Archiwa tagu: wypędzeni

Jutro w Niemczech po raz pierwszy obchodzony będzie Dzień Uciekinierów i Ofiar Wypędzeń. Data obchodów – nieprzypadkowo – pokrywa się z Międzynarodowym Dniem Uchodźcy ustanowionym przez ONZ. Z tej okazji na wszystkich budynkach państwowych zostanie wywieszona flaga narodowa.

20 lipca Niemcy wspominają rodaków wysiedlonych po wojnie z Polski czy z Czech, lecz także współczesnych wygnańców. Na początku maja br. kanclerz Angela Merkel podczas organizowanego co roku przez BdV przyjęcia w Berlinie powiedziała, że „rząd niemiecki będzie nadal stał po stronie wypędzonych, zarówno w dobrych czasach, jak i wtedy, gdy trzeba będzie rozwiązać jakiś problem”. A problemem może być np. negatywna opinia strony polskiej o działalności BdV.

„Wypędzenia są bezprawiem, zarówno te, które wydarzyły się wczoraj, jak i te, które mają miejsce dzisiaj” – mówiła dalej kanclerz. „Wypędzeni”, „bezprawie”, „prawo do heimatu”, „cierpienia związane z utratą stron ojczystych” – te zwroty weszły do mainstreamu, a trzeba pamiętać, że stworzyło je konkretne środowisko lobbujące na rzecz pamięci o wysiedleniach spowodowanych przesunięciem granic. A to przesunięcie nastąpiło z kolei w wyniku najokrutniejszych w historii świata rządów pewnego Austriaka wybranego w demokratycznych wyborach przez naród niemiecki na swojego przywódcę i dotknęło nie tylko Niemców. Polska też ma swoich „wielokrotnie wypędzonych”, tylko tak ich nie nazywa.

Merkel podkreśliła na przyjęciu BdV, że obchody mają „połączyć przeszłość z teraźniejszością”, przypominając też o ponad 50 milionach uciekinierów we współczesnym świecie. Goszcząca na przyjęciu Erika Steinbach dodała, że „połączenie Dnia Uciekinierów z Dniem Uchodźcy jest jasnym sygnałem, że wypędzenia Niemców łamały prawa człowieka. Niemcy wypędzeni z heimatu nie okopali się w swoim losie pełnym cierpienia, tylko znowu wskazali jasno, że solidarnie stoją po stronie współczesnych ofiar ucieczek i wypędzeń”. Moje pytanie brzmi: czy współcześni wypędzeni wiedzą o swoich niemieckich adwokatach? Jaką realną pomoc od nich dostają? Zdjęcie na wystawie w stolicy RFN?

Łączenie tego cierpienia z cierpieniem uchodźców z Syrii w 2015 r. jest wyrafinowanym mataczeniem. W postmodernistycznych mediach rację ma ten, kto króluje nad narracją, kto ma władzę nad opisem. Liczy się dobór słów, to one decydują, które fakty utrzymają się w świadomości przyszłych pokoleń i jaką rangę otrzymają.

W artykułach przypominających losy wypędzanych Niemców używane są niezwykle emocjonalne słowa, przypominające opisy mordowania przez nazistów „podludzi” na Wschodzie. Mówi się o masakrze, rozstrzeliwaniach niewinnych Niemców ukrywających po wojnie nazistów, wynarodowieniu, wygnaniu, pozbawieniu praw, godności i majątku, bezzasadnej odpowiedzialności zbiorowej, niezawinionej winie. Bardzo wyraźnie Niemców odróżnia się od nazistów.

Pamiętam pewne zajęcia dla studentów prowadzone we Wrocławiu przez historyczkę o lewicowych poglądach. Mówiła, że historia to zbiór faktów istotny dla konkretnej grupy ludzi, który podlega negocjacji i przewartościowaniu w ramach wymiany pokoleń. Polscy uczestnicy byli oburzeni takim nauczaniem. A niestety ta osoba, przedstawiająca się jako trener, tak właśnie prowadzi zajęcia z młodzieżą.

Wypędzeni to akurat grupa konserwatystów, ale podejście do nauczania historii jest w Niemczech przesiąknięte duchem roku ’68. To wtedy za Oceanem otwarto dla osób z mniejszości i weteranów wojennych, nie zawsze nawet z wykształceniem średnim, bramy uniwersytetów. Nie trzeba było nic wiedzieć, trzeba było rozmawiać, dyskutować. Liczyła się umiejętność obrony swojego zdania, choćby najgłupszego, odkrycie siebie, swojej roli w świecie, bez konieczności poznania fundamentów danej dziedziny.

