Ghazni. Hej sokoły, zmiana planów.

Kategorie: Bez kategorii

W polskiej bazie Ghazni rzadki to dzień lub noc, kiedy nie przydarza mi się dziwna i ciekawa przygoda, a już zupełnie wyjątkowa byłaby ta przygoda, z której nie można by wyciągnąć głębokich lekcji moralnych.

Czwartek miał być ostatnim pełnym dniem, jaki mieliśmy tu spędzić. I zapowiadał się rewelacyjnie: wyjazd na patrol poza bazę z żołnierzami III plutonu zespołu bojowego ALFA.

Z tego przejęcia obudziłam się już przed szóstą rano (w Polsce było przed godz. 3.30). Poleżałam chwilę, bo cenię sobie ten moment, kiedy resztki snu majaczą mi się jeszcze w głowie a i wstając, poruszałam się wolno, bo niedobrze jest narażać własny system nerwowy nagłymi ruchami. Jasne promienie wdzierały się przez szpary w drzwiach kościelnego budynku. Kiedy w końcu wyszłam na zewnątrz, poczułam się bardzo szczęśliwa. Tego dnia, OSTATNIEGO dnia w bazie, nawet spękana ziemia pokryta ostrym grawerem przyjemnie pachniała świeżym aromatem spalin, a ciężka, intensywna woń idąca od strony ciężarówki do zbierania nieczystości z Toy-toyów też miała swój niepowtarzalny urok. Kurz, zamieniony przez słońce w czyste srebro, znajomo łaskotał w nosie, uszy pieścił głośny terkot i świst śmigieł „siedemnastek”, albo „dwudziestych czwartych”, wzbijając fale złocistego piachu, który niczym puder Lancome, skrzący drobinkami złota, obsypywał włosy i wesoło wciskał się do oczu nielicznych jeszcze o tej porze przechodniów. Słowem – życie nabierało barw nowego, wspaniałego dnia.

W „Majorce” o wczesnej porze zwykle powoli kształtują się rozmowy, ale tym razem było inaczej: zadzwonił telefon i pułkownik przekazał mi zaproszenie od generała, na kolację z afgańskimi przysmakami: boloni (cienki placek, jak pizza z farszem w środku) i szaszłyki baranie. – Godzina 19 – powiedział.

Jakoż też zaraz zjawił się Major Pierwszy i poinformował, że mam stawić się u generała na 18.

– Na dziewiętnastą – zaoponowałam, co stało się zarzewiem gorącej dyskusji z użyciem ekspresyjnych zwrotów dnia codziennego na temat tego, jak ci cywile nic nie mogą pojąć, choć przyglądają się życiu wojska już od prawie miesiąca.

Ale to był OSTATNI pełny dzień mojego pobytu tutaj i żadne, nawet i krótkie żołnierskie słowa, jakie tu czasem niechcący komuś się wypsną, nie były w stanie zmącić mojej radości. Powiedziałam więc, że „Idę na papierosa” (co w słowniku zwrotów niepopularnych i tępionych, acz czasem stosowanych, oznacza „Wali mnie to”, tylko mocniej) i udałam się w stronę Toy-toya. W środku kabiny, rozstawione pomysłowo zapewne ubiegłego wieczora light-stick’i (świecące pałeczki) wysyłały już ostatnie pomarańczowe i niebieskie światełka protestu.

Wracając z przybytku spotkałam Marcina, który szedł z kolegą. Marcin z tajemniczą miną trzymał w rękach podłużne kolorowe pudełko.

– Co tam macie chłopaki? – zapytała wścibska dziennikarka.

Marcin odchylił wieczko i z nabożną miną powiedział: – Orła. Zajrzałam i spotkałam się oko w oko z młodym sokołem wędrownym (choć mój Paweł mówi, że podobnie wygląda też i raróg górski).

Dwa sokoły wędrowne (albo rarogi), odebrane przemytnikom, podarował bazie zastępca policji w Ghazni. Jednym zaopiekował się generał, drugi trafił do „Staszka”, która lepiej od innych wie, jak z nim postępować. Nie omieszkałam też zaraz odwiedzić „Staszka”, aby sfotografować ptaka, no i wyciągnąć ją na „Złote Tarasy”, bo umówiłyśmy się, że pomoże mi w zakupach prezentów do Polski.

„Staszek” z sokołem na ręku i radosno-nabożną miną siedziała na dachu schronu. Przysiadłam i ja, i przez godzinę z zachwytem obserwowałyśmy ten cud natury.

AnitaCzuprynEmiliaSokol

„Kto w naszej sichacie ma największego ptaka? Staszek!” – powitali mnie żartem współmieszkańcy „Staszka”. Dowcip z szybkością światła obiegł już całą bazę.

Można było się spodziewać, że „Staszek” nie miała głowy do zakupów, naprędce zakupiłam więc zieloną „arafatkę”, którą mi wytargowała na cztery dolary i afgański szal przetykany kolorowymi błyszczącymi nićmi, i już musiałam biec do pana Janka od Rosomaków, a „Staszek” nakarmić ptaka zakupioną u Stefana surową piersią z kurczaka.

Równo z wybiciem godziny 15.30, razem z Bartkiem stanęliśmy „na linii” ubrani w kamizelki kuloodporne, hełmy, Bartek uzbrojony w sprzęt fotograficzny, a ja z pustymi rękami (i głową), bo mój aparat został w „Majorce”, a niech to. Jedziemy w końcu z chłopakami na patrol. Radości nie psuła nawet mętna i niejasna wieść, jaka się pojawiła w powietrzu, jakoby nasz piątkowy lot do Bagram, a stamtąd do Polski miał zostać odwołany.

