Wojskowa szydera, czyli potoczne „darcie łacha” jest w polskiej bazie Ghazni czymś na porządku dziennym i jeśli ktoś tego nie zrozumie, to polegnie z kretesem. Czym w istocie jest żołnierska szydera, zapyta niezorientowany cywil. Zdefiniowanie tego zjawiska nie jest łatwe, bo jest to coś nieuchwytnego, co rodzi się niczym błysk w oku szydercy. Trzeba mieć trochę refleksu, odrobinę ironii, garstkę wrodzonej złośliwości, szczyptę cynizmu, sporą dawkę wprawy, a składnikiem bazowym jest tu dystans do siebie. Jeśli go nie masz, nie przyjeżdżaj do Ghazni, bo poniesiesz towarzyską kleskę i zrotują cię (wyślą z powrotem do domu w ramach tak zwanej rotacji) w dwa dni.

Żołnierska szydera potrafi napędzać się jak koło zamachowe, jedno szyderstwo pociąga za sobą kolejne i tak bez końca. W bazie nie ma świętych krów, szydera każdemu domaluje mentalne uszy, ogony, wąsy czy nosy.

Żeby jednak spróbować jakoś zobrazować to socjologiczne zjawisko, posłużę się kilkoma przykładami.

Przykład pierwszy: przychodzę do TOC SGPSz i spotykam jednego pułkownika.

- Czytałem pani tekst o afgańskiej nocy – mówi. Chwilę odczekuje na reakcję, a kiedy jej nie ma, dorzuca: – Piękny.

- Cieszę się – odpowiadam uprzejmie, no, bo jeśli ktoś mówi, to ja wierzę w to, co mówi.

Ale on patrzy na mnie z ukosa, i czuję, że nie powinnam się więcej odzywać. Powinnam poczekać. Ciekawe, jaką szyderę zasunie.

- Szkoda tylko, że kiedy wyszedłem na zewnątrz, to zamiast piękna afgańskiej nocy poczułem smród i dym z palącego się wysypiska śmieci. I całe piękno szlag trafił – dodał zadowolony.

Albo: po tygodniu w Ghazni, moje świetne buty, które kupiłam w Factory w Ursusie za kwotę, na jaką nie było mnie w rzeczywistości stać, a które, jeśli wierzyć sprzedawcy, miały wytrzymać 5 wojen światowych, rozdarły się i teraz chodzę, świecąc dziurą. Dziura, jak dziura, ale koledzy żołnierze byli bezlitośni. Bo to przez dziurę wśliznąć się może anakonda, bo ktoś widział ogromne, podobne do tarantuli pająki, których oczy świecą fosforyzującym blaskiem i nie są to słowa rzucane ot tak sobie, bez znaczenia. Jak pokazują dzieje świata,  są przecież i takie kobiety, które w sytuacji zagrożenia pająkiem, czy gadem, zaczynają krzyczeć, śmiesznie przy tym podrygując.

Albo: przychodzi dziś do „Majorki” jeden kapitan i mówi: – Masz nową ksywkę w sztabie. Nazwali cię Piszczałka, przyjaciel wesołego diabła.

- Przecież ja nie piszczę – oponuję.

- To zobacz, jak wygląda Piszczałka.

Wchodzę w gogle, wrzucam hasło „Piszczałka” i wyskakują zdjęcia rozczochranego stwora z zadartym nosem.

Wypisz wymaluj ja.

Zyskałam też inny przydomek: „Chodząca kamizelka” – że niby, jak włożę kamizelkę kuloodporną, to topię się w niej i mnie nie widać.

No, ale życie tu, na szczęście nie polega wyłącznie na tym, że szydera skupia się tylko na jednej osobie. Każdy drze tu łacha z każdego, a najbardziej wtedy, gdy ktoś odsłoni się z jakąś swoją słabością.

Łukasz (ten od nie do końca sprecyzowanych wizyt w „Majorce”) zerwał się dzisiaj, mówiąc: – Idę coś porobić.

- Acha. Poćwiczyć grzbiet – mruknął major (Kasia wie, który. Kasiu, pozdrowienia!)

Albo wczoraj. Wracam od Emilki, dumna, że wracam sama, nikt mnie już nie musi odprowadzać, bo tak świetnie poruszam się po bazie, a w patio przy moim kościele tradycyjnie siedzą „Chemical Brothers”, jedna z najbardziej sympatycznych grup, jakie tu spotkałam (wiadomo, Ślązacy i jeden z Sosnowca). Siedzi z nimi  osobliwa postać, czyli Waldek, po godzinach malarz i znawca horoskopów.

- A co byś powiedział o Pannie? – zapytał Waldka jeden z chemików, zainteresowany nagle  tym znakiem zodiaku.

- Zależy, ile ma lat – błyskawicznie rzucił jego kolega.

Sami więc widzicie, że tu trzeba uważać, co się mówi, bo można zostać wkręconym w nieprawdopodobne historie.

Tak dał się wkręcić mój kolega Bartek, kiedy po kilku dniach pobytu w bazie, major, z czystą nomen omen intencją zaproponował, że może zrobią pranie.

- O, tak, pranie, bo muszę prześcieradło wyprać – nieuważnie sypnął się Bartek.

Cisza, jaka zapadła w „Majorce” po tym bartkowym wyznaniu uświadomiła mu, że coś palnął, ale jeszcze do końca nie wiedział, co.

- No, co, no co? – zapytał, obrzucając wzrokiem siedzących.

- No, prześcieradło – usłyszał, po czym gruchnęła salwa śmiechu.

Ale i ja  mogłam zakosztować żołnierskiego darcia łacha. I nie mówię tu o tych przypadkach szydery, które niebezpiecznie balansują na granicy ze zwykłym chamstwem, bo i takie, jak w każdym środowisku przecież się zdarzają. Nie. Mam na myśli te rzadkie przypadki spotkań z inteligentnymi ludźmi, których szydera wzniosła się na intelektualne wyżyny zwykłej ludzkiej życzliwości.

Takim przypadkiem niech będzie sprawa pewnego naszego kolegi, nazwijmy go Baksem (wysoki, umięśniony, na brojlerach karmiony). Otóż ten to człowiek po pięciu miesiącach pobytu w Afganistanie podjął w końcu męską decyzję i kupił sobie telefon oraz afgańską kartę.

Kupił je w tak niewiarygodnie i zdumiewająco łatwy sposób, że usiłował natychmiast o tym zapomnieć, zdając sobie sprawę, że w innym przypadku mogłoby go to doprowadzić do granic co najmniej lekkiego oszołomienia. Z tego też powodu natychmiast pozbył się opakowania, paragonu i (prawdopodobnie) karty gwarancyjnej.

Jeżeli w kodeksie postępowania naszego kolegi znajdował się punkt ważniejszy od innych, to niechybnie brzmiał on tak: w żadnych okolicznościach i pod żadnym pozorem nie przynoś do swojej „bichaty” opakowania po telefonie, ani gwarancji, ani paragonu, ponieważ po tych elementach można poznać, że właśnie kupiłeś nowy telefon.

