Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

fot. Bartek Syta

fot. Bartek Syta

_ASY0457 _ASY0466

Bartek Syta

Bartek Syta

Piątek 30 sierpnia, godz. 5.45.wciąż w Bagram. Budzik, jaki nastawiłam wieczorem wygrywa swoje skoczne, znienawidzone w Polsce takty. Zrywam się z łóżka z nadzieją, że może uda nam się dziś wkręcić na poranny lot do Ghazni. Stamtąd przed siódmą przylecą dwa śmigłowce, przywiozą żołnierzy którzy wracają do kraju i zabiorą specjalsów oraz naszą zaprzyjaźnioną już Emi, zwaną Staszkiem. Staszek jest pilotem i strzelcem pokładowym Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej i jest tam jedyną kobietą. W hotelu u Mariana, gdzie nas zakwaterowano po przylocie z Polski, razem ze Staszkiem i Czarną – ratownikiem medycznym, która też czeka na wyjazd do Ghazni dzielimy jeden pokój. Idziemy ze Staszkiem pod prysznice, zmywam z siebie pył Bagram. Jestem gotowa, ale nie budzę jeszcze Bartka, bo jeśli decyzja będzie odmowna, to po co przerywać mu sen. Decyzja odmowna. Żegnam Staszka, zabiera ze sobą torbę z prezentami, jakie uszykowaliśmy z Bartkiem chłopakom w Ghazni: polski chleb z bazarku przy Racławickiej, kiszone ogórki, smalec, wędzona szynka, kabanosy, kiełbasa, no, tego typu przysmaki. Są tam też paczki, jakie dzień przed odlotem do Afganistanu wręczył mi Maksymilian Rigamonti, który niedawno wrócił z Afganistanu. Maksymilian pożyczył mi też swojego lockera – wielką czarna walizę, bardzo pakowną i na kółkach. Dzwonię do rzecznika w Ghazni, co z naszym wylotem, suszę głowę dowódcy, który odpowiada za loty. W końcu zgłasza się do mnie pani porucznik i mówi, że opcje są dwie – albo codziennie o piątej rano będziemy czekać na „Paksie”, czyli lotnisku i mieć nadzieję, że znajdzie się dla nas miejsce, albo zapiszemy się na lot amerykańskim „ringiem” na poniedziałek. Ona poleca opcję drugą. Zgadzam się, ale na przemian z Bartkiem nie przestajemy zawracać głowę dowódcy. Po 11 całą paczką wybieramy się do „difaku”, czyli amerykańskiej stołówki na śniadanie. Zabieram ze sobą aparat. Robert ostrzega, że o tej porze cywili mogą nie wpuścić, bo do 12 pierwszeństwo maja żołnierze. – Wczoraj byliśmy wcześniej i nikt nie zwrócił uwagi – mówi Czarna i to załatwia sprawę. Przy wejściu czarnoskóra Amerykanka zwraca mi uwagę, że z torbą nie wejdę. – To nie torba, to aparat – mówię, pokazuję, ale ona ma swoje procedury. Wyciągam aparat z pokrowca i stawiam go przy niej, myję ręce, biorę tacę, wybieram pieczeń po turecku, sałatę, fasolkę szparagową i brokuły i rozglądam się za swoją grupą. Nagle słyszę: – Mem, mem! – zatrzymuje mnie rosły Amerykanin w mundurze i nakazuje opuścić difak, choć do 12, kiedy można już wchodzić wszystkim jest jakieś dwadzieścia minut. – Co mam zrobić z tym – wskazuję na tacę z moim daniem. Objaśnia, że mogę go sobie zjeść w innym roomie, jaki się mieści naprzeciwko. Lunch jem więc samotnie, przy sąsiednim stoliku pożywia się personel, czyli Afgańczycy – kucharze, sprzątacze i tym podobni funkcyjni. W hotelu poznaję chłopaków, którzy właśnie wrócili z Ghazni. Słucham ich szczątkowych opowieści o tym, co działo się podczas ataku 28 sierpnia. Pewnie kiedyś jakiś historyk napisze o tym zimną i suchą relację, tego, co stało się w polskiej bazie, ja mam opowieści pełne emocji. – To byli najlepsi z najlepszych – mówi Piotrek o terrorystach-samobójcach, którzy w środę wdarli się do bazy. – Byli poprzebierani w mundury ANA (afgańskiej armii), kamizelkach kuloodpornych i kamizelkach wybuchowych. – Ale wczoraj, co było wczoraj! Mieliście chyba z 9 incomingów (ostrzałów bazy) – wtrąca ktoś ze słuchaczy, bo takie informacje do nas docierały. – Piotrek macha ręką. – Eee, takie tam ostrzeliwanie – macha ręka Piotrek. Oddycham z ulgą, uspokojona. Zwykłe ostrzeliwanie to chyba da się znieść. Na papierosie spotykam kolejnego mężczyznę, który właśnie przyleciał z Ghazni. Pilot. Znalazł się w Ghazni tego niefortunnego dnia specjalnie na święto lotnictwa. Siadam, palimy, gadamy. Widzę, że jest w głębokiej traumie. Wciąż powtarza: – Ale jebnęło! Ale jebnęło! Myślałem, że znam siebie. Myślałem, że jestem mocny. Strach zajrzał mi w oczy – wzdycha. Wstaje. Siada, znów wstaje. Wzdycha. – Oj dziewczyno. Oj dziewczyno. Nie jedź do Ghazni. Chcesz żyć? To siedź tutaj. Tu jest bezpiecznie. Tam się jeszcze nie skończyło. Talibowie znów szykują atak – mówi. Obok nas przechodzą cywilni pracownicy – Afgańczycy. – Jak ja ich nienawidzę – wyrywa mu się i chowa twarz w dłoniach. Wysoki, silny, dobrze zbudowany czterdziestoletni facet jest zupełnie rozklejony. Nie umiem sobie wyobrazić, co przeżył.

