Ghazni. Only two mister, czyli o jedzeniu.

Kategorie: Bez kategorii

„Majorka” zadygotała od wybuchu, a ja stojąc na jej schodkach, poczułam, jak mózg odkleja mi się od czaszki – taka to była siła. – Normalny dzień w Afganistanie – przypomniały mi się słowa amerykańskiego sierżanta, zwanego tu Consigliere, który tymi słowy zakończył swoją relację o ataku na bazę.Tym razem to nie atak, ale saperzy sukcesywnie detonowali piekielny ładunek, wskutek którego moim sąsiadom popękały nieliczne szyby w kontenerze, a u mnie w kościele włączył się alarm przeciwpożarowy, aż zadzwoniło w uszach.

To wynik działań naszych żołnierzy – przechwycili ładunek, który przyjechał tu z Pakistanu – ciężarówkę pełną 18 ton saletry, co daje w przeliczeniu na trotyl kilka ładnych ton materiałów wybuchowych. Talibowie wyraźnie dają znać, że rzucili wszystkie ręce na pokład i sezon chcą zakończyć jakimś mocniejszym BUM. Wczoraj w nocy, 6 km od bazy rebelianci próbowali uzbroić 70-kilowy ładunek – pułapkę na nasze Rosomaki, ale F16 skutecznie wybiło im z głowy tego typu zabawy.

- Odkąd tu jesteś, żadna rakieta nie wpadła do bazy – powiedział mi za to jeden z Chemical Brothers, a ja wiem, że powiedział to dlatego, żeby zrobić mi przyjemność, bo skwasiła mnie wieść, że nie opuszczę bazy tak jak zaplanowałam i skwaszone oblicze przez pół dnia pokazywałam światu.

Jednak, może przez to, że w charakterze polskiej bazy Ghazni jest coś stałego, bo każdy dzień rozpoczyna się słońcem, a kończy księżycem i czy to rano, czy wieczorem, płynie tu ta sama fala przeróżnych smrodków, ma się wrażenie, że panuje tu wieczny porządek rzeczy. I nawet liczba przygód i kwasów, jaka mi się przytrafia, zdaje się być ograniczona.

Mam też tu swój własny, stały rozkład zajęć, który może wydać się monotonny: wstaję rano, zaliczam kilkusetmetrowy spacer do łazienki, biorę prysznic. Ale i tam spotyka mnie mnóstwo niespodzianek, a raczej natykam się na pozostawione atrakcyjne przedmioty, jak na przykład dzisiaj – świetne przeciwsłoneczne okulary, jakie noszą żołnierze, albo mosiężne dzbany inkrustowane, albo kosmetyki. Przez moment w głowie pojawia się nawet ta drobna pokusa, aby wziąć sobie taki gadżet z tego „biura rzeczy znalezionych”, ale zaraz budzi się myśl silniejsza, że pierwszego dnia zostawiłam tu ręcznik, który ktoś wziął, odrzucam zatem ze wstrętem fakt, że mogłabym postąpić tak samo.

- No to jest nas już dwie – powie mi potem Emilka i ucieszymy się jak głupie, bo nawet jeśli dwie nie wystarczą, żeby zmienić świat, to jest to już jakiś początek, co nie?

Wracam więc spod prysznica moralnie mocniejsza, z ukształtowaną silną słabą wolą. W pokoju suszę włosy, dokonuje niezbędnych zabiegów pielęgnacyjnych. Potem ruszam do „Majorki”, gdzie wypijam kawę, bo (mimo wszystko) jest niezła. Błyskawicznie wykorzystuję tę chwilę, kiedy któryś z majorów opuszcza stanowisko przy komputerze, wtedy sprawdzam pocztę, odpowiadam na maile i czekam do 11, o której to godzinie jem wczesny lunch. A to z takiego powodu, że albo mi się rano nie chce jeść, albo spóźniam się nawet na późne śniadanie.

