Od 2011 r. na niemieckiej scenie politycznej można zaobserwować kres monopolu partii masowych na władzę. Chadecja i socjaldemokraci muszą się liczyć z nowymi ruchami politycznymi zdobywającymi przebojem serca i dusze ludzi z marginesu, bezrobotnych, nacjonalistów czy po prostu młodych szukających sposobu na wyrażenie siebie. Czasy, gdy jedynym problemem niemieckiej demokracji byli neonaziści z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), odeszły w niepamięć.  

2014 – rok pełzającego ekstremizmu w Niemczech

W mijającym roku w dwóch wschodnich landach Alternatywa dla Niemiec (niem. Alternative für Deutschland, AfD) krytykująca politykę otwartych granic i falę przestępczości wśród imigrantów oraz walutę euro uzyskała ponad 10-procentowy wynik w wyborach do rządów krajów związkowych (Brandenburgia – 12,2 proc., Turyngia – 10,6 proc.). W Kolonii na ulicę wyszli chuligani i neonaziści przeciwko salafitom. W Dreźnie co poniedziałek 15 tys. ludzi okazuje niezadowolenie z islamizacji zachodu. W formalnie pokojowe przemarsze wplecione zostają hasła antysemickie i neonazistowskie. Demonstranci nawołują do obalenia monopolu na informację dostarczaną przez media mainstreamowe i przekupionych polityków.

Warto zauważyć, że do bardzo podobnych haseł, pełnych teorii spiskowych o złym zachodzie i kapitalizmie, zakłamanych politykach chodzących na pasku NATO i USA oraz łagodnej Rosji, nawiązuje kanał „RT Deustchland” dostępny od połowy listopada po niemiecku w internecie na stronie rtdeutsch.com. Widzów przed ekran ma przyciągać piękna moderatorka Jasmin Kosubek oraz zapewnienie, że usłyszą to, co media mainstreamowe próbują przed zwykłymi Niemcami ukryć.

Niemcy musieli się w tym roku nauczyć kilku dotąd nieznanych im skrótów. Poza RT np. HoGeSa („Hooligans gegen Salafisten,”Chuligani przeciwko salafitom”). Jest to ruch ksenofobiczny, stosujący często bezsensowną agresję wobec ludzi i mienia, wywodzący się ze środowiska kibiców klubów sportowych. „Różni nas klub, jednoczy cel” – krzyczą ludzie podczas demonstracji. Aktywiści zdecydowanie podkreślają odmienność poglądów w stosunku do lewicowych grup, jak Antifa i inne organizacje pro-imigracyjne, zieloni czy pacyfiści.

Pegida – w tym garnku aż kipi pod legalną pokrywką

Co poniedziałek w Dreźnie odbywają się demonstracje Patriotycznych Europejczyków przeciwko Islamizacji Zachodu, czyli Pegidy. Na początku przychodziło na nie kilkaset osób, teraz przybywa 12-15 tysięcy. Pegida nie jest partią, a ruchem obywatelskim, który nie ma nawet swojej strony w internecie. Na Facebooku ma jednak już ponad 70 tys. fanów, szczególnie na terenie byłej NRD.

Organizacja jest powściągliwa w głoszeniu haseł, podczas marszów (zwanych przez działaczy ruchu niewinnie „spacerami”), nie łamie poprawności politycznej. Wielu ludzi widzi w niej raczej ruch obywatelski, nie chuligański czy neonazistowski. To jednak mylne wrażenie, gdyż na demonstracjach Pegidy regularnie zjawiają się działacze NPD i inni prawicowi ekstremiści. Chętnie dołączają się też fani polityki Władimira Putina i rusofile, co budzi podejrzenia o tym, że Pegida może być sponsorowana przez Kreml.

Minister finansów Wolfgang Schäuble powiedział w wywiadzie dla Bilda, że „tak, jak po drugiej wojnie miliony uciekinierów i wypędzonych pomogły nam odbudować kraj, jak później gastarbeajterzy, dziś też potrzebujemy imigrantów. Musimy z nimi jednak też mieszkać. To zmienia naszą codzienność, ale nie pogarsza jej, a najczęściej poprawia”.

Wcześniej w wywiadzie dla Rheinische Post Schäuble winą za ataki na imigrantów obarczył główne partie w Niemczech, które w niewystarczający sposób przygotowały społeczeństwo na zmiany związane z napływem migrantów. „Alternatywa dla Niemiec albo organizatorzy Pegidy głoszą hasła wrogie obcym, [stąd] trzeba [te ruchy] naprawdę zwalczać”.

Od Pegidy zdystansowały się nie tylko organizacje islamskie, ale też kościoły chrześcijańskie oraz stowarzyszenia żydowskie, dostrzegając niebezpieczeństwo w szerzeniu nienawiści do „obcych”.