To stąd tak popularne stały się kierunki studiów humanistycznych i społecznych, na których studiowanie polegało na seminariach z wykładowcami i pisaniu esejów, a nie czytaniu Platona czy nauce przebiegu Rewolucji Francuskiej. Reinterpretacja faktów, pisanie nowych narracji do dawnych wydarzeń, prymat uczuć nad faktami oraz przeżyć jednostkowych nad narodowymi, tożsamość ponad przynależnością z urodzenia, nazywanie na nowo zjawisk, kreowanie i obalanie bohaterów – na tym opierało się i do dziś w dużej mierze opiera pionierstwo wielu nauk miękkich.

Nowy przewodniczący BdV Bernd-Bernhard Fabritius jest przedstawiany w mediach jako nowa jakość po „złej” Steinbach. W wywiadzie dla Tagespiegel na pytanie „Skąd bierze się nieporozumienie, że Niemcom nie wolno czcić swoich ofiar?” [btw, utezowienie tego pytania to temat na godzinne seminarium na wydziale dziennikarstwa], powiedział: „Wynika to z wpływu fałszywego myślenia kategoriami winy kolektywnej. Wielu [niemieckich] prezydentów prawidłowo podkreślało, że wina i brak winy są zawsze indywidualne”. Pytanie i odpowiedź to majstersztyk liderów narracji.

Moim zdaniem Fabritius jest groźniejszy od Steinbach, bo ma wizerunek sympatycznego i otwartego (jest m.in. gejem żyjącym w zalegalizowanym związku partnerskim), a de facto głosi w jeszcze bardziej zawoalowany sposób te same postulaty co Steinbach, której rola w BdV jest nadal niezwykle duża. Na przyjęciu Merkel wychwalała ją pod niebiosa. Tego nie da się już zrzucić na karb kampanii wyborczej i chęci pozyskania głosów ze skrajnej prawej chadecji. To po prostu przemyślane budowanie polityki historycznej przez przywódcę najmocniejszego pod każdym względem państwa w Europie. A jeszcze w 2011 r. czytaliśmy Gazecie Wyborczej: „Politycy chadecji przekonują nieoficjalnie, że rząd nie będzie w ogóle brał uchwały [Bundestagu domagającej się dnia niemieckich wypędzonych] pod uwagę i nie zgodzi się na ustanowienie dnia wypędzonego„. Trzy lata później ten dzień został ustanowiony.

Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie opublikowała badanie na temat stosunku do wypędzeń w Niemczech, Polsce i Czechach. Przewodniczący grupy Wypędzonych, przesiedlonych i niemieckich mniejszości z frakcji CDU/CSU w Bundestagu Klaus Brähmig powiedział, że 53 proc. Niemców, a 73 proc. wypędzonych popiera 20 czerwca jako datę obchodów. Warto wspomnieć, że status „wypędzonego” jest dziedziczny, objęty niejako prawem ius sanguinis.

Samo powstanie „widomego znaku” w Berlinie popiera 39 proc. Polaków, 24 proc. jest przeciwnych. W 2006 roku pozytywnie o projekcie wypowiedziało w naszym kraju 32 proc. osób. Badanie robił wiarygodny Instytut Demoskopii w Allensbach, ale dobór respondentów chyba nie było zupełnie przypadkowy. Albo mam taki niefart, że znam ludzi, którzy na pytanie o centrum dokumentacji, którego nie znają i którego nie widzieli, odpowiadają „nie wiem” zamiast „tak”. Myślę, że podobny wynik zebrałby chiński ośrodek badawczy gdyby sprawdził opinie Polaków o planowanej na listopad wystawie kamieni szlachetnych w Szanghaju. Jakby co, jestem na „tak”.

Mödlareuth. Miejscowość zwana potocznie „Little Berlin”, podzielona przez ponad cztery dekady podobnie jak stolica Niemiec, tylko w mniejszej skali, na dwie części. Przez tę leżącą na pograniczu Bawarii i Turyngii, liczącą ok. 50 mieszkańców miejscowość płynie strumyk, który w powodzi historii zimnej wojny urósł do rangi drugiego muru berlińskiego, pilnie strzeżonego przez wojska obu stron żelaznej kurtyny.

