Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

 

FOT. Bartek Syta. Aneta, psycholog. Jeden ze schronów w polskiej bazie Ghazni

FOT. Bartek Syta. Aneta, psycholog. Jeden ze schronów w polskiej bazie Ghazni

Aneta, 10 czerwca.

W drzwiach gabinetu psychologów, jaki mieści się w budynku kościoła, w polskiej bazie Ghazni, stanął ksiądz i „psycholożka” – koleżanka Anety. – Aneta, masz zmarłego. Idziemy – powiedziała.

Opowieść Anety, psycholog z polskiej bazie w Ghazni to wspomnienie o Janku, o kolegach Janka, o bichacie, którą Janek dzielił z innym żołnierzem, a która na czas misji stała się jego domem. To też opowieść o tym, co działo się po śmierci Janka.

Dzień, którego Aneta nigdy nie zapomni, zaczął się zwyczajnie. To był poniedziałek. Wstała przed siódmą rano. Zamilkły już afgańskie świerszcze, które uaktywniają się każdego wieczoru po zapadnięciu zmroku i grają do wschodu słońca. Poranek we władanie objęły gołębie – mniejsze od polskich, bardziej ubarwione, ale podobnie gruchające. Być może przeleciały nad głową Anety, kiedy szła do łazienki, ale nie zauważyła. Poranne czynności wykonuje się automatycznie: umyć zęby, zaparzyć kawę. Wypiła ją ze współlokatorką na patio, zapaliła papierosa . Pamięta jakieś leniwe rozmowy, ale nie pojawiły się w nich żadne przeczucia. Żadne samospełniające się przepowiednie w stylu: „Dawno nic nie walnęło”, po których wypowiedzeniu, zdarza się, że jest Incoming i rakieta, albo moździerz wpada do bazy. Ale tego dnia nic z tych rzeczy. Aneta umyła kubeczki po kawie i wybrała się do kościoła, gdzie swój gabinet mają psychologowie. Od godziny 8 rozpoczynała dyżur. Włączyła komputer, włączyła drukarkę, przejrzała dokumenty, odczekała, aż w Polsce ludzie zaczną wstawać i szykować się do pracy, i zadzwoniła do koleżanki. „Co u ciebie? A co u ciebie?”, zwykłe pogaduchy.

Nagle w drzwiach gabinetu staje koleżanka psycholog z księdzem i mówi: – Aneta, masz zmarłego. Idziemy.

Aneta, wciąż ze słuchawką przy uchu, odruchowo rzuca: – Danusia, muszę kończyć, bo mam zmarłego. Klap,  odłożyła słuchawkę.

Pobiegli do GZM (szpitala).

– Kto? – wyrzuciła z siebie Aneta.

– Janek – odpowiedziała pielęgniarka.

Aneta starała się powstrzymać łzy, jakie napłynęły jej  do oczu. Ale one płynęły mimo woli. Janek, saper. Aneta znała go jeszcze z VI zmiany. Miał znakomite poczucie humoru, optymistyczne podejście do ludzi, zawsze taki zadowolony z życia, przyciągał do siebie ludzi. Kiedy to było, jak wszyscy razem smażyli frytki? Przecież  tego zapachu jeszcze nie wywiało z kuchni. – Pierwsza myśl, była taka, że muszę iść do chłopaków, do kolegów Janka – mówi. Janek był w zgrupowaniu CHARLIE, który Aneta obejmowała opieką psychologiczną.

Przywitały ją znane, ale pobladłe twarze. Ściągnięte rozpaczą, wydłużone, zszokowane. Usiadła z nimi. Miała potrzebę działania. – Powiedziałam: Panowie, trzeba powołać komisję do spakowania rzeczy Janka – wspomina. Dowódca zaproponował, aby obok dowódcy Janka i jego zastępcy znalazła się w tej komisji.

– Pakowaliśmy jego rzeczy do jego lockera, robiąc jednocześnie spis każdej z nich. Podszedł jeden z żołnierzy i mówi dowódcy: – Pożyczyłem od Janka 100 dolarów i chciałbym oddać. Podszedł drugi: – Ja pożyczyłem 20. Pieniądze zostały włożone do portfela Janka. Spojrzałam na Tomka, jego kumpla, z którym mieszkał i oboje zaczęliśmy płakać.

Potem, pamięta, było pożegnanie ciała na helipadzie, na którą to uroczystość zjawili się wszyscy. Wszyscy też przyszli do kościoła  na mszę za Janka.

– Jego rzeczy, razem z ciałem poleciały do Bagram, stamtąd miały się udać transportem do Polski. Z ciałem leciał żołnierz, który zabrał nasz spis. Może to się wydać niestosowną biurokracją, ale chcieliśmy, aby wszystko, każdy najmniejszy przedmiot, jaki był własnością Janka, trafił do jego rodziny. Bo to wszystko było pamiątką po nim – mówi Aneta.

Wyszła z kościoła i znów poszła do jego kolegów. Spotkali się w patio. – To dla was jest to spotkanie, panowie. Porozmawiajmy – powiedziała. Na początku była w nich złość. Za to, że na patrolu musiał wdepnąć w minę. Za to, że w Afganistanie nie ma miejsca, które byłoby do końca bezpieczne. Za to, że rebelianci podkładają ładunki wybuchowe, które niosą śmierć. Potem zaczęli wspominać Janka i te wszystkie fajne rzeczy, które się z nim wiążą. Jeden powiedział: – Pamiętacie, jak Janek kiedyś mnie ochrzanił? Jak warknął na mnie? To powiem wam, że dobrze zrobił.

– Były łzy, ale było też radosne wspominanie – mówi Aneta.  Siedziała z nimi do północy. Kiedy przyszła tam na drugi dzień, powitał ją posprzątany pokój. Tomek, współlokator Janka, wskazując na puste półki po rzeczach przyjaciela, powiedział: – To półki Janka. Nic tam nie postawię.

– Pozwolił zająć miejsce Janka dopiero, gdy dostał nowego współlokatora. Ale i jego ostrzegł: – Tylko pamiętaj, Janek tu spał i to są półki Janka – Aneta mówiąc o tym, lekko rozchyla  usta w uśmiechu. Naraz głęboko wzdycha.

– Żałoba nie przechodzi tak szybko – podkreśla  i powtarza: – To miał być taki zwyczajny dzień. Jeden z wielu, jakie przeżyłam w Ghazni. Tak normalnie się rozpoczął, tak standardowo: łazienka, kawa, papieros.

A każde z tych szczegółów tak mocno tkwi w głowie.

„Majorka” zadygotała od wybuchu, a ja stojąc na jej schodkach, poczułam, jak mózg odkleja mi się od czaszki – taka to była siła. – Normalny dzień w Afganistanie – przypomniały mi się słowa amerykańskiego sierżanta, zwanego tu Consigliere, który tymi słowy zakończył swoją relację o ataku na bazę.Tym razem to nie atak, ale saperzy sukcesywnie detonowali piekielny ładunek, wskutek którego moim sąsiadom popękały nieliczne szyby w kontenerze, a u mnie w kościele włączył się alarm przeciwpożarowy, aż zadzwoniło w uszach.

To wynik działań naszych żołnierzy – przechwycili ładunek, który przyjechał tu z Pakistanu – ciężarówkę pełną 18 ton saletry, co daje w przeliczeniu na trotyl kilka ładnych ton materiałów wybuchowych. Talibowie wyraźnie dają znać, że rzucili wszystkie ręce na pokład i sezon chcą zakończyć jakimś mocniejszym BUM. Wczoraj w nocy, 6 km od bazy rebelianci próbowali uzbroić 70-kilowy ładunek – pułapkę na nasze Rosomaki, ale F16 skutecznie wybiło im z głowy tego typu zabawy.

– Odkąd tu jesteś, żadna rakieta nie wpadła do bazy – powiedział mi za to jeden z Chemical Brothers, a ja wiem, że powiedział to dlatego, żeby zrobić mi przyjemność, bo skwasiła mnie wieść, że nie opuszczę bazy tak jak zaplanowałam i skwaszone oblicze przez pół dnia pokazywałam światu.

Jednak, może przez to, że w charakterze polskiej bazy Ghazni jest coś stałego, bo każdy dzień rozpoczyna się słońcem, a kończy księżycem i czy to rano, czy wieczorem, płynie tu ta sama fala przeróżnych smrodków, ma się wrażenie, że panuje tu wieczny porządek rzeczy. I nawet liczba przygód i kwasów, jaka mi się przytrafia, zdaje się być ograniczona.

Mam też tu swój własny, stały rozkład zajęć, który może wydać się monotonny: wstaję rano, zaliczam kilkusetmetrowy spacer do łazienki, biorę prysznic. Ale i tam spotyka mnie mnóstwo niespodzianek, a raczej natykam się na pozostawione atrakcyjne przedmioty, jak na przykład dzisiaj – świetne przeciwsłoneczne okulary, jakie noszą żołnierze, albo mosiężne dzbany inkrustowane, albo kosmetyki. Przez moment w głowie pojawia się nawet ta drobna pokusa, aby wziąć sobie taki gadżet z tego „biura rzeczy znalezionych”, ale zaraz budzi się myśl silniejsza, że pierwszego dnia zostawiłam tu ręcznik, który ktoś wziął, odrzucam zatem ze wstrętem fakt, że mogłabym postąpić tak samo.

