Archiwa tagu: polityka

W czwartek w Krzyżowej gościła Angela Merkel. Wraz z premier Ewą Kopacz otworzyła  wystawę „Odwaga i pojednanie”  w 25. rocznicę przełomowego dla polsko-niemieckich relacji spotkania premiera Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla w 1989 roku.

Z ust szefowej niemieckiego rządu padło wiele słów miłych polskiej duszy: że Niemcy wyrządzili nam straszne krzywdy w okresie II wojny światowej, że Polska przyczyniła się do obalenia komunizmu, że jesteśmy razem silni w Sojuszu Północnoatlantyckim, że Berlin rozumie polską wrażliwość historyczną i że prędzej Niemcy sami na nas napadną, niż oddadzą nas w szpony Rosji. To ostatnie to już wyolbrzymienie, ale z zachowaniem sensu wypowiedzi oryginalnej.

Te właśnie informacje przebiły się w mediach polskich, które pisały o spotkaniu w Krzyżowej głównie na podstawie depeszy PAP. Zajrzałam do niemieckiego Google News i przekonałam się, że zdolności mówienia „każdemu według potrzeb” Angela Merkel ma opanowane w stopniu bliskim doskonałości.

Oto kilka nagłówków z niemieckich serwisów  informacyjnych: Merkel broni w Polsce konieczności dialogu z Rosją, obiecuje nam wsparcie NATO, krytykuje Rosję podczas podroży do Polski , występuje przeciwko „prawu silniejszego” i chwali polsko-niemieckie pojednanie. Dalej kolejne wersje, kolejne „najważniejsze aspekty wypowiedzi”. I któż może nie być ukontentowany słowami żelaznej damy z Berlina, od Lizbony po Władywostok?

g news

 

 

 

 

 

 

 

 

Bundeswehra jeszcze nigdy nie miała tak złej prasy. Wystarczy spojrzeć na nagłówki doniesień prasowych: bagno niekompetencji i niekonsekwencji, głęboki kryzys, niemiecka armia się sypie, Niemcy nie mają czym walczyć. To tytuły polskie. W niemieckich mediach jest jeszcze gorzej. Jeszcze nigdy o wojsku Republiki Federalnej nie mówiło się w przestrzeni publicznej tak negatywnie.

Jeśli ktoś wcześniej nigdy nie interesował się niemiecką polityką bezpieczeństwa, i nie ma choć podstawowej wiedzy o zdolnościach wojskowych naszego najważniejszego sojusznika na kontynencie, po lekturze prasy z ostatniego miesiąca może odnieść zupełnie błędne wrażenie, jakoby niemiecka armia należała do najsłabszych i najmniej wiarygodnych w Europie. Tymczasem liczy ona obecnie 181.099 żołnierzy, jest wyposażona w sprzęt, o którym Polska może tylko pomarzyć, a jej wysocy rangą dowódcy od lat piastują najwyższe stanowiska w NATO. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest w stanie doskonałym, ale problemy, z którymi się boryka, są typowe dla większości europejskich członków NATO. Wojsko Polskie w ostatnim czasie przechodzi przyspieszone reformy i uzupełnia braki w sprzęcie. Jednak jego kondycja, gdyby przeprowadzić audyt tak uczciwy jak zrobili to Niemcy, z pewnością nie okazałaby się lepsza.

Stan ten potwierdzają obawy naszych ekspertów i dziennikarzy, którzy nerwowo zastanawiają się, kto – jeśli nie Bundeswehra – przyjdzie nam z pomocą w pierwszych dniach potencjalnego ataku ze strony wschodniej. Amerykanie to najbardziej oczywista odpowiedź, ci jednak są daleko i potrzebują dużo czasu, aby dotrzeć na terytorium Polski. Niemcy są tuż za miedzą. Mówiąc z przekąsem, okazuje się, że musieliby przyjść do nas na piechotę, bo tylko ok. 40 proc. samolotów bojowych Luftwaffe nadaje się do służby operacyjnej. Pozostałe są zupełnie zepsute lub podlegają właśnie planowym pracom remontowym.

Pismo „Polska Zbrojna” (ówcześnie tygodnik) już w 2012 r. zamieściło okładkę ze zdjęciem żołnierzy Bundeswehry i napisem „Wszystko w rękach Niemiec”. Na długo przed aneksją Krymu przez Władimira Putina polscy specjaliści od polityki obronnej mieli świadomość, że bez gwarancji bezpieczeństwa ze strony Berlina, Polska – nawet jako silny członek NATO – jest bezbronna w obliczu ataku, czy to rakietowego, czy lądowego, zza wschodniej granicy.

Teraz sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta. Polski rząd zabiegał na szczycie w Walii o dodatkowe gwarancje ze strony NATO. Tyle, że NATO to również my, a w Europie przede wszystkim Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Z powodów geopolitycznych dla Polski najważniejszym sojusznikiem powinny być właśnie Niemcy.

Na początku września przedstawiciele trzech partii koalicyjnych w Czechach podpisali porozumienie, zgodnie z którym w tym kraju mają stopniowo wzrastać nakłady na obronę. Dokument podpisano w związku z sytuacją na Ukrainie, która udowodniła, że na terenie Europy lub w pobliżu jej granic może wybuchnąć tradycyjna wojna. Czas od rozpoczęcia relokacji wojsk wroga do rozpoczęcia przez niego działań ofensywnych może być krótszy niż terminy przewidziane przez NATO na dostarczenie pomocy sojusznikom. Zastanawiające jest zatem, dlaczego tak małe państwo jak Czechy zdaje sobie sprawę z tego, że konwencjonalne konflikty zbrojne to nie relikt przeszłości, tymczasem jedno z najważniejszych państw NATO w Europie odmawia zwiększania wydatków na zbrojenia i na łamach brukowca „Bild Zeitung” informuje o niemożności dotrzymania zobowiązań w Sojuszu.

