Archiwa kategorii: Bez kategorii

Jutro w Niemczech po raz pierwszy obchodzony będzie Dzień Uciekinierów i Ofiar Wypędzeń. Data obchodów – nieprzypadkowo – pokrywa się z Międzynarodowym Dniem Uchodźcy ustanowionym przez ONZ. Z tej okazji na wszystkich budynkach państwowych zostanie wywieszona flaga narodowa.

20 lipca Niemcy wspominają rodaków wysiedlonych po wojnie z Polski czy z Czech, lecz także współczesnych wygnańców. Na początku maja br. kanclerz Angela Merkel podczas organizowanego co roku przez BdV przyjęcia w Berlinie powiedziała, że „rząd niemiecki będzie nadal stał po stronie wypędzonych, zarówno w dobrych czasach, jak i wtedy, gdy trzeba będzie rozwiązać jakiś problem”. A problemem może być np. negatywna opinia strony polskiej o działalności BdV.

„Wypędzenia są bezprawiem, zarówno te, które wydarzyły się wczoraj, jak i te, które mają miejsce dzisiaj” – mówiła dalej kanclerz. „Wypędzeni”, „bezprawie”, „prawo do heimatu”, „cierpienia związane z utratą stron ojczystych” – te zwroty weszły do mainstreamu, a trzeba pamiętać, że stworzyło je konkretne środowisko lobbujące na rzecz pamięci o wysiedleniach spowodowanych przesunięciem granic. A to przesunięcie nastąpiło z kolei w wyniku najokrutniejszych w historii świata rządów pewnego Austriaka wybranego w demokratycznych wyborach przez naród niemiecki na swojego przywódcę i dotknęło nie tylko Niemców. Polska też ma swoich „wielokrotnie wypędzonych”, tylko tak ich nie nazywa.

Merkel podkreśliła na przyjęciu BdV, że obchody mają „połączyć przeszłość z teraźniejszością”, przypominając też o ponad 50 milionach uciekinierów we współczesnym świecie. Goszcząca na przyjęciu Erika Steinbach dodała, że „połączenie Dnia Uciekinierów z Dniem Uchodźcy jest jasnym sygnałem, że wypędzenia Niemców łamały prawa człowieka. Niemcy wypędzeni z heimatu nie okopali się w swoim losie pełnym cierpienia, tylko znowu wskazali jasno, że solidarnie stoją po stronie współczesnych ofiar ucieczek i wypędzeń”. Moje pytanie brzmi: czy współcześni wypędzeni wiedzą o swoich niemieckich adwokatach? Jaką realną pomoc od nich dostają? Zdjęcie na wystawie w stolicy RFN?

Łączenie tego cierpienia z cierpieniem uchodźców z Syrii w 2015 r. jest wyrafinowanym mataczeniem. W postmodernistycznych mediach rację ma ten, kto króluje nad narracją, kto ma władzę nad opisem. Liczy się dobór słów, to one decydują, które fakty utrzymają się w świadomości przyszłych pokoleń i jaką rangę otrzymają.

W artykułach przypominających losy wypędzanych Niemców używane są niezwykle emocjonalne słowa, przypominające opisy mordowania przez nazistów „podludzi” na Wschodzie. Mówi się o masakrze, rozstrzeliwaniach niewinnych Niemców ukrywających po wojnie nazistów, wynarodowieniu, wygnaniu, pozbawieniu praw, godności i majątku, bezzasadnej odpowiedzialności zbiorowej, niezawinionej winie. Bardzo wyraźnie Niemców odróżnia się od nazistów.

Pamiętam pewne zajęcia dla studentów prowadzone we Wrocławiu przez historyczkę o lewicowych poglądach. Mówiła, że historia to zbiór faktów istotny dla konkretnej grupy ludzi, który podlega negocjacji i przewartościowaniu w ramach wymiany pokoleń. Polscy uczestnicy byli oburzeni takim nauczaniem. A niestety ta osoba, przedstawiająca się jako trener, tak właśnie prowadzi zajęcia z młodzieżą.

Wypędzeni to akurat grupa konserwatystów, ale podejście do nauczania historii jest w Niemczech przesiąknięte duchem roku ’68. To wtedy za Oceanem otwarto dla osób z mniejszości i weteranów wojennych, nie zawsze nawet z wykształceniem średnim, bramy uniwersytetów. Nie trzeba było nic wiedzieć, trzeba było rozmawiać, dyskutować. Liczyła się umiejętność obrony swojego zdania, choćby najgłupszego, odkrycie siebie, swojej roli w świecie, bez konieczności poznania fundamentów danej dziedziny.

To stąd tak popularne stały się kierunki studiów humanistycznych i społecznych, na których studiowanie polegało na seminariach z wykładowcami i pisaniu esejów, a nie czytaniu Platona czy nauce przebiegu Rewolucji Francuskiej. Reinterpretacja faktów, pisanie nowych narracji do dawnych wydarzeń, prymat uczuć nad faktami oraz przeżyć jednostkowych nad narodowymi, tożsamość ponad przynależnością z urodzenia, nazywanie na nowo zjawisk, kreowanie i obalanie bohaterów – na tym opierało się i do dziś w dużej mierze opiera pionierstwo wielu nauk miękkich.

Nowy przewodniczący BdV Bernd-Bernhard Fabritius jest przedstawiany w mediach jako nowa jakość po „złej” Steinbach. W wywiadzie dla Tagespiegel na pytanie „Skąd bierze się nieporozumienie, że Niemcom nie wolno czcić swoich ofiar?” [btw, utezowienie tego pytania to temat na godzinne seminarium na wydziale dziennikarstwa], powiedział: „Wynika to z wpływu fałszywego myślenia kategoriami winy kolektywnej. Wielu [niemieckich] prezydentów prawidłowo podkreślało, że wina i brak winy są zawsze indywidualne”. Pytanie i odpowiedź to majstersztyk liderów narracji.

Moim zdaniem Fabritius jest groźniejszy od Steinbach, bo ma wizerunek sympatycznego i otwartego (jest m.in. gejem żyjącym w zalegalizowanym związku partnerskim), a de facto głosi w jeszcze bardziej zawoalowany sposób te same postulaty co Steinbach, której rola w BdV jest nadal niezwykle duża. Na przyjęciu Merkel wychwalała ją pod niebiosa. Tego nie da się już zrzucić na karb kampanii wyborczej i chęci pozyskania głosów ze skrajnej prawej chadecji. To po prostu przemyślane budowanie polityki historycznej przez przywódcę najmocniejszego pod każdym względem państwa w Europie. A jeszcze w 2011 r. czytaliśmy Gazecie Wyborczej: „Politycy chadecji przekonują nieoficjalnie, że rząd nie będzie w ogóle brał uchwały [Bundestagu domagającej się dnia niemieckich wypędzonych] pod uwagę i nie zgodzi się na ustanowienie dnia wypędzonego„. Trzy lata później ten dzień został ustanowiony.

Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie opublikowała badanie na temat stosunku do wypędzeń w Niemczech, Polsce i Czechach. Przewodniczący grupy Wypędzonych, przesiedlonych i niemieckich mniejszości z frakcji CDU/CSU w Bundestagu Klaus Brähmig powiedział, że 53 proc. Niemców, a 73 proc. wypędzonych popiera 20 czerwca jako datę obchodów. Warto wspomnieć, że status „wypędzonego” jest dziedziczny, objęty niejako prawem ius sanguinis.