41-letni kucharz z wyrokami liderem Pegidy

Działacze Pegidy, choć podkreslają dystans wobec „prawdy” przekazywanej w liberalnych mediach, chwalą się świetnymi kontaktami z ważnymi politykami czy dziennikarzami. Okazało się, że zapewnienia szefa Pegidy w Dreznie o „ścisłej współpracy ze znanymi mediami z całego świata, przede wszystkim z wydawnictwem Axel-Springer“ są mocno przesadzone. Informacja o doskonałych układach z redakcjami znalazła się na stronie internetowej agencji PR Hotpepperpix Lutza Bachmanna. Śledztwo dziennikarskie Tagesspiegel wykazało, że Bachmann jako „dziennikarz obywatelski” sprzedał kilka swoich zdjęć redakcjom Springera. Na tym kończy się jego „ścisła współpraca” z niemieckim koncernem.

Pegidą trzęsie Lutz Bachmann, 41-letni kucharz i … kryminalista. Udowodniono mu kilkanaście rozbojów, za co został skazany na 3 lata więzienia w 1998 r. Przed wyrokiem uciekł na fałszywych papierach do RPA, po dwóch latach życia w ukryciu został jednak złapany i deportowany do Niemiec. Na podstawie własnego doświadczenia głosi konieczność natychmiastowego deportowania skazanych w Niemczech imigrantów do ich kraju ojczystego. W jego biografii znajdują się takie pozycje jak pobicia i handel narkotykami. Dwa lata przesiedział w więzieniu, obecnie ciąży nad nim wyrok w zawieszeniu. Tak oto prezentuje się sylwetka lidera ruchu mającego bronić wartości europejskich.

Wszyscy różni, wszyscy równi

Ruchy radyklane próbują się od siebie nawzajem odcinać, podkreślając swoją unikatowość. Przed świętami w Rostocku odbyły się demonstracje antyislamskie zorganizowane przed Pegidę.  Premier landu Meklemburgia-Pomorze Przednie Erwin Sellering z SPD, powiedział w lokalnej stacji NDR, że przy okazji demonstracji Pegidy, NPD i AfD chcą „ugotować swoją brązową zupkę”.

„Afd nie ma w żadnym razie nic wspólnego z totalitarnymi poglądami NPD” – napisał na to rzecznik partii Leif-Erik Holm w liście otwartym do premiera landu. Pegida z kolei odcina się zarówno od antymuzułmańskiego AfD jak i nacjonalistycznego NPD, uważając własne „spacery” nie za „antyislamskie”, ale za „skierowane przeciwko fundamentalistycznym prądom w Europie”. Eksperci od nowych ruchów politycznych wypowiadający się w niemieckich mediach są zgodni, że wszystkim chodzi z grubsza o to samo, różnice postulatów tych trzech ugrupowań są tylko semantyczne. I obrazkowe, bo Pegida w swoim logo wrzuca do śmieci swastykę, a także flagę kurdyjską (PKK), flagę Państwa Islamskiego i znak Antify.

12 stycznia odbędzie się marsz odnogi Pegidy, czyli Rogidy (Rostocker gegen die Islamisierung des Abendlandes, Mieszkańcy Rostocka przeciwko islamizacji zachodu). Oficjalnie zgłosiło się na niego 300 osób, policja szykuje się na dużo większą liczbę uczestników.

Unfriend a friend of Pegida

Dzięki specjalnej aplikacji można sprawdzić, kto ze znajomych na Facebooku polubił stronę jednego z ruchów ekstremistycznych (AFD, pegida, NPD) i w geście protestu przeciwko  radykałom wyłączyć go z grona wirtualnych przyjaciół.

http://www.drlima.net/2014/12/freunde-denen-pegida-gefaellt-endlich-mal-wieder-die-fb-freundesliste-ausmisten/

Pegida

W czwartek w Krzyżowej gościła Angela Merkel. Wraz z premier Ewą Kopacz otworzyła  wystawę „Odwaga i pojednanie”  w 25. rocznicę przełomowego dla polsko-niemieckich relacji spotkania premiera Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla w 1989 roku.

Z ust szefowej niemieckiego rządu padło wiele słów miłych polskiej duszy: że Niemcy wyrządzili nam straszne krzywdy w okresie II wojny światowej, że Polska przyczyniła się do obalenia komunizmu, że jesteśmy razem silni w Sojuszu Północnoatlantyckim, że Berlin rozumie polską wrażliwość historyczną i że prędzej Niemcy sami na nas napadną, niż oddadzą nas w szpony Rosji. To ostatnie to już wyolbrzymienie, ale z zachowaniem sensu wypowiedzi oryginalnej.

