schlusslicht-131~_v-modPremiumHalb

 

W całej Europie dobre dziennikarstwo jest na wymarciu, a nisko opłacani redaktorzy żyją jak zombie, spędzając całą dobę online i wyczekując na kolejny breaking news. Indywidualni dziennikarze i całe redakcje niemieckie postanowiły w humorystyczny sposób zareagować na kryzys w świecie mediów, w którym dziennikarstwo papierowe, wymagające długiego researchu i doskonałego pióra, ustępuje miejsca przekazowi obrazkowemu w internecie, gdzie z kolei liczy się tempo podania informacji, a nie jej jakość. Dziennikarze popisali się zdolnościami copywriterskimi i wykorzystali zabawną okazję do poruszenia istotnego tematu, organizując wyścigi w kreatywnym pisaniu z dużym dystansem do siebie, a wszystko na przestrzeni 140 znaków jednego tweeta. W Halloween na niemieckim Twitterze ponad 7 tys. razy zaćwierkano z hashtagiem #mediengrusel, czyli „strach przed mediami”, dziennikarstwem najwyższej próby.

Wpisy były rozwinięciem wyrażenia, za kogo przebieram się na zabawę Halloween: „Idę/idziemy jako…”. Niektóre tweety okazały się prawdziwymi przebojami. Bulwarówka Bild oświadczyła: „Idziemy jako poziom Bilda”. Na to Westdeutsche Allgemeine Zeitung odpisała: „Bild, mieliście się za coś przebrać ;)”. Redakcja Westdeutsche poszła na imprezę przebrana za „praktykanta, który dziś sam obsługuje tę stronę internetową”. Dziennik informacyjny kanału pierwszego ARD, Tagesschau, napisał: „#My #Idziemy #jako #tweet #z #ośmioma #hashtagami #Tagesschau”.

bild

 

 

 

 

 

 

Jednym z najzabawniejszych autoironicznych tweetów był wpis autorstwa redaktorów tygodnika Stern: „Idziemy jako pamiętniki Hitlera” (Wir gehen als Hitler-Tagebücher). Jest to nawiązanie do jednej z najsłynniejszych wpadek dziennikarskich w historii mediów, a zarazem największych mistyfikacji w powojennej historii Niemiec. Rzekome pamiętniki (62 tomy) zakupione zostały w kilku partiach w latach 1981–1983 przez niemiecki tygodnik Stern za 9,3 mln marek. 25 kwietnia 1983 r. Stern zorganizował konferencję prasową i rozpoczął druk fragmentów dzienników. Prawa do przedruku kupiło kilka czasopism zagranicznych, m.in. Paris Match i The Sunday Times. Po wielu ekspertyzach wszystko okazało się zręcznym oszustwem.

stern

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie zabawne jak i poważne wpisy można odnaleźć w serwisie Twitter wpisując  #mediengrusel w wyszukiwarkę: https://twitter.com/search-home

mediengrusel-1-630x353

31-letni moderator programu porannego na publicznej stacji ZDF Jochen Breyer wystąpił w oliwkowej koszuli, która w oku kamery przeistoczyła się w garderobę w odcieniu brązowo-brunatnym.

Niemieckie słowo „braun” może odnosić się do medalu za trzecie miejsce na olimpijskim podium albo figurować w reklamie jako nazwa własna do firmy produkującej elektryczne szczoteczki do zębów. Jednak jako kolor części ubioru dziennikarza, który od 2007 r. pracuje w drugim programie telewizji państwowej, jest dla kierownictwa kanału nieakceptowalne. Bo kojarzy się z mundurkiem III Rzeszy.

 

moma

 

 

 

 

 

 

 

 

Pieprzu sprawie dodał fakt, że prezenter w ferelnej koszuli przedstawiał materiał o rozróbach niemieckich nazi-chuliganów protestujących w Kolonii przeciwko muzułmanom. Mówiąc wprost, widz oglądał młodego redaktora ubranego w brązową koszulę, który opowiadał o wybrykach neonazistów. Większość osób potraktowała sytuację jako wypadek przy pracy i z przymrużeniem oka komentowała ją na mediach społecznościowych. Do telewizji wpłynęło jednak kilka poważnych skarg zatroskanych obywateli, stąd całkiem oficjalne przeprosiny ZDF na Facebooku.