Samo powstanie „widomego znaku” w Berlinie popiera 39 proc. Polaków, 24 proc. jest przeciwnych. W 2006 roku pozytywnie o projekcie wypowiedziało w naszym kraju 32 proc. osób. Badanie robił wiarygodny Instytut Demoskopii w Allensbach, ale dobór respondentów chyba nie było zupełnie przypadkowy. Albo mam taki niefart, że znam ludzi, którzy na pytanie o centrum dokumentacji, którego nie znają i którego nie widzieli, odpowiadają „nie wiem” zamiast „tak”. Myślę, że podobny wynik zebrałby chiński ośrodek badawczy gdyby sprawdził opinie Polaków o planowanej na listopad wystawie kamieni szlachetnych w Szanghaju. Jakby co, jestem na „tak”.

Instytut Stosunków Międzynarodowych i Fundacja imienia K. Skubiszewskiego zorganizowały IV Sympozjum imienia Ministra Krzysztofa Skubiszewskiego, pt. Mocne Niemcy w słabej Europie. Między szansą a niepokojem. 

Plakat-Skubiszewski-2015-572x809
Mowa była o twardej polityce realnej rządu Angeli Merkel, o wartościach ani słowa. Czyżby w obliczu zagrożenia prawdziwą wojną nie u bram, ale w Europie, takie elementy jak prawa człowieka czy walka o pokój zeszły na drugi plan? Czy tak jest w rzeczywistości w polityce niemieckiej czy taki jest tylko odbiór tych działań w Polsce? Czy Niemcy negocjujący z Rosją zawieszenie broni na Ukrainie w formule normandzkiej reprezentują poglądy Pani kanclerz, stanowisko partii, własnego kraju czy jednak głos UE? Czy w przypadku interwencji wojsk rosyjskich w innym państwie ze wschodniej części UE Merkel nie wyśle swoich żołnierzy ze względu na pacyfistyczne i anty-NATOwskie nastroje w społeczeństwie? Na te pytania eksperci nie znaleźli definitywnych odpowiedzi. Niemcy to dziś wielka zagadka, kraj zagubiony, na rozdrożu historii, obawiający się rewizji ładu międzynarodowego i niepewny swojej roli w nim, znowu zbyt duży dla Europy, choć pod wieloma względami słaby, bo bez wizji i strategii politycznej, ale dla świata zbyt mały. My jako UE/NATO nie wiemy, czego chcemy od Niemców, a Niemcy nie wiedzą, czego chcieć od nich można. Krótko mówiąc, niemcoznawcy w najbliższych latach nie będą się nudzić. :-)

Oto kilka cytatów/parafraz wartych odnotowania:

Prof. Anna Wolff-Powęska

Kwestia niemiecka sprowadzała się do tego, jak silne powinny być Niemcy, aby się obronić, a jak słabe, by nikomu nie zagrozić. Stary problem niemiecki dotyczył wielkości, usytuowania, niemieckiej Sonderweg i postrzegania samych siebie. Nowy problem niemiecki dotyczy faktu, że te cztery czynniki przewartościowały się o 180 st.

Pomiędzy oczekiwaniami świata a gotowością Niemiec do podjęcia odpowiedzialności istnieje przepaść. Można to stwierdzić na podstawie ekspertyz przygotowanych przez 60 ekspertów z 27 krajów świata, którzy przedstawili, czego ich kraje oczekują od Niemiec w skali globalnej. Odpowiedź zbiorowa: wszystkiego, zaangażowania w każdy problem na każdym kontynencie, przywództwa militarnego i moralnego na najwyższym poziomie.

Prof. Włodzimierz Borodziej

W Niemczech elity polityczne nie są na tak wysokim poziomie jak gospodarcze.

Włochy ponad 150 lat po zjednoczeniu nadal są bardziej podzielone ekonomicznie niż Niemcy po inkorporacji NRD do RFN.

W 1990 r. polscy dyplomaci bali się powołania attaché obrony w Polsce, bo oznaczało to, że Niemiec w mundurze Bundeswehry będzie chodził po ulicach Warszawy. [przyp. własny: dla porównania – tylko w tym roku na ćwiczenia Sojuszu przyjedzie do Polski 1800 Niemców.]

Prof. Marek Cichocki

Niemcy, gdyby mieli podać definicję własnego kraju, powiedzieliby: mocarstwo handlowe. Priorytetem jest ekspansja na rynki zewnętrzne.Interesy handlowe powodują, że łatwiej jest Niemcom sprzedać technologie wojskowe do krajów arabskich, którym daleko do demokracji, niż podzielić się nimi z najbliższymi sojusznikami. Niemcy są obecne wszędzie, ale mają kłopot z nawiązaniem bliższych relacji. Do tego dochodzą anty-amerykańskie i anty-NATOwskie nastroje.

Trzeba uznać, że sąsiad już dojrzał do pewnych decyzji i ustalić, które z nich mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Głoszenie przez Niemcy etycznej odpowiedzialności za cały świat jest nieodpowiedzialne. Istotne jest, aby te deklaracje odpowiadały rzeczywistości. W razie poważnego zagrożenia, to będzie najważniejsze.

Niemcy charakteryzuje brak strategicznego myślenia politycznego. Opierają swoją politykę na zasadach wypracowanych po II Wojnie światowej. Działają na zasadzie przeciwdziałania pewnym zjawiskom, ale nie szukania rozwiązań, nowej formuły. Stąd wynika ich stosunek do Rosji – z nostalgii za porządkiem relacji z Rosją, w którym Niemcy doskonale się odnajdywali. Stąd kolejne próby Merkel powrotu do status quo ante – a może tym ostatnim razem się uda z Rosją porozumieć…

Piotr Buras

Kryzys na Ukrainie i kryzys euro podważyły pewniki w polityce zagranicznej Niemiec, w tym wiarę w prymat geoekonomii. To, co rodzi się na naszych oczach, to nie jest niemiecka Europa, a jej zaprzeczenie. W dodatku Niemcy mają za zadanie przewodzić reformom, które mogą zagrozić niemieckiemu modelowi gospodarki. Np. muszą redukować nadwyżki handlowe, co jest sprzeczne z niemieckim instynktem.

Głos z publiczności, prof. Klaus Ziemer z UKSW 

Byłem niedawno w uniwersytecie w Trewirze na dyskusji z udziałem specjalistów od polityki zagranicznej Niemiec. Spytałem ich wprost: co cenią wyżej w kontekście Ukrainy: prawo do samostanowienia, czy uszanowanie stref wpływów. Odpowiedź była jasna: trzeba uznać strefy wpływów (sic!) i później próbować je zmieniać. Potrzebny jest nowy twór, OBWE 2.0., który ureguluje z Rosją spory, w tym terytorialne. Tak wygląda pomysł Niemców na dalszą politykę z Rosją.

Chciałabym polecić doskonałą niemiecką produkcję kinową z ubiegłego roku, „Między Światami”. Film o udziale Bundeswehry w misji ISAF w Afganistanie jest od niedawna dostępny w kinach studyjnych na terenie Polski. Przejmującą muzykę do niego skomponował Jan A.P. Kaczmarek.

