Archiwa kategorii: Bez kategorii

Amerykański tygodnik Time, który od 86 lat przyznaje w grudniu tytuł Człowieka Roku tym razem nadał ten tytuł papieżowi Franciszkowi. To trzeci w historii papież uhonorowany przez to czasopismo (wcześniej Człowiekiem Roku Time’a mianowani byli Jan XXIII i Jan Paweł II). Gdy podzieliłem się tą informacją na Twitterze, ktoś zapytał mnie, a kogo ja uważam za Człowieka Roku w Polsce?

Nie musiałem się zastanawiać nad odpowiedzią nawet kilku sekund. Nie wiem jeszcze kogo mianuje w tym roku tygodnik Wprost, natomiast dla mnie polskim Człowiekiem Roku jest zwykły podatnik. Jak odpisałem na Twitterze – ten który finansuje wszelkie ekstrawagancje i szaleństwa klasy politycznej.

Choćby ostatnie. Jak napisała jedna z gazet, w urzędach i agendach rządowych w całym kraju politycy PO i PSL masowo zatrudniają swoich znajomych, rodziny, przyjaciół. Chcesz dostać dobrze płatną pracę, nawet powyżej 10 tys. zł. miesięcznie? Poszukaj w rodzinie działacza którejś z rządzących partii. A co ma szary podatnik do tego? No przecież ktoś musi zapłacić za tę hojność polityków (najczęściej wobec swoich).

Mieliśmy na początku roku sprawę taśm autostradowych i przepłacania jak za zboże za kilometr budowy nowej trasy. Kto musiał pokryć te niespodziewane nadwyżki wydatków drogowych? Podatnik.

Albo weźmy sznur ratunkowy, którego chwycił się rząd o grubości 150 mld złotych. Czy gdyby nie podatnik rząd miałby co zabierać ludziom z kont OFE?

Warszawa wydała 3 mln zł na nikomu niepotrzebne referendum. Czy gdyby nie podatnik mogłoby się odbyć? Jasne, że nie.

Urząd marszałkowski województwa mazowieckiego martwi się, że budżet tego regionu zarzyna Janosikowe. Ale na szczęście może utrzymać za prawie milion zł. własne biuro w Brukseli. Gdyby nie szary podatnik tak kluczowa dla Polski placówka nie mogłaby się utrzymać.

No a te wdzięczne kłótnie pomiędzy choćby panem Niesiołowskim a Hofmanem, Kaczyńskim a Tuskiem? Gdyby podatnik nie dał na ich partie po kilkadziesiąt milionów złotych, umknęłyby nam elektryzujące spięcia i utarczki słowne, które są przecież clue naszej polityki.

To jedna strona medalu (złotego – dla podatników). Druga to fakt, że wreszcie zdaje się, że zaczynamy powoli wychodzić z kryzysu. Dzięki komu? Rządowi? Rządy by tak chciał. Ale tak naprawdę, dzięki podatnikowi. Temu instytucjonalnemu i gospodarczemu, który mimo nowych i rosnących podatków i kłód pod nogi rzucanych mu w postaci nieżyciowych przepisów jakoś się trzyma i dorzuca do wspólnej kasy kolejne miliony i miliardy.

Jeśli więc w nowym roku uda się podtrzymać ten trend wznoszący i uda się znowu znaleźć pieniądze na różne drobniejsze i grubsze wydatki polityków, to tylko dzięki szaremu podatnikowi – czy to pracownikowi, czy zatrudniającej go firmie. Dlatego właśnie nie mam wątpliwości, że Polskim Człowiekiem Roku jest zwykły podatnik.

 

 

Kiedy samozwańczy eksperci zespołu Macierewicza przedstawiają kolejne teorie na temat katastrofy smoleńskiej – dla jednych wiarygodne, dla innych sprzeczne z logiką, nauką i zdrowym rozsądkiem – nie można zapominać, że cały ten medialny teatr nakręcany zręcznie przez posła Antoniego Macierewicza – i szkodzący polskiemu życiu publicznemu – zawdzięczamy także premierowi Tuskowi oraz jego otoczeniu. O tym, że narodzą się spiskowe teorie katastrofy wiadomo było kilka godzin po tym, jak do niej doszło. Premier i jego otoczenie musiało wiedzieć z historii także naszego narodu, że wypadki, zwłaszcza takie, w których giną głowy państw, zawsze budzą mnóstwo spekulacji i nie ma możliwości, by zwolennicy teorii spiskowych nie snuli własnych wizji. Jedynym sposobem ich powstrzymania jest pełna jawność i wnikliwość w badaniu przyczyn katastrofy. Tylko tak można wytrącić spiskowcom argumenty z ręki.