– No to jest nas już dwie – powie mi potem Emilka i ucieszymy się jak głupie, bo nawet jeśli dwie nie wystarczą, żeby zmienić świat, to jest to już jakiś początek, co nie?

Wracam więc spod prysznica moralnie mocniejsza, z ukształtowaną silną słabą wolą. W pokoju suszę włosy, dokonuje niezbędnych zabiegów pielęgnacyjnych. Potem ruszam do „Majorki”, gdzie wypijam kawę, bo (mimo wszystko) jest niezła. Błyskawicznie wykorzystuję tę chwilę, kiedy któryś z majorów opuszcza stanowisko przy komputerze, wtedy sprawdzam pocztę, odpowiadam na maile i czekam do 11, o której to godzinie jem wczesny lunch. A to z takiego powodu, że albo mi się rano nie chce jeść, albo spóźniam się nawet na późne śniadanie.

I myślę, to jest ten dobry moment, aby napisać Wam, jak wygląda tu menu, które codziennie jest inne, choć po kilku miesiącach w niepojęty sposób wydaje się być jednakie i wtedy żołnierze albo marzą o kabanosach i smalcu, albo sami gotują kapustę z polską kiełbasą i grochem, albo, jak nieliczni szczęściarze, są zapraszani przez hindusów czy Afgańczyków na ich oryginalne kolacje.

Ja tego szczęścia nie miałam (nie licząc czwartkowej kolacji afgańskiej z szaszłykami z baraniny i boloni), ale jestem tu od miesiąca i tylko raz odczułam załamanie difakowej pogody, kiedy to na ruszt wrzuciłam dziwne naleśniki z dziwnym nadzieniem i spróbowałam dziwnej zupy „Vegetable”, która smakowała dziwną popłuczyną, coś na podobieństwo zupy z rekina.

Ale w gruncie rzeczy nie mogę i nie powinnam narzekać. Na przykład w każdy piątek są owoce morza, a ja lubię owoce morza. Co prawda, obłupuję je ręcznie z grubej panierki, w jakiej są smażone, no, ale muszę też powiedzieć, że dzięki Emi spróbowałam i homarów, do których podchodziłam wczesniej jak pies do jeża. Lubię też spaghetti bolognese, albo makaron z pulpetami, albo makaron z białym sosem, bo to jest danie, którego zepsuć nie sposób. Od niedawna otworzony został w difaku bar kanapkowy, chłopaki chodzą tam po pizzę i inne fast foody, ale ja wolę własnoręcznie przygotować sobie sałatę z kruchej zielonej salaty z irlandzkim dressingiemz saszetki.

Rano nieźle smakuje kasza manna, albo owsianka na wodzie, do której dodaję syropu klonowego, choć są tacy, co jedzą ją z masłem orzechowym. Nie jem słodkich chrupek śniadaniowych, ani jajecznicy z proszku, ani omletów, chyba, że są świeże gotowane jajka, to wtedy biorę dwa i robię sobie kanapkę z ciemnego tostowego chleba.

Często są ryby, obsmażane, opiekane, ale raz się nacięłam i teraz unikam, podobnie jak unikam wynalazków w stylu makaron na zimno z serem. Lubię za to lasagne, wołowe pieczenie, pieczonego indyka, albo baraninę, która rozpływa się w ustach. Nie biorę ziemniaków w łupinach, bo są jakieś dziwne, ani słodkich ziemniaków, ani nie stoję w kolejce po lody, ale już francuskie tosty z owocami to danie, którym nie pogardzę.

Do wyboru jest sporo świeżych owoców, jabłka, gruszki, słodkie i jędrne winogrona, arbuzy, banany, ananasy i kiwi a także cały zestaw soków, energizerów i napojów gazowanych, ale wynieść można „Mister only two, only two mister”, jak ostrzegają ci, co stoją przy lodówkach z napojami.

Wynoszę więc zwykle „only two” pepsi, bo jeden z majorów, ten, którego imienia nie mogę używać, jest prawdopodobnie od pepsi uzależniony. Służbowa lodówka w „Majorce” pełna jest więc puszek pepsi, ostatnio major polecił, aby stawiać je do szafki za firanką, ale dla mnie trochę za wysoko, więc przestalam przynosić. Maksymalnie minimalizuję problemy.

Chciałam Wam pokazać zestaw dań z „difaku”, ale żołnierz stojący na straży nie pozwolił mi wejść z aparatem.Dziwny jakiś.

– Wasze śmigłowce uratowały nam życie. Gdyby was tam nie było, nie chcę myśleć, co mogłoby się zdarzyć – otwarcie mówi Emilii jeden z żołnierzy zespołu bojowego ALFA. – Nie przesadzaj – burczy Emilia. Ale i dla niej dzień 8 lipca 2013 jest tym dniem, którego nigdy nie zapomni.

Tak, jak dni człowieka dzielą się przeważnie na czas spania i nie spania, tak czas Emi na misji w Ghazni dzieli się na te momenty, kiedy lata śmigłowcem i te, kiedy czeka na rozkaz wylotu z bazy.

Emi w Polsce jest pilotem, na misji w Afganistanie, w Samodzielnej Grupie Powietrzno-Szturmowej jest jedyną kobietą; pełni funkcję gunnera – strzelca pokładowego na Mi-24. Z tego też powodu przeważnie chodzi w „śpiochach” – lotniczym kombinezonie, w którego kieszeniach ma pochowane różne amulety, jakie dostała od przyjaciół z silnym przekazem: „Niech cię chronią”.

Emi jest podporucznikiem, ma 28 lat, ciemnokasztanowe błyszczące włosy i oczy, które śmieją się nawet wtedy, gdy przybiera poważny, czy zatroskany wyraz twarzy.

Tamten poranek, 8 lipca, nie różnił się specjalnie od poprzednich. Codziennie, kiedy pojawia się świt, góry nad bazą w Ghazni nabierają imponująco realnych kształtów. Emi nie ma jednak czasu zawracać sobie głowy górami, już prędzej zwróci uwagę na stado rozświergotanych mazurków przelatujących nad kontenerami, ale tego dnia jej myśli zajęte są czym innym. Idzie do TOC (Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych SGPSz), gdzie jej zespół pełni dyżur QRF. A to jest czas, którego zdarzeń przewidzieć nie sposób.

Zespół bojowy ALFA już o 4 rano wyruszył kilkunastoma opancerzonymi pojazdami (kilkudziesięciu żołnierzy) poza bazę. Patrol miał dotrzeć do Khogani – wioski przyległej do Ghazni.

Zespół Emi z Mi-24 i piloci ze śmigłowca Mi-17 otrzymują pierwsze zadanie: parą mieszaną mają lecieć na rozpoznanie. W śmigłowcu transportowym, czyli Mi -17 (w przeciwieństwie do Mi-24, który jest śmigłowcem bojowym i mudżahedini nazywają go „szejtan arba”, co oznacza „latający czołg”), na pokładzie znajduje się ksiądz kapelan z Żandarmerii Wojskowej. Dobrze mieć księdza na pokładzie, bo kiedy rebelianci z ziemi ostrzelali „Siedemnastkę”, zaczął odmawiać modlitwę.

– My, w Mi-24 nie widzieliśmy momentu ostrzału. Usłyszeliśmy o tym przez radio. Wróciliśmy do bazy. I wtedy zespół bojowy ALFA, który w Khogani miał sprawdzać  teren pod względem ukrytych ładunków wybuchowych, natrafił na „kocioł” – opowiada Emi. Rebelianci, zaczajeni obok wioski, ukryci w wadi – zarośniętym starorzeczu – przemieszczali się niewidzialni wzdłuż rowu i nieprzerwanie prowadzili ogień w stronę polskich żołnierzy. ALFA przez radio poprosiła o śmigłowce i wsparcie ogniowe z powietrza.

– Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nasze śmigłowce tego dnia będą wylatywać z bazy  9  razy. Lataliśmy przez kilka godzin na zakładkę. To oznacza, że kiedy para śmigłowców jeszcze krążyła nad żołnierzami znajdującymi się na ziemi, to już kolejna para podrywała się z bazy do lotu. Gdy nam kończyło się paliwo, startowały kolejne śmigłowce. Mijaliśmy się w powietrzu. Chodziło o to, aby cały czas ktoś z nas był nad żołnierzami. Zależało nam, aby oni byli cali. Skupialiśmy się na tym, że oni tam są, w niebezpiecznym miejscu.  Latając do nich, prowadziliśmy do rebeliantów ogień z powietrza, żeby osłonić naszych. Jeden z pojazdów najechał na „ajdika”, czyli minę. Wysadziło rolki, jakie umieszczone są z przodu pojazdu, a które sprawdzają powierzchnię. Ubezpieczaliśmy żołnierzy, dając im wsparcie, gdy próbowali pojazd sholować.

Żołnierze przez radio dawali załodze śmigłowca wskazówki: „Kontakt z prawej! INS (przeciwnik) chowa się po wschodniej stronie kalaty (gliniany budynek)”. Emi, jako strzelec pokładowy, ze swojej strony  prowadziła obserwację z góry. Mi-24 strzelało z uzbrojenia, jakie posiada, strzały oddawali piloci. Emi wchodziła do akcji, gdy kończyła się im  amunicja. – Jest wojna. Widzi się cel, skupia się na nim i prowadzi ogień – mówi.

