja zajmuje się identyfikowaniem potencjalnych terrorystów, jej zasoby kadrowe wyczerpują się. W działania antyterrorystyczne zostaje włączona Bundeswehra. Niestety jest już za późno. Oddział islamistów o nazwie Kata ´aib Saif Alnabi uderza na terytorium Republiki Federalnej. Najpierw na dworcu w Bawarii w eksplozji bombowej ginie 20 osób. W Bremie w jednej szkole dochodzi do strzelaniny, w innej też wybucha bomba. Na lotnisku w Düsseldorfie terroryści detonują ładunek wybuchowy, która zabija 20 osób. W Bawarii zamachowcy uprowadzają autobus liniowy. Żądają wyświetlenia w telewizji ogólnokrajowej swojego nagrania wideo – postulat nie zostaje spełniony, zakładnicy giną. Na koniec wszystkie komórki terrorystyczne zostają unicestwione. Ende gut, alles gut!

Minister obrony Ursula von der Leyen i minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière, nadzorujący ćwiczenia, uważają, że scenariusz „Getex” jest mało prawdopodobny, ale możliwy.

https://www.dbwv.de/aktuelle-themen/politik-verband/beitrag/news/polizei-und-bundeswehr-trainieren-zusammen-fuer-terror-ernstfall/

Jutro w Niemczech po raz pierwszy obchodzony będzie Dzień Uciekinierów i Ofiar Wypędzeń. Data obchodów – nieprzypadkowo – pokrywa się z Międzynarodowym Dniem Uchodźcy ustanowionym przez ONZ. Z tej okazji na wszystkich budynkach państwowych zostanie wywieszona flaga narodowa.

20 lipca Niemcy wspominają rodaków wysiedlonych po wojnie z Polski czy z Czech, lecz także współczesnych wygnańców. Na początku maja br. kanclerz Angela Merkel podczas organizowanego co roku przez BdV przyjęcia w Berlinie powiedziała, że „rząd niemiecki będzie nadal stał po stronie wypędzonych, zarówno w dobrych czasach, jak i wtedy, gdy trzeba będzie rozwiązać jakiś problem”. A problemem może być np. negatywna opinia strony polskiej o działalności BdV.

„Wypędzenia są bezprawiem, zarówno te, które wydarzyły się wczoraj, jak i te, które mają miejsce dzisiaj” – mówiła dalej kanclerz. „Wypędzeni”, „bezprawie”, „prawo do heimatu”, „cierpienia związane z utratą stron ojczystych” – te zwroty weszły do mainstreamu, a trzeba pamiętać, że stworzyło je konkretne środowisko lobbujące na rzecz pamięci o wysiedleniach spowodowanych przesunięciem granic. A to przesunięcie nastąpiło z kolei w wyniku najokrutniejszych w historii świata rządów pewnego Austriaka wybranego w demokratycznych wyborach przez naród niemiecki na swojego przywódcę i dotknęło nie tylko Niemców. Polska też ma swoich „wielokrotnie wypędzonych”, tylko tak ich nie nazywa.

Merkel podkreśliła na przyjęciu BdV, że obchody mają „połączyć przeszłość z teraźniejszością”, przypominając też o ponad 50 milionach uciekinierów we współczesnym świecie. Goszcząca na przyjęciu Erika Steinbach dodała, że „połączenie Dnia Uciekinierów z Dniem Uchodźcy jest jasnym sygnałem, że wypędzenia Niemców łamały prawa człowieka. Niemcy wypędzeni z heimatu nie okopali się w swoim losie pełnym cierpienia, tylko znowu wskazali jasno, że solidarnie stoją po stronie współczesnych ofiar ucieczek i wypędzeń”. Moje pytanie brzmi: czy współcześni wypędzeni wiedzą o swoich niemieckich adwokatach? Jaką realną pomoc od nich dostają? Zdjęcie na wystawie w stolicy RFN?

Łączenie tego cierpienia z cierpieniem uchodźców z Syrii w 2015 r. jest wyrafinowanym mataczeniem. W postmodernistycznych mediach rację ma ten, kto króluje nad narracją, kto ma władzę nad opisem. Liczy się dobór słów, to one decydują, które fakty utrzymają się w świadomości przyszłych pokoleń i jaką rangę otrzymają.

W artykułach przypominających losy wypędzanych Niemców używane są niezwykle emocjonalne słowa, przypominające opisy mordowania przez nazistów „podludzi” na Wschodzie. Mówi się o masakrze, rozstrzeliwaniach niewinnych Niemców ukrywających po wojnie nazistów, wynarodowieniu, wygnaniu, pozbawieniu praw, godności i majątku, bezzasadnej odpowiedzialności zbiorowej, niezawinionej winie. Bardzo wyraźnie Niemców odróżnia się od nazistów.

Pamiętam pewne zajęcia dla studentów prowadzone we Wrocławiu przez historyczkę o lewicowych poglądach. Mówiła, że historia to zbiór faktów istotny dla konkretnej grupy ludzi, który podlega negocjacji i przewartościowaniu w ramach wymiany pokoleń. Polscy uczestnicy byli oburzeni takim nauczaniem. A niestety ta osoba, przedstawiająca się jako trener, tak właśnie prowadzi zajęcia z młodzieżą.