Te właśnie informacje przebiły się w mediach polskich, które pisały o spotkaniu w Krzyżowej głównie na podstawie depeszy PAP. Zajrzałam do niemieckiego Google News i przekonałam się, że zdolności mówienia „każdemu według potrzeb” Angela Merkel ma opanowane w stopniu bliskim doskonałości.

Oto kilka nagłówków z niemieckich serwisów  informacyjnych: Merkel broni w Polsce konieczności dialogu z Rosją, obiecuje nam wsparcie NATO, krytykuje Rosję podczas podroży do Polski , występuje przeciwko „prawu silniejszego” i chwali polsko-niemieckie pojednanie. Dalej kolejne wersje, kolejne „najważniejsze aspekty wypowiedzi”. I któż może nie być ukontentowany słowami żelaznej damy z Berlina, od Lizbony po Władywostok?

g news

 

 

 

 

 

 

 

 

W czerwcu 2013 r. Angela Merkel gratulowała ówczesnej przewodniczącej Związku Wypędzonych wieloletnich starań na rzecz utworzenia muzeum wypędzonych. – To jest i będzie Pani sukces. Również sama Steinbach, gdy na początku lipca br. rezygnowała z funkcji przewodniczącej BdV, powiedziała, że udało się jej zrealizować jeden z zawodowych celów. Obecnie stoi on jednak pod znakiem zapytania.

W cieniu innych wydarzeń w Berlinie rozgrywa się kłótnia o przyszłość Federalnej Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie (SFVV). Możliwe jest rychłe odwołanie dyrektora prof. dr. hab. Manfreda Kittela – donosi „Die Welt”.

SFVV została powołana do życia 30 grudnia 2008 r. w Berlinie. Podmiotem ją prowadzącym jest Niemieckie Muzeum Historyczne. Rada Naukowa Doradców SFVV, międzynarodowy organ złożony z 15 ekspertów (Polskę reprezentują prof. dr Piotr Madajczyk i prof. dr Krzysztof Ruchniewicz), dyskutuje nad złożeniem formalnego wotum nieufności przeciwko dyrektorowi Kittelowi.

Powodem jest brak możliwości konstruktywnej współpracy z historykiem. W nadchodzącym tygodniu „fundacja ma się bardzo zmienić” – powiedział dziennikowi „Die Welt” anonimowo jeden z członków Rady. Niewykluczone jest nawet zaprzestanie prac nad budową Centrum Wystaw, Informacji i Dokumentacji, które powstaje w Deutschlandhaus nieopodal Placu Poczdamskiego w Berlinie i w sąsiedztwie muzeum Topografia Terroru.

Budynek pochodzący z lat dwudziestych XX wieku jest w finalnej fazie remontu na potrzeby muzeum. Otwarcie placówki, które było planowane na 2016 r. (być może na 20 czerwca, który będzie w 2015 r. po raz pierwszy obchodzony jako narodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Ucieczek i Wypędzeń) może zostać przesunięte lub zupełnie wstrzymane.

Podstawowym powodem nieporozumień z Kittelem jest to, że wbrew ustaleniom wysiedlenia niemieckie mają być prezentowane jako centralne wydarzenie głównej ekspozycji. Inne wypędzenia i wysiedlenia narodów europejskich w XX w. będą tylko pretekstem do pokazania cierpienia Niemców po wojnie.

Czynnikiem, który spiętrzył kłótnie w ostatnim tygodniu, stała się wystawa otwarta w Niemieckim Muzeum Historycznym przez SFVV. Składa się z dwóch części: dotowanego przez UE projektu greckiego „Twice a Stranger” i „wystawy warsztatowej” kuratora SFVV.

Na greckiej części wystawy dokumentującej wypędzenia w XX w. w części o wydarzeniach po 1945 r. znajduje się wiele błędnych obrazów i faktów, a cześć dotycząca historii polsko-niemieckiej po wojnie została pod naciskiem Rady zupełnie usunięta z powodu nasycenia przeinaczeniami.

Z kolei w części wystawy, za która odpowiada Kittel, znajdują się eksponaty w fazie przygotowawczej, zupełnie wyjęte z kontekstu pełnej prezentacji, które według niemieckich mediów niektórych rozczarowują, a u innych rozbudzają nierealne nadzieje co do przyszłego kształtu całej wystawy.

W kontekście sporu o muzeum wypędzonych oraz wypowiedzi następcy Steinbach, a zarazem fana kontrowersyjnego w Polsce filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”, 49-letniego Bernda Fabritiusa, („Nie mam nic do Polaków, ale zadośćuczynienie wypędzonym się należy”), widać, że nadchodzi nowy rozdział w dyskusjach o wypędzeniach. Warto podkreślić, że o finansowych odszkodowaniach za wypędzenia nie mówiła nawet Erika Steinbach po tym, jak zerwała stosunki z Powiernictwem Pruskim. Jeszcze za nią zatęsknimy?