Już w Ghazni dowiem się, że prawdopodobnie musiał stać bardzo blisko wybuchu. Dowiem się też, że nie był to pilot z Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej.

Ale na razie wciąż jesteśmy w Bagram. O 17 zapraszają nas na spotkanie z generałem Packiem, rektorem Akademii Obrony Narodowej, który przyleciał do Bagram. Bartek zgłasza, że molestował dowódcę w sprawie naszego wyjazdu. Teraz moja kolej. Schodzę na parter. – Lecicie – mówi. – Ze specjalsami, amerykańskimi chinookami. Bagaż o 18.30 przed hotelem. Wysyłam was do piekła – dodaje. A ja wiem, że trochę żartuje, a trochę nie. Idziemy na spotkanie z generałem. Jest grill, są kiełbaski. Generał się spóźnia. – Słyszeliśmy już o generale, który się spóźnił – Bartek przypomina anegdotkę, jaką usłyszeliśmy na kursie dla korespondentów wojennych w Kielcach, jak to polski generał miał o 12 lecieć śmigłowcem z amerykańskim generałem. Przyjechał na lotnisko 12.05. Po śmigłowcu już ani śladu. Amerykański generał nie czekał. Ale my czekamy, generał przyjeżdża, ściska każdemu rękę. Czarna, Bartek i dwóch jego kolegów żołnierzy z pokoju rezygnują z grilla, idą na difak. – Wezmę coś jeszcze chłopakom do Ghazni – mówi Bartek. Docierają do nas bowiem niewesołe wiadomości: difak w Ghazni zniszczony, kontener z jedzeniem się spalił, są tylko suche racje. Wracam do pokoju i rzucam się do pakowania. Na lotnisko wiezie nas major. Twarz znajoma. Dopiero w chinooku wpadam na to, skąd go znam – był jednym z wykładowców na kursie w Kielcach i był świetny. W hełmach na głowach, kamizelkach kuloodpornych pakujemy się do śmigłowców. Zastanawiam się, jak one udźwigną kilkadziesiąt osób i mnóstwo kilogramów bagażu. Kiedy śmigłowce z otwartym tyłem unoszą się z lądowiska, jest już zupełnie ciemno. Szybko znikają światła bazy w Bagram. 10-15 minut później otrzymujemy pierwszą serię, pociski wystrzelane przez terrorystów walą w bok śmigłowca. Oczywiście jest to ta strona, przy której siedzę. Czuję się, jakbym dostała serią po plecach. Robi mi się ciepło. Wiatr przynosi przez otwarty tył samolotu ostry zapach prochu. Więc tak pachnie proch. Trochę jak siarka. A jak siarka, to piekło. Ściskam plecak, jaki trzymam w rękach, nie widzę, ale mogę się założyć, że mam zbielałe palce. Spoglądam na żołnierzy siedzących obok mnie. Miny Apaczów, jakby nic się nie stało. „No tak, zwykły ostrzał, takie tam. Nie ma się czym przejmować – przypominam sobie słowa Piotrka w hotelu. Szczęśliwie lądujemy w Ghazni. Specjalsi po ciemku błyskawicznie wynoszą bagaże. Słyszę, że właśnie znów trwa atak na bazę. Spoglądam w niebo i widzę migające ogniki od wystrzeliwanych rac. W ciemnościach odnajduje mnie Marek z sekcji prasowej. Chwyta za lockera