Wypędzeni to akurat grupa konserwatystów, ale podejście do nauczania historii jest w Niemczech przesiąknięte duchem roku ’68. To wtedy za Oceanem otwarto dla osób z mniejszości i weteranów wojennych, nie zawsze nawet z wykształceniem średnim, bramy uniwersytetów. Nie trzeba było nic wiedzieć, trzeba było rozmawiać, dyskutować. Liczyła się umiejętność obrony swojego zdania, choćby najgłupszego, odkrycie siebie, swojej roli w świecie, bez konieczności poznania fundamentów danej dziedziny.

To stąd tak popularne stały się kierunki studiów humanistycznych i społecznych, na których studiowanie polegało na seminariach z wykładowcami i pisaniu esejów, a nie czytaniu Platona czy nauce przebiegu Rewolucji Francuskiej. Reinterpretacja faktów, pisanie nowych narracji do dawnych wydarzeń, prymat uczuć nad faktami oraz przeżyć jednostkowych nad narodowymi, tożsamość ponad przynależnością z urodzenia, nazywanie na nowo zjawisk, kreowanie i obalanie bohaterów – na tym opierało się i do dziś w dużej mierze opiera pionierstwo wielu nauk miękkich.

Nowy przewodniczący BdV Bernd-Bernhard Fabritius jest przedstawiany w mediach jako nowa jakość po „złej” Steinbach. W wywiadzie dla Tagespiegel na pytanie „Skąd bierze się nieporozumienie, że Niemcom nie wolno czcić swoich ofiar?” [btw, utezowienie tego pytania to temat na godzinne seminarium na wydziale dziennikarstwa], powiedział: „Wynika to z wpływu fałszywego myślenia kategoriami winy kolektywnej. Wielu [niemieckich] prezydentów prawidłowo podkreślało, że wina i brak winy są zawsze indywidualne”. Pytanie i odpowiedź to majstersztyk liderów narracji.

Moim zdaniem Fabritius jest groźniejszy od Steinbach, bo ma wizerunek sympatycznego i otwartego (jest m.in. gejem żyjącym w zalegalizowanym związku partnerskim), a de facto głosi w jeszcze bardziej zawoalowany sposób te same postulaty co Steinbach, której rola w BdV jest nadal niezwykle duża. Na przyjęciu Merkel wychwalała ją pod niebiosa. Tego nie da się już zrzucić na karb kampanii wyborczej i chęci pozyskania głosów ze skrajnej prawej chadecji. To po prostu przemyślane budowanie polityki historycznej przez przywódcę najmocniejszego pod każdym względem państwa w Europie. A jeszcze w 2011 r. czytaliśmy Gazecie Wyborczej: „Politycy chadecji przekonują nieoficjalnie, że rząd nie będzie w ogóle brał uchwały [Bundestagu domagającej się dnia niemieckich wypędzonych] pod uwagę i nie zgodzi się na ustanowienie dnia wypędzonego„. Trzy lata później ten dzień został ustanowiony.

Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie opublikowała badanie na temat stosunku do wypędzeń w Niemczech, Polsce i Czechach. Przewodniczący grupy Wypędzonych, przesiedlonych i niemieckich mniejszości z frakcji CDU/CSU w Bundestagu Klaus Brähmig powiedział, że 53 proc. Niemców, a 73 proc. wypędzonych popiera 20 czerwca jako datę obchodów. Warto wspomnieć, że status „wypędzonego” jest dziedziczny, objęty niejako prawem ius sanguinis.

Samo powstanie „widomego znaku” w Berlinie popiera 39 proc. Polaków, 24 proc. jest przeciwnych. W 2006 roku pozytywnie o projekcie wypowiedziało w naszym kraju 32 proc. osób. Badanie robił wiarygodny Instytut Demoskopii w Allensbach, ale dobór respondentów chyba nie było zupełnie przypadkowy. Albo mam taki niefart, że znam ludzi, którzy na pytanie o centrum dokumentacji, którego nie znają i którego nie widzieli, odpowiadają „nie wiem” zamiast „tak”. Myślę, że podobny wynik zebrałby chiński ośrodek badawczy gdyby sprawdził opinie Polaków o planowanej na listopad wystawie kamieni szlachetnych w Szanghaju. Jakby co, jestem na „tak”.

Instytut Stosunków Międzynarodowych i Fundacja imienia K. Skubiszewskiego zorganizowały IV Sympozjum imienia Ministra Krzysztofa Skubiszewskiego, pt. Mocne Niemcy w słabej Europie. Między szansą a niepokojem. 

Plakat-Skubiszewski-2015-572x809
Mowa była o twardej polityce realnej rządu Angeli Merkel, o wartościach ani słowa. Czyżby w obliczu zagrożenia prawdziwą wojną nie u bram, ale w Europie, takie elementy jak prawa człowieka czy walka o pokój zeszły na drugi plan? Czy tak jest w rzeczywistości w polityce niemieckiej czy taki jest tylko odbiór tych działań w Polsce? Czy Niemcy negocjujący z Rosją zawieszenie broni na Ukrainie w formule normandzkiej reprezentują poglądy Pani kanclerz, stanowisko partii, własnego kraju czy jednak głos UE? Czy w przypadku interwencji wojsk rosyjskich w innym państwie ze wschodniej części UE Merkel nie wyśle swoich żołnierzy ze względu na pacyfistyczne i anty-NATOwskie nastroje w społeczeństwie? Na te pytania eksperci nie znaleźli definitywnych odpowiedzi. Niemcy to dziś wielka zagadka, kraj zagubiony, na rozdrożu historii, obawiający się rewizji ładu międzynarodowego i niepewny swojej roli w nim, znowu zbyt duży dla Europy, choć pod wieloma względami słaby, bo bez wizji i strategii politycznej, ale dla świata zbyt mały. My jako UE/NATO nie wiemy, czego chcemy od Niemców, a Niemcy nie wiedzą, czego chcieć od nich można. Krótko mówiąc, niemcoznawcy w najbliższych latach nie będą się nudzić. 🙂