W Niemczech więcej osób zna na pamięć modlitwę Ojcze nasz niż hymn narodowy. Tak wynika z badania przeprowadzonego przez Institut Emnid dla ewangelickiego magazynu „Chrismon” na reprezentatywnej grupie 1004 osób. Ankieterzy zadali Niemcom proste pytanie: „Z ręką na sercu, który z tekstów potrafi Pan/Pani wyrecytować spontanicznie z pamięci?“

Okazuje się, że połowa ankietowanych zna słowa najważniejszej modlitwy chrześcijan przekazanej uczniom przez Jezusa w czasie kazania na górze, czyli około 30 r. n.e. Trzecią zwrotkę „Lied der Deutschen” autorstwa Augusta von Fallerslebena z 1841 r. umie zaśpiewać bez kartki nieznacznie mniej, bo 44 proc. osób.

26 proc. ankietowanych przyznało, że zna początek z dziesięciu przykazań: „Jam jest Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”.

Artykuł pierwszy Ustawy Zasadniczej umie wyrecytować 23 proc. Osób. Brzmi on: „Godność człowieka jest nienaruszalna. Jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem wszelkich władz państwowych“.

Międzynarodówkę („Wyklęty powstań, ludu ziemi”) zna 8 proc. osób. Zaskakująco duża grupa potrafi zaśpiewać w całości pieśń kościelną „Lobe den Herren, den mächtigen König der Ehren“ ze słowami Joachima Neandera z 1680 r.

Wyniki świadczą o tym, że spadek liczby praktykujących chrześcijan nie idzie w parze ze znaczącym wzrostem zainteresowania cnotami obywatelskimi. Przeważa zupełna ignorancja – blisko jedna trzecia badanych nie była w stanie wymienić słów żadnego z tych znanych tekstów kultury. Widać też, że wartości demokratyczne wtłaczane po wojnie do niemieckich głów zapisały się w nich wyraźniej niż obowiązkowa w NRD pieśń socjalistyczna.

  • DWO-VM-Auswendig-as-Aufm

 

CO NIEMCY ZNAJĄ NA PAMIĘĆ

  • Ojcze Nasz: 50%
  • niemiecki hymn narodowy: 44%
  • pierwsze z 10 Przykazań: 26%
  • artykuł 1 Ustawy Zasadniczej: 23%
  • pieśń „Lobe den Herren”: 21%
  • Międzynarodówkę: 8%
  • nic z powyższych: 30%

 

schlusslicht-131~_v-modPremiumHalb

 

W całej Europie dobre dziennikarstwo jest na wymarciu, a nisko opłacani redaktorzy żyją jak zombie, spędzając całą dobę online i wyczekując na kolejny breaking news. Indywidualni dziennikarze i całe redakcje niemieckie postanowiły w humorystyczny sposób zareagować na kryzys w świecie mediów, w którym dziennikarstwo papierowe, wymagające długiego researchu i doskonałego pióra, ustępuje miejsca przekazowi obrazkowemu w internecie, gdzie z kolei liczy się tempo podania informacji, a nie jej jakość. Dziennikarze popisali się zdolnościami copywriterskimi i wykorzystali zabawną okazję do poruszenia istotnego tematu, organizując wyścigi w kreatywnym pisaniu z dużym dystansem do siebie, a wszystko na przestrzeni 140 znaków jednego tweeta. W Halloween na niemieckim Twitterze ponad 7 tys. razy zaćwierkano z hashtagiem #mediengrusel, czyli „strach przed mediami”, dziennikarstwem najwyższej próby.

Wpisy były rozwinięciem wyrażenia, za kogo przebieram się na zabawę Halloween: „Idę/idziemy jako…”. Niektóre tweety okazały się prawdziwymi przebojami. Bulwarówka Bild oświadczyła: „Idziemy jako poziom Bilda”. Na to Westdeutsche Allgemeine Zeitung odpisała: „Bild, mieliście się za coś przebrać ;)”. Redakcja Westdeutsche poszła na imprezę przebrana za „praktykanta, który dziś sam obsługuje tę stronę internetową”. Dziennik informacyjny kanału pierwszego ARD, Tagesschau, napisał: „#My #Idziemy #jako #tweet #z #ośmioma #hashtagami #Tagesschau”.

bild

 

 

 

 

 

 