z jednej strony, ja z drugiej. Biegniemy w ciemnościach w stronę samochodów. Tam spotykamy Darka – rzecznika i Bartka. I znów biegiem do siedziby sekcji. Ale incoming został odwołany. Podobno nawet nie było ostrzału, tylko ktoś wypalił racę. I tak uświadamiam sobie, jak szybko roznoszą się różne plotki, pogłoski i inne straszne wiadomości. Ktoś coś zobaczył, ktoś źle zinterpretował, ktoś powtórzył, dokładając swoją wersję. Każdy ma swój obraz, ale obraz całościowy może być zupełnie inny. Przekonam się o tym następnego dnia, podczas objazdu bazy i rekonstrukcji zdarzeń z 28 sierpnia. Podobnie, jak przekonam się o tym, że dla tych, co są w bazie w Ghazni, sytuacje, jakie mają tu miejsce są tej samej rangi, co newsy o obaleniu rządu, abdykacji papieża czy pojawieniu się nowej planety w naszym układzie słonecznym. Są sprawy, o których mówi się wszędzie: w b-hutach (bihatach) i c-hutach sihatach), w toaletach i na papierosie w miejscach do tego przeznaczonych. Całe powietrze jest naelektryzowane lawinami wiadomości – tych, co się zdarzyły, jak i tych, które mogą się zdarzyć. Tymczasem w siedzibie rzeczników zrzucamy bagaże, chłopaki proponują kawę. Pierwszy łyk i… czuję, jak całe napięcie odpuszcza. – Nareszcie w domu – mówię i naprawdę wierzę w to, co mówię. – Ale śpisz w kościele – informuje natychmiast Marek. – Nie ma mowy. Śpię w waszym kontenerze. Macie tam przecież wolny pokój – próbuję się kłócić. Niestety, wojsko już wcześniej zaplanowało – śpię w kościele – to znaczy w pokoju bez okna przy kaplicy. Bartek z Markiem odprowadzają mnie do mojej kwatery. Wyciągam śpiwór, ściągam buty. Reszty nie pamiętam.

P.S. Wszystkie zdjęcia – Bartek Syta

Od czwartku razem z fotoreporterem Bartkiem Sytą jesteśmy w Afganistanie. Ci, co śledzą wydarzenia, jakie tu mają ostatnio miejsce, wiedzą, że trafiliśmy na gorący czas i nie chodzi wyłącznie o to, że w dzień mamy około 40 stopni i palące słońce przyćmione mgiełką wszechobecnie unoszącego się pyłu.

Pamiętajcie jednak, że media (zwłaszcza te, które nie są na miejscu, tylko informacje produkują z plotek, półprawd i pogłosek) często przesadzają.

My postaramy się pisać, jak jest.

Blog ruszy z kopyta, kiedy znajdziemy się w Ghazni. Mamy nadzieję, że nastąpi to wkrótce.

Tymczasem nie zasypiamy gruszek w popiele. Bartek ma swoją fotograficzną robotę, a ja przygotowuję słownik wyrazów używanych przez polskich zołnierzy i pracowników cywilnych w bazach wojskowych w Bagram i Ghazni. Dzięki niemu będziecie mogli się poruszać po tym innym świecie łatwiej. I zdanie: „Gdzie jest mój ajdi, bo idę na difak, czy też: „Rosiek na szczęście ominął ajdika” będzie dla wszystkich zrozumiałe”

Pozdrawiamy.

http://goodnews.blox.pl