Dzień, którego nigdy nie zapomnę – Żaneta

Kategorie: Bez kategorii

To było chyba najdłuższe trzysta metrów w życiu Żanety. „Padnij”, „Powstań”, „Leżeć”, „Klęknąć”, „Do przodu”, na przemian padały komendy. Gdyby gdzieś za wzgórzem krył się jakiś rebeliancki snajper, nie miałby łatwego celu. Żaneta ubrana w ciężką kamizelkę, w hełmie na głowie, padała na ziemie, wstawała, znów leżała, albo klęczała z pochyloną głową, póki saperzy nie sprawdzili każdego metra.

Khwaja Omari (czyt. Kwadża Omari) – jeden z dystryktów leżących ledwo 20 km od Ghazni, to zupełnie inny świat. Region Khwaja Omari otoczony pagórkami to w porównaniu z pustynnym, surowym krajobrazem Ghazni oaza zieloności. Rosną tu drzewa, płynie rzeka. To też spory teren rolniczy Afganistanu.

Żaneta nigdy nie zapomni 5 sierpnia 2013 roku, kiedy to z konwojem udała się do Khwaja Omari. Miała tam zadanie – odebrać projekt pt. „Szkolenie dla rolników i ogrodników” z tego dystryktu. Przeszkolono wówczas przez 4 miesiące 80 afgańskich rolników, z różnego rodzaju upraw: kukurydza, zboża, drzewa owocowe i warzywa.

Żaneta od roku jest w polskiej bazie Ghazni, pracuje tu jako doradca do spraw ekonomii w PRT (Provincial Reconstruction Team – zespół do spraw odbudowy prowincji). Bada budżety departamentów – oddziałów ministerstw rządu afgańskiego, np. ekonomii, finansów, przedsiębiorczości przemysłu, ale też i takich podmiotów jak afgańska Izba Handlowa. Szkoli Afgańczyków, jak pozyskiwać budżety rozwojowe z Kabuli i w jaki sposób efektywnie je wydatkować. Prowadzi też szkolenia dla pracowników afgańskich, w tym właśnie dla rolników, bo rolnictwo to jedna z głównych gałęzi przemysłu tutaj.

Żaneta ma 28 lat, skończyła ekonomię, dużo podróżowała po świecie, jest singielką. Koleżanka powiedziała jej, że w Dowództwie Operacyjnym poszukują ekonomistki na misję w Afganistanie. Wysłała swoje CV, zaproszono ją na rozmowę, miała odpowiednie kwalifikacje i przyjechała na XII misję. Została na XIII.

Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy Żaneta 5 sierpnia w kamizelce kuloodpornej i hełmie, zapakowała się do jednego z Rosomaków. Zapowiadał się kolejny skwierczący żarem dzień. W konwoju, jaki między godziną 6 a 7 rano wyjeżdżał z bazy, było w sumie kilkanaście opancerzonych pojazdów (amerykańskie MRAP-y i polskie Rosomaki), kilkadziesiąt osób, w tym 4-osobowa komisja odbioru: przewodniczący, sekretarz i dwóch członków, wśród których była Zaneta. Mieli do przejechania ledwo 20 kilometrów, ale podróż trwała wiele godzin. Szutrowa droga to dla konwoju miejsce wysokiego ryzyka, było duże prawdopodobieństwo, że rebelianci mogli na niej ukryć „ajdiki”.

– Żołnierze szli więc „na wąsach”, czyli wychodzili przed pojazdy i sprawdzali teren. Saperzy, w kamizelkach, hełmach, z bronią i wykrywaczami metali, a jest to obciążenie pewnie ze 30 kilogramów całą ta drogę przeszli praktycznie pieszo – idąc na tak zwanych wąsach. W potwornym upale. Wciąż napotykaliśmy na wadi – wyschnięte koryta rzeczne, przepusty, a to idealne miejsce dla rebeliantów do podłożenia ładunków wybuchowych – opowiada Żaneta.