Jednym z najzabawniejszych autoironicznych tweetów był wpis autorstwa redaktorów tygodnika Stern: „Idziemy jako pamiętniki Hitlera” (Wir gehen als Hitler-Tagebücher). Jest to nawiązanie do jednej z najsłynniejszych wpadek dziennikarskich w historii mediów, a zarazem największych mistyfikacji w powojennej historii Niemiec. Rzekome pamiętniki (62 tomy) zakupione zostały w kilku partiach w latach 1981–1983 przez niemiecki tygodnik Stern za 9,3 mln marek. 25 kwietnia 1983 r. Stern zorganizował konferencję prasową i rozpoczął druk fragmentów dzienników. Prawa do przedruku kupiło kilka czasopism zagranicznych, m.in. Paris Match i The Sunday Times. Po wielu ekspertyzach wszystko okazało się zręcznym oszustwem.

stern

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie zabawne jak i poważne wpisy można odnaleźć w serwisie Twitter wpisując  #mediengrusel w wyszukiwarkę: https://twitter.com/search-home

mediengrusel-1-630x353

31-letni moderator programu porannego na publicznej stacji ZDF Jochen Breyer wystąpił w oliwkowej koszuli, która w oku kamery przeistoczyła się w garderobę w odcieniu brązowo-brunatnym.

Niemieckie słowo „braun” może odnosić się do medalu za trzecie miejsce na olimpijskim podium albo figurować w reklamie jako nazwa własna do firmy produkującej elektryczne szczoteczki do zębów. Jednak jako kolor części ubioru dziennikarza, który od 2007 r. pracuje w drugim programie telewizji państwowej, jest dla kierownictwa kanału nieakceptowalne. Bo kojarzy się z mundurkiem III Rzeszy.

 

moma

 

 

 

 

 

 

 

 

Pieprzu sprawie dodał fakt, że prezenter w ferelnej koszuli przedstawiał materiał o rozróbach niemieckich nazi-chuliganów protestujących w Kolonii przeciwko muzułmanom. Mówiąc wprost, widz oglądał młodego redaktora ubranego w brązową koszulę, który opowiadał o wybrykach neonazistów. Większość osób potraktowała sytuację jako wypadek przy pracy i z przymrużeniem oka komentowała ją na mediach społecznościowych. Do telewizji wpłynęło jednak kilka poważnych skarg zatroskanych obywateli, stąd całkiem oficjalne przeprosiny ZDF na Facebooku.

 

brauni

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz pod wpisem z wyjaśnieniem ZDF internauci zamieszczają kąśliwe komentarze. Pytają, czy wolno w telewizji reklamować brązową Nutellę oraz czy redaktorzy z brązowymi włosami powinny farbować je na wyraźny blond. Widzowie wyrażają wątpliwości, jak Niemcy mogą nazywać się „normalnym krajem”, jeśli lekko brązowa koszula na wizji wywołuje  ogólnokrajowy skandal. „Bild Zeitung” nazwał tę historię „typowym przykładem ponad-poprawności politycznej”. Tym razem opinia brukowca trafiła w sedno.

Bundeswehra jeszcze nigdy nie miała tak złej prasy. Wystarczy spojrzeć na nagłówki doniesień prasowych: bagno niekompetencji i niekonsekwencji, głęboki kryzys, niemiecka armia się sypie, Niemcy nie mają czym walczyć. To tytuły polskie. W niemieckich mediach jest jeszcze gorzej. Jeszcze nigdy o wojsku Republiki Federalnej nie mówiło się w przestrzeni publicznej tak negatywnie.

Jeśli ktoś wcześniej nigdy nie interesował się niemiecką polityką bezpieczeństwa, i nie ma choć podstawowej wiedzy o zdolnościach wojskowych naszego najważniejszego sojusznika na kontynencie, po lekturze prasy z ostatniego miesiąca może odnieść zupełnie błędne wrażenie, jakoby niemiecka armia należała do najsłabszych i najmniej wiarygodnych w Europie. Tymczasem liczy ona obecnie 181.099 żołnierzy, jest wyposażona w sprzęt, o którym Polska może tylko pomarzyć, a jej wysocy rangą dowódcy od lat piastują najwyższe stanowiska w NATO. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest w stanie doskonałym, ale problemy, z którymi się boryka, są typowe dla większości europejskich członków NATO. Wojsko Polskie w ostatnim czasie przechodzi przyspieszone reformy i uzupełnia braki w sprzęcie. Jednak jego kondycja, gdyby przeprowadzić audyt tak uczciwy jak zrobili to Niemcy, z pewnością nie okazałaby się lepsza.

Stan ten potwierdzają obawy naszych ekspertów i dziennikarzy, którzy nerwowo zastanawiają się, kto – jeśli nie Bundeswehra – przyjdzie nam z pomocą w pierwszych dniach potencjalnego ataku ze strony wschodniej. Amerykanie to najbardziej oczywista odpowiedź, ci jednak są daleko i potrzebują dużo czasu, aby dotrzeć na terytorium Polski. Niemcy są tuż za miedzą. Mówiąc z przekąsem, okazuje się, że musieliby przyjść do nas na piechotę, bo tylko ok. 40 proc. samolotów bojowych Luftwaffe nadaje się do służby operacyjnej. Pozostałe są zupełnie zepsute lub podlegają właśnie planowym pracom remontowym.