Po seansie „Snajpera” różnice w podejściu do spraw wojskowych po obu stronach Atlantyku stają się widoczne jak na dłoni. Amerykanin strzela do uzbrojonych Afgańczyków bez mrugnięcia powieką, a następnie zbiera za to laury, jest bohaterem narodowym. Niemiec boi się zabić zranioną krowę, choć w ten sposób tylko ulży jej cierpieniu. Czyni to dopiero po wyraźnym powtórzeniu przez dowódcę, że jest to rozkaz. Na glorię po powrocie do kraju nie ma co liczyć, co najwyżej czeka go tłumaczenie się, co robił jako okupant w obcym kraju i wstyd za to, że jako Niemiec-obywatel w mundurze zabijał ludzi. A przecież demony II wojny światowej wciąż nawiedzają niemieckie rodziny, kryją się na skrzętnie ukrywanych fotografiach i w zakamarkach pamięci.

W filmie – udanej koprodukcji niemiecko-afgańskiej – pokazani są przestraszeni Niemcy, którzy przyjeżdżają do Afganistanu nieść pokój, a po raz pierwszy w życiu muszą użyć broni; generałowie przebywający w dobrych warunkach z dala od realnych walk; czy wreszcie deputowani [Bundeswehra podlega kontroli parlamentarnej], którzy na oczy nie widzieli wojny, a rozliczają żołnierzy z ich decyzji podejmowanych w stanie wyższej konieczności pod wielkim napięciem.

„Spiegel” pisał w 2006 r., że Amerykanie mają Niemców w Afganistanie za „tchórzy”. Film doskonale pokazuje źródła takich ocen. Co ważne, to nie z winy szeregowych żołnierzy mieli oni często związane ręce i musieli odmawiać udziału w bezpośrednich walkach z innymi koalicjantami z ISAF. Znając odmienność systemów kształcenia wojskowego w RFN i USA, indywidualne postawy defensywne u Niemców też powinny być zrozumiałe.

Niezrozumiałe natomiast jest stosowanie spychologii wojska na dyplomatów (zaskoczyło mnie, że w filmie generał „zza biurka” prośbę Jaspera o pomoc dla Tarika i jego siostry zwala tak samo jak nasz MON na Auswärtiges Amt) pod względem pomocy dla Afgańczyków wspierających żołnierzy. Tłumacze czy inni informatorzy ISAF podzielają los filmowego tłumacza Tarika, oni i ich rodziny są narażeni na szykany i zemstę talibów jako „zdrajcy”. Jak się niedawno dowiedziałam, po zakończeniu misji w Iraku kilku tłumaczy wraz z rodzinami przyjechało do nas. Dostali mieszkania w płn.-wsch. części kraju, przez rok mieli pomoc socjalną. Mężczyźni mówili po polsku lub angielsku, lecz ich rodziny nie. Później, wobec braku pracy i nieuznania zagranicznego wykształcenia, część z nich wyjechała na zachód, z resztą MON nie ma kontaktu. W MON przygotowano listy osób, które powinny otrzymać pobyt w Polsce po zakończeniu misji afgańskiej, jednak inne ministerstwa (głównie MSZ) nie mają spójnego programu pomocy tym ludziom. W 2008 r. minister Klich mówił, że „jest niezbędne, aby uregulować status tych osób, które nas wspierały podczas misji wojskowych, a więc tłumaczy i osób w mundurach. Jeżeli tylko będą chciały ze względów bezpieczeństwa, będą mogły przenieść się i osiąść w Polsce”. Jeszcze jakiś czas temu media pisały o tym problemie, teraz wszyscy milczą, a dawni współpracownicy wojsk z Europy ponoszą za współpracę z nami najwyższą cenę.

Z materiałów prasowych:

Między światami ma rzadko spotykaną moc kształtowania wizerunku wojny. Tej prawdziwej i spektakularnej, ale nie ilością zdetonowanych na planie materiałów wybuchowych, a batalią między człowieczeństwem i brakiem jego poszanowania. ” – Der Spiegel

Po śmierci brata w Afganistanie, Jasper powraca do służby wojskowej. Jego oddział chroni małą wioskę przed talibami. Pomaga im lokalny tłumacz – Tarik, który stara się zachować możliwe największą neutralność. To jednak nie wystarcza, aby on i jego studiująca siostra mogli czuć się bezpiecznie. Dramatyczna sytuacja postawi Jaspera przed trudnym wyborem – czy pomóc przyjacielowi Tarikowi czy też dostosować się do surowego protokołu wojskowego?

Feo Aladag opowiadając o żołnierzach wysłanych do Afganistanu, traktuje o problemie powinowactwa i odmienności, zaufania i porażki. Pyta: jak można zachowywać się po ludzku, odbijając się od wojskowej biurokracji? Co zostaje z humanistycznych ideałów, kiedy co dzień musisz walczyć o przeżycie?

Oszczędna, minimalistyczna ścieżka dźwiękowa Jana A.P. Kaczmarka buduje świat zapomnianych uczuć, które przeżywają zaskoczeni niemieccy żołnierze i ich afgańscy towarzysze broni. Śmierć i przyjaźń są w ich życiu przypadkowe i niespodziewane. “Między światami” jest kinem nowoczesnym, które ufa we wrażliwość widza, siłę obrazów i muzyki, a rezygnuje z czarno-białych podziałów i odrzuca jednoznaczną ocenę wydarzeń. Aladag, na co dzień żona mężczyzny o mieszanym, turecko-niemieckim pochodzeniu, zbudowała frapujący portret “nierzeczywistej rzeczywistości” Afganistanu.zwischen

reż.: Feo Aladag
scen.: Feo Aladag, Matthias Kock
zdj.: Judith Kaufmann
muz.: Jan A.P. Kaczmarek
w.: Ronald Zehrfeld (Jesper), Mohsin Ahmady (Tarik), Saida Barmaki (Nala), Salam Yousefzai (Haroon), Felix Kramer (Oli), Pit Bukowski (Teckl), Tobias Schönenberg (Petze), Roman Rien (Sepp)
prod.: Niemcy 2014 (98 min)miedzy-swiatami-016-low-resmiedzy-swiatami-015-low-res

miedzy-swiatami-017-low-res

Amerykański żołnierz, które zdezerterował w Niemczech ma bardzo małe szanse na azyl. Musiałby wykazać, że służąc w Iraku mógł potencjalnie być zaangażowany w zbrodnie wojenne! Warunki, w jakich dezerterowi z armii państwa spoza UE można udzielić azylu w państwie UE zostały sprecyzowane w wyroku TS i nie są korzystne dla Andre Shepherda, który w 2007 r. opuścił swoją jednostkę stacjonującą w Niemczech, gdy po raz drugi otrzymał rozkaz wyjazdu do Iraku – na wojnę jego zdaniem sprzeczną z prawem międzynarodowym. Po wielkich wysiłkach na rzecz polepszenia atmosfery na linii Waszyngton-Berlin, nadwyrężonych po aferze z podsłuchiwaniem przez Amerykanów telefonu kanclerskiego, złapaniu szpiega USA w szeregach niemieckich służb czy wreszcie skandalu po publikacji raportu o torturach CIA, RFN nie zaryzykuje kolejnego ciosu w ledwo posklejane relacje transatlatyckie. Szczególnie w obliczu konieczności mówienia jednym głosem wobec Moskwy, dla której każda rysa na moście przez Ocean Spokojny to powód do radości.