Wówczas wielu z rebeliantów zostało zlikwidowanych przez ostrzał z powietrza. Ilu ich faktycznie było, nikt z załogi śmigłowców nie jest wstanie stwierdzić . Załoga nie ląduje w miejsce ostrzału, nie sprawdza, kto został ranny i ilu jest zabitych po stronie przeciwnika.

Emi nie pamięta, który to był tego dnia wylot z bazy, kiedy będąc w powietrzu, usłyszała wiadomość, że wśród naszych żołnierzy broniących się w okolicy Khogani, jest kilku rannych saperów. – Próbowaliśmy ich podebrać „Siedemnastką” – opowiada. – My, w Mi-24 w ramach zabezpieczenia i wsparcia krążyliśmy wokół „Siedemnastki”. Śmigłowiec usiadł, żeby podebrać rannych. Nie zdążył. Rebelianci otworzyli tak ostry ogień, że śmigłowiec zmuszony był poderwać się do góry. Na dole rozgrywała się prawdziwa bitwa, ale my myśleliśmy tylko o tym, żeby NASZYM na ziemi nic się nie stało.

Pamięta za to, że leciała ostatnim kursem,  już po zachodzie słońca. Ze względu na warunki pogodowe zmuszeni byli lądować w bazie. Kiedy odlatywali, meldowała, że chłopaki odpierają atak rebeliantów.

– Wylądowaliśmy. Ja ze świadomością, że zrobiliśmy, co było w naszej mocy i myślą, czy chłopaki  bezpiecznie dotrą do bazy. I żeby nic złego im się już nie przydarzyło. Długo siedzieliśmy na TOC – pisaliśmy meldunki, raporty, ale w środku byliśmy jednym wielkim czekaniem. Kiedy chłopaki z ALFY znaleźli się w końcu w bazie, odczuliśmy wielką ulgę. A oni cieszyli się, że wreszcie, po całym tak ciężkim i niebezpiecznym dniu wreszcie coś zjedzą.

Ale dlaczego to ten właśnie dzień był najważniejszy? – pytam. Emi odpowiada bez wahania: – Bo to był dzień prawdziwej misji. Bo przeżyliśmy coś razem, oni na ziemi, my w powietrzu. Bo na tym właśnie polega QRF – latamy po to, żeby żołnierzom na dole zapewnić bezpieczeństwo. Bo chociaż na co dzień nie pracujemy razem, żołnierze ALFY należą do zespołu bojowego, a my do Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej, to jesteśmy jednym zespołem.

Bo jest jeszcze coś, czego Emi głośno nie mówi, ale pozwala mi przeczytać na ekranie swojego komputera. To słowa Alberta Pike’a, które służy  je za życiowe motto: „To czego dokonaliśmy dla siebie samych, to z nami umrze. To zaś, czego dokonaliśmy dla świata i dla innych ludzi, pozostanie na wieki i będzie nieśmiertelne.”

FOT. Bartek Syta. Autorka bloga z Emi przed śmigłowcem MI-24

FOT. Bartek Syta. Autorka bloga z Emi przed śmigłowcem MI-24

W polskiej bazie Ghazni rzadki to dzień lub noc, kiedy nie przydarza mi się dziwna i ciekawa przygoda, a już zupełnie wyjątkowa byłaby ta przygoda, z której nie można by wyciągnąć głębokich lekcji moralnych.

Czwartek miał być ostatnim pełnym dniem, jaki mieliśmy tu spędzić. I zapowiadał się rewelacyjnie: wyjazd na patrol poza bazę z żołnierzami III plutonu zespołu bojowego ALFA.

Z tego przejęcia obudziłam się już przed szóstą rano (w Polsce było przed godz. 3.30). Poleżałam chwilę, bo cenię sobie ten moment, kiedy resztki snu majaczą mi się jeszcze w głowie a i wstając, poruszałam się wolno, bo niedobrze jest narażać własny system nerwowy nagłymi ruchami. Jasne promienie wdzierały się przez szpary w drzwiach kościelnego budynku. Kiedy w końcu wyszłam na zewnątrz, poczułam się bardzo szczęśliwa. Tego dnia, OSTATNIEGO dnia w bazie, nawet spękana ziemia pokryta ostrym grawerem przyjemnie pachniała świeżym aromatem spalin, a ciężka, intensywna woń idąca od strony ciężarówki do zbierania nieczystości z Toy-toyów też miała swój niepowtarzalny urok. Kurz, zamieniony przez słońce w czyste srebro, znajomo łaskotał w nosie, uszy pieścił głośny terkot i świst śmigieł „siedemnastek”, albo „dwudziestych czwartych”, wzbijając fale złocistego piachu, który niczym puder Lancome, skrzący drobinkami złota, obsypywał włosy i wesoło wciskał się do oczu nielicznych jeszcze o tej porze przechodniów. Słowem – życie nabierało barw nowego, wspaniałego dnia.

W „Majorce” o wczesnej porze zwykle powoli kształtują się rozmowy, ale tym razem było inaczej: zadzwonił telefon i pułkownik przekazał mi zaproszenie od generała, na kolację z afgańskimi przysmakami: boloni (cienki placek, jak pizza z farszem w środku) i szaszłyki baranie. – Godzina 19 – powiedział.

Jakoż też zaraz zjawił się Major Pierwszy i poinformował, że mam stawić się u generała na 18.

– Na dziewiętnastą – zaoponowałam, co stało się zarzewiem gorącej dyskusji z użyciem ekspresyjnych zwrotów dnia codziennego na temat tego, jak ci cywile nic nie mogą pojąć, choć przyglądają się życiu wojska już od prawie miesiąca.

Ale to był OSTATNI pełny dzień mojego pobytu tutaj i żadne, nawet i krótkie żołnierskie słowa, jakie tu czasem niechcący komuś się wypsną, nie były w stanie zmącić mojej radości. Powiedziałam więc, że „Idę na papierosa” (co w słowniku zwrotów niepopularnych i tępionych, acz czasem stosowanych, oznacza „Wali mnie to”, tylko mocniej) i udałam się w stronę Toy-toya. W środku kabiny, rozstawione pomysłowo zapewne ubiegłego wieczora light-stick’i (świecące pałeczki) wysyłały już ostatnie pomarańczowe i niebieskie światełka protestu.

Wracając z przybytku spotkałam Marcina, który szedł z kolegą. Marcin z tajemniczą miną trzymał w rękach podłużne kolorowe pudełko.

– Co tam macie chłopaki? – zapytała wścibska dziennikarka.

Marcin odchylił wieczko i z nabożną miną powiedział: – Orła. Zajrzałam i spotkałam się oko w oko z młodym sokołem wędrownym (choć mój Paweł mówi, że podobnie wygląda też i raróg górski).

Dwa sokoły wędrowne (albo rarogi), odebrane przemytnikom, podarował bazie zastępca policji w Ghazni. Jednym zaopiekował się generał, drugi trafił do „Staszka”, która lepiej od innych wie, jak z nim postępować. Nie omieszkałam też zaraz odwiedzić „Staszka”, aby sfotografować ptaka, no i wyciągnąć ją na „Złote Tarasy”, bo umówiłyśmy się, że pomoże mi w zakupach prezentów do Polski.

„Staszek” z sokołem na ręku i radosno-nabożną miną siedziała na dachu schronu. Przysiadłam i ja, i przez godzinę z zachwytem obserwowałyśmy ten cud natury.

AnitaCzuprynEmiliaSokol

„Kto w naszej sichacie ma największego ptaka? Staszek!” – powitali mnie żartem współmieszkańcy „Staszka”. Dowcip z szybkością światła obiegł już całą bazę.

Można było się spodziewać, że „Staszek” nie miała głowy do zakupów, naprędce zakupiłam więc zieloną „arafatkę”, którą mi wytargowała na cztery dolary i afgański szal przetykany kolorowymi błyszczącymi nićmi, i już musiałam biec do pana Janka od Rosomaków, a „Staszek” nakarmić ptaka zakupioną u Stefana surową piersią z kurczaka.

Równo z wybiciem godziny 15.30, razem z Bartkiem stanęliśmy „na linii” ubrani w kamizelki kuloodporne, hełmy, Bartek uzbrojony w sprzęt fotograficzny, a ja z pustymi rękami (i głową), bo mój aparat został w „Majorce”, a niech to. Jedziemy w końcu z chłopakami na patrol. Radości nie psuła nawet mętna i niejasna wieść, jaka się pojawiła w powietrzu, jakoby nasz piątkowy lot do Bagram, a stamtąd do Polski miał zostać odwołany.

Zapakowaliśmy się do pojazdów, Bartek w pierwszym, z saperami, ja w środkowym z żołnierzami, którzy z niejednego pieca chleb już jedli i konwojem ruszyliśmy poza bramę.

O święte afgańskie przestrzenie! Góry zatopione w melancholii spokoju! O ludzie radośni i kolorowi! Toż to zupełnie inny świat. Na niebie kołowała kania ruda, pasterz przeganiał przez Florydę (nazwa szosy) stado owiec i nie wiadomo skąd pojawiły się tłumy umorusanych i hałaśliwych dzieciaków, które nie odstępowały mnie na krok.

A mój aparat w „Majorce”.

