Archiwa tagu: USA

Amerykański żołnierz, które zdezerterował w Niemczech ma bardzo małe szanse na azyl. Musiałby wykazać, że służąc w Iraku mógł potencjalnie być zaangażowany w zbrodnie wojenne! Warunki, w jakich dezerterowi z armii państwa spoza UE można udzielić azylu w państwie UE zostały sprecyzowane w wyroku TS i nie są korzystne dla Andre Shepherda, który w 2007 r. opuścił swoją jednostkę stacjonującą w Niemczech, gdy po raz drugi otrzymał rozkaz wyjazdu do Iraku – na wojnę jego zdaniem sprzeczną z prawem międzynarodowym. Po wielkich wysiłkach na rzecz polepszenia atmosfery na linii Waszyngton-Berlin, nadwyrężonych po aferze z podsłuchiwaniem przez Amerykanów telefonu kanclerskiego, złapaniu szpiega USA w szeregach niemieckich służb czy wreszcie skandalu po publikacji raportu o torturach CIA, RFN nie zaryzykuje kolejnego ciosu w ledwo posklejane relacje transatlatyckie. Szczególnie w obliczu konieczności mówienia jednym głosem wobec Moskwy, dla której każda rysa na moście przez Ocean Spokojny to powód do radości.

Shepherd był w armii od grudnia 2003 r., trafił do jednostki w Katterbach w Bawarii. We wrześniu 2004 r. został wysłany do Iraku jako mechanik śmigłowca Apache. Wziął tam udział w szturmie wojsk amerykańskich na Falludżę, gdzie toczyły się szczególnie ciężkie walki. Jednak sam w nich nie brał udziału.

W sierpniu 2008 r. amerykański żołnierz wystąpił w Niemczech o azyl. Swoją jednostkę stacjonującą w Niemczech opuścił w kwietniu 2007 r., po otrzymaniu drugiego rozkazu wyjazdu z misją do Iraku. Po powrocie z pierwszej misji przedłużył swoją służbę w armii amerykańskiej, do której wstąpił początkowo na okres 15 miesięcy.

Na poparcie wniosku o udzielenie azylu Shepherd podniósł, że z powodu dezercji grozi mu postępowanie karne. Ponadto, jako że z amerykańskiego punktu widzenia dezercja jest poważnym przestępstwem, ma ona wpływ na jego życie, ponieważ naraża go na wykluczenie społeczne w jego kraju.

Proszą o azyl powołał się na czwartą Zasadę Norymberską z 1946 r.: działania na rozkaz nie stanowi czynnika zwalniającego z odpowiedzialności za popełnione czyny. Żołnierz powołuje się też na rezolucję 1998/77 Komisji Praw Człowieka ONZ, , która uznaje, że prawo do odmowy odbycia służby wojskowej z powodu sprzeciwu sumienia jest nieodłącznie związane z prawem do wolności myśli, sumienia i wyznania, zapisanym w art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i w art. 18 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych.

Po oddaleniu wniosku o udzielenie azylu przez Bundesamt für Migration und Flüchtlinge (federalny urząd ds. migracji i uchodźców), A. Shepherd zwrócił się do Bayrisches Verwaltungsgericht München (sądu administracyjnego w Monachium) o stwierdzenie nieważności tej decyzji oraz o przyznanie mu statusu uchodźcy. Ten sąd z kolei zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości o wykładnię europejskiej dyrektywy 2004/83 o statusie uchodźcy.

Zgodnie z tą dyrektywą, za uchodźcę może zostać uznany, pod określonymi warunkami, obywatel państwa trzeciego, który żywi uzasadnioną obawę przed prześladowaniem z powodów rasowych, religijnych, narodowościowych, przekonań politycznych lub członkostwa w określonej grupie społecznej. Dyrektywa określa między innymi elementy, które pozwalają uznać dane akty za akty prześladowania.

Zgodnie z dyrektywą, akt prześladowania może w szczególności przybrać formę „ścigania lub kar za odmowę odbywania służby wojskowej w przypadku konfliktu, jeżeli odbycie służby wojskowej pociągałoby za sobą dokonywanie przestępstw”.

Na wypadek, gdyby nie zostało wykazane, by służba, której pełnienia odmówił A. Shepherd, miała pociągać za sobą popełnianie zbrodni wojennych, Verwaltungsgericht zwrócił się również do Trybunału Sprawiedliwości o sprecyzowanie przesłanek uprawniających do ochrony ustanowionej dyrektywą w dwóch innych przypadkach. Zgodnie bowiem z dyrektywą, akty prześladowania mogą mieć również miejsce, gdy władze publiczne podejmują działania dyskryminujące lub nieproporcjonalne.