2-format43

W 1952 r. powstała wzdłuż niego palisada, którą w 1966 r. zastąpiono betonowym murem o długości 800 m. Dawnym sąsiadom zakazano nawet pozdrawiania osób po drugiej stronie. W 1983 r. wiceprezydent Stanów Zjednoczonych George H. W. Bush odwiedził zachodnią część miasteczka, gdzie wypowiedział słynne słowa: „Ich bin ein Mödlareuther!” („Jestem mieszkańcem Mödlareuth”), nawiązując do słów Johna F. Kennedy’ego „Ich bin ein Berliner”.

landkarte

 

 

 

 

 

 

Mur berliński został zwalony 10 listopada 1989 r. W „małym murze” wydzielono wówczas przejście dla pieszych. 17 czerwca 1990 r., siedem miesięcy po upadku muru berlińskiego i cztery miesiące przed zjednoczeniem Niemiec, zburzono większą część „małego muru”. Niewielką jego część pozostawiono jako memento, które jest obecnie atrakcją turystyczną. W 1994 r. utworzono tutaj niemiecko-niemieckie muzeum pamięci o podziale Niemiec.

Teraz fabularyzowane dzieje mieszkańców małego Mödlareuth możemy oglądać na małym ekranie. W miniserialu „Tannbach – Schicksal eines Dorfes” („Tannbach – dzieje pewnej wsi”) splatają się losy trzech rodzin – rodzimych i napływowych mieszkańców, jeńców wojennych, dezerterów i oportunistów nazistowskich, którzy starają się przeżyć ostatnie dni wojny i ułożyć sobie życie w nowej rzeczywistości. Wpierw Tannbach trafia pod okupację amerykańską, później jest w strefie radzieckiej, a latem 1946 r. wieś zostaje podzielona pomiędzy oba mocarstwa. Bohaterowie, ci, którzy przeżyli hitleryzm w pełni świadomie, oraz ci, którzy byli wtedy dziećmi, stają przed wyborem – jak żyć w rozdarciu pomiędzy kształtującymi się dwoma państwami niemieckimi. Podziały ideologiczne wkradają się pod strzechy domostw, gdzie jeszcze niedawno modlono się za Hitlera lub o jego rychłą śmierć. Niektórzy dokonują wyborów biało-czarnych, podczas gdy inni lawirują, potrafiąc dostosować się do każdej władzy i wyciągając z tego osobiste korzyści.

tann2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miniserial zebrał bardzo dobre recenzje w prasie niemieckojęzycznej. 6 milionów Niemców zasiadło przed telewizorami w dniu premiery I odcinka w TV. Obejrzałam dotychczas pierwszy z trzech odcinków [są dostępne online przez dwa tygodnie po premierze telewizyjnej w mediatece ZDF]. Produkcja przypadła mi do gustu, jest dobrze zagrana i doskonale oddaje powojenne realia i troski zarówno codzienne, jak i ideologiczne ludności niemieckiej, muszącej skonfrontować się z odpowiedzialnością za obozy koncentracyjne, z których filmy są pokazywane podczas wieczorków denazyfikacyjnych.

Z topograficzno-związkowym kosmosem serialu i filmikami making-of można zapoznać się tutaj: http://tannbach-modul.zdf.de/

tannbach10 

Recenzent z lewicowej Tagesspiegel zarzucił producentce Gabrieli Sperl, która produkowała również „Die Flucht”, że tendencyjnie jako postaci najbardziej niesympatyczne i agresywne, pokazała komunistów i żołnierzy armii czerwonej, „którym od ograniczania wolności i strzelania do dzieci serce rośnie” [„Am unsympathischsten sind aber ohnehin Kommunisten und Rotgardisten, denen beim Freiheitbeschneiden und Kinderabknallen das Herz aufgeht.„] Trzeba przyznać, że lekko przekupny Amerykanin to pestka w porównaniu do brutalnych maszyn do zabijania w radzieckich mundurach. Zastanawiam się, czy aż tak negatywnie Rosjanie zostaliby pokazani w niemieckiej telewizji, gdyby nie aneksja Krymu i wojenna retoryka Putina.

Dla przypomnienia: „Die Flucht„, czyli „Ucieczka” to produkcja ARD z 2007 r. Główną bohaterką dwuczęściowego filmu jest hrabianka Lena von Mahlenburg, zarządzająca od lata 1944 r. majątkiem. Gdy w styczniu 1945 r. na te tereny wkraczają żołnierze radzieccy, hrabianka, wykazując cywilną odwagę i hart ducha, organizuje ucieczkę mieszkańców. Po wielu dramatycznych przygodach uchodźcom udaje się przedostać do Bawarii. Wiele wątków „Ucieczki” jest zbliżonych do „Tannbach”, co nie powinno dziwić, gdyż obie produkcje pokazują niemiecki punkt widzenia na niemieckie losy po wojnie. W ten ciąg „folkloru pamięci” – Unsere Mütter, unsere Väter (2013), Die Flucht (2007), Die Luftbrücke (2005) – wpisuje się i Tannbach. Tu przynajmniej w pierwszym odcinku, nie ma Polaków, mam nadzieję, że tym razem Niemcy nie chcieli ryzykować dokładania na siłę „polskich antysemitów” do niemieckiej narracji i wywoływania kolejnego spięcia z Warszawą. Wynika to również z innego doboru konsultantów historycznych, o czym poniżej.