 

brauni

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz pod wpisem z wyjaśnieniem ZDF internauci zamieszczają kąśliwe komentarze. Pytają, czy wolno w telewizji reklamować brązową Nutellę oraz czy redaktorzy z brązowymi włosami powinny farbować je na wyraźny blond. Widzowie wyrażają wątpliwości, jak Niemcy mogą nazywać się „normalnym krajem”, jeśli lekko brązowa koszula na wizji wywołuje  ogólnokrajowy skandal. „Bild Zeitung” nazwał tę historię „typowym przykładem ponad-poprawności politycznej”. Tym razem opinia brukowca trafiła w sedno.

Bundeswehra jeszcze nigdy nie miała tak złej prasy. Wystarczy spojrzeć na nagłówki doniesień prasowych: bagno niekompetencji i niekonsekwencji, głęboki kryzys, niemiecka armia się sypie, Niemcy nie mają czym walczyć. To tytuły polskie. W niemieckich mediach jest jeszcze gorzej. Jeszcze nigdy o wojsku Republiki Federalnej nie mówiło się w przestrzeni publicznej tak negatywnie.

Jeśli ktoś wcześniej nigdy nie interesował się niemiecką polityką bezpieczeństwa, i nie ma choć podstawowej wiedzy o zdolnościach wojskowych naszego najważniejszego sojusznika na kontynencie, po lekturze prasy z ostatniego miesiąca może odnieść zupełnie błędne wrażenie, jakoby niemiecka armia należała do najsłabszych i najmniej wiarygodnych w Europie. Tymczasem liczy ona obecnie 181.099 żołnierzy, jest wyposażona w sprzęt, o którym Polska może tylko pomarzyć, a jej wysocy rangą dowódcy od lat piastują najwyższe stanowiska w NATO. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest w stanie doskonałym, ale problemy, z którymi się boryka, są typowe dla większości europejskich członków NATO. Wojsko Polskie w ostatnim czasie przechodzi przyspieszone reformy i uzupełnia braki w sprzęcie. Jednak jego kondycja, gdyby przeprowadzić audyt tak uczciwy jak zrobili to Niemcy, z pewnością nie okazałaby się lepsza.

Stan ten potwierdzają obawy naszych ekspertów i dziennikarzy, którzy nerwowo zastanawiają się, kto – jeśli nie Bundeswehra – przyjdzie nam z pomocą w pierwszych dniach potencjalnego ataku ze strony wschodniej. Amerykanie to najbardziej oczywista odpowiedź, ci jednak są daleko i potrzebują dużo czasu, aby dotrzeć na terytorium Polski. Niemcy są tuż za miedzą. Mówiąc z przekąsem, okazuje się, że musieliby przyjść do nas na piechotę, bo tylko ok. 40 proc. samolotów bojowych Luftwaffe nadaje się do służby operacyjnej. Pozostałe są zupełnie zepsute lub podlegają właśnie planowym pracom remontowym.

Pismo „Polska Zbrojna” (ówcześnie tygodnik) już w 2012 r. zamieściło okładkę ze zdjęciem żołnierzy Bundeswehry i napisem „Wszystko w rękach Niemiec”. Na długo przed aneksją Krymu przez Władimira Putina polscy specjaliści od polityki obronnej mieli świadomość, że bez gwarancji bezpieczeństwa ze strony Berlina, Polska – nawet jako silny członek NATO – jest bezbronna w obliczu ataku, czy to rakietowego, czy lądowego, zza wschodniej granicy.

Teraz sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta. Polski rząd zabiegał na szczycie w Walii o dodatkowe gwarancje ze strony NATO. Tyle, że NATO to również my, a w Europie przede wszystkim Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Z powodów geopolitycznych dla Polski najważniejszym sojusznikiem powinny być właśnie Niemcy.

Na początku września przedstawiciele trzech partii koalicyjnych w Czechach podpisali porozumienie, zgodnie z którym w tym kraju mają stopniowo wzrastać nakłady na obronę. Dokument podpisano w związku z sytuacją na Ukrainie, która udowodniła, że na terenie Europy lub w pobliżu jej granic może wybuchnąć tradycyjna wojna. Czas od rozpoczęcia relokacji wojsk wroga do rozpoczęcia przez niego działań ofensywnych może być krótszy niż terminy przewidziane przez NATO na dostarczenie pomocy sojusznikom. Zastanawiające jest zatem, dlaczego tak małe państwo jak Czechy zdaje sobie sprawę z tego, że konwencjonalne konflikty zbrojne to nie relikt przeszłości, tymczasem jedno z najważniejszych państw NATO w Europie odmawia zwiększania wydatków na zbrojenia i na łamach brukowca „Bild Zeitung” informuje o niemożności dotrzymania zobowiązań w Sojuszu.