Oto kilka cytatów/parafraz wartych odnotowania:

Prof. Anna Wolff-Powęska

Kwestia niemiecka sprowadzała się do tego, jak silne powinny być Niemcy, aby się obronić, a jak słabe, by nikomu nie zagrozić. Stary problem niemiecki dotyczył wielkości, usytuowania, niemieckiej Sonderweg i postrzegania samych siebie. Nowy problem niemiecki dotyczy faktu, że te cztery czynniki przewartościowały się o 180 st.

Pomiędzy oczekiwaniami świata a gotowością Niemiec do podjęcia odpowiedzialności istnieje przepaść. Można to stwierdzić na podstawie ekspertyz przygotowanych przez 60 ekspertów z 27 krajów świata, którzy przedstawili, czego ich kraje oczekują od Niemiec w skali globalnej. Odpowiedź zbiorowa: wszystkiego, zaangażowania w każdy problem na każdym kontynencie, przywództwa militarnego i moralnego na najwyższym poziomie.

Prof. Włodzimierz Borodziej

W Niemczech elity polityczne nie są na tak wysokim poziomie jak gospodarcze.

Włochy ponad 150 lat po zjednoczeniu nadal są bardziej podzielone ekonomicznie niż Niemcy po inkorporacji NRD do RFN.

W 1990 r. polscy dyplomaci bali się powołania attaché obrony w Polsce, bo oznaczało to, że Niemiec w mundurze Bundeswehry będzie chodził po ulicach Warszawy. [przyp. własny: dla porównania – tylko w tym roku na ćwiczenia Sojuszu przyjedzie do Polski 1800 Niemców.]

Prof. Marek Cichocki

Niemcy, gdyby mieli podać definicję własnego kraju, powiedzieliby: mocarstwo handlowe. Priorytetem jest ekspansja na rynki zewnętrzne.Interesy handlowe powodują, że łatwiej jest Niemcom sprzedać technologie wojskowe do krajów arabskich, którym daleko do demokracji, niż podzielić się nimi z najbliższymi sojusznikami. Niemcy są obecne wszędzie, ale mają kłopot z nawiązaniem bliższych relacji. Do tego dochodzą anty-amerykańskie i anty-NATOwskie nastroje.

Trzeba uznać, że sąsiad już dojrzał do pewnych decyzji i ustalić, które z nich mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Głoszenie przez Niemcy etycznej odpowiedzialności za cały świat jest nieodpowiedzialne. Istotne jest, aby te deklaracje odpowiadały rzeczywistości. W razie poważnego zagrożenia, to będzie najważniejsze.

Niemcy charakteryzuje brak strategicznego myślenia politycznego. Opierają swoją politykę na zasadach wypracowanych po II Wojnie światowej. Działają na zasadzie przeciwdziałania pewnym zjawiskom, ale nie szukania rozwiązań, nowej formuły. Stąd wynika ich stosunek do Rosji – z nostalgii za porządkiem relacji z Rosją, w którym Niemcy doskonale się odnajdywali. Stąd kolejne próby Merkel powrotu do status quo ante – a może tym ostatnim razem się uda z Rosją porozumieć…

Piotr Buras

Kryzys na Ukrainie i kryzys euro podważyły pewniki w polityce zagranicznej Niemiec, w tym wiarę w prymat geoekonomii. To, co rodzi się na naszych oczach, to nie jest niemiecka Europa, a jej zaprzeczenie. W dodatku Niemcy mają za zadanie przewodzić reformom, które mogą zagrozić niemieckiemu modelowi gospodarki. Np. muszą redukować nadwyżki handlowe, co jest sprzeczne z niemieckim instynktem.

Głos z publiczności, prof. Klaus Ziemer z UKSW 

Byłem niedawno w uniwersytecie w Trewirze na dyskusji z udziałem specjalistów od polityki zagranicznej Niemiec. Spytałem ich wprost: co cenią wyżej w kontekście Ukrainy: prawo do samostanowienia, czy uszanowanie stref wpływów. Odpowiedź była jasna: trzeba uznać strefy wpływów (sic!) i później próbować je zmieniać. Potrzebny jest nowy twór, OBWE 2.0., który ureguluje z Rosją spory, w tym terytorialne. Tak wygląda pomysł Niemców na dalszą politykę z Rosją.

Chciałabym polecić doskonałą niemiecką produkcję kinową z ubiegłego roku, „Między Światami”. Film o udziale Bundeswehry w misji ISAF w Afganistanie jest od niedawna dostępny w kinach studyjnych na terenie Polski. Przejmującą muzykę do niego skomponował Jan A.P. Kaczmarek.