Żołnierze co i raz zatrzymywali się przy skrajach parowów, za którymi ciągnęły się pasy zieleni – idealne miejsce do ukrycia odciągów. Schodzili więc na samo dno łożyska rzeki, gdzie być może od wielu pokoleń nie płynęła żadna rzeka, a gdzie całkiem niedawno talibowie mogli podłożyć ładunki wybuchowe

 – My siedząc w środku opancerzonych samochodów, jak sardynki, nieomal nie odczuwaliśmy klimatyzacji. Pot lał się z nas strumieniami. Od czasu do czasu dowódca Rosomaka pytał: – Jak tam na desancie? Żyjecie?

– Żyję.

– Żyję.

– Żyję – odpowiadali po kolei.

– A ostatni kolega?

– On chyba już zemdlał – żartowano, bo jeden z komisji radził sobie z upałem w ten sposób, że wprawił się w stan hibernacyjnego letargu.

Przed wioską Aqasi piaszczysta droga okazała się całkowicie nieprzejezdna. Kilka dni wcześniej spadły tu deszcze, podmyły szutrowe podłoże, miejscowi usypali ją z powrotem, ale bardziej na słowo honoru. Ich niewielkie motorki mogły przejechać, ciężki wojskowy sprzęt zakopywał się. Konwój wciąż stawał, jedne pojazdy wyciągały zakopane, trwało to długo, bo osuwiska były głębokie, koła wpadały w doły na metr.

Gdzieś tak 300 metrów przed ich celem – centrum szkolenia, do którego jechali, samochody zakopały się na dobre. Konwój ruszył więc pieszo z jednym tylko Rosomakiem.

– Towarzyszyli nam mieszkańcy z okolicznych wiosek, którzy zlecieli się, kiedy pierwsze pojazdy zaczęły się zakopywać. Przybywało ich coraz więcej, staliśmy się dla nich wydarzeniem roku. Dzieci, których było mnóstwo, nic sobie nie robiąc z zagrożeń biegały wokół naszych wozów. One były najodważniejsze – nie bały się nawet zaczepiać żołnierzy, wciskając się między konwój, prosząc o prezenty.

FOT. Archiwum Żanety

FOT. Archiwum Żanety

Małe dziewczynki trzymały na rękach mniejsze dzieci.

FOT. Archiwum Żanety

FOT. Archiwum Żanety

Ruszyliśmy całym pochodem – jeden Rosomak, pieszy konwój a za nami lokalna ludność.

FOT. Archiwum żanety

FOT. Archiwum Żanety

To było chyba najdłuższe trzysta metrów w życiu Żanety. „Padnij”, „Powstań”, „Leżec”, „Klęknąc”, „Do przodu”, na przemian padały komendy, bo gdyby, dajmy na to, gdzieś za wzgórzem krył się jakiś rebeliancki snajper, nie miałby łatwego celu. Żaneta padała w kamizelce na ziemie, wstawała, znów leżała, albo klęczała z pochyloną głową, póki saperzy nie sprawdzili każdego metra.

– Bałam się, pewnie, że się bałam. Choć każdy z nas – cywilów miał ochronę, to przecież nigdy nie wiadomo, czy nie rozpocznie się ostrzał, czy nie wybuchnie gdzieś mina – przyznaje. Strach przykrywała uśmiechem:

FOT. Dariusz Lewtak. Żaneta z prawej strony

FOT. Dariusz Lewtak. Żaneta z prawej strony

Była pierwszy raz poza Ghazni, na wsi, jak jej się wydawało, na końcu świata. Kilka lat temu, zanim PRT rozpoczęło w prowincji swoją działalność, w mieście może 30 procent mieszkańców korzystało z prądu. Teraz jest to 70 procent. Ale na wsiach? Czasem kilka rodzin składa się, aby kupić jeden generator, podłączają go na 2-3 godziny w ciągu dnia i wtedy korzystają z prądu, po czym generator zostaje wyłączony. Ale przeważająca część mieszkańców prądu nie ma.

– Pierwszy raz mogłam zobaczyć, jak żyją tu ludzie, jak wyglądają ich domy. Są to ogromne bunkry, jak twierdze. Zbudowane z gliny, z maleńkimi oknami wmurowanymi wysoko, by przypadkiem nie zajrzał przez nie przechodzień i nie zobaczył np. kobiety.

FOT. Archiwum Żanety.

FOT. Archiwum Żanety.