Poruszaliśmy się wolno, często stawaliśmy, wtedy saperzy (a z nimi Bartek) szli „na wąsach”, sprawdzając każdą piędź ziemi, czy nie ma ukrytych ładunków, potem komenda: „Do wozu”, gdzie moi towarzysze z „Emrapa” tłumaczyli mi różne działania, zwracali uwagę a to na architekturę, a to na zwyczaje, a to oddawaliśmy się rozważaniom natury ogólnej, a potem znów „Z wozu” i mogłam się rozglądać i rozsmakowywać afgańską egzotyką do woli.

FOT. Bartek Syta. Na patrolu.

FOT. Bartek Syta. Na patrolu.

Wśród czujnych, mających oczy dookoła głowy uzbrojonych żołnierzy czułam się, jakbym naraz odzyskała wolność. Kiedy wjechaliśmy do miasta Ghazni, mogłabym je spokojnie pomylić z jakimś miasteczkiem w Tunezji, Egipcie, czy Indiach. W Ghazni toczyło się normalne, gwarne, późno popołudniowe życie. Mężowie, wiozący na motorkach swoje zakutane żony, starsi panowie z czarnymi, długimi brodami, w białych turbanach, przechadzający się niespiesznie wzdłuż ciągnących się przy ulicach rynsztokach, młodzi kawalerowie w galabijach, na rowerach z ciekawością zerkający na tę dziwną istotę, bo w kamizelce i hełmie, ale spod niego wymykały się blond pasma włosów, za to bez broni, a na dodatek zajadająca ze smakiem świeżo upieczony, jeszcze ciepły afgański chleb. Ich chleb.

FOT. Bartek Syta. Miasto Ghazni.

FOT. Bartek Syta. Miasto Ghazni.

– Jak się macie! – machnęłam ręką do grupy mężczyzn przepychających się na balkonie kolorowego domu, chcących mieć najlepszy widok na to wydarzenie dnia, jakie do nich zjechało. Mój gest wywołał u nich falę nieoczekiwanej radości.

– Niech cię nie zwiodą pozory normalności i spokoju – powie mi później generał. Ale ja już to wiem, że czasem jest miło, a czasem strzelają. W końcu jechałam z żołnierzami z bojówki”, tymi, co zawsze pierwsi i zawsze tam, gdzie najbardziej niebezpiecznie. Dzięki, chłopaki!

Po powrocie do bazy niejasne słowa o odwołaniu naszego lotu do Polski stały się ciałem i okazało się, że musimy tu zostać jeszcze jakiś czas.

– Takie jest życie. Nigdy nie ma tak, że wychodzi to, co się zaplanowało – poczęstował mnie maksymą jeden z wysokich oficerów, podczas kolacji z generałem. A ja mogę dodać jeszcze jedną: Afganistan wciąga. I wypuszcza tylko najsilniejszych.

P.S. Przekazuję pozdrowienia od męża z serwisu Rosomaka dla pani Małgosi, a żołnierze z ADR pozdrawiają wszystkich, czytających bloga.

To było chyba najdłuższe trzysta metrów w życiu Żanety. „Padnij”, „Powstań”, „Leżeć”, „Klęknąć”, „Do przodu”, na przemian padały komendy. Gdyby gdzieś za wzgórzem krył się jakiś rebeliancki snajper, nie miałby łatwego celu. Żaneta ubrana w ciężką kamizelkę, w hełmie na głowie, padała na ziemie, wstawała, znów leżała, albo klęczała z pochyloną głową, póki saperzy nie sprawdzili każdego metra.

Khwaja Omari (czyt. Kwadża Omari) – jeden z dystryktów leżących ledwo 20 km od Ghazni, to zupełnie inny świat. Region Khwaja Omari otoczony pagórkami to w porównaniu z pustynnym, surowym krajobrazem Ghazni oaza zieloności. Rosną tu drzewa, płynie rzeka. To też spory teren rolniczy Afganistanu.

Żaneta nigdy nie zapomni 5 sierpnia 2013 roku, kiedy to z konwojem udała się do Khwaja Omari. Miała tam zadanie – odebrać projekt pt. „Szkolenie dla rolników i ogrodników” z tego dystryktu. Przeszkolono wówczas przez 4 miesiące 80 afgańskich rolników, z różnego rodzaju upraw: kukurydza, zboża, drzewa owocowe i warzywa.

Żaneta od roku jest w polskiej bazie Ghazni, pracuje tu jako doradca do spraw ekonomii w PRT (Provincial Reconstruction Team – zespół do spraw odbudowy prowincji). Bada budżety departamentów – oddziałów ministerstw rządu afgańskiego, np. ekonomii, finansów, przedsiębiorczości przemysłu, ale też i takich podmiotów jak afgańska Izba Handlowa. Szkoli Afgańczyków, jak pozyskiwać budżety rozwojowe z Kabuli i w jaki sposób efektywnie je wydatkować. Prowadzi też szkolenia dla pracowników afgańskich, w tym właśnie dla rolników, bo rolnictwo to jedna z głównych gałęzi przemysłu tutaj.

Żaneta ma 28 lat, skończyła ekonomię, dużo podróżowała po świecie, jest singielką. Koleżanka powiedziała jej, że w Dowództwie Operacyjnym poszukują ekonomistki na misję w Afganistanie. Wysłała swoje CV, zaproszono ją na rozmowę, miała odpowiednie kwalifikacje i przyjechała na XII misję. Została na XIII.

Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy Żaneta 5 sierpnia w kamizelce kuloodpornej i hełmie, zapakowała się do jednego z Rosomaków. Zapowiadał się kolejny skwierczący żarem dzień. W konwoju, jaki między godziną 6 a 7 rano wyjeżdżał z bazy, było w sumie kilkanaście opancerzonych pojazdów (amerykańskie MRAP-y i polskie Rosomaki), kilkadziesiąt osób, w tym 4-osobowa komisja odbioru: przewodniczący, sekretarz i dwóch członków, wśród których była Zaneta. Mieli do przejechania ledwo 20 kilometrów, ale podróż trwała wiele godzin. Szutrowa droga to dla konwoju miejsce wysokiego ryzyka, było duże prawdopodobieństwo, że rebelianci mogli na niej ukryć „ajdiki”.

– Żołnierze szli więc „na wąsach”, czyli wychodzili przed pojazdy i sprawdzali teren. Saperzy, w kamizelkach, hełmach, z bronią i wykrywaczami metali, a jest to obciążenie pewnie ze 30 kilogramów całą ta drogę przeszli praktycznie pieszo – idąc na tak zwanych wąsach. W potwornym upale. Wciąż napotykaliśmy na wadi – wyschnięte koryta rzeczne, przepusty, a to idealne miejsce dla rebeliantów do podłożenia ładunków wybuchowych – opowiada Żaneta.

Żołnierze co i raz zatrzymywali się przy skrajach parowów, za którymi ciągnęły się pasy zieleni – idealne miejsce do ukrycia odciągów. Schodzili więc na samo dno łożyska rzeki, gdzie być może od wielu pokoleń nie płynęła żadna rzeka, a gdzie całkiem niedawno talibowie mogli podłożyć ładunki wybuchowe

 – My siedząc w środku opancerzonych samochodów, jak sardynki, nieomal nie odczuwaliśmy klimatyzacji. Pot lał się z nas strumieniami. Od czasu do czasu dowódca Rosomaka pytał: – Jak tam na desancie? Żyjecie?

– Żyję.

– Żyję.

– Żyję – odpowiadali po kolei.

– A ostatni kolega?

– On chyba już zemdlał – żartowano, bo jeden z komisji radził sobie z upałem w ten sposób, że wprawił się w stan hibernacyjnego letargu.

Przed wioską Aqasi piaszczysta droga okazała się całkowicie nieprzejezdna. Kilka dni wcześniej spadły tu deszcze, podmyły szutrowe podłoże, miejscowi usypali ją z powrotem, ale bardziej na słowo honoru. Ich niewielkie motorki mogły przejechać, ciężki wojskowy sprzęt zakopywał się. Konwój wciąż stawał, jedne pojazdy wyciągały zakopane, trwało to długo, bo osuwiska były głębokie, koła wpadały w doły na metr.

Gdzieś tak 300 metrów przed ich celem – centrum szkolenia, do którego jechali, samochody zakopały się na dobre. Konwój ruszył więc pieszo z jednym tylko Rosomakiem.

– Towarzyszyli nam mieszkańcy z okolicznych wiosek, którzy zlecieli się, kiedy pierwsze pojazdy zaczęły się zakopywać. Przybywało ich coraz więcej, staliśmy się dla nich wydarzeniem roku. Dzieci, których było mnóstwo, nic sobie nie robiąc z zagrożeń biegały wokół naszych wozów. One były najodważniejsze – nie bały się nawet zaczepiać żołnierzy, wciskając się między konwój, prosząc o prezenty.

FOT. Archiwum Żanety

FOT. Archiwum Żanety

Małe dziewczynki trzymały na rękach mniejsze dzieci.

FOT. Archiwum Żanety

FOT. Archiwum Żanety

Ruszyliśmy całym pochodem – jeden Rosomak, pieszy konwój a za nami lokalna ludność.

FOT. Archiwum żanety

FOT. Archiwum Żanety

To było chyba najdłuższe trzysta metrów w życiu Żanety. „Padnij”, „Powstań”, „Leżec”, „Klęknąc”, „Do przodu”, na przemian padały komendy, bo gdyby, dajmy na to, gdzieś za wzgórzem krył się jakiś rebeliancki snajper, nie miałby łatwego celu. Żaneta padała w kamizelce na ziemie, wstawała, znów leżała, albo klęczała z pochyloną głową, póki saperzy nie sprawdzili każdego metra.