W odniesieniu do tych dwóch innych przypadków Trybunał stwierdził, że w okolicznościach takich jak w niniejszej sprawie nie wydaje się, by środki grożące żołnierzowi z powodu odmowy pełnienia służby, to jest skazanie na karę pozbawienia wolności lub wydalenie ze służby mogły zostać uznane, w świetle uzasadnionego prawa zainteresowanego państwa do utrzymywania sił zbrojnych, za nieproporcjonalne lub dyskryminujące do tego stopnia, by zaliczyć je do aktów prześladowania, o których mowa w tych przepisach. Dokonanie stosownych ustaleń należy teraz do organów krajowych.

Dezerter ma bardzo nikłe szanse na pozytywny dla siebie wyrok. Dlaczego? Bo gdyby Niemcy przychyliły się do wniosku Shepherda, automatycznie uznałyby, że wojna w Iraku łamała prawo międzynarodowe. Z drugiej strony Niemcy to kraj, gdzie istnieje osobista odpowiedzialność żołnierza za swoje czyny i możliwość sprzeciwienia się rozkazowi, o ile stoi w sprzeczności z sumieniem, a wcześniej, gdy istniał pobór – istniało prawo do służby zastępczej z powodu konfliktu sumienia. Idea wewnętrznego dowodzenia jest jednym ze zrębów Bundeswehry. W armii amerykańskiej jednak rozkaz to rozkaz…

Co jeszcze wynika z wyroku Trybunału Sprawiedliwości z 26 lutego 2015 r. w sprawie C-472/13 Andre Lawrence Shepherd przeciwko Bundesrepublik Deutschland?

Trybunał orzekł, iż:
– ochrona przewidziana dla takiego przypadku obejmuje cały personel wojskowy, w tym również członków personelu logistycznego lub pomocniczego;
– obejmuje ona sytuację, w której odbywana służba wojskowa sama w sobie pociągałaby za sobą, w określonym konflikcie, popełnianie zbrodni wojennych, w tym sytuacje, gdy osoba ubiegająca się o azyl uczestniczyłaby jedynie pośrednio w popełnianiu takich zbrodni, jeżeli poprzez wykonywanie swoich zadań dostarczałyby, z racjonalnym prawdopodobieństwem, niezbędnego wsparcia w ich przygotowywaniu lub dokonywaniu;
– obejmuje ona nie tylko sytuacje, w których zostało wykazane, że zbrodnie wojenne już zostały popełnione lub mogą podlegać osądowi Międzynarodowego Trybunału Karnego, ale także sytuacje, gdy osoba ubiegająca się o przyznanie statusu uchodźcy jest w stanie wykazać, że popełnienie takich zbrodni jest wysoce prawdopodobne;
– ocena faktów, której przeprowadzanie należy wyłącznie do organów krajowych pod kontrolą sądu, dla celów zakwalifikowania sytuacji określonej służby, powinna opierać się na łańcuchu poszlak mogącym doprowadzić, w świetle ogółu okoliczności danej sprawy (w szczególności związanych z odpowiednimi faktami dotyczącymi państwa pochodzenia w czasie rozpoznawania wniosku, jak również indywidualnej sytuacji i uwarunkowań osobistych wnioskodawcy), do wykazania, że sytuacja tej służby uprawdopodabnia popełnianie podnoszonych zbrodni wojennych;
– okoliczność, z jednej strony, że interwencja wojskowa została rozpoczęta na podstawie mandatu Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych lub na podstawie zgody wspólnoty międzynarodowej oraz, z drugiej strony, że państwo lub państwa prowadzące operacje karzą zbrodnie wojenne powinna być brana pod uwagę w trakcie oceny, której przeprowadzenie należy do organów krajowych oraz
– odmowa pełnienia służby wojskowej powinna stanowić jedyny środek umożliwiający osobie ubiegającej się o azyl uniknięcie udziału w podnoszonych zbrodniach wojennych i w konsekwencji, jeżeli wnioskodawca nie skorzystał z procedury mającej na celu uzyskanie statusu osoby odmawiającej działania sprzecznego z własnym sumieniem, to taka okoliczność wyklucza wszelką ochronę na mocy rozpatrywanego tu przepisu, chyba że wnioskodawca udowodni, że żadna procedura tego rodzaju nie była dostępna w jego konkretnej sytuacji.

oprac. m.in. na podstawie Komunikatu Prasowego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nr 20/15

f36ee50fdbbe4ff7ed2d1da25915dea7v1_max_440x330_b3535db83dc50e27c1bb1392364c95a2

Bundeswehra jeszcze nigdy nie miała tak złej prasy. Wystarczy spojrzeć na nagłówki doniesień prasowych: bagno niekompetencji i niekonsekwencji, głęboki kryzys, niemiecka armia się sypie, Niemcy nie mają czym walczyć. To tytuły polskie. W niemieckich mediach jest jeszcze gorzej. Jeszcze nigdy o wojsku Republiki Federalnej nie mówiło się w przestrzeni publicznej tak negatywnie.