Niemiecka minister obrony przyznała, że ze względu na słabą kondycję sił powietrznych Niemcy nie będą mogły wypełnić zobowiązań wobec NATO, w tym obietnicy dostarczenia w sytuacji kryzysowej Sojuszowi w ciągu max. 180 dni 60 myśliwców wielozadaniowych Eurofighter do prowadzenia operacji obronnej. Obecnie Bundeswehra może podzielić się z sojusznikami 42 sprawnymi maszynami tego typu. Pod znakiem zapytania staje sens deklaracji Republiki Federalnej o przyjęciu roli „państwa ramowego” NATO w zakresie obrony przeciwrakietowej.

Proponuję spojrzeć jednak na tę sytuację od trochę innej strony, tłumaczącej nagły szum medialny. Inną perspektywę zasugerowało mi niezależnie kilka osób związanych z armią lub federalnym ministerstwem obrony. Nie bagatelizując problemów Niemiec z kondycją wyposażenia wojska, należy zauważyć, że ktoś miał interes, aby właśnie teraz, gdy sytuacja geopolityczna jest niezwykle napięta w wielu regionach świata, podnieść larum o serii wpadek w Bundeswehrze. Fatalny jest sprzęt, pani minister, kampania promocyjna zachęcająca kobiety do służby w mundurze, a nawet alianci, którzy po zimnej wojnie doradzali Niemcom stopniowe zmniejszenie liczebności armii.

Być może argumenty o niewydolności niemieckiej armii pojawiły się po to, aby rząd w Berlinie miał łatwy do wyjaśnienia powód nieangażowania się w konflikty zagraniczne. Społeczeństwo nastawione negatywnie do udziału wojska niemieckiego w militarną działalność międzynarodową zyskało w ten sposób jeszcze jeden argument, że nie warto się angażować zbrojnie. Niemcy mogą teraz deklarować, że nie tylko brakuje im woli politycznej do przezwyciężenia ograniczeń wynikających z historii, ale po prostu dobrej jakości sprzętu, którym mogliby skutecznie walczyć. Lepiej zatem przerzucić odpowiedzialność na Amerykanów, którzy posiadają potężną armię oraz społeczeństwo popierające działania wojskowe w wymiarze globalnym.

Inne przypuszczenie, dlaczego akurat teraz rozkręcono kampanię medialną obnażającą braki w Bundeswehrze, jest następujące: stoi za tym niemiecki przemysł obronny. Rodzime wojsko zamawia od niemieckich producentów broni coraz mniej, a firmy, które sprzedają swoje towary za granicę, podlegają niezwykle restrykcyjnym przepisom i kontroli politycznej. Nawet, gdy spełniają wszystkie wymagania co do legalności wysyłanej broni, często stają się przedmiotem ataku ze strony mediów. A to negatywnie wpływa na ich wizerunek nie tylko w kraju, ale i na świecie. Jakie demokratyczne państwo kupi broń od firmy, której karabiny mordują niewinnych cywilów w Syrii? Być może słabe prognozy sprzedażowe na kolejne lata skłoniły niemieckich producentów broni do cichego porozumienia, aby zainteresować media problemami w armii, a tym samym zmusić rząd do zwiększenia krajowych zamówień z sektora zbrojeniowego. Po drugie firmy te mogą się postawić w lepszym świetle jako producenci tego, czego Republika Federalna potrzebuje, aby wypełniać zobowiązania międzynarodowe i nie zawieść swoich sojuszników w chwili próby.