Shepherd był w armii od grudnia 2003 r., trafił do jednostki w Katterbach w Bawarii. We wrześniu 2004 r. został wysłany do Iraku jako mechanik śmigłowca Apache. Wziął tam udział w szturmie wojsk amerykańskich na Falludżę, gdzie toczyły się szczególnie ciężkie walki. Jednak sam w nich nie brał udziału.

W sierpniu 2008 r. amerykański żołnierz wystąpił w Niemczech o azyl. Swoją jednostkę stacjonującą w Niemczech opuścił w kwietniu 2007 r., po otrzymaniu drugiego rozkazu wyjazdu z misją do Iraku. Po powrocie z pierwszej misji przedłużył swoją służbę w armii amerykańskiej, do której wstąpił początkowo na okres 15 miesięcy.

Na poparcie wniosku o udzielenie azylu Shepherd podniósł, że z powodu dezercji grozi mu postępowanie karne. Ponadto, jako że z amerykańskiego punktu widzenia dezercja jest poważnym przestępstwem, ma ona wpływ na jego życie, ponieważ naraża go na wykluczenie społeczne w jego kraju.

Proszą o azyl powołał się na czwartą Zasadę Norymberską z 1946 r.: działania na rozkaz nie stanowi czynnika zwalniającego z odpowiedzialności za popełnione czyny. Żołnierz powołuje się też na rezolucję 1998/77 Komisji Praw Człowieka ONZ, , która uznaje, że prawo do odmowy odbycia służby wojskowej z powodu sprzeciwu sumienia jest nieodłącznie związane z prawem do wolności myśli, sumienia i wyznania, zapisanym w art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i w art. 18 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych.

Po oddaleniu wniosku o udzielenie azylu przez Bundesamt für Migration und Flüchtlinge (federalny urząd ds. migracji i uchodźców), A. Shepherd zwrócił się do Bayrisches Verwaltungsgericht München (sądu administracyjnego w Monachium) o stwierdzenie nieważności tej decyzji oraz o przyznanie mu statusu uchodźcy. Ten sąd z kolei zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości o wykładnię europejskiej dyrektywy 2004/83 o statusie uchodźcy.

Zgodnie z tą dyrektywą, za uchodźcę może zostać uznany, pod określonymi warunkami, obywatel państwa trzeciego, który żywi uzasadnioną obawę przed prześladowaniem z powodów rasowych, religijnych, narodowościowych, przekonań politycznych lub członkostwa w określonej grupie społecznej. Dyrektywa określa między innymi elementy, które pozwalają uznać dane akty za akty prześladowania.

Zgodnie z dyrektywą, akt prześladowania może w szczególności przybrać formę „ścigania lub kar za odmowę odbywania służby wojskowej w przypadku konfliktu, jeżeli odbycie służby wojskowej pociągałoby za sobą dokonywanie przestępstw”.

Na wypadek, gdyby nie zostało wykazane, by służba, której pełnienia odmówił A. Shepherd, miała pociągać za sobą popełnianie zbrodni wojennych, Verwaltungsgericht zwrócił się również do Trybunału Sprawiedliwości o sprecyzowanie przesłanek uprawniających do ochrony ustanowionej dyrektywą w dwóch innych przypadkach. Zgodnie bowiem z dyrektywą, akty prześladowania mogą mieć również miejsce, gdy władze publiczne podejmują działania dyskryminujące lub nieproporcjonalne.

W odniesieniu do tych dwóch innych przypadków Trybunał stwierdził, że w okolicznościach takich jak w niniejszej sprawie nie wydaje się, by środki grożące żołnierzowi z powodu odmowy pełnienia służby, to jest skazanie na karę pozbawienia wolności lub wydalenie ze służby mogły zostać uznane, w świetle uzasadnionego prawa zainteresowanego państwa do utrzymywania sił zbrojnych, za nieproporcjonalne lub dyskryminujące do tego stopnia, by zaliczyć je do aktów prześladowania, o których mowa w tych przepisach. Dokonanie stosownych ustaleń należy teraz do organów krajowych.

Dezerter ma bardzo nikłe szanse na pozytywny dla siebie wyrok. Dlaczego? Bo gdyby Niemcy przychyliły się do wniosku Shepherda, automatycznie uznałyby, że wojna w Iraku łamała prawo międzynarodowe. Z drugiej strony Niemcy to kraj, gdzie istnieje osobista odpowiedzialność żołnierza za swoje czyny i możliwość sprzeciwienia się rozkazowi, o ile stoi w sprzeczności z sumieniem, a wcześniej, gdy istniał pobór – istniało prawo do służby zastępczej z powodu konfliktu sumienia. Idea wewnętrznego dowodzenia jest jednym ze zrębów Bundeswehry. W armii amerykańskiej jednak rozkaz to rozkaz…

Co jeszcze wynika z wyroku Trybunału Sprawiedliwości z 26 lutego 2015 r. w sprawie C-472/13 Andre Lawrence Shepherd przeciwko Bundesrepublik Deutschland?

Trybunał orzekł, iż:
– ochrona przewidziana dla takiego przypadku obejmuje cały personel wojskowy, w tym również członków personelu logistycznego lub pomocniczego;
– obejmuje ona sytuację, w której odbywana służba wojskowa sama w sobie pociągałaby za sobą, w określonym konflikcie, popełnianie zbrodni wojennych, w tym sytuacje, gdy osoba ubiegająca się o azyl uczestniczyłaby jedynie pośrednio w popełnianiu takich zbrodni, jeżeli poprzez wykonywanie swoich zadań dostarczałyby, z racjonalnym prawdopodobieństwem, niezbędnego wsparcia w ich przygotowywaniu lub dokonywaniu;
– obejmuje ona nie tylko sytuacje, w których zostało wykazane, że zbrodnie wojenne już zostały popełnione lub mogą podlegać osądowi Międzynarodowego Trybunału Karnego, ale także sytuacje, gdy osoba ubiegająca się o przyznanie statusu uchodźcy jest w stanie wykazać, że popełnienie takich zbrodni jest wysoce prawdopodobne;
– ocena faktów, której przeprowadzanie należy wyłącznie do organów krajowych pod kontrolą sądu, dla celów zakwalifikowania sytuacji określonej służby, powinna opierać się na łańcuchu poszlak mogącym doprowadzić, w świetle ogółu okoliczności danej sprawy (w szczególności związanych z odpowiednimi faktami dotyczącymi państwa pochodzenia w czasie rozpoznawania wniosku, jak również indywidualnej sytuacji i uwarunkowań osobistych wnioskodawcy), do wykazania, że sytuacja tej służby uprawdopodabnia popełnianie podnoszonych zbrodni wojennych;
– okoliczność, z jednej strony, że interwencja wojskowa została rozpoczęta na podstawie mandatu Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych lub na podstawie zgody wspólnoty międzynarodowej oraz, z drugiej strony, że państwo lub państwa prowadzące operacje karzą zbrodnie wojenne powinna być brana pod uwagę w trakcie oceny, której przeprowadzenie należy do organów krajowych oraz
– odmowa pełnienia służby wojskowej powinna stanowić jedyny środek umożliwiający osobie ubiegającej się o azyl uniknięcie udziału w podnoszonych zbrodniach wojennych i w konsekwencji, jeżeli wnioskodawca nie skorzystał z procedury mającej na celu uzyskanie statusu osoby odmawiającej działania sprzecznego z własnym sumieniem, to taka okoliczność wyklucza wszelką ochronę na mocy rozpatrywanego tu przepisu, chyba że wnioskodawca udowodni, że żadna procedura tego rodzaju nie była dostępna w jego konkretnej sytuacji.

oprac. m.in. na podstawie Komunikatu Prasowego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nr 20/15

f36ee50fdbbe4ff7ed2d1da25915dea7v1_max_440x330_b3535db83dc50e27c1bb1392364c95a2

Dobiega końca afera, która w Niemczech należała do jednej z najgłośniejszych, tzw. „Fall Edathy”. Początki sprawy opisywałam tutaj.