Pismo „Polska Zbrojna” (ówcześnie tygodnik) już w 2012 r. zamieściło okładkę ze zdjęciem żołnierzy Bundeswehry i napisem „Wszystko w rękach Niemiec”. Na długo przed aneksją Krymu przez Władimira Putina polscy specjaliści od polityki obronnej mieli świadomość, że bez gwarancji bezpieczeństwa ze strony Berlina, Polska – nawet jako silny członek NATO – jest bezbronna w obliczu ataku, czy to rakietowego, czy lądowego, zza wschodniej granicy.

Teraz sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta. Polski rząd zabiegał na szczycie w Walii o dodatkowe gwarancje ze strony NATO. Tyle, że NATO to również my, a w Europie przede wszystkim Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Z powodów geopolitycznych dla Polski najważniejszym sojusznikiem powinny być właśnie Niemcy.

Na początku września przedstawiciele trzech partii koalicyjnych w Czechach podpisali porozumienie, zgodnie z którym w tym kraju mają stopniowo wzrastać nakłady na obronę. Dokument podpisano w związku z sytuacją na Ukrainie, która udowodniła, że na terenie Europy lub w pobliżu jej granic może wybuchnąć tradycyjna wojna. Czas od rozpoczęcia relokacji wojsk wroga do rozpoczęcia przez niego działań ofensywnych może być krótszy niż terminy przewidziane przez NATO na dostarczenie pomocy sojusznikom. Zastanawiające jest zatem, dlaczego tak małe państwo jak Czechy zdaje sobie sprawę z tego, że konwencjonalne konflikty zbrojne to nie relikt przeszłości, tymczasem jedno z najważniejszych państw NATO w Europie odmawia zwiększania wydatków na zbrojenia i na łamach brukowca „Bild Zeitung” informuje o niemożności dotrzymania zobowiązań w Sojuszu.

Niemiecka minister obrony przyznała, że ze względu na słabą kondycję sił powietrznych Niemcy nie będą mogły wypełnić zobowiązań wobec NATO, w tym obietnicy dostarczenia w sytuacji kryzysowej Sojuszowi w ciągu max. 180 dni 60 myśliwców wielozadaniowych Eurofighter do prowadzenia operacji obronnej. Obecnie Bundeswehra może podzielić się z sojusznikami 42 sprawnymi maszynami tego typu. Pod znakiem zapytania staje sens deklaracji Republiki Federalnej o przyjęciu roli „państwa ramowego” NATO w zakresie obrony przeciwrakietowej.

Proponuję spojrzeć jednak na tę sytuację od trochę innej strony, tłumaczącej nagły szum medialny. Inną perspektywę zasugerowało mi niezależnie kilka osób związanych z armią lub federalnym ministerstwem obrony. Nie bagatelizując problemów Niemiec z kondycją wyposażenia wojska, należy zauważyć, że ktoś miał interes, aby właśnie teraz, gdy sytuacja geopolityczna jest niezwykle napięta w wielu regionach świata, podnieść larum o serii wpadek w Bundeswehrze. Fatalny jest sprzęt, pani minister, kampania promocyjna zachęcająca kobiety do służby w mundurze, a nawet alianci, którzy po zimnej wojnie doradzali Niemcom stopniowe zmniejszenie liczebności armii.

Być może argumenty o niewydolności niemieckiej armii pojawiły się po to, aby rząd w Berlinie miał łatwy do wyjaśnienia powód nieangażowania się w konflikty zagraniczne. Społeczeństwo nastawione negatywnie do udziału wojska niemieckiego w militarną działalność międzynarodową zyskało w ten sposób jeszcze jeden argument, że nie warto się angażować zbrojnie. Niemcy mogą teraz deklarować, że nie tylko brakuje im woli politycznej do przezwyciężenia ograniczeń wynikających z historii, ale po prostu dobrej jakości sprzętu, którym mogliby skutecznie walczyć. Lepiej zatem przerzucić odpowiedzialność na Amerykanów, którzy posiadają potężną armię oraz społeczeństwo popierające działania wojskowe w wymiarze globalnym.