– Bałam się, pewnie, że się bałam. Choć każdy z nas – cywilów miał ochronę, to przecież nigdy nie wiadomo, czy nie rozpocznie się ostrzał, czy nie wybuchnie gdzieś mina – przyznaje. Strach przykrywała uśmiechem:

FOT. Dariusz Lewtak. Żaneta z prawej strony

FOT. Dariusz Lewtak. Żaneta z prawej strony

Była pierwszy raz poza Ghazni, na wsi, jak jej się wydawało, na końcu świata. Kilka lat temu, zanim PRT rozpoczęło w prowincji swoją działalność, w mieście może 30 procent mieszkańców korzystało z prądu. Teraz jest to 70 procent. Ale na wsiach? Czasem kilka rodzin składa się, aby kupić jeden generator, podłączają go na 2-3 godziny w ciągu dnia i wtedy korzystają z prądu, po czym generator zostaje wyłączony. Ale przeważająca część mieszkańców prądu nie ma.

– Pierwszy raz mogłam zobaczyć, jak żyją tu ludzie, jak wyglądają ich domy. Są to ogromne bunkry, jak twierdze. Zbudowane z gliny, z maleńkimi oknami wmurowanymi wysoko, by przypadkiem nie zajrzał przez nie przechodzień i nie zobaczył np. kobiety.

FOT. Archiwum Żanety.

FOT. Archiwum Żanety.

 

Kobiety afgańskie mogą wychodzić z domu jedynie z zakrytą twarzą, w burkach i tylko w towarzystwie mężczyzny – męża czy brata. Dziewczynki mogą biegać z dziećmi do czasu ukończenia przez nie 12 lat – opowiada.

Żaneta widziała mieszkańców prowadzących osły, które wyglądały jak obładowane ciężarówki, wjeżdżające czasem na teren bazy w Ghazni.

Kiedy w końcu doszli do budynku centrum, żołnierze obstawili go szczelnym kordonem, obstawili też drogi, przejścia, byli na każdym pagórku.

FOT. Archiwum Żanety. Wejście do wioski

FOT. Archiwum Żanety. Wejście do wioski

Wewnątrz siedziało dwudziestu rolników, ze skrzyżowanymi nogami na dywanach pokrywających gliniane klepisko. – Nawet nie zwrócili na nas uwagi, tak byli wpatrzeni w dającego wykład nauczyciela.

FOT. Dariusz lewtak

FOT. Dariusz lewtak

Szkolenie odbywało się więc zgodnie z umową. Następnie sprawdziliśmy sprzęt, jaki po szkoleniu mieli od nas otrzymać rolnicy: każdy z uczestników miał na koniec dostać potrzebne wyposażenie do upraw: taczki, łopaty, kilofy, grabie, konewki, nożyki, piły do obcinania gałęzi, opryskiwacze, buty ochronne i okulary, a także i nasiona na pierwsze zasiewy. Na zewnątrz przed budynkiem centrum znajdowała się działka uprawna, gdzie uczestnicy szkolili się w praktyce – jak sadzić, siać i zbierać plony.

FOT. Dariusz Lewtak

FOT. Dariusz Lewtak

– To jest część misji – wyjaśnia Żaneta. – Celem PRT jest rozwój prowincji. Rolnicy wcześniej uprawiali ziemię tylko na własny użytek. Teraz, prowadząc gospodarstwa w nowoczesny i bardziej efektywny sposób, nadwyżkę plonów będą mogli sprzedawać w mieście.

Odbierali projekt, ze świadomością, że z każdą kolejną minutą rośnie zagrożenie, wieści szybko się rozchodzą i może dojść informacja do rebeliantów, że konwój znajduje się we wsi. Na dodatek czekało ich te 300 metrów pieszej wędrówki, do miejsca, gdzie czekały na nich opancerzone wozy bojowe, ale że droga została już sprawdzona, wracali szybciej.

– To był długi i niesamowicie męczący patrol. Mnóstwo możliwości do tego, aby nas zaatakowano. A do tego przegrzany organizm, bolesny ból głowy, osłabienie. Do końca dnia nie byłam w stanie ruszyć ręką ani nogą. Ale dałam radę, była więc też i duma. Taki wyjazd to był wysiłek dla wszystkich, ale chyba najbardziej dla saperów. W bazie wszyscy darzą ich wielkim szacunkiem. Ulgę odczułam dopiero wtedy, gdy przejechaliśmy bramę bazy. Wszyscy odczuwaliśmy radość. Wróciliśmy bezpiecznie. Nic się nie stało. Jesteśmy.

Ashton B. Carter, zastępca sekretarza obrony USA w niedzielę odwiedził polską bazę Ghazni i odznaczył żołnierzy, którzy odparli atak rebeliantów na bazę 28 sierpnia. Wśród odznaczonych Brązową Gwiazdą żołnierzy znalazł się m.in. podporucznik Karol Cierpica z 18. batalionu powietrznodesantowego, któremu, jak sam przyznaje, życie uratował amerykański sierżant sztabowy Michael Ollis. O tym fakcie szeroko rozpisują się amerykańskie gazety. Ale dzięki temu, że jesteśmy na miejscu, poznaliśmy dokładne szczegóły.

O podporuczniku Cierpicy usłyszałam już podczas pierwszych dni po przyjeździe do polskiej bazy Ghazni, kiedy on sam przebywał jeszcze w szpitalu, z poranionymi od odłamków nogami. W rozmowie ze mną wspomniał o nim generał Marek Sokołowski, dowódca XIII zmiany PKW, opowiadali też o nim wysocy oficerowie ze sztabu. Z ich relacji, a także dzięki rozmowie z podporucznikiem Cierpicą poznałam dokładny przebieg jego działań podczas ataku rebeliantów na polską bazę w Ghazni 28 sierpnia.

Pierwszym odruchem podporucznika Karola Cierpicy, po tym, jak usłyszał potężny wybuch, który wstrząsnął całą baza, było biec w stronę eksplozji, aby udzielić pomocy rannym. Kiedy wbiegł na teren tej części bazy, w której mieszkają Amerykanie, zauważył wyłom w ogrodzeniu, jaki powstał w wyniku eksplozji. – Uświadomiłem sobie, że rebelianci atakują bazę – opowiada. Wrócił do miejsca, gdzie stoją kontenery mieszkalne, podniósł alarm, krzycząc „Atak na FOB!” „Atak na FOB!”, zabrał karabin, kamizelkę i hełm i z powrotem pobiegł w kierunku miejsca wybuchu. Natknął się tam na kilkuosobową grupę innych żołnierzy, razem ruszyli naprzód. Podporucznik Cierpica strzelił do nadbiegającego rebelianta, który próbował dostać się przez bramę od strony wschodniej do campowiska, gdzie mieszkali ludzie. Wyeliminował go, sam jednak chwilę potem został raniony w lewą stopę odłamkami. Upadł na plecy, ale nie myśląc o ranie, wymienił magazynek w swoim karabinie. Półleżąc, oddawał strzały w stronę rebeliantów, którzy przez przerwane ogrodzenie wdzierali się do bazy.

– Stwierdziłem, że rana chyba nie jest aż tak groźna i postanowiłem walczyć dalej – relacjonuje. Obiegł campowisko od zachodniej strony. Tam dołączył do niego amerykański sierżant Ollis. Razem wbiegli na miejsce największego zagrożenia. Świst pocisków przecinał powietrze jak meteoryty. Podporucznik Cierpica strzelił do kolejnego rebelianta, który upadając zdążył zdetonować kamizelkę samobójcy, jaką miał na sobie. Polski porucznik zarejestrował wymianę ognia, do jakiej doszło miedzy sierżantem Ollisem, a rebeliantem, który wybiegł zza kontenera. Polski podporucznik tym czasie zwrócony był w przeciwną stronę, ale twierdzi, że amerykański sierżant własnym ciałem zasłonił go, ochraniając przed ogniem przeciwnika, eliminując go strzałem. Niestety, sam poniósł śmierć pod wpływem ran, jakie poniósł podczas wymiany ognia.

W tym samym momencie podporucznik Cierpica został znów raniony odłamkami, tym razem w obie nogi i wycofał się do amerykańskiej części bazy. Ranny trafił do szpitala, który szczęśliwie opuścił po tygodniu.

– Za szczeniaka byłem bardziej poobijany, rany się zagoją – mówi z lekkim uśmiechem.

Amerykański sierżant sztabowy Michael Ollis, który zginął, ochraniając polskiego podporucznika, zostanie pośmiertnie odznaczony przez polskiego ministra obrony narodowej Złotym Medalem Wojska Polskiego.

FOT. Marek Pawlak. Polski podporucznik odznaczony Brązową Gwiazdą.

FOT. Marek Pawlak. Polski podporucznik odznaczony Brązową Gwiazdą.