Pozostaje jeszcze wątek rosyjski. W Niemczech wielu dziennikarzy, polityków czy politologów nie kryje sympatii dla Rosji. Czołowym przykładem może być tu były kanclerz Gerhard Schroeder. Silne powiązania ekonomiczne obu potęg nie sprzyjają zamrażaniu kontaktów, również w zakresie współpracy wojskowej. Rosja, oficjalnie świadoma niedostatków w armii ważnego kraju NATO, może w łatwy sposób manipulować eskalacją zagrożenia, wysyłać błędne sygnały o przygotowaniach do wojny z wybranym krajem Sojuszu. Obnażone Niemcy z bezzębną armią nie odważą się zareagować zbrojnie, a może nawet odmówią zwiększenia sankcji gospodarczych dla Rosji. Słabość Niemiec będzie ważnym argumentem na rzecz zahamowania izolacji Rosji, która trzymana jako wróg z dala od światowych salonów politycznych, może się zdecydować na okazanie siły za pomocą środków zbrojnych. Wynikiem takiego myślenia będzie próba utrzymania możliwie jak najlepszych stosunków z Moskwą, co leży w żywotnym interesie Niemiec, a może być groźne z perspektywy Polski. Równocześnie świadczy o naiwności niemieckich polityków, którzy wciąż liczą na to, że przywódca Rosji postępuje racjonalnie.

Te trzy punkty są jedynie przypuszczeniami, hipotezami o źródłach zmasowanych publikacji atakujących własne wojsko. Być może prawdziwe są wszystkie, być może żadna z nich. Nie przypuszczam jednak, że konsekwentna krytyka Bundeswehry w Niemczech, a dzięki efektowi domina również w innych krajach, pochodzi z przypadku.

(wpis z 9.X) W Bundeswehrze nadal wrze. Ten wpis będzie uzupełnieniem artykułu, który ukazał się w ostatnim wydaniu „Polski the Times” (jest dostępny na stronie internetowej pod adresem:http://www.polskatimes.pl/artykul/3602725,bundeswehra-armia-gotowa-ale-niedozbrojona-czy-niemcy-pomoga-polsce-w-razie-zagrozenia,id,t.html).

Poza samolotami-nielotami na wyposażeniu Luftwaffe i seksistowską kampanią skierowaną do kobiet, na panią minister von der Leyen spadają kolejne ciosy, w tym jeden rodem z Monty Pythona. Ale zacznijmy na poważnie.

  1. Ministerstwo Obrony nazwało doniesienia magazynu „Der Spiegel” o niemożności przerzucenia żołnierzy-ochotników samolotami Służby Medycznej na tereny objęte wirusem Ebola „bzdurą”. Oznacza to, że jakieś samoloty wojskowe u sąsiadów jednak latają, a to dla Polaków dobra wiadomość. Bo jak donosi „Zeit„, Polacy najbardziej ze wszystkich krajów obawiają się bezskrzydłej Bundeswehry niezdolnej do wypełnienia zobowiązań natowskich, „gdyby jednak weszli Rosjanie”.
  2. Kolejny „hot news” to ogłoszenie raportu grupy ekspertów badającej projekty zbrojeniowe niemieckiego wojska. Przygotowanie raportu jeszcze w czerwcu zleciła firmie KPMG sama minister. 30 ekspertów przeanalizowało dziewięć najważniejszych projektów zbrojeniowych. Wnioski z badania projektów zbrojeniowych są tragiczne, specjaliści wskazali na ok. 140 problemów i zagrożeń, w tym na  wieloletnie opóźnienia w dostawach i zawyżone koszty. W raporcie można przeczytać np. o serii problemów związanych z produkcją samolotów transportowych A400M i systemów obrony przeciwrakietowej.
  3. Ostatnia wpadka dotyczy… lodówek :-) Von der Leyen chciała jakiś czas temu zyskać kilka „plusów” wśród wojskowych i zdecydowała o stworzeniu programu wprowadzenia zmian w jednostkach tak, by żołnierze czuli się w nich bardziej „jak w domu” – pisze „Die Welt”. Gazeta tłumaczy, że chodziło m.in. o to, by wojskowym zapewniono „w świetlicach telewizory z płaskimi ekranami” oraz „kuchnie z lodówkami”. Jednak cywilni urzędnicy, odpowiedzialni za przestrzeganie norm sanitarnych w wojsku, uznali żołnierzy za niezdolnych do „regularnego czyszczenia lodówek i otworów wentylacyjnych” w kuchniach. Proces ten powinien odbywać się co dwa tygodnie, jednak wobec „niemożliwości kontrolowania tych działań” przez niewystarczającą ilość urzędników sanitarnych, należy zrezygnować z instalacji lodówek w jednostkach armii – wyjaśnili urzędnicy. „Die Welt” stawia pytania, jak ma funkcjonować wojsko, w którym cywilni urzędnicy utrudniają służbę wojskowym, gdy tymczasem są ustawowo odpowiedzialni za to, by żołnierze posiadali niezbędny sprzęt. Absurdalny przypadek pokazuje jak na dłoni to, że „w armii panuje konflikt kompetencji między żołnierzami i administracją” – pisze „Die Welt”.