Inne przypuszczenie, dlaczego akurat teraz rozkręcono kampanię medialną obnażającą braki w Bundeswehrze, jest następujące: stoi za tym niemiecki przemysł obronny. Rodzime wojsko zamawia od niemieckich producentów broni coraz mniej, a firmy, które sprzedają swoje towary za granicę, podlegają niezwykle restrykcyjnym przepisom i kontroli politycznej. Nawet, gdy spełniają wszystkie wymagania co do legalności wysyłanej broni, często stają się przedmiotem ataku ze strony mediów. A to negatywnie wpływa na ich wizerunek nie tylko w kraju, ale i na świecie. Jakie demokratyczne państwo kupi broń od firmy, której karabiny mordują niewinnych cywilów w Syrii? Być może słabe prognozy sprzedażowe na kolejne lata skłoniły niemieckich producentów broni do cichego porozumienia, aby zainteresować media problemami w armii, a tym samym zmusić rząd do zwiększenia krajowych zamówień z sektora zbrojeniowego. Po drugie firmy te mogą się postawić w lepszym świetle jako producenci tego, czego Republika Federalna potrzebuje, aby wypełniać zobowiązania międzynarodowe i nie zawieść swoich sojuszników w chwili próby.

Pozostaje jeszcze wątek rosyjski. W Niemczech wielu dziennikarzy, polityków czy politologów nie kryje sympatii dla Rosji. Czołowym przykładem może być tu były kanclerz Gerhard Schroeder. Silne powiązania ekonomiczne obu potęg nie sprzyjają zamrażaniu kontaktów, również w zakresie współpracy wojskowej. Rosja, oficjalnie świadoma niedostatków w armii ważnego kraju NATO, może w łatwy sposób manipulować eskalacją zagrożenia, wysyłać błędne sygnały o przygotowaniach do wojny z wybranym krajem Sojuszu. Obnażone Niemcy z bezzębną armią nie odważą się zareagować zbrojnie, a może nawet odmówią zwiększenia sankcji gospodarczych dla Rosji. Słabość Niemiec będzie ważnym argumentem na rzecz zahamowania izolacji Rosji, która trzymana jako wróg z dala od światowych salonów politycznych, może się zdecydować na okazanie siły za pomocą środków zbrojnych. Wynikiem takiego myślenia będzie próba utrzymania możliwie jak najlepszych stosunków z Moskwą, co leży w żywotnym interesie Niemiec, a może być groźne z perspektywy Polski. Równocześnie świadczy o naiwności niemieckich polityków, którzy wciąż liczą na to, że przywódca Rosji postępuje racjonalnie.

Te trzy punkty są jedynie przypuszczeniami, hipotezami o źródłach zmasowanych publikacji atakujących własne wojsko. Być może prawdziwe są wszystkie, być może żadna z nich. Nie przypuszczam jednak, że konsekwentna krytyka Bundeswehry w Niemczech, a dzięki efektowi domina również w innych krajach, pochodzi z przypadku.

(wpis z 9.X) W Bundeswehrze nadal wrze. Ten wpis będzie uzupełnieniem artykułu, który ukazał się w ostatnim wydaniu „Polski the Times” (jest dostępny na stronie internetowej pod adresem:http://www.polskatimes.pl/artykul/3602725,bundeswehra-armia-gotowa-ale-niedozbrojona-czy-niemcy-pomoga-polsce-w-razie-zagrozenia,id,t.html).

Poza samolotami-nielotami na wyposażeniu Luftwaffe i seksistowską kampanią skierowaną do kobiet, na panią minister von der Leyen spadają kolejne ciosy, w tym jeden rodem z Monty Pythona. Ale zacznijmy na poważnie.

  1. Ministerstwo Obrony nazwało doniesienia magazynu „Der Spiegel” o niemożności przerzucenia żołnierzy-ochotników samolotami Służby Medycznej na tereny objęte wirusem Ebola „bzdurą”. Oznacza to, że jakieś samoloty wojskowe u sąsiadów jednak latają, a to dla Polaków dobra wiadomość. Bo jak donosi „Zeit„, Polacy najbardziej ze wszystkich krajów obawiają się bezskrzydłej Bundeswehry niezdolnej do wypełnienia zobowiązań natowskich, „gdyby jednak weszli Rosjanie”.
  2. Kolejny „hot news” to ogłoszenie raportu grupy ekspertów badającej projekty zbrojeniowe niemieckiego wojska. Przygotowanie raportu jeszcze w czerwcu zleciła firmie KPMG sama minister. 30 ekspertów przeanalizowało dziewięć najważniejszych projektów zbrojeniowych. Wnioski z badania projektów zbrojeniowych są tragiczne, specjaliści wskazali na ok. 140 problemów i zagrożeń, w tym na  wieloletnie opóźnienia w dostawach i zawyżone koszty. W raporcie można przeczytać np. o serii problemów związanych z produkcją samolotów transportowych A400M i systemów obrony przeciwrakietowej.
  3. Ostatnia wpadka dotyczy… lodówek :-) Von der Leyen chciała jakiś czas temu zyskać kilka „plusów” wśród wojskowych i zdecydowała o stworzeniu programu wprowadzenia zmian w jednostkach tak, by żołnierze czuli się w nich bardziej „jak w domu” – pisze „Die Welt”. Gazeta tłumaczy, że chodziło m.in. o to, by wojskowym zapewniono „w świetlicach telewizory z płaskimi ekranami” oraz „kuchnie z lodówkami”. Jednak cywilni urzędnicy, odpowiedzialni za przestrzeganie norm sanitarnych w wojsku, uznali żołnierzy za niezdolnych do „regularnego czyszczenia lodówek i otworów wentylacyjnych” w kuchniach. Proces ten powinien odbywać się co dwa tygodnie, jednak wobec „niemożliwości kontrolowania tych działań” przez niewystarczającą ilość urzędników sanitarnych, należy zrezygnować z instalacji lodówek w jednostkach armii – wyjaśnili urzędnicy. „Die Welt” stawia pytania, jak ma funkcjonować wojsko, w którym cywilni urzędnicy utrudniają służbę wojskowym, gdy tymczasem są ustawowo odpowiedzialni za to, by żołnierze posiadali niezbędny sprzęt. Absurdalny przypadek pokazuje jak na dłoni to, że „w armii panuje konflikt kompetencji między żołnierzami i administracją” – pisze „Die Welt”.

