Miesięczne archiwum: Październik 2013

Kiedy samozwańczy eksperci zespołu Macierewicza przedstawiają kolejne teorie na temat katastrofy smoleńskiej – dla jednych wiarygodne, dla innych sprzeczne z logiką, nauką i zdrowym rozsądkiem – nie można zapominać, że cały ten medialny teatr nakręcany zręcznie przez posła Antoniego Macierewicza – i szkodzący polskiemu życiu publicznemu – zawdzięczamy także premierowi Tuskowi oraz jego otoczeniu. O tym, że narodzą się spiskowe teorie katastrofy wiadomo było kilka godzin po tym, jak do niej doszło. Premier i jego otoczenie musiało wiedzieć z historii także naszego narodu, że wypadki, zwłaszcza takie, w których giną głowy państw, zawsze budzą mnóstwo spekulacji i nie ma możliwości, by zwolennicy teorii spiskowych nie snuli własnych wizji. Jedynym sposobem ich powstrzymania jest pełna jawność i wnikliwość w badaniu przyczyn katastrofy. Tylko tak można wytrącić spiskowcom argumenty z ręki.

Przykładem katastrofą pod Gibraltarem, kiedy zginął generał Władysław Sikorski (do dziś mimo braku dowodów wielu uważa, iż był to zamach), czy zabójstwo prezydenta Kennedy’ego (nie milkną teorie, że zlikwidowały go służby specjalne). Zamiecione pod dywan przez Brytyjczyków dokumenty w sprawie katastrofy w Gibraltarze sprawiły, że do dzisiaj wielu uważa tamten wypadek za zamach, chociaż przeczą temu nawet badania po niedawnej ekshumacji zwłok generała Sikorskiego.

Premier Tusk powinien był dopilnować, by śledztwo smoleńskie było prowadzone bardziej wnikliwie, powinniśmy mocniej naciskać na Rosję w sprawie dowodów. Na łamach naszej gazety pisaliśmy już trzy dni po katastrofie smoleńskiej, piórem brytyjskiego komentatora i historyka Bena Macintyre’a, że w przypadku zaniedbania śledztwa w sprawie tej tragedii, Polska pogrąży się w czarnej nocy spiskowców. Macintyre pisał: – „Jedynym lekarstwem na szaleństwo teorii spiskowych jest przeprowadzenie śledztwa w sprawie wypadku w pełnym świetle; odrzucenie aury tajności, którą Moskwa instynktownie przyjmuje; zapewnienie, że historyczny werdykt o tym wypadku zostanie w pełni udowodniony, a przynajmniej będzie wiarygodny dla Polaków.”

Polacy czują wewnętrznie, że rząd premiera Tuska do śledztwa smoleńskiego podchodził, jak pies do jeża. Nie było mowy o naprawdę poważnych naciskach na władze rosyjskie, by polskim śledczym udostępniano wszelkie dowody, czy choćby tego, by do Polski przewieziono wrak. Zadowalano się absurdalnymi tłumaczeniami strony rosyjskiej. Nie zareagowano właściwie i szybko nawet na kłamliwy rosyjski raport po katastrofie Tatiany Anodiny. Zdecydowane działania rządu nie wykluczyłyby wszystkich teorii spiskowych, ale poważnie ograniczyłoby możliwość fantazjowania dokonywanego przez wątpliwych kwalifikacji ekspertów. A tak, kiedy dzisiaj eksperci zespołu Laska czy prokuratorzy przedstawiają swoje wnioski, ludzie posła Macierewicza mogą zawsze zapytać na przykład: – A skąd to wiecie? Macie wrak?

Tusk, albo jego otoczenie, musiało wiedzieć, jakie będą konsekwencje zaniechania w śledztwie i naciskach na Rosję. Być może zbytnio premier bał się pogorszenia relacji z Moskwą, a może bał się, że drobiazgowe śledztwo prowadzone przy światłach jupiterów wykarze niedociągnięcia w organizacji lotu, za co wina spadnie na rząd. Konsekwencji tych zaniechań doświadczamy dziś wszyscy, gdy społeczeństwo coraz bardziej jest dzielone przez „spiskowców”. Tragiczne w tym wszystkim jest i to, że raz zasiane ziarno teorii spiskowej zatruwać będzie polityczne i społeczne życie w naszym kraju przez długie lata, a nawet dekady. Nie tylko poseł Macierewicz za to odpowiada. Ktoś przygotował podatny grunt dla jego działań.

 

 

Słoiki, element napływowy, lemingrad – oto według prawicy główni winowajcy tego, że nie udało się odwołać Hanny Gronkiewicz Waltz z funkcji prezydenta Warszawy. Co bardziej umiarkowani winią z kolei PiS, że niepotrzebnie mieszał się do kampanii i zniechęcił warszawiaków do udziału w referendum. Inni winią „zamach na demokrację”, jakiego miała dokonać PO. Jakoś nikt natomiast nie wpadł na pomysł, że warszawiacy to po prostu realnie myślący ludzie, którzy nie kupili bajeczek zwolenników referendum. Bajeczek – z jednej strony o zapaści w mieście i wręcz katastrofie, jaką funduje im HGW, a z drugiej o tym, że wystarczy odwołać Hankę, by w Warszawie noc zamieniła się w dzień, zakorkowane ulice w przejezdne, a piach w złoto.