Po seansie „Snajpera” różnice w podejściu do spraw wojskowych po obu stronach Atlantyku stają się widoczne jak na dłoni. Amerykanin strzela do uzbrojonych Afgańczyków bez mrugnięcia powieką, a następnie zbiera za to laury, jest bohaterem narodowym. Niemiec boi się zabić zranioną krowę, choć w ten sposób tylko ulży jej cierpieniu. Czyni to dopiero po wyraźnym powtórzeniu przez dowódcę, że jest to rozkaz. Na glorię po powrocie do kraju nie ma co liczyć, co najwyżej czeka go tłumaczenie się, co robił jako okupant w obcym kraju i wstyd za to, że jako Niemiec-obywatel w mundurze zabijał ludzi. A przecież demony II wojny światowej wciąż nawiedzają niemieckie rodziny, kryją się na skrzętnie ukrywanych fotografiach i w zakamarkach pamięci.

W filmie – udanej koprodukcji niemiecko-afgańskiej – pokazani są przestraszeni Niemcy, którzy przyjeżdżają do Afganistanu nieść pokój, a po raz pierwszy w życiu muszą użyć broni; generałowie przebywający w dobrych warunkach z dala od realnych walk; czy wreszcie deputowani [Bundeswehra podlega kontroli parlamentarnej], którzy na oczy nie widzieli wojny, a rozliczają żołnierzy z ich decyzji podejmowanych w stanie wyższej konieczności pod wielkim napięciem.

„Spiegel” pisał w 2006 r., że Amerykanie mają Niemców w Afganistanie za „tchórzy”. Film doskonale pokazuje źródła takich ocen. Co ważne, to nie z winy szeregowych żołnierzy mieli oni często związane ręce i musieli odmawiać udziału w bezpośrednich walkach z innymi koalicjantami z ISAF. Znając odmienność systemów kształcenia wojskowego w RFN i USA, indywidualne postawy defensywne u Niemców też powinny być zrozumiałe.

Niezrozumiałe natomiast jest stosowanie spychologii wojska na dyplomatów (zaskoczyło mnie, że w filmie generał „zza biurka” prośbę Jaspera o pomoc dla Tarika i jego siostry zwala tak samo jak nasz MON na Auswärtiges Amt) pod względem pomocy dla Afgańczyków wspierających żołnierzy. Tłumacze czy inni informatorzy ISAF podzielają los filmowego tłumacza Tarika, oni i ich rodziny są narażeni na szykany i zemstę talibów jako „zdrajcy”. Jak się niedawno dowiedziałam, po zakończeniu misji w Iraku kilku tłumaczy wraz z rodzinami przyjechało do nas. Dostali mieszkania w płn.-wsch. części kraju, przez rok mieli pomoc socjalną. Mężczyźni mówili po polsku lub angielsku, lecz ich rodziny nie. Później, wobec braku pracy i nieuznania zagranicznego wykształcenia, część z nich wyjechała na zachód, z resztą MON nie ma kontaktu. W MON przygotowano listy osób, które powinny otrzymać pobyt w Polsce po zakończeniu misji afgańskiej, jednak inne ministerstwa (głównie MSZ) nie mają spójnego programu pomocy tym ludziom. W 2008 r. minister Klich mówił, że „jest niezbędne, aby uregulować status tych osób, które nas wspierały podczas misji wojskowych, a więc tłumaczy i osób w mundurach. Jeżeli tylko będą chciały ze względów bezpieczeństwa, będą mogły przenieść się i osiąść w Polsce”. Jeszcze jakiś czas temu media pisały o tym problemie, teraz wszyscy milczą, a dawni współpracownicy wojsk z Europy ponoszą za współpracę z nami najwyższą cenę.

Z materiałów prasowych:

Między światami ma rzadko spotykaną moc kształtowania wizerunku wojny. Tej prawdziwej i spektakularnej, ale nie ilością zdetonowanych na planie materiałów wybuchowych, a batalią między człowieczeństwem i brakiem jego poszanowania. ” – Der Spiegel

Po śmierci brata w Afganistanie, Jasper powraca do służby wojskowej. Jego oddział chroni małą wioskę przed talibami. Pomaga im lokalny tłumacz – Tarik, który stara się zachować możliwe największą neutralność. To jednak nie wystarcza, aby on i jego studiująca siostra mogli czuć się bezpiecznie. Dramatyczna sytuacja postawi Jaspera przed trudnym wyborem – czy pomóc przyjacielowi Tarikowi czy też dostosować się do surowego protokołu wojskowego?

Feo Aladag opowiadając o żołnierzach wysłanych do Afganistanu, traktuje o problemie powinowactwa i odmienności, zaufania i porażki. Pyta: jak można zachowywać się po ludzku, odbijając się od wojskowej biurokracji? Co zostaje z humanistycznych ideałów, kiedy co dzień musisz walczyć o przeżycie?