Szczerze mówiąc, do końca nie byliśmy przekonani, czy teraz, gdy nasz zaprzyjaźniony kolega ma już miejscowy aparat z miejscową kartą, powinniśmy spodziewać się od niego telefonów albo SMSów, bądź czy on sam miał zamiar do nas dzwonić, albo wysyłać smsy. Jeśli jednak komuś z nas taka myśl nawet przeszła przez głowę, to musiała się spotkać z rozczarowaniem. Zresztą. Baks sam nie do końca był pewien, czy dzwonienie i wysyłanie SMS-ów z tego telefonu jest w ogóle możliwe.

Trzeba tu nadmienić, że nasz kolega to w istocie dobry i pożyteczny człowiek, z dużą wrażliwością, czego się jednak nie da powiedzieć o jego wyczuciu kolorów.

Albowiem aparat, jaki kupił był koloru białego.

- Nie było męskiego modelu? – zapytała z niewinną miną Emi.

Ten fakt zapoczątkował falę miażdżących szyderstw z naszej strony. I nie mówię tu już tylko o tym, z jakim zaniepokojeniem, my, jego znajomi, przyjęliśmy ten kolor. Bo jakby tego było mało, komórka nie została wyposażona w aparat fotograficzny, kamerę, a co gorsza nie miała możliwości ustawienia języka polskiego.

- Ustawcie mi tu jakiś język – zdenerwował się Baks, więc  Emi błyskawicznie ustawiła mu suahili.

No i się zaczęło.

- Baks, a masz kolorowy wyświetlacz?

- Baks, masz wifi? Wyślij mi maila.

- Baks, wyślę ci MMS-a, albo nie, ty zrób fotę i mi prześlij.

- Cicho, bo Baks pójdzie do domu i będzie przez całą noc rozkminiał funkcje w telefonie.

Długo by wymieniać szyderstwa, jakie wówczas z naszej strony padły (a zdarzyło się to ledwo trzy dni temu w pobliżu „Złotych Tarasów”). Być może w którymś z nas zakiełkowało i takie, że nasz dobry kolega, będąc posiadaczem białego telefonu, wdrapał się o kilka stopni wyżej po społecznej drabinie, a to może oznaczać, że jego nieskomplikowane do tej pory życie odeszło w siną (białą?) dal. Można było nawet podejrzewać, że teraz my, jego znajomi, staniemy się dla niego nie dość dobrzy i zamiast z nami chodzić na „difak”, będzie jadał z samym generałem.

Szydera to jednak straszne narzędzie. Bo wyobraźcie sobie, po dwóch dniach obnoszenia się z gadżetem, za którego przyczyną na twarzy naszego kolegi pojawił się ów wyraz troski, jaki przeważnie towarzyszy ludziom kupującym drogie gadżety, jego biały telefon zniknął.

Dzięki czemu znów możemy wieczorami przebywać razem, pić bananowe „szejki” w „Coffe Open” albo spędzać szalone wieczory „U Stefana”, jak restaurację „Oasis” znajdującą się na terenie „Złotych Tarasów” ochrzcili bywalcy.

Mieliśmy nosa, kiedy, jeszcze w Bagram zwróciliśmy uwagę na szczupłego, wysportowanego chłopaka w stopniu starszego szeregowego, który razem z nami przyleciał do Afganistanu. W poprzednim poście opisałam historię Dawida – biegacza z I Batalionu Strzelców Podhalańskich w Rzeszowie. Z przyjemnością donoszę, że Dawid wygrał dzisiejszy 32. Maraton Wrocławski – edycja Ghazni. Jako drugi na metę przybiegł jego kolega z Batalionu, Michał.

Podkarpacie może  być dumne:)

Wcześniej trzymaliśmy kciuki za Dawida, teraz szczerze gratulujemy. Zwłaszcza, że nie był to łatwy bieg – rozpoczął się o 5 rano, w ciemnościach.

A Dawid zrealizował to, co chciał: wygrał z samym sobą.

Do maratonu, jaki odbędzie się w polskiej bazie Ghazni zgłosiła się już ponad setka żołnierzy. Wśród nich Dawid – najlepszy polski biegacz na prestiżowym maratonie w Dubaju, w którym udział wzięła absolutna światowa czołówka maratończyków.

Dawid jest żołnierzem Pierwszego Batalionu Strzelców Podhalańskich z Rzeszowa, ma 24 lata. To jego trzecia misja w Afganistanie. Biega dopiero od dwóch lat, ale powiedzieć o nim, że jest amatorem, który tylko chce „zaliczyć” maraton, byłoby błędem. Co prawda pierwszy maraton ukończył z wynikiem 3 godziny i 45 minut, za to już w drugim uzyskał czas 2 godziny 59 minut, a trzeci przebiegł w 2 godziny i 40 minut. Jego lekarz nie mógł się nadziwić, skąd u tego chłopaka taki progres.

- Pomógł mi Afganistan – uśmiecha się Dawid. – Będąc tu na XI zmianie cały wolny czas po służbie poświęcałem na treningi: bieżnia, siłownia, no i trening główny, czyli bieg wokół bazy.

Wracał ze służby, czy patrolu, czasem po godzinie 23, a czasem nawet i o 2 w nocy. Koledzy szli odpocząć, bo o 5.30 czekała ich pobudka, a Dawid szedł na siłownię. A potem godzina – dwie snu, dwa „Gatorade” i na służbę. – Systematyka, to podstawa treningu, a kiedy chce się coś osiągnąć, to nie wolno sobie odpuszczać – mówi Dawid. Miesięcznie przebiegał w bazie w Ghazni 500-600 kilometrów. Ciężka praca, jakiej się oddawał przez pół roku, zrobiła z niego wartościowego zawodnika. Wpływ na to ma też wysokość – Ghazni znajduje się 2150 metrów nad poziomem morza, bieganie na takiej wysokości powoduje, że rozszerzają się płuca, zwiększa się liczba czerwonych krwinek, ma się lepszy oddech i po prostu biegacz staje się szybszy.

W końcu nadszedł dzień, w którym mógł sprawdzić swoje przygotowanie. W polskiej bazie Ghazni zorganizowano cykliczny, wtedy 16 Bieg Przełajowy O Nóż Komandosa. Dystans: 10 kilometrów. Dodatkowym utrudnieniem było to, że żołnierze mieli biec w mundurach i wojskowych butach. Dawid zawsze biegał w lekkim stroju sportowym, zdawał sobie sprawę, że dla niego jest to ekstremalna impreza i duże wyzwanie, bo przecież dla wielu żołnierzy, którzy wówczas stanęli na starcie dystans 10 kilometrów w mundurze to była codzienność, w takich zawodach wielokrotnie brali udział.

Noc przed tamtym biegiem Dawid spędził na służbie. Zszedł z wieży obserwacyjnej o godzinie 2 w nocy. Zawody rozpoczynały się rano o godzinie 9. Zdążył się przespać kilka godzin, wziął prysznic, zjadł lekkie śniadanie: płatki z mlekiem, owoce.