Zapakowaliśmy się do pojazdów, Bartek w pierwszym, z saperami, ja w środkowym z żołnierzami, którzy z niejednego pieca chleb już jedli i konwojem ruszyliśmy poza bramę.

O święte afgańskie przestrzenie! Góry zatopione w melancholii spokoju! O ludzie radośni i kolorowi! Toż to zupełnie inny świat. Na niebie kołowała kania ruda, pasterz przeganiał przez Florydę (nazwa szosy) stado owiec i nie wiadomo skąd pojawiły się tłumy umorusanych i hałaśliwych dzieciaków, które nie odstępowały mnie na krok.

A mój aparat w „Majorce”.

Poruszaliśmy się wolno, często stawaliśmy, wtedy saperzy (a z nimi Bartek) szli „na wąsach”, sprawdzając każdą piędź ziemi, czy nie ma ukrytych ładunków, potem komenda: „Do wozu”, gdzie moi towarzysze z „Emrapa” tłumaczyli mi różne działania, zwracali uwagę a to na architekturę, a to na zwyczaje, a to oddawaliśmy się rozważaniom natury ogólnej, a potem znów „Z wozu” i mogłam się rozglądać i rozsmakowywać afgańską egzotyką do woli.

FOT. Bartek Syta. Na patrolu.

FOT. Bartek Syta. Na patrolu.

Wśród czujnych, mających oczy dookoła głowy uzbrojonych żołnierzy czułam się, jakbym naraz odzyskała wolność. Kiedy wjechaliśmy do miasta Ghazni, mogłabym je spokojnie pomylić z jakimś miasteczkiem w Tunezji, Egipcie, czy Indiach. W Ghazni toczyło się normalne, gwarne, późno popołudniowe życie. Mężowie, wiozący na motorkach swoje zakutane żony, starsi panowie z czarnymi, długimi brodami, w białych turbanach, przechadzający się niespiesznie wzdłuż ciągnących się przy ulicach rynsztokach, młodzi kawalerowie w galabijach, na rowerach z ciekawością zerkający na tę dziwną istotę, bo w kamizelce i hełmie, ale spod niego wymykały się blond pasma włosów, za to bez broni, a na dodatek zajadająca ze smakiem świeżo upieczony, jeszcze ciepły afgański chleb. Ich chleb.

FOT. Bartek Syta. Miasto Ghazni.

FOT. Bartek Syta. Miasto Ghazni.

– Jak się macie! – machnęłam ręką do grupy mężczyzn przepychających się na balkonie kolorowego domu, chcących mieć najlepszy widok na to wydarzenie dnia, jakie do nich zjechało. Mój gest wywołał u nich falę nieoczekiwanej radości.

– Niech cię nie zwiodą pozory normalności i spokoju – powie mi później generał. Ale ja już to wiem, że czasem jest miło, a czasem strzelają. W końcu jechałam z żołnierzami z bojówki”, tymi, co zawsze pierwsi i zawsze tam, gdzie najbardziej niebezpiecznie. Dzięki, chłopaki!

Po powrocie do bazy niejasne słowa o odwołaniu naszego lotu do Polski stały się ciałem i okazało się, że musimy tu zostać jeszcze jakiś czas.

– Takie jest życie. Nigdy nie ma tak, że wychodzi to, co się zaplanowało – poczęstował mnie maksymą jeden z wysokich oficerów, podczas kolacji z generałem. A ja mogę dodać jeszcze jedną: Afganistan wciąga. I wypuszcza tylko najsilniejszych.

P.S. Przekazuję pozdrowienia od męża z serwisu Rosomaka dla pani Małgosi, a żołnierze z ADR pozdrawiają wszystkich, czytających bloga.

Komentarze (13):

  1. Magda

    Dokładnie 🙂 – a czytające bloga przesyłają pozdrowienia z Polski dla żołnierzy z ADR 🙂 !! oraz Wszystkich naszych!!!!!

    ps. już wracacie Pani Anito? i kto nam będzie opowiadał o nowinkach z bazy? 🙂
    pozdrowienia!

          1. Magda

            haha :)nie nie, broń boże 🙂 po prostu „egoistycznie” ucieszyłam się, że jeszcze trochę poczytamy co i jak, i gdzie, i w ogóle 🙂
            TAKIE życie i ten blog opisujący je… wciąga 🙂 pewnie, że jak czasem czytamy, znajdą się osoby , które uważają posty stronniczymi itd. …ale dla nas, będących tu w Polsce(można śmiało jeszcze dodać żółtodziobów:) ), jest to jedna z nielicznych możliwości poczucia i przeżycia chociaż trochę tego co tam się dzieje…więc chce się jeszcze…jeszcze i jeszcze więcej :)))i wielkie dzięki za to :)))pozdrawiam i wszystkiego dobrego Pani Anito 🙂

  2. tantawi

    Pozdrawiamy wszystkich w Ghazni z Londynu. 🙂 okazuje sie, ze wsrod Amerykanow jest moj znajomy 🙂 a ja samolubnie sie ucieszylam, ze jeszcze troche zostajesz. Uwielbiam Twoje sprawozdania. Badz bezpieczna I trzymaj sie

  3. AgA

    Pani Anito proszę zostać do końca XIII-stej. Każda informacja o „naszych” jest na wagę złota. A jednego Pana z ADR proszę bardzo serdecznie pozdrowić. Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.