FOT. Marek Pawlak. Odznaczony Podporucznik Karol Cierpica

FOT. Marek Pawlak. Odznaczony Podporucznik Karol Cierpica

FOT. Archiwum. Podporucznik Karol Cierpica

FOT. Archiwum. Podporucznik Karol Cierpica

Gigantyczny, czerwony skorpion na zielonym tle rzucił mi się w oczy już drugiego dnia, kiedy przybyłam do polskiej bazy Ghazni. Nie sposób go pominąć: namalowany na kilkumetrowej drewnianej płycie przytwierdzony jest do „tiłola” (T-wall – wysoki betonowy blok ogrodzenia) obok którego przechodzę, gdy zmierzam codziennie do „difaku” dwa, albo nawet i trzy razy o różnych porach, na posiłki.

 O tym, że czerwony skorpion to jest logo XIII zmiany PKW dowiedziałam się wcześniej, jeszcze zanim poznałam jego autora – Waldka, chorążego z I Dywizjonu Lotniczego w Leźnicy Wielkiej koło Łodzi, który w bazie pracuje jako technik uzbrojenia śmigłowców.

Waldka poznałam któregoś dnia, kiedy usiadłam w przykościelnym patio, żeby ciepło pomyśleć o różnych wypadkach. Nieco wcześniej zdążyłam narazić się paru osobom, ale zaspokoiwszy swoją uzasadnioną potrzebę zdenerwowania się, mogłam wyrzucić to z głowy i zacząć myśleć o rzeczach, które przynoszą ulgę.

– Jakiś problem? Coś potrzeba, coś załatwić? – usłyszałam nagle głos i zobaczyłam nad sobą poczciwą twarz z bystro patrzącymi oczami.

I to był właśnie Waldek.

„Krawaty wiąże, usuwa ciąże” – przyznaję, tak pomyślałam w pierwszym momencie. No, ale sami już wiecie, że o szyderę w takim miejscu jak Ghazni nietrudno, a nawet jest wskazana. Co nie znaczy, że zawsze trzeba mówić wszystko, o czym akurat się pomyśli. Ugryzłam się więc mentalnie w język i nawiązałam znajomość.

Waldek ma 45 lat, w Afganistanie jest pierwszy raz, ale myliłby się ten, kto wziąłby go za niedoświadczonego „misjonarza”. To prawdziwy weteran, jeśli chodzi o misje: był w Iraku na I, IV i IX zmianie, był w Czadzie na dwóch pierwszych zmianach. Łatwo więc obliczyć, że Afganistan to jego szósta misja.

Ale chyba dopiero tu dochrapał się swojej własnej pracowni, w której po godzinach służbowych oddaje się pasji malowania. Jego pracownia, o czym przekonałam się wczoraj, mieści się w jednej z „bichat” niedaleko lotniska, na którym Waldek pracuje za dnia. Niewielki, długi jak kiszka pokój, którego ściany i szafki Waldek przyozdobił kolorowymi malunkami i różnymi afirmującymi sentencjami. Poza tym pracownia wygląda tak, jak powinna wyglądać: jest stół, są kartki, pędzle i słoiczki z farbami. Pewnym odstępstwem mogłaby być gitara akustyczna, pieczołowicie ustawiona w rogu, jaką Waldkowi pożyczył pewien Amerykanin. Waldek brzdąka sobie na niej, kiedy robi przerwę w malowaniu.

Malarstwo „misyjne” zaczął uprawiać jeszcze w Iraku na I zmianie .Malował wtedy święte postacie w kaplicy, jaką tworzył z kolegami od zera. Na IV zmianie , kiedy zmarł papież Jan Paweł II, ksiądz kapelan poprosił Waldka o namalowanie w kaplicy wizerunku ojca świętego.

-Podszedłem do tego z obawami – mówi szczerze. – Bo wielka osobowość pociąga za sobą wielką odpowiedzialność. Użyłem wtedy tylko jednej farby – białej i jej odcieni, by choć w taki sposób oddać wielką duchowość naszego papieża.

Papież z obrazu Waldka siedział za przezroczystym pulpitem, a w jego stronę leciały gołębie. Pod spodem był napis: „Niech pokój ogarnie nasze serca i cały świat”. Obraz Waldka pokazało główne wydanie „Wiadomości” w TVP, ale on sam nie ma nawet zdjęcia swojego dzieła.

Kiedy przyjechał do Afganistanu, przez pierwsze trzy tygodnie aklimatyzacji spał może godzinę – od 1 do 2 w nocy. – To było irytujące, pomyślałem, że ten czas bezsenności powinienem wykorzystać. Wpadłem na pomysł zaprojektowania logo XIII zmiany. W Iraku takim logo był wielbłąd (Waldek w konkursie na logo wygrał pomarańczowym uśmiechniętym wielbłądem), który malowałem też żołnierzom na koszulkach. W Czadzie był jaszczur. Tu w sposób naturalny przyszedł mi do głowy skorpion. Zrobiłem kilka projektów, z dziesięciu wybrałem trzy, jak mi się wydawało, najlepsze i poszedłem z tym do dowódcy, generała Marka Sokołowskiego. Generał zasugerował, aby w wizerunek skorpiona wpleść napis Afganistan. Ale jeśli ktoś o tym nie wie, to nawet tego nie zauważy. Trzeba się skorpionowi dobrze przyjrzeć .

Wielkie logo ze skorpionem przy sztabie zaistniało jakieś półtora miesiąca temu. Waldek malował je w hangarze lotniczym, po pracy, wieczorami.

– To jest hobby wyłącznie po godzinach służbowych, nie oddaję się pasji kosztem obowiązków – podkreśla.

W swojej pracowni najczęściej maluje loga dla pozostałych pododdziałów. Maluje też ręcznie koszulki – . Koszulki ze skorpionem szczególnie cenią sobie Amerykanie, bo dla nich ręczna robota jest czymś specjalnym, zwłaszcza, że malowanie cienkim pędzelkiem zabiera mnóstwo czasu – mówi.

Waldek maluje logo na koszulkach farbami akrylowymi przeznaczonymi do tkanin, potem utrwala malunek termicznie za pomocą zwykłego żelazka. Koszulki z wymalowanymi przez Waldka skorpionami należy prać ręcznie, w delikatnym płynie.

Malowanie go relaksuje. Podobnie jak gotowanie (jego daniem popisowym jest polski żurek z kiełbasą i jajkiem) i granie na gitarze. Projektuje też chłopakom tatuaże, jakie chcieliby sobie w przyszłości zrobić.

Nie jest Waldek jedynym malującym żołnierzem w bazie. Jest tu też kapitan, który ołówkiem rysuje ze zdjęć idealne portrety dziewczyn, czy dzieci żołnierzy, ale Waldek na zamówienia też nie narzeka. Teraz o logo poprosili go strażacy, dla PSZ wymalował godło – diabła Borutę, o swoje godło upomniały się też u Waldka Polskie Siły Zadaniowe.

– Nie jestem artystą. To, co robię, to malarstwo użytkowe, osobisty zapełniacz wolnego czasu, który ma też pożyteczny wymiar – mówi.

Malował od dzieciństwa. W podstawówce – przez dowcipne rysunki nauczyciele, zdarzało się, wyrzucali go z klasy.

W szkole chorążych był autorem pomocy naukowych do wykładów: rysował tablice, schematy, rodzaje  broni. Kiedy miał 21 lat zaprojektował logo firmy samochodowej, ale potem miał długą przerwę. Wrócił do malowania w wieku 36 lat, kiedy pojechał na misję do Iraku.

Waldek lubi malować suchymi pastelami, bo jak mówi, w tym jest ekspresja i nic człowieka nie blokuje.

Potrafi też powiedzieć ludziom, którym kolorem powinni się otaczać, który jest dla nich. – Nie mam talentu do tworzenia dzieł, ale potrafię odkryć duszę kolorystyczną człowieka, coś, co będzie dla innych działać jak ich wewnętrzny talizman – śmieje się. Bo rzeczywiście – z jednej strony racjonalny wojskowy, a z drugiej znawca kolorystycznej ezoteryki. Sceptyk o dociekliwym umyśle, który zgłębia kosmoekologię kultury.

No, ale jeszcze nie raz przekonacie się, że ludzie w bazie Ghazni to nie są postaci jednego tylko wymiaru.

FOT. Archiwum Waldka. Minister Tomasz Siemoniak prezentuje koszulkę z logo XIII Zmiany PKW. Obok dumny autor logo - Waldek. Z lewej strony kpt. Grzegorz Jargot, z prawej - gen. Marek Sokołowski

FOT. Archiwum Waldka. Minister Tomasz Siemoniak prezentuje koszulkę z logo XIII Zmiany PKW. Obok dumny autor logo – Waldek. Z lewej strony kpt. Grzegorz Jargot, z prawej – gen. Marek Sokołowski

FOT. Archiwum Waldka.

FOT. Archiwum Waldka.

Cztery kobiety i cztery dni, których nigdy nie zapomną. Przeżyły je tu, w Afganistanie i zgodziły się mi opowiedzieć. Ich relacje dotykają spraw ostatecznych, ale też, a może przede wszystkim tego, co w życiu najważniejsze. Dziś opowieść Gosi o 28 sierpnia 2013.