- „Hartlebik”, liczymy na ciebie. Minimum podium, inaczej się tu nie pokazuj. Pokaż tym wszystkim gościom, że to my jesteśmy najlepsi – pożegnali go koledzy z brygady desantowo-szturmowej. To była dla Dawida dodatkowa presja. Odpowiedział: – Nie wiem, czy wygram, ale obiecuję, że postaram się pobiec jak najlepiej.

Czuł, że mentalnie jest przygotowany. – Wiedziałem już, z czym się je ten chleb. Brałem udział w biegach ulicznych w Polsce, wiedziałem, na czym się skupić, jak się ustawić na starcie i kogo się trzymać. Czołówka zawsze biegnie pierwsza. Miałem świadomość, że nie mogę odpuścić tym, którzy od razu wystartują szybko, ale muszę uważać, żeby się nie podpalić, bo są i tacy biegacze, którzy biegną szybko kilometr-dwa, szybko się spalają i na tym ich udział się kończy. Są i tacy, którzy wystartują, przyspieszą, złapią dużą przewagę i już się ich nie dogoni. Postanowiłem więc łapać się tej czołówki, która pobiegnie mocno do przodu. Niewiele spałem tej nocy, czułem się trochę zmęczony, ale adrenalina zrobiła swoje – wspomina.

Równo o 9 rano stanął na starcie z innymi zawodnikami. Około 60 osób. Pogoda piękna, słonecznie, bezwietrznie, a na całej trasie przygotowano dla biegaczy wodę, izotoniki i owoce.

Wystartowali. Dawid od razu wyskoczył na prowadzenie. Spojrzał za siebie i zobaczył, że zyskuje przewagę. „Będzie dobrze” – pomyślał. Biegł sam przez dwa, może trzy kilometry, kiedy dobiegł do niego jeden z zawodników. Ucieszył się z tego. „We dwóch będzie nam raźniej” – przemknęło mu przez głowę.

Ludzie z bazy, ustawieni wzdłuż bazy dopingowali: „Dawaj!” „Gazu!”, „Trzymaj się!”

- Trzymaliśmy się razem do szóstego-siódmego kilometra, ale w pewnym momencie zaryzykowałem i przycisnąłem. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. W biegu, prócz przyjemności, jaka z niego wynika, ważna jest strategia i myślenie. Myślałem więc, że go zmęczę. I to był mój błąd. Zmęczyłem siebie, a on pod koniec przycisnął – rozkłada ręce Dawid.

Na metę przybiegł jako drugi. Ale wynik miał niezły – 10 kilometrów w czasie 38 minut i 42 sekundy. Dla porównania – w ostatnim tego typu biegu zwycięzca uzyskał czas 44 minuty.

Potem było przyjęcie, na które zaprosili Dawida specjalsi. Zawodnicy otrzymali pamiątkowe statuetki, wjechał tort, Dawid pojadł polskiego jedzenia, rzadko spotykanego w Ghazni: kabanosy, skrzydełka kurczaka, bigos. Podziękował za imprezę i przed północą zjawił się w swoim namiocie. Obskoczyli go koledzy. Milczą. Czekają.

- Słabo – powiedział Dawid.

- Jak to?! – rozległ się szmer zawodu.

- No… Drugi byłem.

- To słabo? To wspaniale! To ty dobry jesteś. Sześćdziesięciu chłopa zostawiłeś za sobą! – chłopaki zaczęli wiwatować.

- Wtedy poczułem, że zyskałem ich szacunek. Dobrze zaprezentowałem nasz pluton. Każdy przybił ze mną piątkę – opowiada.

Teraz przyjeżdżając do Ghazni zabrał ze sobą trzy książki o bieganiu. „Mentalność biegacza” – to jego Biblia, następnie „Anatomia biegania” i „Biegaj i jedz”.

Co Dawida najbardziej pociąga w bieganiu? – To, że mogę z kimś rywalizować w sportowej atmosferze. Że odrywa moje myśli od afgańskiej rzeczywistości, od tego, czy będzie ostrzał, czy wpadnie rakieta, czy na patrolu będą do nas strzelać. Ludzie, którzy biegają, są spokojni, otwarci, rozmowni, są weseli, uśmiechają się częściej, rzadziej się stresują się. Każdemu, kto zaczyna biegać mówię: każdy w życiu ma swój maraton. Każdy z nas jest maratończykiem. Nie musisz prowadzić maratonu sportowego, ale prowadzisz maraton życiowy – podkreśla. Bieganiem zaraża swoich kolegów żołnierzy. Rozpisuje im nawet indywidualne treningi.

Ale najbliższy maraton w polskiej bazie Ghazni chce potraktować jako rewanż z samym sobą.

Dawid, trzymamy kciuki!

FOT. Bartek Syta. Dawid podczas treningu w polskiej bazie Ghazni

FOT. Bartek Syta. Dawid podczas treningu w polskiej bazie Ghazni

FOT. Bartek Syta. Dawid trenuje, biegając po służbie.

FOT. Bartek Syta. Dawid trenuje, biegając po służbie.

Lato w Afganistanie zdaje się nie mieć końca. Sobotni ranek zamanifestował się brakiem podmuchu wiatru, choćby najlżejszego, bezchmurny bezlitośnie. Słońce od wczesnych godzin żarzyło się jak rozpalony grill, a niebo aż pobladło z wrażenia, kiedy raźnym krokiem, wreszcie wyspana (przez ostatnie dwa, albo i trzy dni, od świtu do zmierzchu pod moim pokojem stały tabuny nowo przyjezdnych Amerykanów, a ich jazgotliwe rozmowy skutecznie wybudzały mnie ze snu) i wykąpana uprzednio, świtkiem po godzinie dziesiątej wkroczyłam do „Majorki”. Moje wejście sprowokowało szereg zastrzeżeń typu: „O której to się przychodzi?” „My tu czekamy, a ty co?” „Nie pamiętasz, gdzie mieliśmy być o dziesiątej?” – i tym podobnych szyderczych oskarżeń.

Jakoż prędko się okazało, że dziś jest ten dzień, w którym odbędzie się jazda testowa Rosomakiem i możemy się zabrać, o czym kompletnie zapomniałam, albo i nawet nie słyszałam, bo wiadomo – dziennikarz słyszy tylko to, co chce usłyszeć i kiedy jest mu to wygodne.

Udaliśmy się zatem do miejsca, gdzie znajduje się hala serwisu KTO (Kołowy Transporter Opancerzony), a tam czekał już na nas kierownik serwisu, Pan Janek.

- Mili państwo, jazda Rosomakiem to najwyższa przyjemność. Przygotujcie się na orgazm – zażartował.

Bartek, mój kolega fotoreporter pierwszy załadował się do Rosomaka i pojechali. Nieświadoma tego, co mnie czeka, ucięłam sobie rozmowę z Panem Jankiem, a temat dotyczył wydarzeń 28 sierpnia. Kolejny raz przekonuję się, jak tamten dzień tkwi głęboko w ludziach, którzy przeżyli zamach rebeliantów na bazę.

