Archiwa tagu: bundeswehra

Bundeswehra przeanalizowała skutki najgorszych scenariuszy dla przyszłości Unii Europejskiej, podaje Der Spiegel w artykule z 4 listopada 2017 r. Tajny 102-stronicowy dokument „Strategiczna perspektywa 2040” pochodzi z końca lutego.

W Strategische Vorausschau 2040 Bundeswehra po raz pierwszy w historii podjęła próbę zdefiniowania, w jaki sposób tendencje społeczne i konflikty międzynarodowe mogą wpływać na niemiecką politykę bezpieczeństwa w nadchodzących dziesięcioleciach. Dokument nie zawiera jednak zaleceń dotyczących organizacji, składu osobowego i wyposażenia niemieckich sił zbrojnych.

W dokumencie czytamy: „Rozszerzenie UE zostało w dużej mierze porzucone, kolejne państwa opuściły Wspólnotę. Europa straciła swoją globalną konkurencyjność”. „Coraz bardziej bezładny, po części chaotyczny i podatny na konflikty świat, radykalnie zmienił środowisko bezpieczeństwa Niemiec i Europy”.

W jednym z sześciu scenariuszy autorzy zakładają „wielokrotną konfrontację”. Jest w nim opisany świat, w którym porządek międzynarodowy ulega erozji po „dekadach niestabilności”, systemy wartości w różnych państwach stają się nie do pogodzenia, a globalizacja zostaje zatrzymana.

 

https://www.instagram.com/bundeswehr/

Chciałabym polecić doskonałą niemiecką produkcję kinową z ubiegłego roku, „Między Światami”. Film o udziale Bundeswehry w misji ISAF w Afganistanie jest od niedawna dostępny w kinach studyjnych na terenie Polski. Przejmującą muzykę do niego skomponował Jan A.P. Kaczmarek.

Po seansie „Snajpera” różnice w podejściu do spraw wojskowych po obu stronach Atlantyku stają się widoczne jak na dłoni. Amerykanin strzela do uzbrojonych Afgańczyków bez mrugnięcia powieką, a następnie zbiera za to laury, jest bohaterem narodowym. Niemiec boi się zabić zranioną krowę, choć w ten sposób tylko ulży jej cierpieniu. Czyni to dopiero po wyraźnym powtórzeniu przez dowódcę, że jest to rozkaz. Na glorię po powrocie do kraju nie ma co liczyć, co najwyżej czeka go tłumaczenie się, co robił jako okupant w obcym kraju i wstyd za to, że jako Niemiec-obywatel w mundurze zabijał ludzi. A przecież demony II wojny światowej wciąż nawiedzają niemieckie rodziny, kryją się na skrzętnie ukrywanych fotografiach i w zakamarkach pamięci.

W filmie – udanej koprodukcji niemiecko-afgańskiej – pokazani są przestraszeni Niemcy, którzy przyjeżdżają do Afganistanu nieść pokój, a po raz pierwszy w życiu muszą użyć broni; generałowie przebywający w dobrych warunkach z dala od realnych walk; czy wreszcie deputowani [Bundeswehra podlega kontroli parlamentarnej], którzy na oczy nie widzieli wojny, a rozliczają żołnierzy z ich decyzji podejmowanych w stanie wyższej konieczności pod wielkim napięciem.

„Spiegel” pisał w 2006 r., że Amerykanie mają Niemców w Afganistanie za „tchórzy”. Film doskonale pokazuje źródła takich ocen. Co ważne, to nie z winy szeregowych żołnierzy mieli oni często związane ręce i musieli odmawiać udziału w bezpośrednich walkach z innymi koalicjantami z ISAF. Znając odmienność systemów kształcenia wojskowego w RFN i USA, indywidualne postawy defensywne u Niemców też powinny być zrozumiałe.