Rząd w Berlinie zdecydował, że Niemcy będą obchodzić Dzień Pamięci o Wypędzonych. Dziś na mediach społecznościowych Erika Steinbach świętuje swój ostateczny (oj, to jednak chyba złe słowo w kontekście niemieckiej historii), a zatem: wielki życiowy sukces.

erstei

 

 

 

 

 

 

 

Niemieckie władze ustaliły, że dzień Wypędzonych będzie świętowany 20 czerwca – wraz ze Światowym Dniem Uchodźcy, powołanym 14 lat temu przez Organizację narodów Zjednoczonych.

Minister Spraw Wewnętrznych, Thomas de Maiziere, uzasadniając decyzje rządu stwierdził, że ucieczki i wypędzenia są częścią europejskiej historii i że dotknęły one również miliony Niemców, którzy musieli opuścić swoje ojczyste tereny, głównie tereny obecnej Polski.

Rząd krajowy długo był przeciwny temu świętu, choć sukcesywnie wprowadzały je w życie poszczególne landy. Dopiero dziś zapadła ostateczna decyzja o wprowadzeniu ogólnoniemieckiego Dnia Wypędzonych.

W Niemczech ustanowienia Dnia Wypędzonych domagali się przede wszystkim ich przedstawiciele, zrzeszeni w Związku Wypędzonych – Bund der Vertriebenen (BdV). Długo na ich czele stała Erika Steinbach, która zażarcie walczyła o pamięć o niemieckich wypędzeniach. W ubiegłym roku Steinbach zrezygnowała z przewodniczenia BdV. Zastąpił ją polityk bawarskiej CSU Bernd Fabritius.

O tym, że Dzień Wypędzonych będzie ustanowiony, pisałam w „Polska the Times” w grudniu 2013 r.: http://www.polskatimes.pl/artykul/1056692,erika-steinbach-wraca-do-gry-cale-niemcy-beda-czcic-ofiary-wypedzen,id,t.html

Zara wprowadziła do sprzedaży dziecięce pidżamko-bluzeczki. Miały one poziome, szaro-niebieskie pasy, a na jednym z rękawów naszyte trzy ozdobne guziki. Pod nimi niefortunnie projektant, który musiał mieć słabą ocenę z historii Europy XX wieku, umieścił sześcioramienną gwiazdę w kolorze  żółtym, z zaokrąglonymi rogami i napisem „sheriff”. Miało to wyglądać jak T-shirt kowboja z filmu o dzikim zachodzie, a wyszło – jak strój więźnia Auschwitz.

koszulka z żółtą gwiazdą

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koszulkę można było nabyć w sklepach Zary m.in. w Wielkiej Brytanii, Danii, Anglii, Albanii i Izraelu. Internauci zażądali wycofania jej ze sprzedaży po tym, jak izraelski dziennikarz Dimi Rider porównał ubranie do munduru więziennego żydów z czasów Holocaustu.

Zara tłumaczy się w oświadczeniu dla prasy, że ubranie miało nawiązywać do bohaterów z westernów. Koszulkę natychmiast wycofano ze sprzedaży.

To nie pierwsza wpadka Zary z symboliką nazistowską. Siedem lat temu do sklepów tej sieci trafiły letnie torby ozdobione kwiatami i swastykami. Wtedy tłumaczono, że w hinduizmie i buddyzmie symbol ten oznacza szczęście i powodzenie. torba Zary ze swastyką

 

Niemiecki sport ma nowego bohatera, ale wielu naszych sąsiadów o nim nie wie, gdyż wielki sukces golfisty Martina Kaymera przyćmił występ niemieckiej reprezentacji na mundialu.