- Było przed godziną 16, kiedy pracownicy już wyszli, zostałem sam w kontenerze. Siedziałem na krzesełku przed komputerem, kiedy nastąpił wybuch. Podrzucił mnie do góry. Wybiegłem na zewnątrz – byłem tu zupełnie sam. Z każdej strony nade mną świstały pociski, latały rakiety i RPG-i. Usłyszałem, że to atak. Schowałem się do schronu. W schronie nikogo. Co robić? Ani wyjść, a czekać bez broni też niebezpiecznie – mówi Pan Janek i prowadzi mnie do schronu. To tutaj tego dnia rozliczał się z całym swoim życiem. Na ścianie schronu napisał: „28.08.2013 od godz. 16 przeżyłem 40 minut zgrozy!!! w tym schronie. J.W. serwis KTO, XIII zmiana.”

FOT. Dariusz Osowski. Pan Janek w schronie, w którym przeżył zgrozę.

FOT. Dariusz Osowski. Pan Janek w schronie, w którym przeżył zgrozę.

Jego pracownicy też przeszli swoje. Dochodzili akurat do swojej „bichaty”, kiedy przy nich eksplodowała rakieta. „Bichata” zniknęła w dymie i kurzu. – Myśleliśmy, że już po niej, ale kiedy kurz opadł, okazało się, że stoi. Rakieta walnęła zaledwie 10 metrów dalej – dodają.

Zbieram te opowieści skrzętnie, zapisuję reakcje ludzi, ich przeżycia, a także relacje tych cichych i nieujawnionych dotychczas bohaterów, którzy nie dopuścili rebeliantów w głąb bazy, ratując tym samym życie setek ludzi, z zamiarem opisania całościowego obrazu tego, co działo się tu w tę pamiętną środę 28 sierpnia.

Tymczasem wracajmy do Rosomaka, który właśnie z dumnym Bartkiem w środku, zajechał przed halę serwisu KTO.

- Teraz Ty wsiadasz – usłyszałam.

Ja?! Czy ktoś tu zwariował? Ja mam wsiąść do Rosomaka? Przecież mnie się nawet nie uda po nim wspiąć!

Silne ręce dwóch żołnierzy (w przybliżeniu będzie to łącznie ze dwieście kilogramów żołnierskich mięśni czystej krwi) wrzuciły mnie na pancerz. Przed włazem czekał instruktor. Kazał wsunąć się do środka i siadać, abym mogła na chwilę poczuć to, co czuje kierowca Rosomaka. Potem zobaczyłam, jak ustawia sobie wygodny fotel tak, aby stopami dotykać do pedałów gazu i hamulca. Jak włącza silnik. Jak zwalnia hamulec ręczny. Jak włącza bieg, naciska gaz. I jak jedzie.

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn przygotowuje się do jazdy Rosomakiem

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn w Rosomaku

No, to pojechaliśmy.

Osiem potężnych kół (z napędem na wszystkie koła) wolno i z chrzęstem toczyło się po grawerze, a ja w środku. Rosomak potrzebuje 4-metrowej przestrzeni, aby o nic nie zawadzić, na szczęście droga jest szeroka, a przejażdżka krótka.

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn po szczęśliwym objeździe bazy

FOT. Bartek Syta. Anita Czupryn po szczęśliwym objeździe bazy

Stanęliśmy. Wspięłam się na miękkich z przejęcia nogach. Kolega major (jakieś sto kilo żywo grających mięśni) chwycił mnie tym samym sposobem, jak kiedyś dżentelmeni chwytali omdlewające damy, uniósł niczym przerośniętego kurczaka i postawił na ziemi.

Za kilka dni, obiecał Pan Janek, mam zjawić się u niego po szczegółowy instruktaż teoretyczny dotyczący tego cudu bojowej techniki i wtedy dokładnie opiszę, z czym się je Rosomaka. Teraz powiem tylko tyle: nie bez powodu jesteśmy z nich dumni i zazdroszczą nam ich Amerykanie.

A prowadzi się go, jak powiadają, łatwiej niż „malucha” i bardziej komfortowo, niż najwyższej klasy mercedesa.

 

 

 

Emilka budzi się zanim jeszcze słońce wytoczy się ponad czubki gór, jakie otaczają polską bazę w Ghazni. Kiedy otwiera oczy, jej wzrok automatycznie pada na tekst jaki napisała jej przyjaciółka z Londynu, a który Emilia wydrukowała i przykleiła na suficie. Tekst brzmi jak zaklęcie: „Życzę Ci samych cudowności, a jak wstaniesz, to niech nowy dzień będzie istnym cudem, a będzie, bo to jedyny dzień w Twoim życiu, nigdy się już nie powtórzy i przeżyj go wyjątkowo. […]” Emilia mówi, że te słowa przypominają jej, co jest ważne i są zastrzykiem energii, potrzebnej do pracy.

FOT. Bartek Syta. Emilka w swoim "domu" w "sichacie"

FOT. Bartek Syta. Emilka w swoim „domu” w „sichacie”

Pokoik, jaki Emilia zajmuje w „sichacie” kiedyś był składzikiem, ale koledzy z Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej, w której jest jedyną kobietą, przerobili go dla niej na funkcjonalne miejsce do odpoczynku. „Sichata” (z angielskiego c-hut) to drewniany kontener z trzema wejściami i wąskim korytarzem, od którego po obu stronach odchodzą drzwi do klitek, w jakich śpią żołnierze. Na czas misji w Afganistanie to one są ich domem. „Dom” Emilki mieści się najbliżej kuchnio-salono-świetlicy, jaką urządzono w „sichacie”, tuż przy wyjściu na patio. Stoi tam sporych rozmiarów łóżko, nakryte granatową narzutą, jest metalowa szafa, są półki i stół z różowym obrusikiem w złote słonie. Nad łóżkiem wisi kolaż zdjęć, które przedstawiają najbliższe Emilii osoby: mamę, tatę, siostrę, chrześniaków, przyjaciółki i przyjaciół.

FOT. Bartek Syta.

FOT. Bartek Syta.

Przed godziną 5 rano, kiedy większość z nas w Polsce przewraca się na drugi bok, bo ze względu na 2,5-godzinną różnicę czasu, trwa tam głęboka noc, Emilia, już po toalecie i lekkim śniadaniu. Wkłada na siebie ciemnozielone „śpiochy”, czyli lotniczy kombinezon, przypina w pasie Wista, na ramie bierze Beryla. I od tej pory zapomnijmy o Emilii, bo zamienia się ona w Staszka, gunnera, czyli strzelca pokładowego na śmigłowcu Mi-24.

Staszkiem nazwali ją koledzy z SGPSz. Może dlatego, że dla nich jest po prostu jednym z nich, kumplem, żołnierzem. Zresztą, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, skomentowałam gwiazdki podporucznika, jakie nosi na pagonach, naiwnie mówiąc: „O, jesteś żołnierką”. Emilka zareagowała błyskawicznie: – Żołnierka brzmi jak saperka. W wojsku nie ma kobiet, ani mężczyzn. Są żołnierze.