– Przywieźliśmy rannych, wyszłam z GZM (Grupa Zabezpieczenia Medycznego, potocznie szpital w polskiej bazie Ghazni). Kolega żołnierz, kiedy mnie zobaczył, zaczął krzyczeć: „Wsiadaj do wozu! Wsiadaj do wozu, bo jak jeszcze tobie coś się stanie, to nie damy rady!” W tym momencie dotarło do mnie, że jestem cząstką ich wszystkich – tak zaczyna swoją opowieść Gosia, dowódca grupy ewakuacji medycznej w zespole bojowym ALFA, które przebywa w tej chwili na misji w Ghazni.
Na dobrze ponad setkę żołnierzy w ALFIE, Gosia jest tu jedyną kobietą. Drobna, szczupła, ciemnowłosa, o wielkich ciemnych oczach, patrzących nad wyraz trzeźwo spod cienkich sznureczków czarnych brwi. Wygląda jak dziewczynka, ale ma 29 lat. Skończyła Uniwersytet Medyczny w Łodzi, kierunek – położnictwo oraz ratownictwo medyczne, po czym wstąpiła do wojska. Afganistan to jej pierwsza misja. Nie chciała mieszkać w oderwaniu od kolegów, z żołnierzami-kobietami w oddzielnych kontenerach. Jej pokój mieści się więc w samym centrum „bichaty” (b-hut to drewniany kontener z dwoma wyjściami, wewnątrz którego znajdują się oddzielone cienkimi ściankami pokoiki dla żołnierzy) w tak zwanej XIII dzielnicy. Gosia ceni sobie to miejsce, bo kiedy jest alarm dla QRF (Quick Reaction Forces – Siły Szybkiego Reagowania), nie musi biegać Bóg wie gdzie i ile, po bazie, tylko jest na miejscu, ze wszystkimi, błyskawicznie zbiera trzech swoich żołnierzy, jakich ma pod sobą i natychmiast są gotowi do działania.
Tego dnia, a była to środa 28 sierpnia, popołudnie przyszło niepostrzeżenie. Gdyby Gosia wyszła na zewnątrz, być może zwróciłaby uwagę, że w jasnym słońcu, jakie przywitało ją wczesnym rankiem, pojawiły się już ciemniejsze pasma złota, a szczyty gór tkwiące nieruchomo ponad bazą zmętniały od unoszącej się wszędzie mgiełki pyłu. Mgła unosząca się wokół gór nadawała krajobrazowi pozory nienaturalnego życia. Ale Gosia tego nie widziała, a nawet gdyby zarejestrowała te widoki, nie miałaby czasu o nich myśleć. W tym czasie siedziała akurat w „bichacie” i rozmawiała z kolegą o żołnierzach, których należy wynagrodzić za wyróżniającą się pracę.
Wtedy to się stało. Potężny wybuch wstrząsnął bazą.
Wybiegła na zewnątrz, jak wszyscy w plutonie, tak, jak stała, czy raczej siedziała – w krótkich spodenkach, w klapkach na bosych stopach. Pierwszy odruch to biec do schronu. Ale kiedy zauważyli unoszący się po wschodniej stronie bazy potężny grzyb, automatycznie wrócili po kamizelki kuloodporne, hełmy i broń. Nie pamięta, kto pierwszy krzyknął: – To jest atak! Atak na bazę!
Gosia od kilku miesięcy służy w „bojówce”, która realizuje najtrudniejsze zadania. Poza bazę wyjeżdża z patrolami codziennie, a zdarza się, że i kilka razy dziennie. Za każdym razem naraża swoje życie, żeby ratować zdrowie i życie innych.
– W kamizelkach, hełmach, uzbrojeni pobiegliśmy plutonem, do pojazdów. Wsiadłam ze swoimi do wozu ewakuacji medycznej. W głowie miałam jedną myśl: „Boże, tam muszą być ranni!”
Opancerzone M-RAP-y, Rosomaki pieszczotliwie zwane „Rośkami” i jej wóz ewakuacji medycznej ruszyły z zawrotną jak na ich możliwości szybkością, w kierunku eksplozji. Tony piachu i kurzu opadły na tyle, że zobaczyli rebeliantów, wbiegających przez wyrwę w ogrodzeniu, spowodowaną przez wybuch. Biegli z bronią gotową do strzału, z granatami, w kamizelkach wybuchowych zamachowców-samobójców, powiązani linami. Biegli w amoku.
– Nie czekaliśmy na rozkazy. To było automatyczne działanie, procedury. Każdy wiedział, co ma robić. Chłopaki zajęli się obroną bazy, my podbieraliśmy rannych. Zawieźliśmy ich na izbę i zaraz wróciliśmy pod Hesco (ogrodzenie dookoła bazy, specjalna konstrukcja wielkich worów otoczonych siatką, wypełniona ubitym piachem). Wyjrzałam przez właz i przez radio zapytałam: „Chłopaki, gdzie jesteście?” „Wiśnia” odpowiedział: „Spójrz w lewo, to ci pomacham”. Wtedy usłyszałam, jak „Bokser” krzyczy ostrzegawczo: „Erpegie! Erpegie! Erpegie!” Odruchowo schyliłam głowę. W radiu zapadła cisza. Pomyślałam: „Boże, nic się nie stało. Kabel mu się odłączył, może przypadkiem stracił połączenie.
Ale on w tym momencie dostał.
Gosia kuli ramiona, zakrywa twarz dłońmi. – Gdybym się wtedy nie schyliła, może to ja bym dostała – mówi stłumionym głosem. Po chwili unosi głowę, a jej głos brzmi rzeczowo: – Wyłączyłam emocje, uczucia. Miałam kolejnego rannego. Znów droga na szpital. Chłopaki w tym czasie przywieźli „Boksera”. Byłam przekonana, że przeżyje. Jeden z kolegów zobaczył mnie i krzycząc, powtarzał: „Wsiadaj do wozu! Wsiadaj do wozu, bo jak i tobie coś się stanie, to nie damy rady!” Wielu kolegów podczas patroli poza bazę mi mówi: „Uważaj na siebie”. Wiem, że mają na mnie baczenie, obserwują mnie, dbają, aby nie stała mi się żadna krzywda. Ale takich słów nikt wcześniej mi nie powiedział. W tym momencie z całą siłą dotarła do mnie myśl, że jestem cząstką ich wszystkich. Jesteśmy zespołem. Jesteśmy jednością. To dzień, którego nigdy nie zapomnę. Wtedy, podczas obrony bazy, nie miały znaczenia stopnie wojskowe, nie było mężczyzn, nie było kobiet. Wszyscy sobie pomagaliśmy. Chłopaki odparli atak rebeliantów, którzy walili do nas z wszelkiej możliwej broni przez wyrwę w ogrodzeniu, z zabudowań znajdujących się tuż za Hesco. Potem przez wiele godzin nocnych trzymaliśmy tam wartę, zabezpieczając to miejsce. Wraz z nocą przyszedł chłód. Kolega oddał mi swoje skarpetki, abym nie zmarzła. Takie drobiazgi się pamięta. Bo w tej grozie, w tych przerażających obrazach, jakie rejestrowały moje oczy, a jakich nie chciał przyjąć mój umysł, było też coś, co jest ponad wszystkim. To poczucie braterstwa. Zaufanie. I myślenie o innych.
Gosia od 28 sierpnia często myśli o „Bokserze”. Czasem słyszy jego głos. Czasem wydaje jej się, że go widzi, jak przemyka między „bichatami”.
– Przeżyłam w Ghazni moment słabości – przyznaje szczerze. – Był czas, kiedy chciałam przerwać misję, wrócić do kraju. Rozmawiałam o tym z mężem. Też jest żołnierzem, był ranny w Afganistanie. Powiedział mi: – Nie pokazuj swojej słabości. Ale to słowa „Boksera” stały się moją siłą. Powiedział mi wtedy: „Gosia, bądź ponad wszystko”.
„Bokser” to jedyny polski żołnierz, który dwa dni po tym, jak bronił polskiej bazy podczas ataku rebeliantów 28 sierpnia, zmarł w szpitalu w Ramstein.

FOT. Bartek Syta. Gosia, dowódca WEM

FOT. Bartek Syta. Gosia, dowódca WEM w polskiej bazie Ghazni

Wojskowa szydera, czyli potoczne „darcie łacha” jest w polskiej bazie Ghazni czymś na porządku dziennym i jeśli ktoś tego nie zrozumie, to polegnie z kretesem. Czym w istocie jest żołnierska szydera, zapyta niezorientowany cywil. Zdefiniowanie tego zjawiska nie jest łatwe, bo jest to coś nieuchwytnego, co rodzi się niczym błysk w oku szydercy. Trzeba mieć trochę refleksu, odrobinę ironii, garstkę wrodzonej złośliwości, szczyptę cynizmu, sporą dawkę wprawy, a składnikiem bazowym jest tu dystans do siebie. Jeśli go nie masz, nie przyjeżdżaj do Ghazni, bo poniesiesz towarzyską kleskę i zrotują cię (wyślą z powrotem do domu w ramach tak zwanej rotacji) w dwa dni.

Żołnierska szydera potrafi napędzać się jak koło zamachowe, jedno szyderstwo pociąga za sobą kolejne i tak bez końca. W bazie nie ma świętych krów, szydera każdemu domaluje mentalne uszy, ogony, wąsy czy nosy.

Żeby jednak spróbować jakoś zobrazować to socjologiczne zjawisko, posłużę się kilkoma przykładami.

Przykład pierwszy: przychodzę do TOC SGPSz i spotykam jednego pułkownika.

– Czytałem pani tekst o afgańskiej nocy – mówi. Chwilę odczekuje na reakcję, a kiedy jej nie ma, dorzuca: – Piękny.