Niezrozumiałe natomiast jest stosowanie spychologii wojska na dyplomatów (zaskoczyło mnie, że w filmie generał „zza biurka” prośbę Jaspera o pomoc dla Tarika i jego siostry zwala tak samo jak nasz MON na Auswärtiges Amt) pod względem pomocy dla Afgańczyków wspierających żołnierzy. Tłumacze czy inni informatorzy ISAF podzielają los filmowego tłumacza Tarika, oni i ich rodziny są narażeni na szykany i zemstę talibów jako „zdrajcy”. Jak się niedawno dowiedziałam, po zakończeniu misji w Iraku kilku tłumaczy wraz z rodzinami przyjechało do nas. Dostali mieszkania w płn.-wsch. części kraju, przez rok mieli pomoc socjalną. Mężczyźni mówili po polsku lub angielsku, lecz ich rodziny nie. Później, wobec braku pracy i nieuznania zagranicznego wykształcenia, część z nich wyjechała na zachód, z resztą MON nie ma kontaktu. W MON przygotowano listy osób, które powinny otrzymać pobyt w Polsce po zakończeniu misji afgańskiej, jednak inne ministerstwa (głównie MSZ) nie mają spójnego programu pomocy tym ludziom. W 2008 r. minister Klich mówił, że „jest niezbędne, aby uregulować status tych osób, które nas wspierały podczas misji wojskowych, a więc tłumaczy i osób w mundurach. Jeżeli tylko będą chciały ze względów bezpieczeństwa, będą mogły przenieść się i osiąść w Polsce”. Jeszcze jakiś czas temu media pisały o tym problemie, teraz wszyscy milczą, a dawni współpracownicy wojsk z Europy ponoszą za współpracę z nami najwyższą cenę.

Z materiałów prasowych:

Między światami ma rzadko spotykaną moc kształtowania wizerunku wojny. Tej prawdziwej i spektakularnej, ale nie ilością zdetonowanych na planie materiałów wybuchowych, a batalią między człowieczeństwem i brakiem jego poszanowania. ” – Der Spiegel

Po śmierci brata w Afganistanie, Jasper powraca do służby wojskowej. Jego oddział chroni małą wioskę przed talibami. Pomaga im lokalny tłumacz – Tarik, który stara się zachować możliwe największą neutralność. To jednak nie wystarcza, aby on i jego studiująca siostra mogli czuć się bezpiecznie. Dramatyczna sytuacja postawi Jaspera przed trudnym wyborem – czy pomóc przyjacielowi Tarikowi czy też dostosować się do surowego protokołu wojskowego?

Feo Aladag opowiadając o żołnierzach wysłanych do Afganistanu, traktuje o problemie powinowactwa i odmienności, zaufania i porażki. Pyta: jak można zachowywać się po ludzku, odbijając się od wojskowej biurokracji? Co zostaje z humanistycznych ideałów, kiedy co dzień musisz walczyć o przeżycie?

Oszczędna, minimalistyczna ścieżka dźwiękowa Jana A.P. Kaczmarka buduje świat zapomnianych uczuć, które przeżywają zaskoczeni niemieccy żołnierze i ich afgańscy towarzysze broni. Śmierć i przyjaźń są w ich życiu przypadkowe i niespodziewane. “Między światami” jest kinem nowoczesnym, które ufa we wrażliwość widza, siłę obrazów i muzyki, a rezygnuje z czarno-białych podziałów i odrzuca jednoznaczną ocenę wydarzeń. Aladag, na co dzień żona mężczyzny o mieszanym, turecko-niemieckim pochodzeniu, zbudowała frapujący portret “nierzeczywistej rzeczywistości” Afganistanu.zwischen

reż.: Feo Aladag
scen.: Feo Aladag, Matthias Kock
zdj.: Judith Kaufmann
muz.: Jan A.P. Kaczmarek
w.: Ronald Zehrfeld (Jesper), Mohsin Ahmady (Tarik), Saida Barmaki (Nala), Salam Yousefzai (Haroon), Felix Kramer (Oli), Pit Bukowski (Teckl), Tobias Schönenberg (Petze), Roman Rien (Sepp)
prod.: Niemcy 2014 (98 min)miedzy-swiatami-016-low-resmiedzy-swiatami-015-low-res

miedzy-swiatami-017-low-res

Bundeswehra jeszcze nigdy nie miała tak złej prasy. Wystarczy spojrzeć na nagłówki doniesień prasowych: bagno niekompetencji i niekonsekwencji, głęboki kryzys, niemiecka armia się sypie, Niemcy nie mają czym walczyć. To tytuły polskie. W niemieckich mediach jest jeszcze gorzej. Jeszcze nigdy o wojsku Republiki Federalnej nie mówiło się w przestrzeni publicznej tak negatywnie.