O godzinie 5 rano podporucznik Staszek jest już w siedzibie TOC (Tactital Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych SGPSz), na dyżurze QRF (Quick Reaction Forces –czyli Siły Szybkiego Reagowania, wydzielone są do wsparcia patroli z powietrza, do przeciwdziałania atakom rebeliantów) i nie rozstaje się z radiostacją.

Jej zespół otrzymuje pierwsze zadania: wsparcie z powietrza operacji plutonu szturmowego i policji afgańskiej. Wskakują do śmigłowca bojowego Mi-24, Staszek w hełmie, tak zwanym THL (Twardy hełm Lotniczy), zajmuje miejsce przy oknie, przygotowuje swój PKM (Pulemiot Kałasznikowa), zakłada pasy złocisto-miedzianych pocisków. Śmigłowiec unosi się w górę, nabiera prędkości, leci nad bazą dziobem do dołu, ogonem do góry. Ogon śmigłowca bojowego przypomina gigantyczny kij hokejowy. MI-24 cały przypomina sobą wielką bojową ważkę.

FOT. Bartek Syta. Podporucznik Staszek, w tle MI-24.

FOT. Bartek Syta. Podporucznik Staszek, w tle MI-24.

Zadaniem Staszka jest obserwacja, czy w pobliżu patrolu, którego wspierają z góry, nie ma podejrzanych osób, podejrzanych obiektów, czy pojazdów. Z powietrza automatycznie przekazuje się informacje do patrolu na ziemi. Patrol wtedy wzmaga czujność, albo omija niebezpieczne miejsca.

Następuje powrót do bazy i załogę czeka już kolejne zadanie – Mi-24 ma ubezpieczać Mi-17, transportowy śmigłowiec, który desantuje poza bazę grupę specjalsów. Tego dnia śmigłowiec ze Staszkiem na pokładzie podrywał się do lotu jeszcze trzy razy, aby wspierać żołnierzy ze służb specjalnych.

Następnego dnia, za zgodą dowódcy, polecimy razem dwoma śmigłowcami Mi-24. Fotoreporter Bartek Syta ze Staszkiem na pokładzie, ja – pod skrzydłami porucznika Andrzeja Zająca, doświadczonego pilota. Wtedy poznamy możliwości MI-24, jego wdzięk i zwrotność, i poczujemy to, co czuje Staszek – adrenalinę i pasję latania.

Tymczasem jest godzina 18.20 i Staszek schodzi ze śmigłowca. Zdaje sprzęt, wypełnia meldunki i wreszcie jest wolna. Wpada do PIO (z ang. Press Information Office), czyli siedziby rzecznika XIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego, gdzie na co dzień pracujemy, korzystając z gościnności majorów, i zabiera mnie do siebie.

- Po całym dniu, marzę o prysznicu – mówi. Dobrze, że teraz ze swojej „sichaty” ma blisko do łazienki. Po ataku rebeliantów na bazę, jaki miał miejsce 28 sierpnia, kontener z prysznicami dla kobiet na jej kampowisku – zniknął. – Po wybuchu ściana „weszła” do środka. Teraz korzystam z amerykańskiej łazienki.

Po kąpieli Staszek wkłada długą spódnicę, T-shirt i bluzę z kapturem. Potrząsa głowa, susząc ciemnokasztanowe włosy. Od tej pory możemy zapomnieć o Staszku, bo na moich oczach dokonuje się przemiana w Emilkę – dziewczynę z zawadiackim uśmiechem. Chwyta packę na muchy, która jest stałym wyposażeniem każdego z żołnierskich „domów” (nawet generał Marek Sokołowski, dowódca XIII Zmiany PKW będąc u siebie, macha czerwoną packą, choć jak zaobserwowałam, więcej jest w tym elementów zabawy, niż realnego zagrożenia dla much).

- Mucha po afgańsku to pasza – mówi Emilia. – Afgańskie muchy są bardziej dokuczliwe, niż polskie. Uparte. Nie poddają się łatwo. Odgonisz, to wraca w to samo miejsce.

- Ale jeśli już przyzwyczają się do ciebie, a ty do ich ukąszeń, wasze wzajemne stosunki znacznie się poprawią – dzielę się swoim doświadczeniem, gdyż ja w swoim pokoju packi na muchy nie mam i jakoś muszę sobie radzić. Emilki to nie przekonuje, wali packą w stół, uśmiercając owada na miejscu.

- A teraz zaprowadzę cię w moje tajemne miejsce – mówi tajemniczo. Wychodzimy przed „sichatę”. Jeszcze nie ma godziny 20, ale w Afganistanie to już księżycowa ciemna noc. Emilka prowadzi mnie sobie tylko znanymi, krętymi labiryntami ciemnych zaułków. Idę na wpół po omacku, niezgrabnie, bo z rozwiązanymi sznurowadłami w butach, potykając się o kamienie. Emilka jak kot wspina się po drabinie, która stoi przy betonowej ścianie. Wyciąga rękę, pomaga mi się wgramolić. Jesteśmy na dachu. To dach schronu. Siadamy na workach z piaskiem, zadzieramy do góry głowy. Przed nami najpiękniej na świecie rozgwieżdżone niebo. Emilka nie każdego tu przyprowadza.

- Teraz często spadają tu gwiazdy. Pomyśl życzenie – nakazuje.

- Zawsze mam to samo – mówię.

- Jakie? – pyta ze szczerym zainteresowaniem.

- Kiedy widzę spadającą gwiazdę, zawsze mówię: „Niech wszystko będzie dobrze” – ujawniam wstydliwie.

- Wiesz co? Twoje życzenie właściwie nie różni się od mojego – mówi Emilka.

I w tym momencie spada gwiazda.

W polskiej bazie w Ghazni wszystko jest dobrze.

FOT. Bartek Syta. Podporucznik Staszek w śmigłowcu bojowym

FOT. Bartek Syta. Podporucznik Staszek w śmigłowcu bojowym

FOT. Bartek Syta. Podporucznik "Staszek" na stanowisku.

FOT. Bartek Syta. Podporucznik „Staszek” na stanowisku.

 

 

 

 

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Fot. Bartek Syta

Przychodzi Łukasz do „Majorki” (cel jego częstych wizyt nadal jest dla mnie tajemnicą), a ja go męczę: – Łukasz, powiedz jakiś dowcip, którym okraszę notkę na blogu.

Czasem mówi, a czasem nie. Zależy.

Wtedy powiedział.

- Znasz kawał o snajperze?

Nie znam.

- Siedzi snajper na stanowisku, obserwuje cel, a tu komórka mu dzwoni. Odbiera. Żona: – Słuchaj kochanie, przyjechała do nas mamusia….

- Wiem. Widzę.

Pewnie, gdybym pisała o snajperach, więcej byłoby w tym ikry i ognia , ale dziś napiszę o saperach. Mam świadomość, że pisać o saperach, to tak, jakby pisać o zawodach szachistów. Dynamiki w tym niewiele, emocje może i kłębią się w środku, ale na zewnątrz są niewidoczne.