Rząd w Berlinie zdecydował, że Niemcy będą obchodzić Dzień Pamięci o Wypędzonych. Dziś na mediach społecznościowych Erika Steinbach świętuje swój ostateczny (oj, to jednak chyba złe słowo w kontekście niemieckiej historii), a zatem: wielki życiowy sukces.

erstei

 

 

 

 

 

 

 

Niemieckie władze ustaliły, że dzień Wypędzonych będzie świętowany 20 czerwca – wraz ze Światowym Dniem Uchodźcy, powołanym 14 lat temu przez Organizację narodów Zjednoczonych.

Minister Spraw Wewnętrznych, Thomas de Maiziere, uzasadniając decyzje rządu stwierdził, że ucieczki i wypędzenia są częścią europejskiej historii i że dotknęły one również miliony Niemców, którzy musieli opuścić swoje ojczyste tereny, głównie tereny obecnej Polski.

Rząd krajowy długo był przeciwny temu świętu, choć sukcesywnie wprowadzały je w życie poszczególne landy. Dopiero dziś zapadła ostateczna decyzja o wprowadzeniu ogólnoniemieckiego Dnia Wypędzonych.

W Niemczech ustanowienia Dnia Wypędzonych domagali się przede wszystkim ich przedstawiciele, zrzeszeni w Związku Wypędzonych – Bund der Vertriebenen (BdV). Długo na ich czele stała Erika Steinbach, która zażarcie walczyła o pamięć o niemieckich wypędzeniach. W ubiegłym roku Steinbach zrezygnowała z przewodniczenia BdV. Zastąpił ją polityk bawarskiej CSU Bernd Fabritius.

O tym, że Dzień Wypędzonych będzie ustanowiony, pisałam w „Polska the Times” w grudniu 2013 r.: http://www.polskatimes.pl/artykul/1056692,erika-steinbach-wraca-do-gry-cale-niemcy-beda-czcic-ofiary-wypedzen,id,t.html

Zara wprowadziła do sprzedaży dziecięce pidżamko-bluzeczki. Miały one poziome, szaro-niebieskie pasy, a na jednym z rękawów naszyte trzy ozdobne guziki. Pod nimi niefortunnie projektant, który musiał mieć słabą ocenę z historii Europy XX wieku, umieścił sześcioramienną gwiazdę w kolorze  żółtym, z zaokrąglonymi rogami i napisem „sheriff”. Miało to wyglądać jak T-shirt kowboja z filmu o dzikim zachodzie, a wyszło – jak strój więźnia Auschwitz.

koszulka z żółtą gwiazdą

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koszulkę można było nabyć w sklepach Zary m.in. w Wielkiej Brytanii, Danii, Anglii, Albanii i Izraelu. Internauci zażądali wycofania jej ze sprzedaży po tym, jak izraelski dziennikarz Dimi Rider porównał ubranie do munduru więziennego żydów z czasów Holocaustu.

Zara tłumaczy się w oświadczeniu dla prasy, że ubranie miało nawiązywać do bohaterów z westernów. Koszulkę natychmiast wycofano ze sprzedaży.

To nie pierwsza wpadka Zary z symboliką nazistowską. Siedem lat temu do sklepów tej sieci trafiły letnie torby ozdobione kwiatami i swastykami. Wtedy tłumaczono, że w hinduizmie i buddyzmie symbol ten oznacza szczęście i powodzenie. torba Zary ze swastyką