Ghazni. Jak jechałam Rosomakiem

Kategorie: Bez kategorii

Lato w Afganistanie zdaje się nie mieć końca. Sobotni ranek zamanifestował się brakiem podmuchu wiatru, choćby najlżejszego, bezchmurny bezlitośnie. Słońce od wczesnych godzin żarzyło się jak rozpalony grill, a niebo aż pobladło z wrażenia, kiedy raźnym krokiem, wreszcie wyspana (przez ostatnie dwa, albo i trzy dni, od świtu do zmierzchu pod moim pokojem stały tabuny nowo przyjezdnych Amerykanów, a ich jazgotliwe rozmowy skutecznie wybudzały mnie ze snu) i wykąpana uprzednio, świtkiem po godzinie dziesiątej wkroczyłam do „Majorki”. Moje wejście sprowokowało szereg zastrzeżeń typu: „O której to się przychodzi?” „My tu czekamy, a ty co?” „Nie pamiętasz, gdzie mieliśmy być o dziesiątej?” – i tym podobnych szyderczych oskarżeń.

Jakoż prędko się okazało, że dziś jest ten dzień, w którym odbędzie się jazda testowa Rosomakiem i możemy się zabrać, o czym kompletnie zapomniałam, albo i nawet nie słyszałam, bo wiadomo – dziennikarz słyszy tylko to, co chce usłyszeć i kiedy jest mu to wygodne.

Udaliśmy się zatem do miejsca, gdzie znajduje się hala serwisu KTO (Kołowy Transporter Opancerzony), a tam czekał już na nas kierownik serwisu, Pan Janek.

– Mili państwo, jazda Rosomakiem to najwyższa przyjemność. Przygotujcie się na orgazm – zażartował.

Bartek, mój kolega fotoreporter pierwszy załadował się do Rosomaka i pojechali. Nieświadoma tego, co mnie czeka, ucięłam sobie rozmowę z Panem Jankiem, a temat dotyczył wydarzeń 28 sierpnia. Kolejny raz przekonuję się, jak tamten dzień tkwi głęboko w ludziach, którzy przeżyli zamach rebeliantów na bazę.

– Było przed godziną 16, kiedy pracownicy już wyszli, zostałem sam w kontenerze. Siedziałem na krzesełku przed komputerem, kiedy nastąpił wybuch. Podrzucił mnie do góry. Wybiegłem na zewnątrz – byłem tu zupełnie sam. Z każdej strony nade mną świstały pociski, latały rakiety i RPG-i. Usłyszałem, że to atak. Schowałem się do schronu. W schronie nikogo. Co robić? Ani wyjść, a czekać bez broni też niebezpiecznie – mówi Pan Janek i prowadzi mnie do schronu. To tutaj tego dnia rozliczał się z całym swoim życiem. Na ścianie schronu napisał: „28.08.2013 od godz. 16 przeżyłem 40 minut zgrozy!!! w tym schronie. J.W. serwis KTO, XIII zmiana.”

FOT. Dariusz Osowski. Pan Janek w schronie, w którym przeżył zgrozę.

FOT. Dariusz Osowski. Pan Janek w schronie, w którym przeżył zgrozę.

Jego pracownicy też przeszli swoje. Dochodzili akurat do swojej „bichaty”, kiedy przy nich eksplodowała rakieta. „Bichata” zniknęła w dymie i kurzu. – Myśleliśmy, że już po niej, ale kiedy kurz opadł, okazało się, że stoi. Rakieta walnęła zaledwie 10 metrów dalej – dodają.

Zbieram te opowieści skrzętnie, zapisuję reakcje ludzi, ich przeżycia, a także relacje tych cichych i nieujawnionych dotychczas bohaterów, którzy nie dopuścili rebeliantów w głąb bazy, ratując tym samym życie setek ludzi, z zamiarem opisania całościowego obrazu tego, co działo się tu w tę pamiętną środę 28 sierpnia.

Tymczasem wracajmy do Rosomaka, który właśnie z dumnym Bartkiem w środku, zajechał przed halę serwisu KTO.

– Teraz Ty wsiadasz – usłyszałam.

Ja?! Czy ktoś tu zwariował? Ja mam wsiąść do Rosomaka? Przecież mnie się nawet nie uda po nim wspiąć!

Silne ręce dwóch żołnierzy (w przybliżeniu będzie to łącznie ze dwieście kilogramów żołnierskich mięśni czystej krwi) wrzuciły mnie na pancerz. Przed włazem czekał instruktor. Kazał wsunąć się do środka i siadać, abym mogła na chwilę poczuć to, co czuje kierowca Rosomaka. Potem zobaczyłam, jak ustawia sobie wygodny fotel tak, aby stopami dotykać do pedałów gazu i hamulca. Jak włącza silnik. Jak zwalnia hamulec ręczny. Jak włącza bieg, naciska gaz. I jak jedzie.

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn przygotowuje się do jazdy Rosomakiem

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn w Rosomaku

No, to pojechaliśmy.

Osiem potężnych kół (z napędem na wszystkie koła) wolno i z chrzęstem toczyło się po grawerze, a ja w środku. Rosomak potrzebuje 4-metrowej przestrzeni, aby o nic nie zawadzić, na szczęście droga jest szeroka, a przejażdżka krótka.

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn po szczęśliwym objeździe bazy

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn po szczęśliwym objeździe bazy

Stanęliśmy. Wspięłam się na miękkich z przejęcia nogach. Kolega major (jakieś sto kilo żywo grających mięśni) chwycił mnie tym samym sposobem, jak kiedyś dżentelmeni chwytali omdlewające damy, uniósł niczym przerośniętego kurczaka i postawił na ziemi.

Za kilka dni, obiecał Pan Janek, mam zjawić się u niego po szczegółowy instruktaż teoretyczny dotyczący tego cudu bojowej techniki i wtedy dokładnie opiszę, z czym się je Rosomaka. Teraz powiem tylko tyle: nie bez powodu jesteśmy z nich dumni i zazdroszczą nam ich Amerykanie.

A prowadzi się go, jak powiadają, łatwiej niż „malucha” i bardziej komfortowo, niż najwyższej klasy mercedesa.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.