Oszczędna, minimalistyczna ścieżka dźwiękowa Jana A.P. Kaczmarka buduje świat zapomnianych uczuć, które przeżywają zaskoczeni niemieccy żołnierze i ich afgańscy towarzysze broni. Śmierć i przyjaźń są w ich życiu przypadkowe i niespodziewane. “Między światami” jest kinem nowoczesnym, które ufa we wrażliwość widza, siłę obrazów i muzyki, a rezygnuje z czarno-białych podziałów i odrzuca jednoznaczną ocenę wydarzeń. Aladag, na co dzień żona mężczyzny o mieszanym, turecko-niemieckim pochodzeniu, zbudowała frapujący portret “nierzeczywistej rzeczywistości” Afganistanu.zwischen

reż.: Feo Aladag
scen.: Feo Aladag, Matthias Kock
zdj.: Judith Kaufmann
muz.: Jan A.P. Kaczmarek
w.: Ronald Zehrfeld (Jesper), Mohsin Ahmady (Tarik), Saida Barmaki (Nala), Salam Yousefzai (Haroon), Felix Kramer (Oli), Pit Bukowski (Teckl), Tobias Schönenberg (Petze), Roman Rien (Sepp)
prod.: Niemcy 2014 (98 min)miedzy-swiatami-016-low-resmiedzy-swiatami-015-low-res

miedzy-swiatami-017-low-res

Amerykański żołnierz, które zdezerterował w Niemczech ma bardzo małe szanse na azyl. Musiałby wykazać, że służąc w Iraku mógł potencjalnie być zaangażowany w zbrodnie wojenne! Warunki, w jakich dezerterowi z armii państwa spoza UE można udzielić azylu w państwie UE zostały sprecyzowane w wyroku TS i nie są korzystne dla Andre Shepherda, który w 2007 r. opuścił swoją jednostkę stacjonującą w Niemczech, gdy po raz drugi otrzymał rozkaz wyjazdu do Iraku – na wojnę jego zdaniem sprzeczną z prawem międzynarodowym. Po wielkich wysiłkach na rzecz polepszenia atmosfery na linii Waszyngton-Berlin, nadwyrężonych po aferze z podsłuchiwaniem przez Amerykanów telefonu kanclerskiego, złapaniu szpiega USA w szeregach niemieckich służb czy wreszcie skandalu po publikacji raportu o torturach CIA, RFN nie zaryzykuje kolejnego ciosu w ledwo posklejane relacje transatlatyckie. Szczególnie w obliczu konieczności mówienia jednym głosem wobec Moskwy, dla której każda rysa na moście przez Ocean Spokojny to powód do radości.

Shepherd był w armii od grudnia 2003 r., trafił do jednostki w Katterbach w Bawarii. We wrześniu 2004 r. został wysłany do Iraku jako mechanik śmigłowca Apache. Wziął tam udział w szturmie wojsk amerykańskich na Falludżę, gdzie toczyły się szczególnie ciężkie walki. Jednak sam w nich nie brał udziału.

W sierpniu 2008 r. amerykański żołnierz wystąpił w Niemczech o azyl. Swoją jednostkę stacjonującą w Niemczech opuścił w kwietniu 2007 r., po otrzymaniu drugiego rozkazu wyjazdu z misją do Iraku. Po powrocie z pierwszej misji przedłużył swoją służbę w armii amerykańskiej, do której wstąpił początkowo na okres 15 miesięcy.

Na poparcie wniosku o udzielenie azylu Shepherd podniósł, że z powodu dezercji grozi mu postępowanie karne. Ponadto, jako że z amerykańskiego punktu widzenia dezercja jest poważnym przestępstwem, ma ona wpływ na jego życie, ponieważ naraża go na wykluczenie społeczne w jego kraju.

Proszą o azyl powołał się na czwartą Zasadę Norymberską z 1946 r.: działania na rozkaz nie stanowi czynnika zwalniającego z odpowiedzialności za popełnione czyny. Żołnierz powołuje się też na rezolucję 1998/77 Komisji Praw Człowieka ONZ, , która uznaje, że prawo do odmowy odbycia służby wojskowej z powodu sprzeciwu sumienia jest nieodłącznie związane z prawem do wolności myśli, sumienia i wyznania, zapisanym w art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i w art. 18 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych.

Po oddaleniu wniosku o udzielenie azylu przez Bundesamt für Migration und Flüchtlinge (federalny urząd ds. migracji i uchodźców), A. Shepherd zwrócił się do Bayrisches Verwaltungsgericht München (sądu administracyjnego w Monachium) o stwierdzenie nieważności tej decyzji oraz o przyznanie mu statusu uchodźcy. Ten sąd z kolei zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości o wykładnię europejskiej dyrektywy 2004/83 o statusie uchodźcy.

Zgodnie z tą dyrektywą, za uchodźcę może zostać uznany, pod określonymi warunkami, obywatel państwa trzeciego, który żywi uzasadnioną obawę przed prześladowaniem z powodów rasowych, religijnych, narodowościowych, przekonań politycznych lub członkostwa w określonej grupie społecznej. Dyrektywa określa między innymi elementy, które pozwalają uznać dane akty za akty prześladowania.

Zgodnie z dyrektywą, akt prześladowania może w szczególności przybrać formę „ścigania lub kar za odmowę odbywania służby wojskowej w przypadku konfliktu, jeżeli odbycie służby wojskowej pociągałoby za sobą dokonywanie przestępstw”.

Na wypadek, gdyby nie zostało wykazane, by służba, której pełnienia odmówił A. Shepherd, miała pociągać za sobą popełnianie zbrodni wojennych, Verwaltungsgericht zwrócił się również do Trybunału Sprawiedliwości o sprecyzowanie przesłanek uprawniających do ochrony ustanowionej dyrektywą w dwóch innych przypadkach. Zgodnie bowiem z dyrektywą, akty prześladowania mogą mieć również miejsce, gdy władze publiczne podejmują działania dyskryminujące lub nieproporcjonalne.

