Miesięczne archiwum: Październik 2013

Czas objawia się barwniej poza bazą niż w jej środku, to pewne, gdyż poza słońcem odmierzają go inne sprawy i inne sprawy znaczą mijanie godzin. W tamtą sobotę, kiedy wciąż jeszcze tkwiliśmy z Bartkiem w Ghazni, szczęśliwie czas odmierzał nam poza bazą lot Orbitera – małego bezzałogowego samolotu rozpoznawczego –  od wystartowania po efektowne lądowanie.

Tego dnia bowiem, niespodziewanym cudem, które zdarzają się tu rzadko, bo nikt ich wyraźnie nie formułuje, udało nam się zabrać z grupą rozpoznawczą Reptar i pojechać na rozpoznanie na zewnątrz. Po południu, w pełnym rynsztunku stawiliśmy się na linii, przywitali z dowódcą. Tym razem nie zapomniałam aparatu i mogglam zrobić zdjęcie fotoreporterowi:

FOT. Anita Czupryn. Bartek Syta, przyczajony tygrys

FOT. Anita Czupryn. Bartek Syta, przyczajony tygrys

– Lewy i Dziadzia to wasze cienie. Wychodzicie z wozu tylko wtedy, jak oni wam pozwolą – powitał nas dowódca.

Zapakowaliśmy się z Lewym i Dziadzią do Rosomaka – luksusowej pancernej puszki, z ekranami po obu bokach, które w czarno-białych, a przeważnie szarych kolorach pokazują świat zewnętrzny. Ruszyliśmy. Najpierw na ekranie widziałam tylko HESCO, HESCO, HESCO, czyli ogrodzenie bazy, potem niewyraźne, rozmyte przedmieścia Ghazni, z mieszkającą w większości biedotą.

Kamizelka wbijała mi się w udo, hełm swoim zwyczajem opadał na oczy, ale uśmiech, jaki miałam na twarzy, dla Bartka był jednoznaczny.

– Anitka szczęśliwa – powiedział.

Byłam szczęśliwa. Jak zawsze, kiedy opuszczałam bazę.

Jedziemy Highwayem, kilkanaście minut później zjeżdżamy z asfaltu, na rozległy płaski teren, który trudno nazwać polaną, bo jedyne, co na niej rośnie, to oszczędnie rozmieszczone na pustynnej ziemi  kępki ostrych traw. Szybko się o tym przekonałam, kiedy klęcząc próbowałam zrobić zdjęcie – ostre, czepliwe kolce natychmiast przebiły materiał spodni i wbiły się w ciało. Wyciągałam je potem przez dwa dni.

Zatrzymujemy się. Pojazdy bojowe rozstawiają się po okręgu. Lewy i Dziadzia wychodzą z bronią gotową do strzału. Sprawdzają teren. My zostajemy w wozie.

– Można wychodzić. Tylko patrzcie pod nogi – pada komenda.

Jeszcze nie wiem, co to znaczy patrzeć pod nogi i na co zwracać uwagę, dowiem się tego na drugi dzień, wędrując kilka kilometrów z saperami, aż do Bramy Północnej, a nawet za nią. Na razie idę na z lekka miękkich nogach, trzymam się śladów Dziadzi.

Na tym rozległym terenie żołnierze wypuszczą orbitera – bezzałogowy samolot rozpoznawczy. Obok widzę kolorowy wielki namiot – miejsce zamieszkania pasterzy, przy nich stado owiec, kury i ciężarna oślica. Pasterze usmiechaja się do żołnierzy.

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

 

Orbiter wystartuje ze specjalnie rozłożonej wyrzutni. Rozpiętość skrzydeł wynosi 2,5 metra, długi jest na metr.

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

 

Rozpoznaje cele, współpracuje z artylerią, dokonuje rozpoznania obrazowego. Może latać 1,5 godziny – na tyle starcza bateria. Samolot na linach przesunie się i wyskoczy w powietrze, jak z katapulty.

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

– Samolot gotowy do lotu, czekamy na zgodę z wieży – słyszę. Wyląduje potem na spadochronie, który otworzy się na naszych oczach. Jest zgoda, jest start.

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

– Nie do końca jest to bezpieczna ziemia. Co i raz wiatr odsłoni jakiś moździerz. Stańcie za Rośkiem, bo tu z prawej strony zdarzają się strzały – upomina nas jeden z żołnierzy. Ale nawet stojąc za Rośkiem oddycham innym powietrzem, a nagrodą są widoki, jakie rozpościerają się wokół.- Przelecimy orbiterem jeszcze raz wokół, ciemno się robi, może zbierają się gdzieś zastępy talibów, może gdzieś tylko im białe turbnany wystają. Niech zrobi jeszcze kółko nad zgrupowaniem pojazdów – mówi dowódca obsługi.

Obraz z orbitera przekazywany jest do nagrywarki wideo, która potem jeszcze raz jest przeglądana, a każdy niepokojący szczegół (jak np. samotnie stojąca skryta ciężarówka) analizowany przez specjalistów. Wiatru nie ma, lądowanie powinno się udać idealnie, często wiatr porywa samolocik i wtedy trzeba gonić go Rośkiem. Jak jest duży wiatr, to jest wielki rozrzut, lądowanie nie jest tak precyzyjne.

Tym razem poszło gładko – samolocik wylądował kilkadziesiąt metrów od nas.

FOT. Anita Czupryn

FOT. Anita Czupryn

Już w ciemnościach dojechaliśmy do hotelu, gdzie 28 sierpnia działy się krwawe rzeczy. Tym razem hotel pogrążony w ciemnościach, spokojny. Z MRAP-a żołnierze wysyłają wiązkę silnego światła reflektora, obmywa ściany. Pusto.

– Tu można się spodziewać wszystkiego – mówi prowadzący nas żołnierz. Jest ciemno, nie wiem, czy to Dziadzia, czy Lewy, czy ktoś inny, mundury sprawiają, że wszyscy są do siebie podobni. – Tu niebezpiecznie jest wszędzie, w każdym miejscu i o każdej porze. Nieraz się już o tym przekonaliśmy – ciągnie wątek.

Znów szłam, stąpając jak najlżej, rozglądając się po bokach.