Jeśli ktoś wcześniej nigdy nie interesował się niemiecką polityką bezpieczeństwa, i nie ma choć podstawowej wiedzy o zdolnościach wojskowych naszego najważniejszego sojusznika na kontynencie, po lekturze prasy z ostatniego miesiąca może odnieść zupełnie błędne wrażenie, jakoby niemiecka armia należała do najsłabszych i najmniej wiarygodnych w Europie. Tymczasem liczy ona obecnie 181.099 żołnierzy, jest wyposażona w sprzęt, o którym Polska może tylko pomarzyć, a jej wysocy rangą dowódcy od lat piastują najwyższe stanowiska w NATO. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest w stanie doskonałym, ale problemy, z którymi się boryka, są typowe dla większości europejskich członków NATO. Wojsko Polskie w ostatnim czasie przechodzi przyspieszone reformy i uzupełnia braki w sprzęcie. Jednak jego kondycja, gdyby przeprowadzić audyt tak uczciwy jak zrobili to Niemcy, z pewnością nie okazałaby się lepsza.

Stan ten potwierdzają obawy naszych ekspertów i dziennikarzy, którzy nerwowo zastanawiają się, kto – jeśli nie Bundeswehra – przyjdzie nam z pomocą w pierwszych dniach potencjalnego ataku ze strony wschodniej. Amerykanie to najbardziej oczywista odpowiedź, ci jednak są daleko i potrzebują dużo czasu, aby dotrzeć na terytorium Polski. Niemcy są tuż za miedzą. Mówiąc z przekąsem, okazuje się, że musieliby przyjść do nas na piechotę, bo tylko ok. 40 proc. samolotów bojowych Luftwaffe nadaje się do służby operacyjnej. Pozostałe są zupełnie zepsute lub podlegają właśnie planowym pracom remontowym.

Pismo „Polska Zbrojna” (ówcześnie tygodnik) już w 2012 r. zamieściło okładkę ze zdjęciem żołnierzy Bundeswehry i napisem „Wszystko w rękach Niemiec”. Na długo przed aneksją Krymu przez Władimira Putina polscy specjaliści od polityki obronnej mieli świadomość, że bez gwarancji bezpieczeństwa ze strony Berlina, Polska – nawet jako silny członek NATO – jest bezbronna w obliczu ataku, czy to rakietowego, czy lądowego, zza wschodniej granicy.

Teraz sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta. Polski rząd zabiegał na szczycie w Walii o dodatkowe gwarancje ze strony NATO. Tyle, że NATO to również my, a w Europie przede wszystkim Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Z powodów geopolitycznych dla Polski najważniejszym sojusznikiem powinny być właśnie Niemcy.

Na początku września przedstawiciele trzech partii koalicyjnych w Czechach podpisali porozumienie, zgodnie z którym w tym kraju mają stopniowo wzrastać nakłady na obronę. Dokument podpisano w związku z sytuacją na Ukrainie, która udowodniła, że na terenie Europy lub w pobliżu jej granic może wybuchnąć tradycyjna wojna. Czas od rozpoczęcia relokacji wojsk wroga do rozpoczęcia przez niego działań ofensywnych może być krótszy niż terminy przewidziane przez NATO na dostarczenie pomocy sojusznikom. Zastanawiające jest zatem, dlaczego tak małe państwo jak Czechy zdaje sobie sprawę z tego, że konwencjonalne konflikty zbrojne to nie relikt przeszłości, tymczasem jedno z najważniejszych państw NATO w Europie odmawia zwiększania wydatków na zbrojenia i na łamach brukowca „Bild Zeitung” informuje o niemożności dotrzymania zobowiązań w Sojuszu.