W odniesieniu do tych dwóch innych przypadków Trybunał stwierdził, że w okolicznościach takich jak w niniejszej sprawie nie wydaje się, by środki grożące żołnierzowi z powodu odmowy pełnienia służby, to jest skazanie na karę pozbawienia wolności lub wydalenie ze służby mogły zostać uznane, w świetle uzasadnionego prawa zainteresowanego państwa do utrzymywania sił zbrojnych, za nieproporcjonalne lub dyskryminujące do tego stopnia, by zaliczyć je do aktów prześladowania, o których mowa w tych przepisach. Dokonanie stosownych ustaleń należy teraz do organów krajowych.

Dezerter ma bardzo nikłe szanse na pozytywny dla siebie wyrok. Dlaczego? Bo gdyby Niemcy przychyliły się do wniosku Shepherda, automatycznie uznałyby, że wojna w Iraku łamała prawo międzynarodowe. Z drugiej strony Niemcy to kraj, gdzie istnieje osobista odpowiedzialność żołnierza za swoje czyny i możliwość sprzeciwienia się rozkazowi, o ile stoi w sprzeczności z sumieniem, a wcześniej, gdy istniał pobór – istniało prawo do służby zastępczej z powodu konfliktu sumienia. Idea wewnętrznego dowodzenia jest jednym ze zrębów Bundeswehry. W armii amerykańskiej jednak rozkaz to rozkaz…

Co jeszcze wynika z wyroku Trybunału Sprawiedliwości z 26 lutego 2015 r. w sprawie C-472/13 Andre Lawrence Shepherd przeciwko Bundesrepublik Deutschland?

Trybunał orzekł, iż:
– ochrona przewidziana dla takiego przypadku obejmuje cały personel wojskowy, w tym również członków personelu logistycznego lub pomocniczego;
– obejmuje ona sytuację, w której odbywana służba wojskowa sama w sobie pociągałaby za sobą, w określonym konflikcie, popełnianie zbrodni wojennych, w tym sytuacje, gdy osoba ubiegająca się o azyl uczestniczyłaby jedynie pośrednio w popełnianiu takich zbrodni, jeżeli poprzez wykonywanie swoich zadań dostarczałyby, z racjonalnym prawdopodobieństwem, niezbędnego wsparcia w ich przygotowywaniu lub dokonywaniu;
– obejmuje ona nie tylko sytuacje, w których zostało wykazane, że zbrodnie wojenne już zostały popełnione lub mogą podlegać osądowi Międzynarodowego Trybunału Karnego, ale także sytuacje, gdy osoba ubiegająca się o przyznanie statusu uchodźcy jest w stanie wykazać, że popełnienie takich zbrodni jest wysoce prawdopodobne;
– ocena faktów, której przeprowadzanie należy wyłącznie do organów krajowych pod kontrolą sądu, dla celów zakwalifikowania sytuacji określonej służby, powinna opierać się na łańcuchu poszlak mogącym doprowadzić, w świetle ogółu okoliczności danej sprawy (w szczególności związanych z odpowiednimi faktami dotyczącymi państwa pochodzenia w czasie rozpoznawania wniosku, jak również indywidualnej sytuacji i uwarunkowań osobistych wnioskodawcy), do wykazania, że sytuacja tej służby uprawdopodabnia popełnianie podnoszonych zbrodni wojennych;
– okoliczność, z jednej strony, że interwencja wojskowa została rozpoczęta na podstawie mandatu Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych lub na podstawie zgody wspólnoty międzynarodowej oraz, z drugiej strony, że państwo lub państwa prowadzące operacje karzą zbrodnie wojenne powinna być brana pod uwagę w trakcie oceny, której przeprowadzenie należy do organów krajowych oraz
– odmowa pełnienia służby wojskowej powinna stanowić jedyny środek umożliwiający osobie ubiegającej się o azyl uniknięcie udziału w podnoszonych zbrodniach wojennych i w konsekwencji, jeżeli wnioskodawca nie skorzystał z procedury mającej na celu uzyskanie statusu osoby odmawiającej działania sprzecznego z własnym sumieniem, to taka okoliczność wyklucza wszelką ochronę na mocy rozpatrywanego tu przepisu, chyba że wnioskodawca udowodni, że żadna procedura tego rodzaju nie była dostępna w jego konkretnej sytuacji.

oprac. m.in. na podstawie Komunikatu Prasowego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nr 20/15

f36ee50fdbbe4ff7ed2d1da25915dea7v1_max_440x330_b3535db83dc50e27c1bb1392364c95a2

Dobiega końca afera, która w Niemczech należała do jednej z najgłośniejszych, tzw. „Fall Edathy”. Początki sprawy opisywałam tutaj.

Sąd w Verden w Dolnej Saksonii umorzył postępowanie przeciwko byłemu posłowi Bundestagu, zwanemu „młodą gwiazdą SPD” Sebastianowi Edathy’emu. Ceną za ten deal było przyznanie się oskarżonego do winy, i to nie byle jakiej, bo do sciągania z sieci materiałów z dziecięcą pornografią.

„Zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd. Zajęło mi to dużo czasu” – przyznał ex-poseł w liście odczytanym przez swojego obrońcę. Jedyną materialną karą, jaką poniesie Edathy, będzie 5 tys. euro, które ma wpłacić na organizację zajmującą się ochroną dzieci.

