Dzień, którego nigdy nie zapomnę – Emi

Kategorie: Bez kategorii

- Wasze śmigłowce uratowały nam życie. Gdyby was tam nie było, nie chcę myśleć, co mogłoby się zdarzyć – otwarcie mówi Emilii jeden z żołnierzy zespołu bojowego ALFA. – Nie przesadzaj – burczy Emilia. Ale i dla niej dzień 8 lipca 2013 jest tym dniem, którego nigdy nie zapomni.

Tak, jak dni człowieka dzielą się przeważnie na czas spania i nie spania, tak czas Emi na misji w Ghazni dzieli się na te momenty, kiedy lata śmigłowcem i te, kiedy czeka na rozkaz wylotu z bazy.

Emi w Polsce jest pilotem, na misji w Afganistanie, w Samodzielnej Grupie Powietrzno-Szturmowej jest jedyną kobietą; pełni funkcję gunnera – strzelca pokładowego na Mi-24. Z tego też powodu przeważnie chodzi w „śpiochach” – lotniczym kombinezonie, w którego kieszeniach ma pochowane różne amulety, jakie dostała od przyjaciół z silnym przekazem: „Niech cię chronią”.

Emi jest podporucznikiem, ma 28 lat, ciemnokasztanowe błyszczące włosy i oczy, które śmieją się nawet wtedy, gdy przybiera poważny, czy zatroskany wyraz twarzy.

Tamten poranek, 8 lipca, nie różnił się specjalnie od poprzednich. Codziennie, kiedy pojawia się świt, góry nad bazą w Ghazni nabierają imponująco realnych kształtów. Emi nie ma jednak czasu zawracać sobie głowy górami, już prędzej zwróci uwagę na stado rozświergotanych mazurków przelatujących nad kontenerami, ale tego dnia jej myśli zajęte są czym innym. Idzie do TOC (Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych SGPSz), gdzie jej zespół pełni dyżur QRF. A to jest czas, którego zdarzeń przewidzieć nie sposób.

Zespół bojowy ALFA już o 4 rano wyruszył kilkunastoma opancerzonymi pojazdami (kilkudziesięciu żołnierzy) poza bazę. Patrol miał dotrzeć do Khogani – wioski przyległej do Ghazni.

Zespół Emi z Mi-24 i piloci ze śmigłowca Mi-17 otrzymują pierwsze zadanie: parą mieszaną mają lecieć na rozpoznanie. W śmigłowcu transportowym, czyli Mi -17 (w przeciwieństwie do Mi-24, który jest śmigłowcem bojowym i mudżahedini nazywają go „szejtan arba”, co oznacza „latający czołg”), na pokładzie znajduje się ksiądz kapelan z Żandarmerii Wojskowej. Dobrze mieć księdza na pokładzie, bo kiedy rebelianci z ziemi ostrzelali „Siedemnastkę”, zaczął odmawiać modlitwę.

- My, w Mi-24 nie widzieliśmy momentu ostrzału. Usłyszeliśmy o tym przez radio. Wróciliśmy do bazy. I wtedy zespół bojowy ALFA, który w Khogani miał sprawdzać  teren pod względem ukrytych ładunków wybuchowych, natrafił na „kocioł” – opowiada Emi. Rebelianci, zaczajeni obok wioski, ukryci w wadi – zarośniętym starorzeczu – przemieszczali się niewidzialni wzdłuż rowu i nieprzerwanie prowadzili ogień w stronę polskich żołnierzy. ALFA przez radio poprosiła o śmigłowce i wsparcie ogniowe z powietrza.

- Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nasze śmigłowce tego dnia będą wylatywać z bazy  9  razy. Lataliśmy przez kilka godzin na zakładkę. To oznacza, że kiedy para śmigłowców jeszcze krążyła nad żołnierzami znajdującymi się na ziemi, to już kolejna para podrywała się z bazy do lotu. Gdy nam kończyło się paliwo, startowały kolejne śmigłowce. Mijaliśmy się w powietrzu. Chodziło o to, aby cały czas ktoś z nas był nad żołnierzami. Zależało nam, aby oni byli cali. Skupialiśmy się na tym, że oni tam są, w niebezpiecznym miejscu.  Latając do nich, prowadziliśmy do rebeliantów ogień z powietrza, żeby osłonić naszych. Jeden z pojazdów najechał na „ajdika”, czyli minę. Wysadziło rolki, jakie umieszczone są z przodu pojazdu, a które sprawdzają powierzchnię. Ubezpieczaliśmy żołnierzy, dając im wsparcie, gdy próbowali pojazd sholować.