Niemiecka minister obrony przyznała, że ze względu na słabą kondycję sił powietrznych Niemcy nie będą mogły wypełnić zobowiązań wobec NATO, w tym obietnicy dostarczenia w sytuacji kryzysowej Sojuszowi w ciągu max. 180 dni 60 myśliwców wielozadaniowych Eurofighter do prowadzenia operacji obronnej. Obecnie Bundeswehra może podzielić się z sojusznikami 42 sprawnymi maszynami tego typu. Pod znakiem zapytania staje sens deklaracji Republiki Federalnej o przyjęciu roli „państwa ramowego” NATO w zakresie obrony przeciwrakietowej.

Proponuję spojrzeć jednak na tę sytuację od trochę innej strony, tłumaczącej nagły szum medialny. Inną perspektywę zasugerowało mi niezależnie kilka osób związanych z armią lub federalnym ministerstwem obrony. Nie bagatelizując problemów Niemiec z kondycją wyposażenia wojska, należy zauważyć, że ktoś miał interes, aby właśnie teraz, gdy sytuacja geopolityczna jest niezwykle napięta w wielu regionach świata, podnieść larum o serii wpadek w Bundeswehrze. Fatalny jest sprzęt, pani minister, kampania promocyjna zachęcająca kobiety do służby w mundurze, a nawet alianci, którzy po zimnej wojnie doradzali Niemcom stopniowe zmniejszenie liczebności armii.

Być może argumenty o niewydolności niemieckiej armii pojawiły się po to, aby rząd w Berlinie miał łatwy do wyjaśnienia powód nieangażowania się w konflikty zagraniczne. Społeczeństwo nastawione negatywnie do udziału wojska niemieckiego w militarną działalność międzynarodową zyskało w ten sposób jeszcze jeden argument, że nie warto się angażować zbrojnie. Niemcy mogą teraz deklarować, że nie tylko brakuje im woli politycznej do przezwyciężenia ograniczeń wynikających z historii, ale po prostu dobrej jakości sprzętu, którym mogliby skutecznie walczyć. Lepiej zatem przerzucić odpowiedzialność na Amerykanów, którzy posiadają potężną armię oraz społeczeństwo popierające działania wojskowe w wymiarze globalnym.

Inne przypuszczenie, dlaczego akurat teraz rozkręcono kampanię medialną obnażającą braki w Bundeswehrze, jest następujące: stoi za tym niemiecki przemysł obronny. Rodzime wojsko zamawia od niemieckich producentów broni coraz mniej, a firmy, które sprzedają swoje towary za granicę, podlegają niezwykle restrykcyjnym przepisom i kontroli politycznej. Nawet, gdy spełniają wszystkie wymagania co do legalności wysyłanej broni, często stają się przedmiotem ataku ze strony mediów. A to negatywnie wpływa na ich wizerunek nie tylko w kraju, ale i na świecie. Jakie demokratyczne państwo kupi broń od firmy, której karabiny mordują niewinnych cywilów w Syrii? Być może słabe prognozy sprzedażowe na kolejne lata skłoniły niemieckich producentów broni do cichego porozumienia, aby zainteresować media problemami w armii, a tym samym zmusić rząd do zwiększenia krajowych zamówień z sektora zbrojeniowego. Po drugie firmy te mogą się postawić w lepszym świetle jako producenci tego, czego Republika Federalna potrzebuje, aby wypełniać zobowiązania międzynarodowe i nie zawieść swoich sojuszników w chwili próby.

Pozostaje jeszcze wątek rosyjski. W Niemczech wielu dziennikarzy, polityków czy politologów nie kryje sympatii dla Rosji. Czołowym przykładem może być tu były kanclerz Gerhard Schroeder. Silne powiązania ekonomiczne obu potęg nie sprzyjają zamrażaniu kontaktów, również w zakresie współpracy wojskowej. Rosja, oficjalnie świadoma niedostatków w armii ważnego kraju NATO, może w łatwy sposób manipulować eskalacją zagrożenia, wysyłać błędne sygnały o przygotowaniach do wojny z wybranym krajem Sojuszu. Obnażone Niemcy z bezzębną armią nie odważą się zareagować zbrojnie, a może nawet odmówią zwiększenia sankcji gospodarczych dla Rosji. Słabość Niemiec będzie ważnym argumentem na rzecz zahamowania izolacji Rosji, która trzymana jako wróg z dala od światowych salonów politycznych, może się zdecydować na okazanie siły za pomocą środków zbrojnych. Wynikiem takiego myślenia będzie próba utrzymania możliwie jak najlepszych stosunków z Moskwą, co leży w żywotnym interesie Niemiec, a może być groźne z perspektywy Polski. Równocześnie świadczy o naiwności niemieckich polityków, którzy wciąż liczą na to, że przywódca Rosji postępuje racjonalnie.