Nie ma cwaniaka nad warszawiaka – oklepane powiedzenie sprawdziło się znowu. Warszawiak potrafi myśleć i kalkulować. Z jednej strony mówili mu, że „Bufetowa” rządzi źle, że w Warszawie żyje się paskudnie i nastąpiła zapaść nie widziana tu od niemalże II wojny. No ale warszawiak – nieważne, leming czy słoik czy rodowity taki, co to ma dziadków na Powązkach – pomyślał: kurczę, pamiętam, jak tu było 5 lat temu, 10, 20 czy 30. I jak jest teraz. I wychodzi mi na to, że lepiej niż teraz nie było. No może Hanka zawaliła i nie dopilnowała paru spraw, są opóźnienia w budowach ulic czy metra, może za bardzo popadła w samozachwyt i arogancję władzy, ale wcześniej tak wielu inwestycji nie było.

Jasne, fajnie się oglądało na Facebookach śmieszne memy po zalaniu trasy AK czy tunelu Wisłostrady podczas budowy metra. Można się było pośmiać, tyle, że nie miało to nic wspólnego z profesjonalną kampanią przeciwników HGW. Bo warszawiacy doskonale wiedzieli, że gdyby rządził pan Guział czy Gliński, trasę zalałoby tak samo, podobnie, jak i tunel Wisłostrady.
Można było czuć sympatię – za pełne zaangażowania działanie – do osób skupionych wokół projektu Polityka Warszawska, jednak w ich kampanii na zewnątrz naprawdę nie było widać mocnych argumentów przeciwko prezydent. Drogie bilety? Miesięczne zdrożały raptem o 10 zł., a to głównie te kupują Warszawiacy. Jednorazowe kupują przyjezdni. A jeździmy teraz coraz większą liczbą nowoczesnych autobusów i tramwajów. Ludzie wiedzą, że za darmo nikt nam ich nie da. Jeśli PiS obiecuje tanie bilety, to znaczy, że obiecuje też np. przestarzały tabor. Wolę zapłacić 10 zł więcej i jeździć wygodniej. Ulica zablokowane przez remonty? OK, teraz jest to męczące, ale za kilkanaście miesięcy w końcu będzie się jeździć o wiele szybciej niż przed remontem. Poza tym, jak można modernizować miasto bez remontów? Tak mogli myśleć ci, którzy nie poszli odwoływać HGW.

Warszawiak, to realista. Skoro chodzi o wojenkę na górze, to  trudu mógł sobie odpowiedzieć na pytanie, co będzie, jak HGW przegra. Ano będzie tyle, że nadal rządzić będzie PO, tyle, że w osobie komisarza, że kierunek zarządzania Warszawą się nie zmieni, a będzie jedynie mniej skuteczności i więcej utrudnień oraz chaosu związanych z całym zamieszaniem na szczytach władzy. Że komisarz nie ma takich uprawnień jak prezydent, że jakieś ważne inwestycje staną. Po co się w to pakować, skoro za rok znowu wybory i może znowu kolejne zamieszanie? Może jedne zaplanowane decyzje pójdą w odstawkę a inne trzeba będzie od nowa? I znowu dłużej będę czekał na remont jakiejś ulicy, chodnika, czy wodociągu.
Dla wielu wyborców zafundowanie stolicy takiego roku przejściowego z polityczną nawalanką w tle oznaczało po prostu czysty absurd i brak racjonalnego myślenia.

W dodatku HGW odpowiedziała najlepiej, jak mogła na zarzuty konkurencji – merytorycznie. Przyspieszeniem remontów, inicjatyw (jak Karta Warszawiaka i rodziny), więcej obecności w mediach, ruszeniem sprawy janosikowego, wywalczeniem pomocy ze strony rządu w sprawie południowej obwodnicy. Pustej demagogii przeciwstawiła konkrety. A że rywale kpili z jej nagłej nadaktywności? Kpina może zastąpić argumenty na Twitterze, ale nie w realu.

Wnioski nasuwają się same. To referendum od początku zostało zorganizowane w sposób skazujący je na porażkę. Okazało się, że jego organizatorzy nie mają argumentów, są nieprzygotowani na różne scenariusze polityczne, nie umieją prowadzić kampanii, kierują się nie realizmem, ale politycznym chciejstwem i – najważniejsze – mylą się w ocenie społecznych nastrojów.

Argumenty można mnożyć i silić się na polityczne wyjaśnianie przyczyn – porażki jednych, zwycięstwa drugich. A przyczyny są bardzo prozaiczne, bo ludzie są realistami. Wydaje się, że HGW zrozumiała to najszybciej i dlatego za rok to ona znowu będzie górą. Jeśli oczywiście po tym referendum nie wpadnie w samozachwyt.