Ghazni. O tym, jak kwitnie tu żołnierska szydera

Kategorie: Bez kategorii

Wojskowa szydera, czyli potoczne „darcie łacha” jest w polskiej bazie Ghazni czymś na porządku dziennym i jeśli ktoś tego nie zrozumie, to polegnie z kretesem. Czym w istocie jest żołnierska szydera, zapyta niezorientowany cywil. Zdefiniowanie tego zjawiska nie jest łatwe, bo jest to coś nieuchwytnego, co rodzi się niczym błysk w oku szydercy. Trzeba mieć trochę refleksu, odrobinę ironii, garstkę wrodzonej złośliwości, szczyptę cynizmu, sporą dawkę wprawy, a składnikiem bazowym jest tu dystans do siebie. Jeśli go nie masz, nie przyjeżdżaj do Ghazni, bo poniesiesz towarzyską kleskę i zrotują cię (wyślą z powrotem do domu w ramach tak zwanej rotacji) w dwa dni.

Żołnierska szydera potrafi napędzać się jak koło zamachowe, jedno szyderstwo pociąga za sobą kolejne i tak bez końca. W bazie nie ma świętych krów, szydera każdemu domaluje mentalne uszy, ogony, wąsy czy nosy.

Żeby jednak spróbować jakoś zobrazować to socjologiczne zjawisko, posłużę się kilkoma przykładami.

Przykład pierwszy: przychodzę do TOC SGPSz i spotykam jednego pułkownika.

– Czytałem pani tekst o afgańskiej nocy – mówi. Chwilę odczekuje na reakcję, a kiedy jej nie ma, dorzuca: – Piękny.

– Cieszę się – odpowiadam uprzejmie, no, bo jeśli ktoś mówi, to ja wierzę w to, co mówi.

Ale on patrzy na mnie z ukosa, i czuję, że nie powinnam się więcej odzywać. Powinnam poczekać. Ciekawe, jaką szyderę zasunie.

– Szkoda tylko, że kiedy wyszedłem na zewnątrz, to zamiast piękna afgańskiej nocy poczułem smród i dym z palącego się wysypiska śmieci. I całe piękno szlag trafił – dodał zadowolony.

Albo: po tygodniu w Ghazni, moje świetne buty, które kupiłam w Factory w Ursusie za kwotę, na jaką nie było mnie w rzeczywistości stać, a które, jeśli wierzyć sprzedawcy, miały wytrzymać 5 wojen światowych, rozdarły się i teraz chodzę, świecąc dziurą. Dziura, jak dziura, ale koledzy żołnierze byli bezlitośni. Bo to przez dziurę wśliznąć się może anakonda, bo ktoś widział ogromne, podobne do tarantuli pająki, których oczy świecą fosforyzującym blaskiem i nie są to słowa rzucane ot tak sobie, bez znaczenia. Jak pokazują dzieje świata,  są przecież i takie kobiety, które w sytuacji zagrożenia pająkiem, czy gadem, zaczynają krzyczeć, śmiesznie przy tym podrygując.

Albo: przychodzi dziś do „Majorki” jeden kapitan i mówi: – Masz nową ksywkę w sztabie. Nazwali cię Piszczałka, przyjaciel wesołego diabła.

– Przecież ja nie piszczę – oponuję.

– To zobacz, jak wygląda Piszczałka.

Wchodzę w gogle, wrzucam hasło „Piszczałka” i wyskakują zdjęcia rozczochranego stwora z zadartym nosem.

Wypisz wymaluj ja.

Zyskałam też inny przydomek: „Chodząca kamizelka” – że niby, jak włożę kamizelkę kuloodporną, to topię się w niej i mnie nie widać.

No, ale życie tu, na szczęście nie polega wyłącznie na tym, że szydera skupia się tylko na jednej osobie. Każdy drze tu łacha z każdego, a najbardziej wtedy, gdy ktoś odsłoni się z jakąś swoją słabością.

Łukasz (ten od nie do końca sprecyzowanych wizyt w „Majorce”) zerwał się dzisiaj, mówiąc: – Idę coś porobić.

– Acha. Poćwiczyć grzbiet – mruknął major (Kasia wie, który. Kasiu, pozdrowienia!)

Albo wczoraj. Wracam od Emilki, dumna, że wracam sama, nikt mnie już nie musi odprowadzać, bo tak świetnie poruszam się po bazie, a w patio przy moim kościele tradycyjnie siedzą „Chemical Brothers”, jedna z najbardziej sympatycznych grup, jakie tu spotkałam (wiadomo, Ślązacy i jeden z Sosnowca). Siedzi z nimi  osobliwa postać, czyli Waldek, po godzinach malarz i znawca horoskopów.

– A co byś powiedział o Pannie? – zapytał Waldka jeden z chemików, zainteresowany nagle  tym znakiem zodiaku.

– Zależy, ile ma lat – błyskawicznie rzucił jego kolega.

Sami więc widzicie, że tu trzeba uważać, co się mówi, bo można zostać wkręconym w nieprawdopodobne historie.

Tak dał się wkręcić mój kolega Bartek, kiedy po kilku dniach pobytu w bazie, major, z czystą nomen omen intencją zaproponował, że może zrobią pranie.

– O, tak, pranie, bo muszę prześcieradło wyprać – nieuważnie sypnął się Bartek.

Cisza, jaka zapadła w „Majorce” po tym bartkowym wyznaniu uświadomiła mu, że coś palnął, ale jeszcze do końca nie wiedział, co.