 

Kobiety afgańskie mogą wychodzić z domu jedynie z zakrytą twarzą, w burkach i tylko w towarzystwie mężczyzny – męża czy brata. Dziewczynki mogą biegać z dziećmi do czasu ukończenia przez nie 12 lat – opowiada.

Żaneta widziała mieszkańców prowadzących osły, które wyglądały jak obładowane ciężarówki, wjeżdżające czasem na teren bazy w Ghazni.

Kiedy w końcu doszli do budynku centrum, żołnierze obstawili go szczelnym kordonem, obstawili też drogi, przejścia, byli na każdym pagórku.

FOT. Archiwum Żanety. Wejście do wioski

FOT. Archiwum Żanety. Wejście do wioski

Wewnątrz siedziało dwudziestu rolników, ze skrzyżowanymi nogami na dywanach pokrywających gliniane klepisko. – Nawet nie zwrócili na nas uwagi, tak byli wpatrzeni w dającego wykład nauczyciela.

FOT. Dariusz lewtak

FOT. Dariusz lewtak

Szkolenie odbywało się więc zgodnie z umową. Następnie sprawdziliśmy sprzęt, jaki po szkoleniu mieli od nas otrzymać rolnicy: każdy z uczestników miał na koniec dostać potrzebne wyposażenie do upraw: taczki, łopaty, kilofy, grabie, konewki, nożyki, piły do obcinania gałęzi, opryskiwacze, buty ochronne i okulary, a także i nasiona na pierwsze zasiewy. Na zewnątrz przed budynkiem centrum znajdowała się działka uprawna, gdzie uczestnicy szkolili się w praktyce – jak sadzić, siać i zbierać plony.

FOT. Dariusz Lewtak

FOT. Dariusz Lewtak

– To jest część misji – wyjaśnia Żaneta. – Celem PRT jest rozwój prowincji. Rolnicy wcześniej uprawiali ziemię tylko na własny użytek. Teraz, prowadząc gospodarstwa w nowoczesny i bardziej efektywny sposób, nadwyżkę plonów będą mogli sprzedawać w mieście.

Odbierali projekt, ze świadomością, że z każdą kolejną minutą rośnie zagrożenie, wieści szybko się rozchodzą i może dojść informacja do rebeliantów, że konwój znajduje się we wsi. Na dodatek czekało ich te 300 metrów pieszej wędrówki, do miejsca, gdzie czekały na nich opancerzone wozy bojowe, ale że droga została już sprawdzona, wracali szybciej.

– To był długi i niesamowicie męczący patrol. Mnóstwo możliwości do tego, aby nas zaatakowano. A do tego przegrzany organizm, bolesny ból głowy, osłabienie. Do końca dnia nie byłam w stanie ruszyć ręką ani nogą. Ale dałam radę, była więc też i duma. Taki wyjazd to był wysiłek dla wszystkich, ale chyba najbardziej dla saperów. W bazie wszyscy darzą ich wielkim szacunkiem. Ulgę odczułam dopiero wtedy, gdy przejechaliśmy bramę bazy. Wszyscy odczuwaliśmy radość. Wróciliśmy bezpiecznie. Nic się nie stało. Jesteśmy.

Komentarze (1):

  1. Kathh

    Ludzie tutaj w Polsce się burzą,. Łatwo każdemu z nich zawołać „zostawić tych ‚Abdulów’ niech się sami wykończą” zapominając jednocześnie, że nie każdy Afgańczyk to terrorysta, że są tam ludzie, a przede wszystkim dzieci, którzy chcą żyć w spokoju. Dzisiejszy wpis pokazuje przede wszystkim codzienne życie tych ludzi, ale także ich dramat. Oni chcą się uczyć, a tak na prawdę wojna odbiera im tą możliwość. Przyznam, że nawet nie wiedziałam, że do Afganistanu pojechali jacyś ekonomiści, aby pomagać tym ludziom. Według mnie to jest super. Dajemy przysłowiową wędkę, a nie ryby. Oby tylko ci ludzie to docenili i nie zaprzepaścili tej szansy, w końcu inni narażali życie, aby mogli się rozwijać.

    P.S. Od niedawna ten blog to pierwsza rzecz, od której zaczynam dzień. Na prawdę dobra robota! Pozdrowienia z zimnej i deszczowej Wielkopolski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.