No, ale żaden patrol, wyjeżdżający z bazy w Ghazni, nie wyobraża sobie, aby nie mieć ze sobą saperów i nachwalić się ich nie mogą.

Wczoraj postanowiliśmy z Bartkiem zobaczyć, jak wygląda szkolenie  saperów. To był już trzeci dzień szkolenia eksploatacyjno-operatorskiego w polskiej bazie Ghazni, w którym łącznie wzięło udział kilkadziesiąt osób – żołnierze z grupy inżynieryjnej i z wojsk specjalnych. Instruktorzy z Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych we Wrocławiu przywieźli nowe „zabawki” – amerykańskie roboty do rozpoznawania ładunków wybuchowych, jakie miesiąc temu polska armia otrzymała w ramach pomocy od armii sojuszniczej. Całkiem sporo trafiło ich właśnie do Afganistanu, na tak zwany teatr działań.

Kopnęliśmy się więc z Bartkiem na miejsce szkolenia, przy Hesco, a w ramach asekuracji poszedł z nami jeden z naszych majorów z „Majorki” (zabronił mi o sobie pisać, więc nie zdradzę jego imienia).

Długa to była droga, i jak się później okazało, diabelnie niebezpieczna. Przez grawer, wzdłuż zasieków z koncertiny (kłęby drutów podobnych do kolczastych, rozwieszone na ogrodzeniu), po miałkim pyle, w zapadającym się piachu. Oficer sekcji szkolenia zespołu rozminowania z wrocławskiego centrum wprowadził nas w akcję: – Mamy tu trzy miejsca szkolenia. Na każdym z nich instruktor wprowadza operatora robota w sytuację taktyczną. Zadaniem szkolącego się operatora jest wskazanie potencjalnie niebezpiecznego miejsca i potwierdzenie, bądź nie, niebezpiecznego przedmiotu.

W tych miejscach mogą być ukryte takie niebezpieczne przedmioty jak ładunki kierunkowego działania, małe cache – czyli składy komponentów IED (czyli „ajdiki”), lub wcześniej przygotowane IED.

Na afgańskich drogach „ajdik” to rzecz naturalna, jak borowik w warmińskim lesie i tak samo trudna do zauważenia. Ale nie dla sapera, który nosem czuje, gdzie może być zakopana beczka z lontem detonującym. A to kabelek dziwny mu mignie na poboczu, a to kupkę kamieni przyuważy i od razu – Ocho! Na wysokości usypanej kupki kamieni węszy kupkę piachu, na którą laik nawet by nie spojrzał.

- Panowie, mamy drogę w nasypie. Chwilę wcześniej przeszła tedy piechota i zabezpieczyła kupkę kamieni. Wycofali się i wezwali was – saperów. Macie sprawdzić to miejsce – przemówił do uczestników szkolenia oficer.

Jeden z żołnierzy klęczy przy pulpicie sterowniczym, drugi asekuruje robota, żeby się nie wykopyrtnął na nierównościach. Robot wyposażony jest w mikrofon, radio i kamerę z dużym zoomem. Pokonuje wzniesienie za wzniesieniem, choć szczerze mówiąc szału nie ma, jeśli chodzi o prędkość. Na wyciągu ramienia ma udźwig i nim może grzebać w piachu i wyciągać ładunki podstępnie ukryte.

- Nawet jeśli nastąpi eksplozja i urwie mu ramie, to lepiej, aby zniszczony został sprzęt, niż zagrożone życie ludzkie – przekonuje oficer. Zwłaszcza, że do robota są części zamienne.

Pośpiech to ponoć oznaka niskiego pochodzenia – usłyszałam dzisiaj w „Majorce”, z czego by wynikało, że saperzy to ludzie o najwyższej klasie. Ale jakby nie mówić, to ich powolne ruchy i małomówność znudziły nas trochę, podziękowaliśmy więc z majorem (tym, co jego imienia nie wypowiem) pięknie i udaliśmy się w powrotną drogę. Wtedy akurat ogłoszono, że artylerzyści wykonają kolejne fire mission. Przechodzimy chyłkiem przez helipad, a tu nagle huk! Artyleryjskie pociski śmigają nam nad głowami i uderzają w górę naprzeciwko. Ale my nic, my twardzi, my naprzód, jak czterej pancerni, obok strzelnicy przemykamy, z której też kanonada się dobywa ostra, kule, bziuu, bziuu, śmigają, aż miło.

- Kryj się! Rykoszet! – chwyta mnie major za ramię, a ja znowu daję się wkręcić w żołnierskie poczucie humoru.

Sami jednak widzicie, że robota saperska może i nie jest dynamiczna, ale za to ile po drodze może się wydarzyć.

Dziś opowiem Wam o afgańskiej nocy.

Dziwne, jak na trzeźwo można upić się afgańską nocą i to wszystkimi zmysłami. Ciemność choć oko wykol  jest jak materialna, dotykalna czerń, która spada na bazę z nagła równo o godzinie 19. Cisza bywa tu rzadko, a może i nigdy. Głośno i to w dolby stereo dudnią agregaty, ryczą śmigłowce, a za ścianą mojego pokoju, w kaplicy, zawodzą struny gitar szarpane energetycznie przez chłopaków, którzy od kilku godzin podróżują muzycznie wokół polskiego i światowego rocka.

I ten zapach: mieszanina benzyny, spalin, smarów, metalu, kurzu. To bardzo męski zapach. Tak pachnie na siłowniach, w warsztatach samochodowych, fabrykach przemysłu ciężkiego i przeróżnych kanciapach, w których faceci oddają się swoim pasjom. Albo śpiewają nieprzyzwoite piosenki, albo rozmawiają o kobietach lekkiego prowadzenia, albo prężą muskuły, szykując się do bitki.

Smak afgańskiej nocy zawiera w sobie (przykurzoną) gorzką cierpkość. Coś pomiędzy owocami tarniny, a piołunem, choć ani jednego, ani drugiego tu nie uświadczyłam i nie dane mi było posmakować. Chodząc po kamieniach (tzw. grawerze) zaobserwowałam za to monstrualne mrówki, prawie jak pająki, które przemykają pod butami z zawrotną prędkością. Podobno gryzą, ale nie doświadczyłam. Czasem w okolicy bytności człowieka zapląta się złota osa, a po moim materacu wczoraj przeszedł orszak czterech chrząszczyków. Łagodnie zrzuciłam je na podłogę, no bo już bez przesady z tym survivalem.

I jest jeszcze szósty zmysł – intuicja.

Gdzieś tak po godzinie 22 w Ghazni na kilka godzin znika z nieba większość gwiazd. Wychodzę przed kościół, łeb zadzieram do góry – i właściwie nie ma z kim rozmawiać. Niebo zamienia się w czarną kurtynę. Wtedy wypowiadam te słowa.

Nazwijcie je modlitwą.