Jeśli ktoś wcześniej nigdy nie interesował się niemiecką polityką bezpieczeństwa, i nie ma choć podstawowej wiedzy o zdolnościach wojskowych naszego najważniejszego sojusznika na kontynencie, po lekturze prasy z ostatniego miesiąca może odnieść zupełnie błędne wrażenie, jakoby niemiecka armia należała do najsłabszych i najmniej wiarygodnych w Europie. Tymczasem liczy ona obecnie 181.099 żołnierzy, jest wyposażona w sprzęt, o którym Polska może tylko pomarzyć, a jej wysocy rangą dowódcy od lat piastują najwyższe stanowiska w NATO. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest w stanie doskonałym, ale problemy, z którymi się boryka, są typowe dla większości europejskich członków NATO. Wojsko Polskie w ostatnim czasie przechodzi przyspieszone reformy i uzupełnia braki w sprzęcie. Jednak jego kondycja, gdyby przeprowadzić audyt tak uczciwy jak zrobili to Niemcy, z pewnością nie okazałaby się lepsza.

Stan ten potwierdzają obawy naszych ekspertów i dziennikarzy, którzy nerwowo zastanawiają się, kto – jeśli nie Bundeswehra – przyjdzie nam z pomocą w pierwszych dniach potencjalnego ataku ze strony wschodniej. Amerykanie to najbardziej oczywista odpowiedź, ci jednak są daleko i potrzebują dużo czasu, aby dotrzeć na terytorium Polski. Niemcy są tuż za miedzą. Mówiąc z przekąsem, okazuje się, że musieliby przyjść do nas na piechotę, bo tylko ok. 40 proc. samolotów bojowych Luftwaffe nadaje się do służby operacyjnej. Pozostałe są zupełnie zepsute lub podlegają właśnie planowym pracom remontowym.

Pismo „Polska Zbrojna” (ówcześnie tygodnik) już w 2012 r. zamieściło okładkę ze zdjęciem żołnierzy Bundeswehry i napisem „Wszystko w rękach Niemiec”. Na długo przed aneksją Krymu przez Władimira Putina polscy specjaliści od polityki obronnej mieli świadomość, że bez gwarancji bezpieczeństwa ze strony Berlina, Polska – nawet jako silny członek NATO – jest bezbronna w obliczu ataku, czy to rakietowego, czy lądowego, zza wschodniej granicy.

Teraz sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta. Polski rząd zabiegał na szczycie w Walii o dodatkowe gwarancje ze strony NATO. Tyle, że NATO to również my, a w Europie przede wszystkim Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Z powodów geopolitycznych dla Polski najważniejszym sojusznikiem powinny być właśnie Niemcy.

Na początku września przedstawiciele trzech partii koalicyjnych w Czechach podpisali porozumienie, zgodnie z którym w tym kraju mają stopniowo wzrastać nakłady na obronę. Dokument podpisano w związku z sytuacją na Ukrainie, która udowodniła, że na terenie Europy lub w pobliżu jej granic może wybuchnąć tradycyjna wojna. Czas od rozpoczęcia relokacji wojsk wroga do rozpoczęcia przez niego działań ofensywnych może być krótszy niż terminy przewidziane przez NATO na dostarczenie pomocy sojusznikom. Zastanawiające jest zatem, dlaczego tak małe państwo jak Czechy zdaje sobie sprawę z tego, że konwencjonalne konflikty zbrojne to nie relikt przeszłości, tymczasem jedno z najważniejszych państw NATO w Europie odmawia zwiększania wydatków na zbrojenia i na łamach brukowca „Bild Zeitung” informuje o niemożności dotrzymania zobowiązań w Sojuszu.

Niemiecka minister obrony przyznała, że ze względu na słabą kondycję sił powietrznych Niemcy nie będą mogły wypełnić zobowiązań wobec NATO, w tym obietnicy dostarczenia w sytuacji kryzysowej Sojuszowi w ciągu max. 180 dni 60 myśliwców wielozadaniowych Eurofighter do prowadzenia operacji obronnej. Obecnie Bundeswehra może podzielić się z sojusznikami 42 sprawnymi maszynami tego typu. Pod znakiem zapytania staje sens deklaracji Republiki Federalnej o przyjęciu roli „państwa ramowego” NATO w zakresie obrony przeciwrakietowej.