Według informacji pozyskanych od kanadyjskich służb specjalnych jesienią 2013 roku 45-letni Edathy ściągał z internetu zdjęcia i nagrania z nagimi chłopcami w wieku poniżej 14 lat.

Sprawa kwalifikacji ściąganych przez niego materiałów długo pozostawała sporna. Stąd zwlekał z przyznaniem się do winy, choć szybko złożył mandat.

Znany poseł miał opinię jastrzębia, gdyż z poczuciem misji zajmował się zwalczaniem neonazistów. Szeroką popularność zdobył jako szef parlamentarnej komisji śledczej badającej błędy policji podczas rozpracowywania członków ultraprawicowego Narodowosocjalistycznego Podziemia (NSU). Naganna skłonność i fałszywe poczucie anonimowości w Internecie przekreśliło jego szanse na dalszą karierę w polityce.

 

1.bild

Mödlareuth. Miejscowość zwana potocznie „Little Berlin”, podzielona przez ponad cztery dekady podobnie jak stolica Niemiec, tylko w mniejszej skali, na dwie części. Przez tę leżącą na pograniczu Bawarii i Turyngii, liczącą ok. 50 mieszkańców miejscowość płynie strumyk, który w powodzi historii zimnej wojny urósł do rangi drugiego muru berlińskiego, pilnie strzeżonego przez wojska obu stron żelaznej kurtyny.

2-format43

W 1952 r. powstała wzdłuż niego palisada, którą w 1966 r. zastąpiono betonowym murem o długości 800 m. Dawnym sąsiadom zakazano nawet pozdrawiania osób po drugiej stronie. W 1983 r. wiceprezydent Stanów Zjednoczonych George H. W. Bush odwiedził zachodnią część miasteczka, gdzie wypowiedział słynne słowa: „Ich bin ein Mödlareuther!” („Jestem mieszkańcem Mödlareuth”), nawiązując do słów Johna F. Kennedy’ego „Ich bin ein Berliner”.

landkarte

 

 

 

 

 

 

Mur berliński został zwalony 10 listopada 1989 r. W „małym murze” wydzielono wówczas przejście dla pieszych. 17 czerwca 1990 r., siedem miesięcy po upadku muru berlińskiego i cztery miesiące przed zjednoczeniem Niemiec, zburzono większą część „małego muru”. Niewielką jego część pozostawiono jako memento, które jest obecnie atrakcją turystyczną. W 1994 r. utworzono tutaj niemiecko-niemieckie muzeum pamięci o podziale Niemiec.

Teraz fabularyzowane dzieje mieszkańców małego Mödlareuth możemy oglądać na małym ekranie. W miniserialu „Tannbach – Schicksal eines Dorfes” („Tannbach – dzieje pewnej wsi”) splatają się losy trzech rodzin – rodzimych i napływowych mieszkańców, jeńców wojennych, dezerterów i oportunistów nazistowskich, którzy starają się przeżyć ostatnie dni wojny i ułożyć sobie życie w nowej rzeczywistości. Wpierw Tannbach trafia pod okupację amerykańską, później jest w strefie radzieckiej, a latem 1946 r. wieś zostaje podzielona pomiędzy oba mocarstwa. Bohaterowie, ci, którzy przeżyli hitleryzm w pełni świadomie, oraz ci, którzy byli wtedy dziećmi, stają przed wyborem – jak żyć w rozdarciu pomiędzy kształtującymi się dwoma państwami niemieckimi. Podziały ideologiczne wkradają się pod strzechy domostw, gdzie jeszcze niedawno modlono się za Hitlera lub o jego rychłą śmierć. Niektórzy dokonują wyborów biało-czarnych, podczas gdy inni lawirują, potrafiąc dostosować się do każdej władzy i wyciągając z tego osobiste korzyści.

tann2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miniserial zebrał bardzo dobre recenzje w prasie niemieckojęzycznej. 6 milionów Niemców zasiadło przed telewizorami w dniu premiery I odcinka w TV. Obejrzałam dotychczas pierwszy z trzech odcinków [są dostępne online przez dwa tygodnie po premierze telewizyjnej w mediatece ZDF]. Produkcja przypadła mi do gustu, jest dobrze zagrana i doskonale oddaje powojenne realia i troski zarówno codzienne, jak i ideologiczne ludności niemieckiej, muszącej skonfrontować się z odpowiedzialnością za obozy koncentracyjne, z których filmy są pokazywane podczas wieczorków denazyfikacyjnych.

Z topograficzno-związkowym kosmosem serialu i filmikami making-of można zapoznać się tutaj: http://tannbach-modul.zdf.de/

tannbach10 

Recenzent z lewicowej Tagesspiegel zarzucił producentce Gabrieli Sperl, która produkowała również „Die Flucht”, że tendencyjnie jako postaci najbardziej niesympatyczne i agresywne, pokazała komunistów i żołnierzy armii czerwonej, „którym od ograniczania wolności i strzelania do dzieci serce rośnie” [„Am unsympathischsten sind aber ohnehin Kommunisten und Rotgardisten, denen beim Freiheitbeschneiden und Kinderabknallen das Herz aufgeht.„] Trzeba przyznać, że lekko przekupny Amerykanin to pestka w porównaniu do brutalnych maszyn do zabijania w radzieckich mundurach. Zastanawiam się, czy aż tak negatywnie Rosjanie zostaliby pokazani w niemieckiej telewizji, gdyby nie aneksja Krymu i wojenna retoryka Putina.