Fot.Bartek Syta

Fot.Bartek Syta

Polskie Siły Zadaniowe i oficerowie Służby Wywiadu Wojskowego i Kontrwywiadu Wojskowego w polskiej bazie w Ghazni walnie przyczynili się do uwolnienia afgańskiej parlamentarzystki, 48-letniej Fariby Ahmadi Kakar. W sobotę 7 września kobieta, przetrzymywana prawie miesiąc przez talibów, szczęśliwie wróciła do domu.

Porwanie deputowanej do afgańskiego parlamentu odbiło się szerokim echem nie tylko w afgańskich, ale i światowych mediach. Bo też i pomimo wojny, jaka tu się toczy, takiego zdarzenia w Afganistanie jeszcze nie było. Porwanie kobiety w tym kraju traktowane jest jako akt niegodny i zasługujący na największe potępienie.

Dzięki temu, że przebywam w polskiej bazie w Ghazni, informacje na ten temat uzyskałam z pierwszej ręki, ale niestety, nie o wszystkim mogę napisać. Uwolnieniu porwanej towarzyszyło wiele zabiegów dyplomatycznych i umiejętności negocjowania z talibami, którzy stali za tym uprowadzeniem.

Ale najpierw fakty: 10 sierpnia Fariba Ahmadi Kakar udała się z trójką swoich dzieci w podróż z Kandaharu do Kabulu. Porywacze zatrzymują ją w prowincji Ghazni. Dzieci od razu zwolnili – trafiły one do NDS, czyli Afgańskiego Dyrektoriatu Bezpieczeństwa w Ghazni. W mediach pojawiły się pierwsze informacje: porwano parlamentarzystkę. W sprawę jej uwolnienia bardzo mocno zaangażował się prezydent Hamid Karzaj, który podobnie jak Fariba Kakar pochodzi z Kandaharu.

Afgańska policja i NDS zwrócili się do generała Marka Sokołowskiego, dowódcy XIII zmiany PKW z prośbą o wsparcie ich działań i pomoc w uwolnieniu parlamentarzystki. Dowódca uruchomił wszystkie polskie służby wywiadowcze, kontrwywiadowcze i rozpoznawcze, oraz komórki odpowiedzialne za pozyskiwanie informacji. Porywacze ze swojej strony wysyłali dezinformujące wiadomości, jakoby Fariba Kakar została zamordowana, albo, że jest torturowana, ale jednocześnie wysuwali najróżniejsze żądania w związku z jej uwolnieniem.

Już pierwszego dnia, po informacji o porwaniu, do działania przystąpiły Polskie Siły Zadaniowe w prowincji Ghazni wraz z oficerami Służby Wywiadu Wojskowego i Kontrwywiadu Wojskowego. Sobie tylko znanym sposobem, uzyskali informacje o miejscu przetrzymywania deputowanej i przekazali je służbom afgańskim. Strona afgańska do operacji uwolnienia kobiety, zaangażowała swoje wojsko.

Informacje Służb Wywiadu i Kontrwywiadu Wojskowego okazały się precyzyjne – Fariba Kakar była przetrzymywana w piwnicy domu talibskiego komendanta, znajdującego się na południe od miasta Ghazni. Niestety, tuż przed wejściem wojska, talibowie przewieźli deputowaną w inne miejsce. Czując na plecach oddech sił afgańskich wspieranych przez Polaków byli coraz bardziej zdesperowani, przenosili porwaną z miejsca na miejsce.

Dzięki splotom różnych okoliczności, które muszą na razie pozostać tajemnicą, zmuszono talibów do pertraktacji. Przyniosły one skutek – wczoraj o godz. 18.30 talibowie poinformowali, że uwolnią porwaną kobietę. Afgańskie służby przejęły ją w miejscu, które na razie też pozostaje tajemnicą.

Jej przyjazdu oczekiwali gubernator, przedstawiciele miejscowych władz i parlamentarzyści. Osoba, która tam była z polskiej strony, opowiedziała mi, że czekano w ogrodzie. Był tam też mąż Fariby Kakar, mocno zdenerwowany, nie był w stanie usiedzieć, chodził po ścieżkach ogrodu, z islamskim różańcem(Tasbih) w ręku modlił się o szczęśliwy powrót żony. Dzwonił też do czekających w domu na mamę dzieci.

Wreszcie do siedziby gubernatora zajechał samochód z parlamentarzystką. Wszyscy byli świadkami wzruszającego powitania jej i męża. Fariba Kakar, atrakcyjna, ale lekko wychudzona, w krótkiej rozmowie oświadczyła, że jak na trudne warunki porwania, była traktowana dobrze. Dziękując za uwolnienie, szczególne słowa wdzięczności skierowała w stronę Polaków. Podobnie jak jej mąż i afgańskie władze, doceniając polski wkład w bardzo złożoną operację.

Dlaczego talibowie zdecydowali się ją uwolnić? Jak się dowiaduję, w pertraktacjach dużą kartą przetargową był właśnie fakt, że jest kobietą, a porwanie kobiety w Afganistanie to dyshonor dla porywaczy. Talibowie, którzy początkowo chcieli ugrać coś dla siebie (interesowały ich cele polityczne)  znaleźli się pod silną presją. Mieli świadomość, że postępują niezgodnie z normami obyczajowymi i kulturowymi. Na dodatek porwali kobietę z politycznego świecznika, a niewiele kobiet w Afganistanie prowadzi aktywność polityczną. To wszystko spowodowało, że zarówno wiedza, jaką zdobyli Polacy o miejscu jej przetrzymywania, jak i następnie pertraktacje przyniosły sukces i parlamentarzystka odzyskała wolność.

Generał Marek Sokołowski, proszony o komentarz do tej sprawy, komentarza standardowo odmówił, ale szeroki uśmiech, jakim mnie powitał, jest chyba najlepszym komentarzem.

Generał Zahid Zarawar, szef policji w prowincji Ghazni – postrach terrorystów, bohater zwykłej, afgańskiej ludności. Zawsze na pierwszej linii razem ze swoimi ludźmi. Odegrał niezwykle ważną rolę podczas ataku terrorystów na bazę w Ghazni 28 sierpnia. Udało mi się z nim porozmawiać w przyjaznym dla dziennikarzy miejscu – gabinecie dowódcy XIII Zmiany PKW, generała Marka Sokołowskiego w sztabie Polskich Sił Zadaniowych w bazie Ghazni.

Podczas zamachu rebeliantów na bazę Ghazni 28 sierpnia, afgańska policja pomogła Polakom i Amerykanom w odparciu ataku. Na czym konkretnie polegały Pana działania?