Te trzy punkty są jedynie przypuszczeniami, hipotezami o źródłach zmasowanych publikacji atakujących własne wojsko. Być może prawdziwe są wszystkie, być może żadna z nich. Nie przypuszczam jednak, że konsekwentna krytyka Bundeswehry w Niemczech, a dzięki efektowi domina również w innych krajach, pochodzi z przypadku.

(wpis z 9.X) W Bundeswehrze nadal wrze. Ten wpis będzie uzupełnieniem artykułu, który ukazał się w ostatnim wydaniu „Polski the Times” (jest dostępny na stronie internetowej pod adresem:http://www.polskatimes.pl/artykul/3602725,bundeswehra-armia-gotowa-ale-niedozbrojona-czy-niemcy-pomoga-polsce-w-razie-zagrozenia,id,t.html).

Poza samolotami-nielotami na wyposażeniu Luftwaffe i seksistowską kampanią skierowaną do kobiet, na panią minister von der Leyen spadają kolejne ciosy, w tym jeden rodem z Monty Pythona. Ale zacznijmy na poważnie.

  1. Ministerstwo Obrony nazwało doniesienia magazynu „Der Spiegel” o niemożności przerzucenia żołnierzy-ochotników samolotami Służby Medycznej na tereny objęte wirusem Ebola „bzdurą”. Oznacza to, że jakieś samoloty wojskowe u sąsiadów jednak latają, a to dla Polaków dobra wiadomość. Bo jak donosi „Zeit„, Polacy najbardziej ze wszystkich krajów obawiają się bezskrzydłej Bundeswehry niezdolnej do wypełnienia zobowiązań natowskich, „gdyby jednak weszli Rosjanie”.
  2. Kolejny „hot news” to ogłoszenie raportu grupy ekspertów badającej projekty zbrojeniowe niemieckiego wojska. Przygotowanie raportu jeszcze w czerwcu zleciła firmie KPMG sama minister. 30 ekspertów przeanalizowało dziewięć najważniejszych projektów zbrojeniowych. Wnioski z badania projektów zbrojeniowych są tragiczne, specjaliści wskazali na ok. 140 problemów i zagrożeń, w tym na  wieloletnie opóźnienia w dostawach i zawyżone koszty. W raporcie można przeczytać np. o serii problemów związanych z produkcją samolotów transportowych A400M i systemów obrony przeciwrakietowej.
  3. Ostatnia wpadka dotyczy… lodówek :-) Von der Leyen chciała jakiś czas temu zyskać kilka „plusów” wśród wojskowych i zdecydowała o stworzeniu programu wprowadzenia zmian w jednostkach tak, by żołnierze czuli się w nich bardziej „jak w domu” – pisze „Die Welt”. Gazeta tłumaczy, że chodziło m.in. o to, by wojskowym zapewniono „w świetlicach telewizory z płaskimi ekranami” oraz „kuchnie z lodówkami”. Jednak cywilni urzędnicy, odpowiedzialni za przestrzeganie norm sanitarnych w wojsku, uznali żołnierzy za niezdolnych do „regularnego czyszczenia lodówek i otworów wentylacyjnych” w kuchniach. Proces ten powinien odbywać się co dwa tygodnie, jednak wobec „niemożliwości kontrolowania tych działań” przez niewystarczającą ilość urzędników sanitarnych, należy zrezygnować z instalacji lodówek w jednostkach armii – wyjaśnili urzędnicy. „Die Welt” stawia pytania, jak ma funkcjonować wojsko, w którym cywilni urzędnicy utrudniają służbę wojskowym, gdy tymczasem są ustawowo odpowiedzialni za to, by żołnierze posiadali niezbędny sprzęt. Absurdalny przypadek pokazuje jak na dłoni to, że „w armii panuje konflikt kompetencji między żołnierzami i administracją” – pisze „Die Welt”.