Proponuję spojrzeć jednak na tę sytuację od trochę innej strony, tłumaczącej nagły szum medialny. Inną perspektywę zasugerowało mi niezależnie kilka osób związanych z armią lub federalnym ministerstwem obrony. Nie bagatelizując problemów Niemiec z kondycją wyposażenia wojska, należy zauważyć, że ktoś miał interes, aby właśnie teraz, gdy sytuacja geopolityczna jest niezwykle napięta w wielu regionach świata, podnieść larum o serii wpadek w Bundeswehrze. Fatalny jest sprzęt, pani minister, kampania promocyjna zachęcająca kobiety do służby w mundurze, a nawet alianci, którzy po zimnej wojnie doradzali Niemcom stopniowe zmniejszenie liczebności armii.

Być może argumenty o niewydolności niemieckiej armii pojawiły się po to, aby rząd w Berlinie miał łatwy do wyjaśnienia powód nieangażowania się w konflikty zagraniczne. Społeczeństwo nastawione negatywnie do udziału wojska niemieckiego w militarną działalność międzynarodową zyskało w ten sposób jeszcze jeden argument, że nie warto się angażować zbrojnie. Niemcy mogą teraz deklarować, że nie tylko brakuje im woli politycznej do przezwyciężenia ograniczeń wynikających z historii, ale po prostu dobrej jakości sprzętu, którym mogliby skutecznie walczyć. Lepiej zatem przerzucić odpowiedzialność na Amerykanów, którzy posiadają potężną armię oraz społeczeństwo popierające działania wojskowe w wymiarze globalnym.

Inne przypuszczenie, dlaczego akurat teraz rozkręcono kampanię medialną obnażającą braki w Bundeswehrze, jest następujące: stoi za tym niemiecki przemysł obronny. Rodzime wojsko zamawia od niemieckich producentów broni coraz mniej, a firmy, które sprzedają swoje towary za granicę, podlegają niezwykle restrykcyjnym przepisom i kontroli politycznej. Nawet, gdy spełniają wszystkie wymagania co do legalności wysyłanej broni, często stają się przedmiotem ataku ze strony mediów. A to negatywnie wpływa na ich wizerunek nie tylko w kraju, ale i na świecie. Jakie demokratyczne państwo kupi broń od firmy, której karabiny mordują niewinnych cywilów w Syrii? Być może słabe prognozy sprzedażowe na kolejne lata skłoniły niemieckich producentów broni do cichego porozumienia, aby zainteresować media problemami w armii, a tym samym zmusić rząd do zwiększenia krajowych zamówień z sektora zbrojeniowego. Po drugie firmy te mogą się postawić w lepszym świetle jako producenci tego, czego Republika Federalna potrzebuje, aby wypełniać zobowiązania międzynarodowe i nie zawieść swoich sojuszników w chwili próby.

Pozostaje jeszcze wątek rosyjski. W Niemczech wielu dziennikarzy, polityków czy politologów nie kryje sympatii dla Rosji. Czołowym przykładem może być tu były kanclerz Gerhard Schroeder. Silne powiązania ekonomiczne obu potęg nie sprzyjają zamrażaniu kontaktów, również w zakresie współpracy wojskowej. Rosja, oficjalnie świadoma niedostatków w armii ważnego kraju NATO, może w łatwy sposób manipulować eskalacją zagrożenia, wysyłać błędne sygnały o przygotowaniach do wojny z wybranym krajem Sojuszu. Obnażone Niemcy z bezzębną armią nie odważą się zareagować zbrojnie, a może nawet odmówią zwiększenia sankcji gospodarczych dla Rosji. Słabość Niemiec będzie ważnym argumentem na rzecz zahamowania izolacji Rosji, która trzymana jako wróg z dala od światowych salonów politycznych, może się zdecydować na okazanie siły za pomocą środków zbrojnych. Wynikiem takiego myślenia będzie próba utrzymania możliwie jak najlepszych stosunków z Moskwą, co leży w żywotnym interesie Niemiec, a może być groźne z perspektywy Polski. Równocześnie świadczy o naiwności niemieckich polityków, którzy wciąż liczą na to, że przywódca Rosji postępuje racjonalnie.

Te trzy punkty są jedynie przypuszczeniami, hipotezami o źródłach zmasowanych publikacji atakujących własne wojsko. Być może prawdziwe są wszystkie, być może żadna z nich. Nie przypuszczam jednak, że konsekwentna krytyka Bundeswehry w Niemczech, a dzięki efektowi domina również w innych krajach, pochodzi z przypadku.