Sąd w Verden w Dolnej Saksonii umorzył postępowanie przeciwko byłemu posłowi Bundestagu, zwanemu „młodą gwiazdą SPD” Sebastianowi Edathy’emu. Ceną za ten deal było przyznanie się oskarżonego do winy, i to nie byle jakiej, bo do sciągania z sieci materiałów z dziecięcą pornografią.

„Zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd. Zajęło mi to dużo czasu” – przyznał ex-poseł w liście odczytanym przez swojego obrońcę. Jedyną materialną karą, jaką poniesie Edathy, będzie 5 tys. euro, które ma wpłacić na organizację zajmującą się ochroną dzieci.

Według informacji pozyskanych od kanadyjskich służb specjalnych jesienią 2013 roku 45-letni Edathy ściągał z internetu zdjęcia i nagrania z nagimi chłopcami w wieku poniżej 14 lat.

Sprawa kwalifikacji ściąganych przez niego materiałów długo pozostawała sporna. Stąd zwlekał z przyznaniem się do winy, choć szybko złożył mandat.

Znany poseł miał opinię jastrzębia, gdyż z poczuciem misji zajmował się zwalczaniem neonazistów. Szeroką popularność zdobył jako szef parlamentarnej komisji śledczej badającej błędy policji podczas rozpracowywania członków ultraprawicowego Narodowosocjalistycznego Podziemia (NSU). Naganna skłonność i fałszywe poczucie anonimowości w Internecie przekreśliło jego szanse na dalszą karierę w polityce.

 

1.bild

Mödlareuth. Miejscowość zwana potocznie „Little Berlin”, podzielona przez ponad cztery dekady podobnie jak stolica Niemiec, tylko w mniejszej skali, na dwie części. Przez tę leżącą na pograniczu Bawarii i Turyngii, liczącą ok. 50 mieszkańców miejscowość płynie strumyk, który w powodzi historii zimnej wojny urósł do rangi drugiego muru berlińskiego, pilnie strzeżonego przez wojska obu stron żelaznej kurtyny.

2-format43

W 1952 r. powstała wzdłuż niego palisada, którą w 1966 r. zastąpiono betonowym murem o długości 800 m. Dawnym sąsiadom zakazano nawet pozdrawiania osób po drugiej stronie. W 1983 r. wiceprezydent Stanów Zjednoczonych George H. W. Bush odwiedził zachodnią część miasteczka, gdzie wypowiedział słynne słowa: „Ich bin ein Mödlareuther!” („Jestem mieszkańcem Mödlareuth”), nawiązując do słów Johna F. Kennedy’ego „Ich bin ein Berliner”.

landkarte

 

 

 

 

 

 

Mur berliński został zwalony 10 listopada 1989 r. W „małym murze” wydzielono wówczas przejście dla pieszych. 17 czerwca 1990 r., siedem miesięcy po upadku muru berlińskiego i cztery miesiące przed zjednoczeniem Niemiec, zburzono większą część „małego muru”. Niewielką jego część pozostawiono jako memento, które jest obecnie atrakcją turystyczną. W 1994 r. utworzono tutaj niemiecko-niemieckie muzeum pamięci o podziale Niemiec.

Teraz fabularyzowane dzieje mieszkańców małego Mödlareuth możemy oglądać na małym ekranie. W miniserialu „Tannbach – Schicksal eines Dorfes” („Tannbach – dzieje pewnej wsi”) splatają się losy trzech rodzin – rodzimych i napływowych mieszkańców, jeńców wojennych, dezerterów i oportunistów nazistowskich, którzy starają się przeżyć ostatnie dni wojny i ułożyć sobie życie w nowej rzeczywistości. Wpierw Tannbach trafia pod okupację amerykańską, później jest w strefie radzieckiej, a latem 1946 r. wieś zostaje podzielona pomiędzy oba mocarstwa. Bohaterowie, ci, którzy przeżyli hitleryzm w pełni świadomie, oraz ci, którzy byli wtedy dziećmi, stają przed wyborem – jak żyć w rozdarciu pomiędzy kształtującymi się dwoma państwami niemieckimi. Podziały ideologiczne wkradają się pod strzechy domostw, gdzie jeszcze niedawno modlono się za Hitlera lub o jego rychłą śmierć. Niektórzy dokonują wyborów biało-czarnych, podczas gdy inni lawirują, potrafiąc dostosować się do każdej władzy i wyciągając z tego osobiste korzyści.

tann2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miniserial zebrał bardzo dobre recenzje w prasie niemieckojęzycznej. 6 milionów Niemców zasiadło przed telewizorami w dniu premiery I odcinka w TV. Obejrzałam dotychczas pierwszy z trzech odcinków [są dostępne online przez dwa tygodnie po premierze telewizyjnej w mediatece ZDF]. Produkcja przypadła mi do gustu, jest dobrze zagrana i doskonale oddaje powojenne realia i troski zarówno codzienne, jak i ideologiczne ludności niemieckiej, muszącej skonfrontować się z odpowiedzialnością za obozy koncentracyjne, z których filmy są pokazywane podczas wieczorków denazyfikacyjnych.

Z topograficzno-związkowym kosmosem serialu i filmikami making-of można zapoznać się tutaj: http://tannbach-modul.zdf.de/

tannbach10 

Recenzent z lewicowej Tagesspiegel zarzucił producentce Gabrieli Sperl, która produkowała również „Die Flucht”, że tendencyjnie jako postaci najbardziej niesympatyczne i agresywne, pokazała komunistów i żołnierzy armii czerwonej, „którym od ograniczania wolności i strzelania do dzieci serce rośnie” [„Am unsympathischsten sind aber ohnehin Kommunisten und Rotgardisten, denen beim Freiheitbeschneiden und Kinderabknallen das Herz aufgeht.„] Trzeba przyznać, że lekko przekupny Amerykanin to pestka w porównaniu do brutalnych maszyn do zabijania w radzieckich mundurach. Zastanawiam się, czy aż tak negatywnie Rosjanie zostaliby pokazani w niemieckiej telewizji, gdyby nie aneksja Krymu i wojenna retoryka Putina.