29-latek, ochrzczony przez media „Germanatorem”, wygrał 114. edycję prestiżowego wielkoszlemowego turnieju golfowego US Open. Jako siódmy w historii golfista utrzymał najlepszy wynik przez wszystkie cztery dni zawodów. Wygraną świętował w piwnym ogródku na Manhattanie wraz z innym golfistą z Hiszpanii, namiętnym fanem futbolu, Sergio Garcią, oglądając mecz Niemcy-Portugalia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na polu Pinehurst No.2 w stanie Północna Karolina Kaymer prowadził od pierwszej do ostatniej rundy. Faworytami turnieju byli Rory McIlroy, który kilka dni wcześniej zerwał zaręczyny z tenisistką Caroline Wozniacki, Adam Scott, obecny lider rankingu najlepszych gofistów świata, oraz Phil „Lefty” Mickelson, który w 1999 r. zajął w Pinehurst drugie miejsce, a do zdobycia „wielkoszlemowej czwórki” brakuje mu jedynie US Open.

 

kaymer

 

 

 

 

 

Pole Pinehurst No. 2 zbudowano w 1907 r., jednak ostatnio przeszło wielką renowację i stało się nie lada wyzwaniem nawet dla najwybitniejszych golfistów. Wydłużone o ponad 300 jardów, wzbogacone w liczne arcytrudne przeszkody wodne i piaskowe, z czterema dołkami par 4 o długości powyżej 500 jardów (457 metrów), obecnie liczy 7562 jardy (6915 metrów) i ma par (czyli wartość nominalną pola; założoną przez projektantów pola liczbę uderzeń na wszystkich dołkach potrzebnych do ukończenia rundy) 70. Podczas US Open dłuższe było tylko kalifornijskie pole Torrey Pines w 2008 r. (7607 jardy, par 72).

Kaymer już drugiego dnia wyrównał rekordowy dotychczas wynik US Open, który osiągnął Nick Faldo w 1992 r. na szkockim polu Muirfield: -10. W czwartek i piątek finiszował z wynikiem 65. Tylko w sobotę osiągnął rezultat o dwa uderzenia wyższy niż par pola. W niedzielę zakończył rundę z wynikim 69. Kolejni w rankingu zawodnicy mieli wynik aż o osiem uderzeń wyższy niż Niemiec.

Obecnie Kaymer zajmuje piąte miejsce w klasyfikacji generalnej rozgrywek PGA Tour.

Tuż po zakończeniu turnieju PGA, na tym samym polu rozpoczął się turniej żeńskiej sekcji amerykańskiego golfa profesjonalnego, czyli LPGA. Na twitterze zdarzenie bez precedensu oznaczano hasztagiem #samestage, czyli ta sama scena. W historii zdominowanego przez mężczyzn sportu dotychczas nie zdarzyło się, aby turniej PGA i LPGA odbywały się na tym samym polu tuż po sobie.

sandra gal

 

 

 

 

 

 

 

Golfistki w ramach przygotowań do własnych zawodów podglądały grę kolegów. Niemka Sandra Gal polała wodą mineralną triumfującego Kaymera, przenosząc do świata męskiego golfa tradycję LPGA bezalkoholowego polewania zwycięzcy. Zdjęcie świętujących Niemców wirusowo obiegło internet.

blog-sandra-gal-kaymer-0617

 

 

 

 

 

 

 

Zwycięzca otrzymał ok. 1,5 mln dolarów. Dodatkowo przez pięć kolejnych lat będzie automatycznie zapraszany do gry w pozostałych trzech turniejach wielkoszlemowych – The Masters, The Open Championship oraz The PGA Championship. Dodatkowo będzie też zwolniony z udziału w kwalifikacjach do US Open przez dziesięć nastęnych lat. Po ukończeniu 50 roku życia otrzyma zaproszenia do trzech z pięciu zawodów typu master dla seniorów, pięcioletnie prawo gry w US Senior Open i dożywotni wstęp na Senior PGA Championship oraz Senior British Open.

 

Niemieckie partie chadeckie CDU/CSU wygrały niedzielne wybory do Parlamentu Europejskiego. Na chadecję głosowało wg wstępnych podliczeń 35,3 proc. wyborców, o 2,6 proc. mniej niż w 2009 r.

Drugie miejsce zajęła socjaldemokracja (SPD), która zdobyła 27,3 proc. głosów, o 6,5 proc. więcej niż w 2009 r.niemieckie wybory

Zieloni dostali 10,7 proc., a postkomunistyczna Lewica – 7,4 proc. W swych pierwszych wyborach do Parlamentu Europejskiego aż ok. 7 proc. zdobyła populistyczna eurosceptyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD), partia istniejąca dopiero od roku.