Z kontrowersyjnym serialem „Nasze matki, nasi ojcowie” („UMUV”) serial o Tannbach łączy przejmująca muzyka autorstwa Fabiana Römera, szwajcarskiego kompozytora. Również w obu produkcjach osobę żydowskiego pochodzenia cudem uratowaną przez dobrych Niemców gra Ludwig Trepte. Dla bohatera „UMUV” Viktora Goldsteina, który swoje niearyjskie pochodzenie bardziej niż przez oficerami SS musi ukrywać przed zionącymi antysemityzmem żołnierzami Armii Krajowej, Greta do ostatniego tchu śpiewała piosenkę-wyznanie „Mein kleines Herz„. Natomiast Lothar Erler przybywa jako uciekinier przed pożogą wojenną z Berlina do wschodniego Tannbach, a wojnę przeżywa dzięki adoptowaniu przez wspaniałomyślną Niemkę. Obie te historie mogły się zdarzyć raczej na ekranie niż w życiu, ale trzeba założyć, że Trepte już na zawsze wdrukuje się młodym Niemcom jako „uratowany z Holokaustu przez dobrych krajanów”.

unser

 

 

 

 

 

 

 

 

W serialu o Tannbach konsultantami historycznymi byli ludzie o szerszych horyzontach niż przy „UVUM”. W przypadku kontrowersyjnej produkcji były to następujące osoby: Rolf-Dieter Müller, Sönke Neitzel, Julius H. Schoeps, Matthias Rogg, Jens Wehner.

Rolf-Dieter Müller, naczelny konsultant historyczny „Naszych Matek,….”, to niemiecki historyk, dyrektor niemieckiego Wojskowego Biura Badań Historycznych, który w swoich opracowaniach dowodzi, że idea niemiecko-polskiego sojuszu wcale nie była z góry skazana na niepowodzenie, a Hitler zaatakował ZSRR tylko dlatego, że został postawiony pod ścianą. Są to tezy z pogranicza science-fiction, co potwierdzają debaty na ten sam temat prowadzone przez polskich badaczy.

fachberatung tannbach

 

Główny konsultant przy najnowszym serialu, Steininger, jest z kolei anglistą, zajmował się historią powojenną USA i Niemiec. Również głosi kontrowersyjne tezy, pozostając przy tym silnym Atlantystą. Uważa m.in., że Adenauer popełnił błąd odrzucając notę Stalina z 1952 r., uznając ją za blef [Stalin 10 marca 1952 r. zaskoczył aliantów przekazując im niespodziewanie zgodę ZSRR na zjednoczenie podzielonych Niemiec zgodnie z ustaleniami konferencji poczdamskiej, przy czym nowe Niemcy miały pozostać państwem neutralnym]. Nie usprawiedliwia okresu III Rzeszy, stara się go zrozumieć.

Scenariusz do miniserialu napisała ciekawa para Josephin i Robert Thayenthal. Ona ze wschodu, on – z zachodu, ur. w Austrii. Josephine, urodzona w 1962 r. w Rostocku, jako matka rocznego dziecka obserwowała upadek muru od strony wschodniej. Drugie dziecko urodziła w 1990 r. Robert, rocznik 1952, gdy upadał mur, już kilka lat w Monachium. Małżeństwo „po przejściach” poznało się 10 lat temu, połączyła ich pasja zawodowa, a prywatnie – miłość. Z autopsji znają uczucia, jakie targają ludźmi żyjącymi po dwóch stronach barykady, dlatego tak wiernie opisali je w scenariuszu serialu o Tannbach.

Z dużymi protestami widzów na serwisach społecznościowych spotkał się dialekt, którym posługują się mieszkańcy filmowego Mödlareuth. Jest to dialekt z północnej Bawarii, podczas gdy w tym regionie ludzie używają dialektu frakońskiego. Niemcy odbierają to wynaturzenie języka jako ignorancję producentów. Czują to samo, co czuli Polacy słysząc niechlujną polską mowę, jakby czytaną z google translatora, w serialu „UMUV”.

tannbach-heiner-lauterbach