To będzie długa odpowiedź (śmiech). Pracowałem jako policjant w wielu różnych prowincjach, ale takiego ataku, jaki tego dnia był w Ghazni, to jeszcze nie było. Nic takiego wcześniej nie widziałem i o niczym takim nie słyszałem. Siedziałem akurat w swoim biurze i nagle usłyszałem potężną eksplozję. Myślałem, że wysadzono siedzibę gubernatora, która znajduje się ze 4 km dalej, ale tak głośny był to huk. Zaraz też zadzwonił do mnie gubernator, pytając, co się dzieje, bo był z kolei przekonany, że to wysadzono siedzibę policji. Kolejny telefon był z bazy w Ghazni: „Potrzebujemy pomocy”, Wszystkim swoim podwładnym powiedziałem, macie jechać i zabezpieczyć bazę. Wsiadłem w pierwszy samochód z policjantami. Kurz z wybuchu jeszcze nie zdążył opaść, jak już byliśmy na miejscu. Po drodze otrzymaliśmy ostrzał z RPG. Obstawiliśmy bazę i słyszeliśmy komunikaty z bazy, o tym, że jest wsparcie policji afgańskiej, i to dwa razy. Czuliśmy się zaszczyceni. Następnie przyjechały wojska afgańskie. Zauważyliśmy, że z południowej strony jedzie Toyota Kombi w kierunku miejscowości Espandi. Policjanci chcieli zatrzymać samochód, okazało się, że to samochód pułapka, który chciał podjechać pod bazę. Gdybyśmy nie zablokowali drogi i ten samochód podjechałby pod bramę i gdyby tam się wysadził, byłoby o wiele więcej szkód, bo niedaleko stały cysterny z paliwem. W sumie zneutralizowaliśmy trzy takie samochody.

Jakie są najbardziej palące problemy policji w Afganistanie dzisiaj?

Pani jest dziennikarką, jeździ, rozmawia z ludźmi i wygląda pani na doświadczoną i mądrą kobietą, stąd też dobrze pani wie o tym, że praca policjanta nie polega na tym, aby policjant walczył. Nasz problem polega na tym, że policjant w Afganistanie walczy. Tak naprawdę walczyć powinno wojsko, ale my nie dość, że robimy wszystko to, co należy do policjantów, to dodatkowo walczymy z terroryzmem. Zdaję sobie sprawę, ze nie powinniśmy tego robić, to nie jest nasza praca. Na całym świecie policjant ma pałkę, pistolet, albo gaz. My mamy RPG, rakiety i wszystkie inne rodzaje ciężkiej wielokalibrowej broni. Musimy walczyć, bo gdybyśmy tego nie robili, nie przeżylibyśmy.

FOT. Bartek Syta Generał Zahid Zarawar

FOT. Bartek Syta
Generał Zahid Zarawar

Bardzo blisko współpracuje Pan z Polakami i Amerykanami w Ghazni. Co Pana zaskoczyło w Polakach?

Jeździłem po całym Afganistanie, byłem w wielu prowincjach i współpracowałem z różnymi narodowościami: i Polakami, i Francuzami, i z Amerykanami. Zawsze miałem dobre kontakty ze wszystkimi, ale szczególne z Polakami. Z nimi mam najlepsze relacje. Pewnie dlatego, że Polacy przeżyli to, co Afganistan przeżywa teraz. Przeżyli wojny, okupację, rozbiory. Polacy wiedzą, jaki to jest ból. W tym się rozumiemy bardziej niż z Amerykanami. Podobni też jesteśmy mentalnie, Polacy rozumieją naszą kulturę, szanują naszych ludzi i religię, podoba mi się to, jak się w Afganistanie zachowują. A nie każdy naród potrafi szanować obcą religię czy kulturę. Dlatego najlepiej pracuje mi się z Polakami, bo to jest naród, który jest uważny wobec wszystkich innych narodów.

Z jakimi przestępstwami w Afganistanie spotyka się Pan najczęściej?

Największy problem, to oczywiście terroryści, którzy nie dają nam spokoju, wciąż musimy z nimi walczyć, choć, jak już nadmieniłem, nie jest to stricte nasza praca. Drugi problem to narkotyki, które są tu produkowane. Wielu młodych Afgańczyków wpadło w narkotykowy nałóg, zostawiają pracę, rodzinę. Narkotyki stąd trafiają do krajów na całym świecie i stąd Afganistan ma na świecie złą opinię. Wracając do terrorystów, mam poczucie, że gdybyśmy nie likwidowali ich tutaj, w naszym kraju, staliby się problemem dla świata. Dlatego tutaj ich likwidujemy i nie pozwalamy im się przemieszczać po innych krajach. A zatem prowadząc tu walkę z terroryzmem, nie działamy wyłącznie na rzecz naszego kraju, ale i innych krajów świata.

Czy może Pan bardziej szczegółowo opowiedzieć o akcjach, jakie przeprowadza?

Mogę opowiedzieć o dwóch rodzajach operacji. Są ataki planowane szczegółowo, mamy do tego potrzebny sprzęt, ministerstwo ma informację, jakiego typu działalność zaplanowaliśmy. Ale są też takie momenty, kiedy wyruszamy w teren i nigdy nie wiemy, czy i kiedy zostaniemy zaatakowani. Problemem są IED (improwizowane urządzenia wybuchowe, czyli miny), to przez miny policjanci w Afganistanie giną najczęściej. Afgańska policja nie ma możliwości, aby je wykrywać, nie mamy wyszkolonych saperów, zwykły wykrywacz metali nic nie da, bo terroryści produkują miny z plastiku, a tego wykrywacz metali  nie znajdzie. Ale jeśli już policjanci zostaną zaatakowani, to dzięki temu, że są specjalnie wyszkoleni, talibowie nie dadzą sobie z nimi rady. Problemem też jest to, że talibowie nie siedzą pod jednym konkretnym adresem, tak jak policja, czy NDS (służby wywiadowcze). Przeciwnik nie ma swojej jednej siedziby, jedzie policyjny konwój i zostaje ostrzelany z domów w wiosce. Tam są kobiety, tam są dzieci, nie możemy użyć ognia, bo zginęliby cywile. Talibów jednak prawa człowieka i inne prawa nie obchodzą.

Jak to się stało, że został Pan policjantem? To rodzinna tradycja?

Mój ojciec nie był policjantem, był urzędnikiem, moi bracia zaś pracują w wojsku afgańskim – mam sześciu braci, ale tylko ja w rodzinie jestem policjantem. I to jest praca, która bardzo mi się podoba, bo w Afganistanie policjant jest oddany do dyspozycji ludziom. Policjant jest tu po to, aby ludziom pomagać. Takie miałem wewnętrzne przekonanie i dlatego zostałem policjantem.

I zaszedł Pan wysoko, w młodym wieku zostając generałem.

Nie mam jeszcze 40 lat, a to, że zostałem generałem zawdzięczam moim przełożonym, podwładnym, ministrowi, prezydentowi, którzy docenili moje działania. Mam dobre kontakty ze zwykłą ludnością. Ludzie na mnie nie narzekają, mają o mnie dobrą opinię. To też przyczyniło się do mojego awansu. Gdyby tak nie było, dziś nie byłbym nawet pułkownikiem, czy majorem.

Jaka Pana zdaniem jest najważniejsza cecha, jaką powinien posiadać afgański policjant?

Powinien mieć dobry kontakt z ludźmi, działać po to, aby im pomagać. No i powinien być odważny.

Generał Marek Sokołowski dopowiada: – Odważny jak Zarawar.