Porażkę ponieśli liberałowie z FDP, którzy zdobyli zaledwie 3,4 proc.

Według portalu wahlrecht.de, chadecja otrzyma 34 mandaty, SPD 27, Zieloni 11, Lewica i AfD po siedem mandatów i FDP – trzy mandaty. Po jednym mandacie zdobyło jeszcze kilka niewielkich ugrupowań, w tym skrajnie prawicowa NPD, wykorzystując zniesienie przed wyborami 3-procentowego progu wyborczego.

Bez przeszkody w postaci progu skok do Brukseli może się powieść sześciu małym partiom: Wolni Wyborcy uzyskali według szacunków pierwszego programu niemieckiej telewizji ARD 1,4 procent głosów, Partia Ochrony Zwierząt 1,1 proc. i Niemiecka Partia Rodzin 0,7 procent. Ekologiczna Partia Demokratyczna (ÖDP) uzyskała 0,7 procent głosów. O jedną dziesiątą procenta więcej, bo 0,8 procent głosów, zdobyła skrajnie prawicowa NPD. Na Partię Piratów głosowało 1,3 procent wyborców.

Frekwencja wyniosła ok. 48 proc. i była o blisko 5 proc. wyższa niż w 2009 r. Jest to jeden z najwyższych wyników w UE. Przed Niemcami pod względem frekwencji uplasowały się wg wstępnych danych tylko Belgia (90 proc. – głosowanie jest tu obowiązkowe), Grecja – 58,2%, Irlandia – 51,6%, Luksemburg – 90%, Malta – 74,8%, Szwecja – 48,8% i Włochy – 60%.

Krótko przed wyborami dziennik „FAZ” zwrócił uwagę na możliwe manipulacje głosami u osób cierpiącymi na zaniki pamięci.  „W niedzielę (25.05) setki tysięcy Niemców pójdzie do urn, nie wiedząc, dlaczego. Niektórzy postawią krzyżyk w kratce obok partii, której nazwę usłyszeli przedtem albo od partnera, albo syna czy córki. Parę minut później nie będą wiedzieli, która partia była ich faworytem” – odnotowała „Frankfurter Allgemeine Zeitung. Gazeta podaje, że w Niemczech żyje 1,4 mln chorych na demencję; że wszyscy są pełnoletni i prawie wszyscy byli uprawnieni do głosowania w wyborach.

na podstawie: PAP, dw.de, faz.de

 

Za pięć lat, gdy niemieccy nauczyciele będą sprawdzać listę obecności pierwszaków z rocznika 2013, najczęściej wyczytają dziewczynki o imieniu Mia i chłopców o imieniu Ben, którzy na drugie imię będą mieć odpowiednio: Zofia albo Max.

Stowarzyszenie języka niemieckiego (GfdS) z Wiesbaden ogłosiło, że ulubionymi imionami dla dzieci (ogółem: pierwszymi, drugimi, etc.) w Niemczech w 2013 r. były Sophie/Sofie oraz Maximilian.

W grudniu ubiegłego roku badacz hobbysta Knud Bielefeld, dyżurny spec od imion, ogłosił, ze ulubionymi imionami nadawanymi dzieciom są Ben i Mia. Skąd zatem rozbieżność? Żaden niemiecki urząd nie ogłasza oficjalnych statystyk rejestrowanych imion dzieci. Różnica bierze się stąd, że Bielefeld podlicza tylko pierwsze imiona nowo narodzonych, a GfdS bierze pod uwagę również drugie lub trzecie imię, o ile zostało zarejestrowane w urzędzie.

W porównaniu do 2012 r. Sophie/Sofie utrzymała swoją pierwszą pozycję, a Maximilian zastąpił Luca/Lukę.