– No, co, no co? – zapytał, obrzucając wzrokiem siedzących.

– No, prześcieradło – usłyszał, po czym gruchnęła salwa śmiechu.

Ale i ja  mogłam zakosztować żołnierskiego darcia łacha. I nie mówię tu o tych przypadkach szydery, które niebezpiecznie balansują na granicy ze zwykłym chamstwem, bo i takie, jak w każdym środowisku przecież się zdarzają. Nie. Mam na myśli te rzadkie przypadki spotkań z inteligentnymi ludźmi, których szydera wzniosła się na intelektualne wyżyny zwykłej ludzkiej życzliwości.

Takim przypadkiem niech będzie sprawa pewnego naszego kolegi, nazwijmy go Baksem (wysoki, umięśniony, na brojlerach karmiony). Otóż ten to człowiek po pięciu miesiącach pobytu w Afganistanie podjął w końcu męską decyzję i kupił sobie telefon oraz afgańską kartę.

Kupił je w tak niewiarygodnie i zdumiewająco łatwy sposób, że usiłował natychmiast o tym zapomnieć, zdając sobie sprawę, że w innym przypadku mogłoby go to doprowadzić do granic co najmniej lekkiego oszołomienia. Z tego też powodu natychmiast pozbył się opakowania, paragonu i (prawdopodobnie) karty gwarancyjnej.

Jeżeli w kodeksie postępowania naszego kolegi znajdował się punkt ważniejszy od innych, to niechybnie brzmiał on tak: w żadnych okolicznościach i pod żadnym pozorem nie przynoś do swojej „bichaty” opakowania po telefonie, ani gwarancji, ani paragonu, ponieważ po tych elementach można poznać, że właśnie kupiłeś nowy telefon.

Szczerze mówiąc, do końca nie byliśmy przekonani, czy teraz, gdy nasz zaprzyjaźniony kolega ma już miejscowy aparat z miejscową kartą, powinniśmy spodziewać się od niego telefonów albo SMSów, bądź czy on sam miał zamiar do nas dzwonić, albo wysyłać smsy. Jeśli jednak komuś z nas taka myśl nawet przeszła przez głowę, to musiała się spotkać z rozczarowaniem. Zresztą. Baks sam nie do końca był pewien, czy dzwonienie i wysyłanie SMS-ów z tego telefonu jest w ogóle możliwe.

Trzeba tu nadmienić, że nasz kolega to w istocie dobry i pożyteczny człowiek, z dużą wrażliwością, czego się jednak nie da powiedzieć o jego wyczuciu kolorów.

Albowiem aparat, jaki kupił był koloru białego.

– Nie było męskiego modelu? – zapytała z niewinną miną Emi.

Ten fakt zapoczątkował falę miażdżących szyderstw z naszej strony. I nie mówię tu już tylko o tym, z jakim zaniepokojeniem, my, jego znajomi, przyjęliśmy ten kolor. Bo jakby tego było mało, komórka nie została wyposażona w aparat fotograficzny, kamerę, a co gorsza nie miała możliwości ustawienia języka polskiego.

– Ustawcie mi tu jakiś język – zdenerwował się Baks, więc  Emi błyskawicznie ustawiła mu suahili.

No i się zaczęło.

– Baks, a masz kolorowy wyświetlacz?

– Baks, masz wifi? Wyślij mi maila.

– Baks, wyślę ci MMS-a, albo nie, ty zrób fotę i mi prześlij.

– Cicho, bo Baks pójdzie do domu i będzie przez całą noc rozkminiał funkcje w telefonie.

Długo by wymieniać szyderstwa, jakie wówczas z naszej strony padły (a zdarzyło się to ledwo trzy dni temu w pobliżu „Złotych Tarasów”). Być może w którymś z nas zakiełkowało i takie, że nasz dobry kolega, będąc posiadaczem białego telefonu, wdrapał się o kilka stopni wyżej po społecznej drabinie, a to może oznaczać, że jego nieskomplikowane do tej pory życie odeszło w siną (białą?) dal. Można było nawet podejrzewać, że teraz my, jego znajomi, staniemy się dla niego nie dość dobrzy i zamiast z nami chodzić na „difak”, będzie jadał z samym generałem.

Szydera to jednak straszne narzędzie. Bo wyobraźcie sobie, po dwóch dniach obnoszenia się z gadżetem, za którego przyczyną na twarzy naszego kolegi pojawił się ów wyraz troski, jaki przeważnie towarzyszy ludziom kupującym drogie gadżety, jego biały telefon zniknął.

Dzięki czemu znów możemy wieczorami przebywać razem, pić bananowe „szejki” w „Coffe Open” albo spędzać szalone wieczory „U Stefana”, jak restaurację „Oasis” znajdującą się na terenie „Złotych Tarasów” ochrzcili bywalcy.

Komentarze (4):

  1. Avatar
    R.

    szydery nie da się ująć w słowa 🙂 to wychodzi pod wpływem chwili, sytuacji i jest jednorazowe, niepowtarzalne 😉 Starałaś się to opisać, ale „to se ne da”, bo zapisując to i później czytając to ona wiele traci. Ale wiadomo o co chodzi 🙂 pozdrawiam „moich Szyderców”. Czekamy na Was i Waszą-Naszą szyderę,
    Wasze Lepsze i Piękniejsze Połówki 😉

  2. Avatar
    Czekająca_na_wojaka

    Taaa… żołnierską szyderę też mam w domu.. I potwierdzam, że umysł lotny przydaje sie w ‚słownej walce’ z M :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.