Żołnierze przez radio dawali załodze śmigłowca wskazówki: „Kontakt z prawej! INS (przeciwnik) chowa się po wschodniej stronie kalaty (gliniany budynek)”. Emi, jako strzelec pokładowy, ze swojej strony  prowadziła obserwację z góry. Mi-24 strzelało z uzbrojenia, jakie posiada, strzały oddawali piloci. Emi wchodziła do akcji, gdy kończyła się im  amunicja. – Jest wojna. Widzi się cel, skupia się na nim i prowadzi ogień – mówi.

Wówczas wielu z rebeliantów zostało zlikwidowanych przez ostrzał z powietrza. Ilu ich faktycznie było, nikt z załogi śmigłowców nie jest wstanie stwierdzić . Załoga nie ląduje w miejsce ostrzału, nie sprawdza, kto został ranny i ilu jest zabitych po stronie przeciwnika.

Emi nie pamięta, który to był tego dnia wylot z bazy, kiedy będąc w powietrzu, usłyszała wiadomość, że wśród naszych żołnierzy broniących się w okolicy Khogani, jest kilku rannych saperów. – Próbowaliśmy ich podebrać „Siedemnastką” – opowiada. – My, w Mi-24 w ramach zabezpieczenia i wsparcia krążyliśmy wokół „Siedemnastki”. Śmigłowiec usiadł, żeby podebrać rannych. Nie zdążył. Rebelianci otworzyli tak ostry ogień, że śmigłowiec zmuszony był poderwać się do góry. Na dole rozgrywała się prawdziwa bitwa, ale my myśleliśmy tylko o tym, żeby NASZYM na ziemi nic się nie stało.

Pamięta za to, że leciała ostatnim kursem,  już po zachodzie słońca. Ze względu na warunki pogodowe zmuszeni byli lądować w bazie. Kiedy odlatywali, meldowała, że chłopaki odpierają atak rebeliantów.

- Wylądowaliśmy. Ja ze świadomością, że zrobiliśmy, co było w naszej mocy i myślą, czy chłopaki  bezpiecznie dotrą do bazy. I żeby nic złego im się już nie przydarzyło. Długo siedzieliśmy na TOC – pisaliśmy meldunki, raporty, ale w środku byliśmy jednym wielkim czekaniem. Kiedy chłopaki z ALFY znaleźli się w końcu w bazie, odczuliśmy wielką ulgę. A oni cieszyli się, że wreszcie, po całym tak ciężkim i niebezpiecznym dniu wreszcie coś zjedzą.

Ale dlaczego to ten właśnie dzień był najważniejszy? – pytam. Emi odpowiada bez wahania: – Bo to był dzień prawdziwej misji. Bo przeżyliśmy coś razem, oni na ziemi, my w powietrzu. Bo na tym właśnie polega QRF – latamy po to, żeby żołnierzom na dole zapewnić bezpieczeństwo. Bo chociaż na co dzień nie pracujemy razem, żołnierze ALFY należą do zespołu bojowego, a my do Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej, to jesteśmy jednym zespołem.

Bo jest jeszcze coś, czego Emi głośno nie mówi, ale pozwala mi przeczytać na ekranie swojego komputera. To słowa Alberta Pike’a, które służy  je za życiowe motto: „To czego dokonaliśmy dla siebie samych, to z nami umrze. To zaś, czego dokonaliśmy dla świata i dla innych ludzi, pozostanie na wieki i będzie nieśmiertelne.”

FOT. Bartek Syta. Autorka bloga z Emi przed śmigłowcem MI-24

FOT. Bartek Syta. Autorka bloga z Emi przed śmigłowcem MI-24

Komentarze (3):

  1. colin000

    Bardo ciekawy tekst. Od siebie chciałbym pogratulować Pani Emilii czego dokonała z resztą załóg QRF. Oby jak najrzadziej dochodziło do takich starć oczywiście, ale dobrze wiedzieć że żołnierze są pod dobrą i profesjonalną opieką jak już do nich dojdzie ;) PS: Co do cytatu to już nie jest tylko Pani :))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>