Ghazni. Dynamiczny wpis o szkoleniu saperów

Kategorie: Bez kategorii

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Przychodzi Łukasz do „Majorki” (cel jego częstych wizyt nadal jest dla mnie tajemnicą), a ja go męczę: – Łukasz, powiedz jakiś dowcip, którym okraszę notkę na blogu.

Czasem mówi, a czasem nie. Zależy.

Wtedy powiedział.

– Znasz kawał o snajperze?

Nie znam.

– Siedzi snajper na stanowisku, obserwuje cel, a tu komórka mu dzwoni. Odbiera. Żona: – Słuchaj kochanie, przyjechała do nas mamusia….

– Wiem. Widzę.

Pewnie, gdybym pisała o snajperach, więcej byłoby w tym ikry i ognia , ale dziś napiszę o saperach. Mam świadomość, że pisać o saperach, to tak, jakby pisać o zawodach szachistów. Dynamiki w tym niewiele, emocje może i kłębią się w środku, ale na zewnątrz są niewidoczne.

No, ale żaden patrol, wyjeżdżający z bazy w Ghazni, nie wyobraża sobie, aby nie mieć ze sobą saperów i nachwalić się ich nie mogą.

Wczoraj postanowiliśmy z Bartkiem zobaczyć, jak wygląda szkolenie  saperów. To był już trzeci dzień szkolenia eksploatacyjno-operatorskiego w polskiej bazie Ghazni, w którym łącznie wzięło udział kilkadziesiąt osób – żołnierze z grupy inżynieryjnej i z wojsk specjalnych. Instruktorzy z Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych we Wrocławiu przywieźli nowe „zabawki” – amerykańskie roboty do rozpoznawania ładunków wybuchowych, jakie miesiąc temu polska armia otrzymała w ramach pomocy od armii sojuszniczej. Całkiem sporo trafiło ich właśnie do Afganistanu, na tak zwany teatr działań.

Kopnęliśmy się więc z Bartkiem na miejsce szkolenia, przy Hesco, a w ramach asekuracji poszedł z nami jeden z naszych majorów z „Majorki” (zabronił mi o sobie pisać, więc nie zdradzę jego imienia).

Długa to była droga, i jak się później okazało, diabelnie niebezpieczna. Przez grawer, wzdłuż zasieków z koncertiny (kłęby drutów podobnych do kolczastych, rozwieszone na ogrodzeniu), po miałkim pyle, w zapadającym się piachu. Oficer sekcji szkolenia zespołu rozminowania z wrocławskiego centrum wprowadził nas w akcję: – Mamy tu trzy miejsca szkolenia. Na każdym z nich instruktor wprowadza operatora robota w sytuację taktyczną. Zadaniem szkolącego się operatora jest wskazanie potencjalnie niebezpiecznego miejsca i potwierdzenie, bądź nie, niebezpiecznego przedmiotu.

W tych miejscach mogą być ukryte takie niebezpieczne przedmioty jak ładunki kierunkowego działania, małe cache – czyli składy komponentów IED (czyli „ajdiki”), lub wcześniej przygotowane IED.

Na afgańskich drogach „ajdik” to rzecz naturalna, jak borowik w warmińskim lesie i tak samo trudna do zauważenia. Ale nie dla sapera, który nosem czuje, gdzie może być zakopana beczka z lontem detonującym. A to kabelek dziwny mu mignie na poboczu, a to kupkę kamieni przyuważy i od razu – Ocho! Na wysokości usypanej kupki kamieni węszy kupkę piachu, na którą laik nawet by nie spojrzał.

– Panowie, mamy drogę w nasypie. Chwilę wcześniej przeszła tedy piechota i zabezpieczyła kupkę kamieni. Wycofali się i wezwali was – saperów. Macie sprawdzić to miejsce – przemówił do uczestników szkolenia oficer.

Jeden z żołnierzy klęczy przy pulpicie sterowniczym, drugi asekuruje robota, żeby się nie wykopyrtnął na nierównościach. Robot wyposażony jest w mikrofon, radio i kamerę z dużym zoomem. Pokonuje wzniesienie za wzniesieniem, choć szczerze mówiąc szału nie ma, jeśli chodzi o prędkość. Na wyciągu ramienia ma udźwig i nim może grzebać w piachu i wyciągać ładunki podstępnie ukryte.

– Nawet jeśli nastąpi eksplozja i urwie mu ramie, to lepiej, aby zniszczony został sprzęt, niż zagrożone życie ludzkie – przekonuje oficer. Zwłaszcza, że do robota są części zamienne.

Pośpiech to ponoć oznaka niskiego pochodzenia – usłyszałam dzisiaj w „Majorce”, z czego by wynikało, że saperzy to ludzie o najwyższej klasie. Ale jakby nie mówić, to ich powolne ruchy i małomówność znudziły nas trochę, podziękowaliśmy więc z majorem (tym, co jego imienia nie wypowiem) pięknie i udaliśmy się w powrotną drogę. Wtedy akurat ogłoszono, że artylerzyści wykonają kolejne fire mission. Przechodzimy chyłkiem przez helipad, a tu nagle huk! Artyleryjskie pociski śmigają nam nad głowami i uderzają w górę naprzeciwko. Ale my nic, my twardzi, my naprzód, jak czterej pancerni, obok strzelnicy przemykamy, z której też kanonada się dobywa ostra, kule, bziuu, bziuu, śmigają, aż miło.

– Kryj się! Rykoszet! – chwyta mnie major za ramię, a ja znowu daję się wkręcić w żołnierskie poczucie humoru.

Sami jednak widzicie, że robota saperska może i nie jest dynamiczna, ale za to ile po drodze może się wydarzyć.

Komentarze (3):

  1. Avatar
    zolnierz

    Powiem Pani szczeze ze ktos kiedys pod Pani artykulem napisal prawde. Mowiax aby Pani skonczyla pisac te artykuliki. Bo to co tu sie czyta mija sie z rzeczywistoscia. Prosze sie najpierw zorjentowac jak jest a dopiero pozniej sie wypowiadac na ten temat.Po pierwsze to nie bylo szkolenie „przyszlych saperow” bo Ci ludzie ktorzy tu sa i wykonuja swoja robote sa saperami a nie przyszlymi saperami. A to ze sie nie wypowjadaja to moze tylko dlatego ze czytaja ten blok i widza jak tu sie opisuje pewne sprawy. Te artykuly czyta sie jak telenowele, a tu scenariusz pisze zycie. Prosze na drugi raz jak Pani cos juz napisze zastanowic sie kilka razy i zorjentowac sie w temacie do konca.

  2. Avatar
    nieżołnierz

    Panie „żołnierz” pisze się „zorientowała”, a nie „zorjentowała” oraz „blog” a nie „blok”.

    Pozdrawiam

    Ps. Wycofać wojska z bliskiego wschodu! Tam chodzi tylko o ropę i hajs.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.