Niemiecka minister obrony przyznała, że ze względu na słabą kondycję sił powietrznych Niemcy nie będą mogły wypełnić zobowiązań wobec NATO, w tym obietnicy dostarczenia w sytuacji kryzysowej Sojuszowi w ciągu max. 180 dni 60 myśliwców wielozadaniowych Eurofighter do prowadzenia operacji obronnej. Obecnie Bundeswehra może podzielić się z sojusznikami 42 sprawnymi maszynami tego typu. Pod znakiem zapytania staje sens deklaracji Republiki Federalnej o przyjęciu roli „państwa ramowego” NATO w zakresie obrony przeciwrakietowej.

Proponuję spojrzeć jednak na tę sytuację od trochę innej strony, tłumaczącej nagły szum medialny. Inną perspektywę zasugerowało mi niezależnie kilka osób związanych z armią lub federalnym ministerstwem obrony. Nie bagatelizując problemów Niemiec z kondycją wyposażenia wojska, należy zauważyć, że ktoś miał interes, aby właśnie teraz, gdy sytuacja geopolityczna jest niezwykle napięta w wielu regionach świata, podnieść larum o serii wpadek w Bundeswehrze. Fatalny jest sprzęt, pani minister, kampania promocyjna zachęcająca kobiety do służby w mundurze, a nawet alianci, którzy po zimnej wojnie doradzali Niemcom stopniowe zmniejszenie liczebności armii.

Być może argumenty o niewydolności niemieckiej armii pojawiły się po to, aby rząd w Berlinie miał łatwy do wyjaśnienia powód nieangażowania się w konflikty zagraniczne. Społeczeństwo nastawione negatywnie do udziału wojska niemieckiego w militarną działalność międzynarodową zyskało w ten sposób jeszcze jeden argument, że nie warto się angażować zbrojnie. Niemcy mogą teraz deklarować, że nie tylko brakuje im woli politycznej do przezwyciężenia ograniczeń wynikających z historii, ale po prostu dobrej jakości sprzętu, którym mogliby skutecznie walczyć. Lepiej zatem przerzucić odpowiedzialność na Amerykanów, którzy posiadają potężną armię oraz społeczeństwo popierające działania wojskowe w wymiarze globalnym.

Inne przypuszczenie, dlaczego akurat teraz rozkręcono kampanię medialną obnażającą braki w Bundeswehrze, jest następujące: stoi za tym niemiecki przemysł obronny. Rodzime wojsko zamawia od niemieckich producentów broni coraz mniej, a firmy, które sprzedają swoje towary za granicę, podlegają niezwykle restrykcyjnym przepisom i kontroli politycznej. Nawet, gdy spełniają wszystkie wymagania co do legalności wysyłanej broni, często stają się przedmiotem ataku ze strony mediów. A to negatywnie wpływa na ich wizerunek nie tylko w kraju, ale i na świecie. Jakie demokratyczne państwo kupi broń od firmy, której karabiny mordują niewinnych cywilów w Syrii? Być może słabe prognozy sprzedażowe na kolejne lata skłoniły niemieckich producentów broni do cichego porozumienia, aby zainteresować media problemami w armii, a tym samym zmusić rząd do zwiększenia krajowych zamówień z sektora zbrojeniowego. Po drugie firmy te mogą się postawić w lepszym świetle jako producenci tego, czego Republika Federalna potrzebuje, aby wypełniać zobowiązania międzynarodowe i nie zawieść swoich sojuszników w chwili próby.

Pozostaje jeszcze wątek rosyjski. W Niemczech wielu dziennikarzy, polityków czy politologów nie kryje sympatii dla Rosji. Czołowym przykładem może być tu były kanclerz Gerhard Schroeder. Silne powiązania ekonomiczne obu potęg nie sprzyjają zamrażaniu kontaktów, również w zakresie współpracy wojskowej. Rosja, oficjalnie świadoma niedostatków w armii ważnego kraju NATO, może w łatwy sposób manipulować eskalacją zagrożenia, wysyłać błędne sygnały o przygotowaniach do wojny z wybranym krajem Sojuszu. Obnażone Niemcy z bezzębną armią nie odważą się zareagować zbrojnie, a może nawet odmówią zwiększenia sankcji gospodarczych dla Rosji. Słabość Niemiec będzie ważnym argumentem na rzecz zahamowania izolacji Rosji, która trzymana jako wróg z dala od światowych salonów politycznych, może się zdecydować na okazanie siły za pomocą środków zbrojnych. Wynikiem takiego myślenia będzie próba utrzymania możliwie jak najlepszych stosunków z Moskwą, co leży w żywotnym interesie Niemiec, a może być groźne z perspektywy Polski. Równocześnie świadczy o naiwności niemieckich polityków, którzy wciąż liczą na to, że przywódca Rosji postępuje racjonalnie.

Te trzy punkty są jedynie przypuszczeniami, hipotezami o źródłach zmasowanych publikacji atakujących własne wojsko. Być może prawdziwe są wszystkie, być może żadna z nich. Nie przypuszczam jednak, że konsekwentna krytyka Bundeswehry w Niemczech, a dzięki efektowi domina również w innych krajach, pochodzi z przypadku.