Dla przypomnienia: „Die Flucht„, czyli „Ucieczka” to produkcja ARD z 2007 r. Główną bohaterką dwuczęściowego filmu jest hrabianka Lena von Mahlenburg, zarządzająca od lata 1944 r. majątkiem. Gdy w styczniu 1945 r. na te tereny wkraczają żołnierze radzieccy, hrabianka, wykazując cywilną odwagę i hart ducha, organizuje ucieczkę mieszkańców. Po wielu dramatycznych przygodach uchodźcom udaje się przedostać do Bawarii. Wiele wątków „Ucieczki” jest zbliżonych do „Tannbach”, co nie powinno dziwić, gdyż obie produkcje pokazują niemiecki punkt widzenia na niemieckie losy po wojnie. W ten ciąg „folkloru pamięci” – Unsere Mütter, unsere Väter (2013), Die Flucht (2007), Die Luftbrücke (2005) – wpisuje się i Tannbach. Tu przynajmniej w pierwszym odcinku, nie ma Polaków, mam nadzieję, że tym razem Niemcy nie chcieli ryzykować dokładania na siłę „polskich antysemitów” do niemieckiej narracji i wywoływania kolejnego spięcia z Warszawą. Wynika to również z innego doboru konsultantów historycznych, o czym poniżej.

Z kontrowersyjnym serialem „Nasze matki, nasi ojcowie” („UMUV”) serial o Tannbach łączy przejmująca muzyka autorstwa Fabiana Römera, szwajcarskiego kompozytora. Również w obu produkcjach osobę żydowskiego pochodzenia cudem uratowaną przez dobrych Niemców gra Ludwig Trepte. Dla bohatera „UMUV” Viktora Goldsteina, który swoje niearyjskie pochodzenie bardziej niż przez oficerami SS musi ukrywać przed zionącymi antysemityzmem żołnierzami Armii Krajowej, Greta do ostatniego tchu śpiewała piosenkę-wyznanie „Mein kleines Herz„. Natomiast Lothar Erler przybywa jako uciekinier przed pożogą wojenną z Berlina do wschodniego Tannbach, a wojnę przeżywa dzięki adoptowaniu przez wspaniałomyślną Niemkę. Obie te historie mogły się zdarzyć raczej na ekranie niż w życiu, ale trzeba założyć, że Trepte już na zawsze wdrukuje się młodym Niemcom jako „uratowany z Holokaustu przez dobrych krajanów”.

unser

 

 

 

 

 

 

 

 

W serialu o Tannbach konsultantami historycznymi byli ludzie o szerszych horyzontach niż przy „UVUM”. W przypadku kontrowersyjnej produkcji były to następujące osoby: Rolf-Dieter Müller, Sönke Neitzel, Julius H. Schoeps, Matthias Rogg, Jens Wehner.

Rolf-Dieter Müller, naczelny konsultant historyczny „Naszych Matek,….”, to niemiecki historyk, dyrektor niemieckiego Wojskowego Biura Badań Historycznych, który w swoich opracowaniach dowodzi, że idea niemiecko-polskiego sojuszu wcale nie była z góry skazana na niepowodzenie, a Hitler zaatakował ZSRR tylko dlatego, że został postawiony pod ścianą. Są to tezy z pogranicza science-fiction, co potwierdzają debaty na ten sam temat prowadzone przez polskich badaczy.

fachberatung tannbach

 

Główny konsultant przy najnowszym serialu, Steininger, jest z kolei anglistą, zajmował się historią powojenną USA i Niemiec. Również głosi kontrowersyjne tezy, pozostając przy tym silnym Atlantystą. Uważa m.in., że Adenauer popełnił błąd odrzucając notę Stalina z 1952 r., uznając ją za blef [Stalin 10 marca 1952 r. zaskoczył aliantów przekazując im niespodziewanie zgodę ZSRR na zjednoczenie podzielonych Niemiec zgodnie z ustaleniami konferencji poczdamskiej, przy czym nowe Niemcy miały pozostać państwem neutralnym]. Nie usprawiedliwia okresu III Rzeszy, stara się go zrozumieć.

Scenariusz do miniserialu napisała ciekawa para Josephin i Robert Thayenthal. Ona ze wschodu, on – z zachodu, ur. w Austrii. Josephine, urodzona w 1962 r. w Rostocku, jako matka rocznego dziecka obserwowała upadek muru od strony wschodniej. Drugie dziecko urodziła w 1990 r. Robert, rocznik 1952, gdy upadał mur, już kilka lat w Monachium. Małżeństwo „po przejściach” poznało się 10 lat temu, połączyła ich pasja zawodowa, a prywatnie – miłość. Z autopsji znają uczucia, jakie targają ludźmi żyjącymi po dwóch stronach barykady, dlatego tak wiernie opisali je w scenariuszu serialu o Tannbach.

Z dużymi protestami widzów na serwisach społecznościowych spotkał się dialekt, którym posługują się mieszkańcy filmowego Mödlareuth. Jest to dialekt z północnej Bawarii, podczas gdy w tym regionie ludzie używają dialektu frakońskiego. Niemcy odbierają to wynaturzenie języka jako ignorancję producentów. Czują to samo, co czuli Polacy słysząc niechlujną polską mowę, jakby czytaną z google translatora, w serialu „UMUV”.

tannbach-heiner-lauterbach

Od 2011 r. na niemieckiej scenie politycznej można zaobserwować kres monopolu partii masowych na władzę. Chadecja i socjaldemokraci muszą się liczyć z nowymi ruchami politycznymi zdobywającymi przebojem serca i dusze ludzi z marginesu, bezrobotnych, nacjonalistów czy po prostu młodych szukających sposobu na wyrażenie siebie. Czasy, gdy jedynym problemem niemieckiej demokracji byli neonaziści z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), odeszły w niepamięć.  

2014 – rok pełzającego ekstremizmu w Niemczech

W mijającym roku w dwóch wschodnich landach Alternatywa dla Niemiec (niem. Alternative für Deutschland, AfD) krytykująca politykę otwartych granic i falę przestępczości wśród imigrantów oraz walutę euro uzyskała ponad 10-procentowy wynik w wyborach do rządów krajów związkowych (Brandenburgia – 12,2 proc., Turyngia – 10,6 proc.). W Kolonii na ulicę wyszli chuligani i neonaziści przeciwko salafitom. W Dreźnie co poniedziałek 15 tys. ludzi okazuje niezadowolenie z islamizacji zachodu. W formalnie pokojowe przemarsze wplecione zostają hasła antysemickie i neonazistowskie. Demonstranci nawołują do obalenia monopolu na informację dostarczaną przez media mainstreamowe i przekupionych polityków.

Warto zauważyć, że do bardzo podobnych haseł, pełnych teorii spiskowych o złym zachodzie i kapitalizmie, zakłamanych politykach chodzących na pasku NATO i USA oraz łagodnej Rosji, nawiązuje kanał „RT Deustchland” dostępny od połowy listopada po niemiecku w internecie na stronie rtdeutsch.com. Widzów przed ekran ma przyciągać piękna moderatorka Jasmin Kosubek oraz zapewnienie, że usłyszą to, co media mainstreamowe próbują przed zwykłymi Niemcami ukryć.