I myślę, to jest ten dobry moment, aby napisać Wam, jak wygląda tu menu, które codziennie jest inne, choć po kilku miesiącach w niepojęty sposób wydaje się być jednakie i wtedy żołnierze albo marzą o kabanosach i smalcu, albo sami gotują kapustę z polską kiełbasą i grochem, albo, jak nieliczni szczęściarze, są zapraszani przez hindusów czy Afgańczyków na ich oryginalne kolacje.

Ja tego szczęścia nie miałam (nie licząc czwartkowej kolacji afgańskiej z szaszłykami z baraniny i boloni), ale jestem tu od miesiąca i tylko raz odczułam załamanie difakowej pogody, kiedy to na ruszt wrzuciłam dziwne naleśniki z dziwnym nadzieniem i spróbowałam dziwnej zupy „Vegetable”, która smakowała dziwną popłuczyną, coś na podobieństwo zupy z rekina.

Ale w gruncie rzeczy nie mogę i nie powinnam narzekać. Na przykład w każdy piątek są owoce morza, a ja lubię owoce morza. Co prawda, obłupuję je ręcznie z grubej panierki, w jakiej są smażone, no, ale muszę też powiedzieć, że dzięki Emi spróbowałam i homarów, do których podchodziłam wczesniej jak pies do jeża. Lubię też spaghetti bolognese, albo makaron z pulpetami, albo makaron z białym sosem, bo to jest danie, którego zepsuć nie sposób. Od niedawna otworzony został w difaku bar kanapkowy, chłopaki chodzą tam po pizzę i inne fast foody, ale ja wolę własnoręcznie przygotować sobie sałatę z kruchej zielonej salaty z irlandzkim dressingiemz saszetki.

Rano nieźle smakuje kasza manna, albo owsianka na wodzie, do której dodaję syropu klonowego, choć są tacy, co jedzą ją z masłem orzechowym. Nie jem słodkich chrupek śniadaniowych, ani jajecznicy z proszku, ani omletów, chyba, że są świeże gotowane jajka, to wtedy biorę dwa i robię sobie kanapkę z ciemnego tostowego chleba.

Często są ryby, obsmażane, opiekane, ale raz się nacięłam i teraz unikam, podobnie jak unikam wynalazków w stylu makaron na zimno z serem. Lubię za to lasagne, wołowe pieczenie, pieczonego indyka, albo baraninę, która rozpływa się w ustach. Nie biorę ziemniaków w łupinach, bo są jakieś dziwne, ani słodkich ziemniaków, ani nie stoję w kolejce po lody, ale już francuskie tosty z owocami to danie, którym nie pogardzę.

Do wyboru jest sporo świeżych owoców, jabłka, gruszki, słodkie i jędrne winogrona, arbuzy, banany, ananasy i kiwi a także cały zestaw soków, energizerów i napojów gazowanych, ale wynieść można „Mister only two, only two mister”, jak ostrzegają ci, co stoją przy lodówkach z napojami.

Wynoszę więc zwykle „only two” pepsi, bo jeden z majorów, ten, którego imienia nie mogę używać, jest prawdopodobnie od pepsi uzależniony. Służbowa lodówka w „Majorce” pełna jest więc puszek pepsi, ostatnio major polecił, aby stawiać je do szafki za firanką, ale dla mnie trochę za wysoko, więc przestalam przynosić. Maksymalnie minimalizuję problemy.

Chciałam Wam pokazać zestaw dań z „difaku”, ale żołnierz stojący na straży nie pozwolił mi wejść z aparatem.Dziwny jakiś.

Komentarze (3):

  1. kogen

    DIFAC – Bez niego nie dałoby się prowadzić wojen ;]
    Przecież jedzenie (lub jego brak, a także jego jakość) wpływa na morale żołnierzy. Szkoda, że nie napisałaś o stekach wołowych serwowanych w piątki (najlepsze jakie w życiu jadłem), razem z owocami morza (chyba, że się coś pozmieniało – w co szczerze wątpię ;] )

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>