Dla przypomnienia: „Die Flucht„, czyli „Ucieczka” to produkcja ARD z 2007 r. Główną bohaterką dwuczęściowego filmu jest hrabianka Lena von Mahlenburg, zarządzająca od lata 1944 r. majątkiem. Gdy w styczniu 1945 r. na te tereny wkraczają żołnierze radzieccy, hrabianka, wykazując cywilną odwagę i hart ducha, organizuje ucieczkę mieszkańców. Po wielu dramatycznych przygodach uchodźcom udaje się przedostać do Bawarii. Wiele wątków „Ucieczki” jest zbliżonych do „Tannbach”, co nie powinno dziwić, gdyż obie produkcje pokazują niemiecki punkt widzenia na niemieckie losy po wojnie. W ten ciąg „folkloru pamięci” – Unsere Mütter, unsere Väter (2013), Die Flucht (2007), Die Luftbrücke (2005) – wpisuje się i Tannbach. Tu przynajmniej w pierwszym odcinku, nie ma Polaków, mam nadzieję, że tym razem Niemcy nie chcieli ryzykować dokładania na siłę „polskich antysemitów” do niemieckiej narracji i wywoływania kolejnego spięcia z Warszawą. Wynika to również z innego doboru konsultantów historycznych, o czym poniżej.

Z kontrowersyjnym serialem „Nasze matki, nasi ojcowie” („UMUV”) serial o Tannbach łączy przejmująca muzyka autorstwa Fabiana Römera, szwajcarskiego kompozytora. Również w obu produkcjach osobę żydowskiego pochodzenia cudem uratowaną przez dobrych Niemców gra Ludwig Trepte. Dla bohatera „UMUV” Viktora Goldsteina, który swoje niearyjskie pochodzenie bardziej niż przez oficerami SS musi ukrywać przed zionącymi antysemityzmem żołnierzami Armii Krajowej, Greta do ostatniego tchu śpiewała piosenkę-wyznanie „Mein kleines Herz„. Natomiast Lothar Erler przybywa jako uciekinier przed pożogą wojenną z Berlina do wschodniego Tannbach, a wojnę przeżywa dzięki adoptowaniu przez wspaniałomyślną Niemkę. Obie te historie mogły się zdarzyć raczej na ekranie niż w życiu, ale trzeba założyć, że Trepte już na zawsze wdrukuje się młodym Niemcom jako „uratowany z Holokaustu przez dobrych krajanów”.

unser

 

 

 

 

 

 

 

 

W serialu o Tannbach konsultantami historycznymi byli ludzie o szerszych horyzontach niż przy „UVUM”. W przypadku kontrowersyjnej produkcji były to następujące osoby: Rolf-Dieter Müller, Sönke Neitzel, Julius H. Schoeps, Matthias Rogg, Jens Wehner.

Rolf-Dieter Müller, naczelny konsultant historyczny „Naszych Matek,….”, to niemiecki historyk, dyrektor niemieckiego Wojskowego Biura Badań Historycznych, który w swoich opracowaniach dowodzi, że idea niemiecko-polskiego sojuszu wcale nie była z góry skazana na niepowodzenie, a Hitler zaatakował ZSRR tylko dlatego, że został postawiony pod ścianą. Są to tezy z pogranicza science-fiction, co potwierdzają debaty na ten sam temat prowadzone przez polskich badaczy.

fachberatung tannbach

 

Główny konsultant przy najnowszym serialu, Steininger, jest z kolei anglistą, zajmował się historią powojenną USA i Niemiec. Również głosi kontrowersyjne tezy, pozostając przy tym silnym Atlantystą. Uważa m.in., że Adenauer popełnił błąd odrzucając notę Stalina z 1952 r., uznając ją za blef [Stalin 10 marca 1952 r. zaskoczył aliantów przekazując im niespodziewanie zgodę ZSRR na zjednoczenie podzielonych Niemiec zgodnie z ustaleniami konferencji poczdamskiej, przy czym nowe Niemcy miały pozostać państwem neutralnym]. Nie usprawiedliwia okresu III Rzeszy, stara się go zrozumieć.

Scenariusz do miniserialu napisała ciekawa para Josephin i Robert Thayenthal. Ona ze wschodu, on – z zachodu, ur. w Austrii. Josephine, urodzona w 1962 r. w Rostocku, jako matka rocznego dziecka obserwowała upadek muru od strony wschodniej. Drugie dziecko urodziła w 1990 r. Robert, rocznik 1952, gdy upadał mur, już kilka lat w Monachium. Małżeństwo „po przejściach” poznało się 10 lat temu, połączyła ich pasja zawodowa, a prywatnie – miłość. Z autopsji znają uczucia, jakie targają ludźmi żyjącymi po dwóch stronach barykady, dlatego tak wiernie opisali je w scenariuszu serialu o Tannbach.

Z dużymi protestami widzów na serwisach społecznościowych spotkał się dialekt, którym posługują się mieszkańcy filmowego Mödlareuth. Jest to dialekt z północnej Bawarii, podczas gdy w tym regionie ludzie używają dialektu frakońskiego. Niemcy odbierają to wynaturzenie języka jako ignorancję producentów. Czują to samo, co czuli Polacy słysząc niechlujną polską mowę, jakby czytaną z google translatora, w serialu „UMUV”.

tannbach-heiner-lauterbach