Niemcy musieli się w tym roku nauczyć kilku dotąd nieznanych im skrótów. Poza RT np. HoGeSa („Hooligans gegen Salafisten,”Chuligani przeciwko salafitom”). Jest to ruch ksenofobiczny, stosujący często bezsensowną agresję wobec ludzi i mienia, wywodzący się ze środowiska kibiców klubów sportowych. „Różni nas klub, jednoczy cel” – krzyczą ludzie podczas demonstracji. Aktywiści zdecydowanie podkreślają odmienność poglądów w stosunku do lewicowych grup, jak Antifa i inne organizacje pro-imigracyjne, zieloni czy pacyfiści.

Pegida – w tym garnku aż kipi pod legalną pokrywką

Co poniedziałek w Dreźnie odbywają się demonstracje Patriotycznych Europejczyków przeciwko Islamizacji Zachodu, czyli Pegidy. Na początku przychodziło na nie kilkaset osób, teraz przybywa 12-15 tysięcy. Pegida nie jest partią, a ruchem obywatelskim, który nie ma nawet swojej strony w internecie. Na Facebooku ma jednak już ponad 70 tys. fanów, szczególnie na terenie byłej NRD.

Organizacja jest powściągliwa w głoszeniu haseł, podczas marszów (zwanych przez działaczy ruchu niewinnie „spacerami”), nie łamie poprawności politycznej. Wielu ludzi widzi w niej raczej ruch obywatelski, nie chuligański czy neonazistowski. To jednak mylne wrażenie, gdyż na demonstracjach Pegidy regularnie zjawiają się działacze NPD i inni prawicowi ekstremiści. Chętnie dołączają się też fani polityki Władimira Putina i rusofile, co budzi podejrzenia o tym, że Pegida może być sponsorowana przez Kreml.

Minister finansów Wolfgang Schäuble powiedział w wywiadzie dla Bilda, że „tak, jak po drugiej wojnie miliony uciekinierów i wypędzonych pomogły nam odbudować kraj, jak później gastarbeajterzy, dziś też potrzebujemy imigrantów. Musimy z nimi jednak też mieszkać. To zmienia naszą codzienność, ale nie pogarsza jej, a najczęściej poprawia”.

Wcześniej w wywiadzie dla Rheinische Post Schäuble winą za ataki na imigrantów obarczył główne partie w Niemczech, które w niewystarczający sposób przygotowały społeczeństwo na zmiany związane z napływem migrantów. „Alternatywa dla Niemiec albo organizatorzy Pegidy głoszą hasła wrogie obcym, [stąd] trzeba [te ruchy] naprawdę zwalczać”.

Od Pegidy zdystansowały się nie tylko organizacje islamskie, ale też kościoły chrześcijańskie oraz stowarzyszenia żydowskie, dostrzegając niebezpieczeństwo w szerzeniu nienawiści do „obcych”.

41-letni kucharz z wyrokami liderem Pegidy

Działacze Pegidy, choć podkreslają dystans wobec „prawdy” przekazywanej w liberalnych mediach, chwalą się świetnymi kontaktami z ważnymi politykami czy dziennikarzami. Okazało się, że zapewnienia szefa Pegidy w Dreznie o „ścisłej współpracy ze znanymi mediami z całego świata, przede wszystkim z wydawnictwem Axel-Springer“ są mocno przesadzone. Informacja o doskonałych układach z redakcjami znalazła się na stronie internetowej agencji PR Hotpepperpix Lutza Bachmanna. Śledztwo dziennikarskie Tagesspiegel wykazało, że Bachmann jako „dziennikarz obywatelski” sprzedał kilka swoich zdjęć redakcjom Springera. Na tym kończy się jego „ścisła współpraca” z niemieckim koncernem.

Pegidą trzęsie Lutz Bachmann, 41-letni kucharz i … kryminalista. Udowodniono mu kilkanaście rozbojów, za co został skazany na 3 lata więzienia w 1998 r. Przed wyrokiem uciekł na fałszywych papierach do RPA, po dwóch latach życia w ukryciu został jednak złapany i deportowany do Niemiec. Na podstawie własnego doświadczenia głosi konieczność natychmiastowego deportowania skazanych w Niemczech imigrantów do ich kraju ojczystego. W jego biografii znajdują się takie pozycje jak pobicia i handel narkotykami. Dwa lata przesiedział w więzieniu, obecnie ciąży nad nim wyrok w zawieszeniu. Tak oto prezentuje się sylwetka lidera ruchu mającego bronić wartości europejskich.

Wszyscy różni, wszyscy równi

Ruchy radyklane próbują się od siebie nawzajem odcinać, podkreślając swoją unikatowość. Przed świętami w Rostocku odbyły się demonstracje antyislamskie zorganizowane przed Pegidę.  Premier landu Meklemburgia-Pomorze Przednie Erwin Sellering z SPD, powiedział w lokalnej stacji NDR, że przy okazji demonstracji Pegidy, NPD i AfD chcą „ugotować swoją brązową zupkę”.

„Afd nie ma w żadnym razie nic wspólnego z totalitarnymi poglądami NPD” – napisał na to rzecznik partii Leif-Erik Holm w liście otwartym do premiera landu. Pegida z kolei odcina się zarówno od antymuzułmańskiego AfD jak i nacjonalistycznego NPD, uważając własne „spacery” nie za „antyislamskie”, ale za „skierowane przeciwko fundamentalistycznym prądom w Europie”. Eksperci od nowych ruchów politycznych wypowiadający się w niemieckich mediach są zgodni, że wszystkim chodzi z grubsza o to samo, różnice postulatów tych trzech ugrupowań są tylko semantyczne. I obrazkowe, bo Pegida w swoim logo wrzuca do śmieci swastykę, a także flagę kurdyjską (PKK), flagę Państwa Islamskiego i znak Antify.

12 stycznia odbędzie się marsz odnogi Pegidy, czyli Rogidy (Rostocker gegen die Islamisierung des Abendlandes, Mieszkańcy Rostocka przeciwko islamizacji zachodu). Oficjalnie zgłosiło się na niego 300 osób, policja szykuje się na dużo większą liczbę uczestników.

Unfriend a friend of Pegida

Dzięki specjalnej aplikacji można sprawdzić, kto ze znajomych na Facebooku polubił stronę jednego z ruchów ekstremistycznych (AFD, pegida, NPD) i w geście protestu przeciwko  radykałom wyłączyć go z grona wirtualnych przyjaciół.

http://www.drlima.net/2014/12/freunde-denen-pegida-gefaellt-endlich-mal-wieder-die-fb-freundesliste-ausmisten/

Pegida

W czwartek w Krzyżowej gościła Angela Merkel. Wraz z premier Ewą Kopacz otworzyła  wystawę „Odwaga i pojednanie”  w 25. rocznicę przełomowego dla polsko-niemieckich relacji spotkania premiera Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla w 1989 roku.

Z ust szefowej niemieckiego rządu padło wiele słów miłych polskiej duszy: że Niemcy wyrządzili nam straszne krzywdy w okresie II wojny światowej, że Polska przyczyniła się do obalenia komunizmu, że jesteśmy razem silni w Sojuszu Północnoatlantyckim, że Berlin rozumie polską wrażliwość historyczną i że prędzej Niemcy sami na nas napadną, niż oddadzą nas w szpony Rosji. To ostatnie to już wyolbrzymienie, ale z zachowaniem sensu wypowiedzi oryginalnej.