Najchętnie nadawane imiona męskie:
1. Maximilian (1,63 %)
2. Alexander (1,58 %)
3. Paul (1,51 %)
4. Luca/Luka (1,47 %)
5. Ben (1,30 %)
6. Luis/Louis (1,25 %)
7. Elias (1,24 %)
8. Leon (1,19 %)
9. Lukas/Lucas (1,17 %)
10. Noah (1,09 %)

Najchętniej nadawane imiona żeńskie:
1. Sophie/Sofie (3,32 %)
2. Marie (3,06 %)
3. Sophia/Sofia (1,62 %)
4. Maria (1,56 %)
5. Mia (1,55 %)
6. Emma (1,42 %)
7. Hannah/Hanna (1,27 %)
8. Anna (1,23 %)
9. Emilia (1,22 %)
10. Johanna (1,08 %)

GfdS po raz pierwszy w historii też podał, jakie były najchętniej nadawane pierwsze imiona dla dzieci. Są to: żeńskie imiona Mia, Emma i Hanna/Hannah, a u chłopców: Ben, Paul und Luca/Luka. Ten ranking zatem potwierdza doniesienia Bielefelda.

Jako drugie imię Niemcy najchętniej wybierali dla córek tradycyjne imiona: Sophie/Sofie, Marie oraz Maria, a dla synów: Alexander, Maximilian i Elias.

W ubiegłym roku zarejestrowano 876 tys. imion w urzędach. To, jak szacuje GfdS, obejmuje 90 proc. dzieci, które przyszły na świat w 2013 r. Otrzymały one 57 tys, różnych kombinacji imion! Co z pozostałymi 10 proc. maluchów, które umknęły przed rejestracją, nie wiadomo.

Najbardziej egzotyczne imiona, jakie rodzice postanowili nadać swoim dzieciom, a następnie obwieścić światu za pomocą naklejek na samochodach albo na tablicach korkowych w szpitalu, można znaleźć na tumblru „Chantalismus“.  Sherina-Felischa, Aragorn Klaus Dieter, Travis Paxton, Jerome-Jermaine Dean, Prischilla czy Fabienne Wolk – to tylko niektóre przykłady, jak można „uszczęśliwić” dziecko na całe życie.

oprac. na podstawie depeszy DPA

We Frankonii, regionie położonym w południowych Niemczech, dziennikarze wytropili ciekawy trend. Bawarczycy włączają się finansowo, albo za pomocą rąk własnych, w pomoc rolnikom, a w zamian dostają zdrowe płody ziemi. Obecnie zwane „ekologicznymi”, a niegdyś po prostu „darami natury”, pozbawione konserwantów, oprysków i sztucznych ulepszaczy smaku.

Dziś w całym zachodnim świecie rośnie moda na zaopatrywanie się w żywność od zaufanego rolnika. Kwitną eko-bazary i  sklepy z certyfikowaną zdrową żywnością. Jajka prosto od kury czy mięso z nieprzemysłowej  ubojni są na wagę złota. Nie każdego jednak stać eko-żywność, wyraźnie droższą od tej dostępnej w supermarkecie.

Dla takich osób idealnym rozwiązaniem jest „solidarne rolnictwo”. Osoby zainteresowane dostępem do zdrowej żywności wspomagają niewielkimi kwotami konkretne gospodarstwo, albo poświęcają swój czas pracując na roli. Pomysł przyszedł z USA, przez Francję, na rolnicze tereny nieopodal Norymbergii. Obecnie rolnicy, którzy też nie zawsze zarabiają krocie na ekologicznej hodowli zwierząt czy naturalnej uprawie roślin, szukają „mieszczuchów” chętnych do wzięcia udziału w akcji i doinwestowania ich działalności.

Pierwsze gospodarstwa  pozyskały już po 40-50 osób, które regularnie pomagają w dbaniu o czystość stajni czy zrywaniu owoców. Np. w zamian za strzyżenie owiec czy karmienie krów na łące, świadomi zagrożeń płynących ze spożywania przemysłowej żywności wolontariusze otrzymują za swój wkład doskonałej jakości mleko, sery czy mięso.

Zyskują obie strony. Ludzie z miast, szczególnie odcięte od przyrody dzieci, mają okazję zobaczyć, jak wygląda praca w wiejskim gospodarstwie. Rolnicy z kolei oszczędzają na płaceniu najemnym robotnikom. Za konkretny czas pracy czy uiszczaną stawkę „mieszczuchy” odbierają później naturalne produkty od znajomego rolnika. Poza korzystną dla obu stron transakcją, nawiązują się głębokie przyjaźnie. Warto, aby podobny trend zawitał do Polski.

Kiermasz

 

oprac. na podstawie źródeł własnych oraz www.br.de, „Fränkische Bauern Neuer Trend zur solidarischen Landwirtschaft”