– Cieszę się – odpowiadam uprzejmie, no, bo jeśli ktoś mówi, to ja wierzę w to, co mówi.

Ale on patrzy na mnie z ukosa, i czuję, że nie powinnam się więcej odzywać. Powinnam poczekać. Ciekawe, jaką szyderę zasunie.

– Szkoda tylko, że kiedy wyszedłem na zewnątrz, to zamiast piękna afgańskiej nocy poczułem smród i dym z palącego się wysypiska śmieci. I całe piękno szlag trafił – dodał zadowolony.

Albo: po tygodniu w Ghazni, moje świetne buty, które kupiłam w Factory w Ursusie za kwotę, na jaką nie było mnie w rzeczywistości stać, a które, jeśli wierzyć sprzedawcy, miały wytrzymać 5 wojen światowych, rozdarły się i teraz chodzę, świecąc dziurą. Dziura, jak dziura, ale koledzy żołnierze byli bezlitośni. Bo to przez dziurę wśliznąć się może anakonda, bo ktoś widział ogromne, podobne do tarantuli pająki, których oczy świecą fosforyzującym blaskiem i nie są to słowa rzucane ot tak sobie, bez znaczenia. Jak pokazują dzieje świata,  są przecież i takie kobiety, które w sytuacji zagrożenia pająkiem, czy gadem, zaczynają krzyczeć, śmiesznie przy tym podrygując.

Albo: przychodzi dziś do „Majorki” jeden kapitan i mówi: – Masz nową ksywkę w sztabie. Nazwali cię Piszczałka, przyjaciel wesołego diabła.

– Przecież ja nie piszczę – oponuję.

– To zobacz, jak wygląda Piszczałka.

Wchodzę w gogle, wrzucam hasło „Piszczałka” i wyskakują zdjęcia rozczochranego stwora z zadartym nosem.

Wypisz wymaluj ja.

Zyskałam też inny przydomek: „Chodząca kamizelka” – że niby, jak włożę kamizelkę kuloodporną, to topię się w niej i mnie nie widać.

No, ale życie tu, na szczęście nie polega wyłącznie na tym, że szydera skupia się tylko na jednej osobie. Każdy drze tu łacha z każdego, a najbardziej wtedy, gdy ktoś odsłoni się z jakąś swoją słabością.

Łukasz (ten od nie do końca sprecyzowanych wizyt w „Majorce”) zerwał się dzisiaj, mówiąc: – Idę coś porobić.

– Acha. Poćwiczyć grzbiet – mruknął major (Kasia wie, który. Kasiu, pozdrowienia!)

Albo wczoraj. Wracam od Emilki, dumna, że wracam sama, nikt mnie już nie musi odprowadzać, bo tak świetnie poruszam się po bazie, a w patio przy moim kościele tradycyjnie siedzą „Chemical Brothers”, jedna z najbardziej sympatycznych grup, jakie tu spotkałam (wiadomo, Ślązacy i jeden z Sosnowca). Siedzi z nimi  osobliwa postać, czyli Waldek, po godzinach malarz i znawca horoskopów.

– A co byś powiedział o Pannie? – zapytał Waldka jeden z chemików, zainteresowany nagle  tym znakiem zodiaku.

– Zależy, ile ma lat – błyskawicznie rzucił jego kolega.

Sami więc widzicie, że tu trzeba uważać, co się mówi, bo można zostać wkręconym w nieprawdopodobne historie.

Tak dał się wkręcić mój kolega Bartek, kiedy po kilku dniach pobytu w bazie, major, z czystą nomen omen intencją zaproponował, że może zrobią pranie.

– O, tak, pranie, bo muszę prześcieradło wyprać – nieuważnie sypnął się Bartek.

Cisza, jaka zapadła w „Majorce” po tym bartkowym wyznaniu uświadomiła mu, że coś palnął, ale jeszcze do końca nie wiedział, co.

– No, co, no co? – zapytał, obrzucając wzrokiem siedzących.

– No, prześcieradło – usłyszał, po czym gruchnęła salwa śmiechu.

Ale i ja  mogłam zakosztować żołnierskiego darcia łacha. I nie mówię tu o tych przypadkach szydery, które niebezpiecznie balansują na granicy ze zwykłym chamstwem, bo i takie, jak w każdym środowisku przecież się zdarzają. Nie. Mam na myśli te rzadkie przypadki spotkań z inteligentnymi ludźmi, których szydera wzniosła się na intelektualne wyżyny zwykłej ludzkiej życzliwości.

Takim przypadkiem niech będzie sprawa pewnego naszego kolegi, nazwijmy go Baksem (wysoki, umięśniony, na brojlerach karmiony). Otóż ten to człowiek po pięciu miesiącach pobytu w Afganistanie podjął w końcu męską decyzję i kupił sobie telefon oraz afgańską kartę.

Kupił je w tak niewiarygodnie i zdumiewająco łatwy sposób, że usiłował natychmiast o tym zapomnieć, zdając sobie sprawę, że w innym przypadku mogłoby go to doprowadzić do granic co najmniej lekkiego oszołomienia. Z tego też powodu natychmiast pozbył się opakowania, paragonu i (prawdopodobnie) karty gwarancyjnej.

Jeżeli w kodeksie postępowania naszego kolegi znajdował się punkt ważniejszy od innych, to niechybnie brzmiał on tak: w żadnych okolicznościach i pod żadnym pozorem nie przynoś do swojej „bichaty” opakowania po telefonie, ani gwarancji, ani paragonu, ponieważ po tych elementach można poznać, że właśnie kupiłeś nowy telefon.

Szczerze mówiąc, do końca nie byliśmy przekonani, czy teraz, gdy nasz zaprzyjaźniony kolega ma już miejscowy aparat z miejscową kartą, powinniśmy spodziewać się od niego telefonów albo SMSów, bądź czy on sam miał zamiar do nas dzwonić, albo wysyłać smsy. Jeśli jednak komuś z nas taka myśl nawet przeszła przez głowę, to musiała się spotkać z rozczarowaniem. Zresztą. Baks sam nie do końca był pewien, czy dzwonienie i wysyłanie SMS-ów z tego telefonu jest w ogóle możliwe.

Trzeba tu nadmienić, że nasz kolega to w istocie dobry i pożyteczny człowiek, z dużą wrażliwością, czego się jednak nie da powiedzieć o jego wyczuciu kolorów.

Albowiem aparat, jaki kupił był koloru białego.

– Nie było męskiego modelu? – zapytała z niewinną miną Emi.

Ten fakt zapoczątkował falę miażdżących szyderstw z naszej strony. I nie mówię tu już tylko o tym, z jakim zaniepokojeniem, my, jego znajomi, przyjęliśmy ten kolor. Bo jakby tego było mało, komórka nie została wyposażona w aparat fotograficzny, kamerę, a co gorsza nie miała możliwości ustawienia języka polskiego.

– Ustawcie mi tu jakiś język – zdenerwował się Baks, więc  Emi błyskawicznie ustawiła mu suahili.

No i się zaczęło.

– Baks, a masz kolorowy wyświetlacz?

– Baks, masz wifi? Wyślij mi maila.

– Baks, wyślę ci MMS-a, albo nie, ty zrób fotę i mi prześlij.

– Cicho, bo Baks pójdzie do domu i będzie przez całą noc rozkminiał funkcje w telefonie.

Długo by wymieniać szyderstwa, jakie wówczas z naszej strony padły (a zdarzyło się to ledwo trzy dni temu w pobliżu „Złotych Tarasów”). Być może w którymś z nas zakiełkowało i takie, że nasz dobry kolega, będąc posiadaczem białego telefonu, wdrapał się o kilka stopni wyżej po społecznej drabinie, a to może oznaczać, że jego nieskomplikowane do tej pory życie odeszło w siną (białą?) dal. Można było nawet podejrzewać, że teraz my, jego znajomi, staniemy się dla niego nie dość dobrzy i zamiast z nami chodzić na „difak”, będzie jadał z samym generałem.

Szydera to jednak straszne narzędzie. Bo wyobraźcie sobie, po dwóch dniach obnoszenia się z gadżetem, za którego przyczyną na twarzy naszego kolegi pojawił się ów wyraz troski, jaki przeważnie towarzyszy ludziom kupującym drogie gadżety, jego biały telefon zniknął.

Dzięki czemu znów możemy wieczorami przebywać razem, pić bananowe „szejki” w „Coffe Open” albo spędzać szalone wieczory „U Stefana”, jak restaurację „Oasis” znajdującą się na terenie „Złotych Tarasów” ochrzcili bywalcy.

Mieliśmy nosa, kiedy, jeszcze w Bagram zwróciliśmy uwagę na szczupłego, wysportowanego chłopaka w stopniu starszego szeregowego, który razem z nami przyleciał do Afganistanu. W poprzednim poście opisałam historię Dawida – biegacza z I Batalionu Strzelców Podhalańskich w Rzeszowie. Z przyjemnością donoszę, że Dawid wygrał dzisiejszy 32. Maraton Wrocławski – edycja Ghazni. Jako drugi na metę przybiegł jego kolega z Batalionu, Michał.

Podkarpacie może  być dumne:)

Wcześniej trzymaliśmy kciuki za Dawida, teraz szczerze gratulujemy. Zwłaszcza, że nie był to łatwy bieg – rozpoczął się o 5 rano, w ciemnościach.

A Dawid zrealizował to, co chciał: wygrał z samym sobą.