Te właśnie informacje przebiły się w mediach polskich, które pisały o spotkaniu w Krzyżowej głównie na podstawie depeszy PAP. Zajrzałam do niemieckiego Google News i przekonałam się, że zdolności mówienia „każdemu według potrzeb” Angela Merkel ma opanowane w stopniu bliskim doskonałości.

Oto kilka nagłówków z niemieckich serwisów  informacyjnych: Merkel broni w Polsce konieczności dialogu z Rosją, obiecuje nam wsparcie NATO, krytykuje Rosję podczas podroży do Polski , występuje przeciwko „prawu silniejszego” i chwali polsko-niemieckie pojednanie. Dalej kolejne wersje, kolejne „najważniejsze aspekty wypowiedzi”. I któż może nie być ukontentowany słowami żelaznej damy z Berlina, od Lizbony po Władywostok?

g news

 

 

 

 

 

 

 

 

W czerwcu 2013 r. Angela Merkel gratulowała ówczesnej przewodniczącej Związku Wypędzonych wieloletnich starań na rzecz utworzenia muzeum wypędzonych. – To jest i będzie Pani sukces. Również sama Steinbach, gdy na początku lipca br. rezygnowała z funkcji przewodniczącej BdV, powiedziała, że udało się jej zrealizować jeden z zawodowych celów. Obecnie stoi on jednak pod znakiem zapytania.

W cieniu innych wydarzeń w Berlinie rozgrywa się kłótnia o przyszłość Federalnej Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie (SFVV). Możliwe jest rychłe odwołanie dyrektora prof. dr. hab. Manfreda Kittela – donosi „Die Welt”.

SFVV została powołana do życia 30 grudnia 2008 r. w Berlinie. Podmiotem ją prowadzącym jest Niemieckie Muzeum Historyczne. Rada Naukowa Doradców SFVV, międzynarodowy organ złożony z 15 ekspertów (Polskę reprezentują prof. dr Piotr Madajczyk i prof. dr Krzysztof Ruchniewicz), dyskutuje nad złożeniem formalnego wotum nieufności przeciwko dyrektorowi Kittelowi.

Powodem jest brak możliwości konstruktywnej współpracy z historykiem. W nadchodzącym tygodniu „fundacja ma się bardzo zmienić” – powiedział dziennikowi „Die Welt” anonimowo jeden z członków Rady. Niewykluczone jest nawet zaprzestanie prac nad budową Centrum Wystaw, Informacji i Dokumentacji, które powstaje w Deutschlandhaus nieopodal Placu Poczdamskiego w Berlinie i w sąsiedztwie muzeum Topografia Terroru.

Budynek pochodzący z lat dwudziestych XX wieku jest w finalnej fazie remontu na potrzeby muzeum. Otwarcie placówki, które było planowane na 2016 r. (być może na 20 czerwca, który będzie w 2015 r. po raz pierwszy obchodzony jako narodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Ucieczek i Wypędzeń) może zostać przesunięte lub zupełnie wstrzymane.

Podstawowym powodem nieporozumień z Kittelem jest to, że wbrew ustaleniom wysiedlenia niemieckie mają być prezentowane jako centralne wydarzenie głównej ekspozycji. Inne wypędzenia i wysiedlenia narodów europejskich w XX w. będą tylko pretekstem do pokazania cierpienia Niemców po wojnie.

Czynnikiem, który spiętrzył kłótnie w ostatnim tygodniu, stała się wystawa otwarta w Niemieckim Muzeum Historycznym przez SFVV. Składa się z dwóch części: dotowanego przez UE projektu greckiego „Twice a Stranger” i „wystawy warsztatowej” kuratora SFVV.

Na greckiej części wystawy dokumentującej wypędzenia w XX w. w części o wydarzeniach po 1945 r. znajduje się wiele błędnych obrazów i faktów, a cześć dotycząca historii polsko-niemieckiej po wojnie została pod naciskiem Rady zupełnie usunięta z powodu nasycenia przeinaczeniami.

Z kolei w części wystawy, za która odpowiada Kittel, znajdują się eksponaty w fazie przygotowawczej, zupełnie wyjęte z kontekstu pełnej prezentacji, które według niemieckich mediów niektórych rozczarowują, a u innych rozbudzają nierealne nadzieje co do przyszłego kształtu całej wystawy.

W kontekście sporu o muzeum wypędzonych oraz wypowiedzi następcy Steinbach, a zarazem fana kontrowersyjnego w Polsce filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”, 49-letniego Bernda Fabritiusa, („Nie mam nic do Polaków, ale zadośćuczynienie wypędzonym się należy”), widać, że nadchodzi nowy rozdział w dyskusjach o wypędzeniach. Warto podkreślić, że o finansowych odszkodowaniach za wypędzenia nie mówiła nawet Erika Steinbach po tym, jak zerwała stosunki z Powiernictwem Pruskim. Jeszcze za nią zatęsknimy?

W Niemczech więcej osób zna na pamięć modlitwę Ojcze nasz niż hymn narodowy. Tak wynika z badania przeprowadzonego przez Institut Emnid dla ewangelickiego magazynu „Chrismon” na reprezentatywnej grupie 1004 osób. Ankieterzy zadali Niemcom proste pytanie: „Z ręką na sercu, który z tekstów potrafi Pan/Pani wyrecytować spontanicznie z pamięci?“

Okazuje się, że połowa ankietowanych zna słowa najważniejszej modlitwy chrześcijan przekazanej uczniom przez Jezusa w czasie kazania na górze, czyli około 30 r. n.e. Trzecią zwrotkę „Lied der Deutschen” autorstwa Augusta von Fallerslebena z 1841 r. umie zaśpiewać bez kartki nieznacznie mniej, bo 44 proc. osób.

26 proc. ankietowanych przyznało, że zna początek z dziesięciu przykazań: „Jam jest Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”.

Artykuł pierwszy Ustawy Zasadniczej umie wyrecytować 23 proc. Osób. Brzmi on: „Godność człowieka jest nienaruszalna. Jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem wszelkich władz państwowych“.

Międzynarodówkę („Wyklęty powstań, ludu ziemi”) zna 8 proc. osób. Zaskakująco duża grupa potrafi zaśpiewać w całości pieśń kościelną „Lobe den Herren, den mächtigen König der Ehren“ ze słowami Joachima Neandera z 1680 r.

Wyniki świadczą o tym, że spadek liczby praktykujących chrześcijan nie idzie w parze ze znaczącym wzrostem zainteresowania cnotami obywatelskimi. Przeważa zupełna ignorancja – blisko jedna trzecia badanych nie była w stanie wymienić słów żadnego z tych znanych tekstów kultury. Widać też, że wartości demokratyczne wtłaczane po wojnie do niemieckich głów zapisały się w nich wyraźniej niż obowiązkowa w NRD pieśń socjalistyczna.

  • DWO-VM-Auswendig-as-Aufm

 

CO NIEMCY ZNAJĄ NA PAMIĘĆ

  • Ojcze Nasz: 50%
  • niemiecki hymn narodowy: 44%
  • pierwsze z 10 Przykazań: 26%
  • artykuł 1 Ustawy Zasadniczej: 23%
  • pieśń „Lobe den Herren”: 21%
  • Międzynarodówkę: 8%
  • nic z powyższych: 30%