Przykładem katastrofą pod Gibraltarem, kiedy zginął generał Władysław Sikorski (do dziś mimo braku dowodów wielu uważa, iż był to zamach), czy zabójstwo prezydenta Kennedy’ego (nie milkną teorie, że zlikwidowały go służby specjalne). Zamiecione pod dywan przez Brytyjczyków dokumenty w sprawie katastrofy w Gibraltarze sprawiły, że do dzisiaj wielu uważa tamten wypadek za zamach, chociaż przeczą temu nawet badania po niedawnej ekshumacji zwłok generała Sikorskiego.

Premier Tusk powinien był dopilnować, by śledztwo smoleńskie było prowadzone bardziej wnikliwie, powinniśmy mocniej naciskać na Rosję w sprawie dowodów. Na łamach naszej gazety pisaliśmy już trzy dni po katastrofie smoleńskiej, piórem brytyjskiego komentatora i historyka Bena Macintyre’a, że w przypadku zaniedbania śledztwa w sprawie tej tragedii, Polska pogrąży się w czarnej nocy spiskowców. Macintyre pisał: – „Jedynym lekarstwem na szaleństwo teorii spiskowych jest przeprowadzenie śledztwa w sprawie wypadku w pełnym świetle; odrzucenie aury tajności, którą Moskwa instynktownie przyjmuje; zapewnienie, że historyczny werdykt o tym wypadku zostanie w pełni udowodniony, a przynajmniej będzie wiarygodny dla Polaków.”

Polacy czują wewnętrznie, że rząd premiera Tuska do śledztwa smoleńskiego podchodził, jak pies do jeża. Nie było mowy o naprawdę poważnych naciskach na władze rosyjskie, by polskim śledczym udostępniano wszelkie dowody, czy choćby tego, by do Polski przewieziono wrak. Zadowalano się absurdalnymi tłumaczeniami strony rosyjskiej. Nie zareagowano właściwie i szybko nawet na kłamliwy rosyjski raport po katastrofie Tatiany Anodiny. Zdecydowane działania rządu nie wykluczyłyby wszystkich teorii spiskowych, ale poważnie ograniczyłoby możliwość fantazjowania dokonywanego przez wątpliwych kwalifikacji ekspertów. A tak, kiedy dzisiaj eksperci zespołu Laska czy prokuratorzy przedstawiają swoje wnioski, ludzie posła Macierewicza mogą zawsze zapytać na przykład: – A skąd to wiecie? Macie wrak?

Tusk, albo jego otoczenie, musiało wiedzieć, jakie będą konsekwencje zaniechania w śledztwie i naciskach na Rosję. Być może zbytnio premier bał się pogorszenia relacji z Moskwą, a może bał się, że drobiazgowe śledztwo prowadzone przy światłach jupiterów wykarze niedociągnięcia w organizacji lotu, za co wina spadnie na rząd. Konsekwencji tych zaniechań doświadczamy dziś wszyscy, gdy społeczeństwo coraz bardziej jest dzielone przez „spiskowców”. Tragiczne w tym wszystkim jest i to, że raz zasiane ziarno teorii spiskowej zatruwać będzie polityczne i społeczne życie w naszym kraju przez długie lata, a nawet dekady. Nie tylko poseł Macierewicz za to odpowiada. Ktoś przygotował podatny grunt dla jego działań.

 

 

Słoiki, element napływowy, lemingrad – oto według prawicy główni winowajcy tego, że nie udało się odwołać Hanny Gronkiewicz Waltz z funkcji prezydenta Warszawy. Co bardziej umiarkowani winią z kolei PiS, że niepotrzebnie mieszał się do kampanii i zniechęcił warszawiaków do udziału w referendum. Inni winią „zamach na demokrację”, jakiego miała dokonać PO. Jakoś nikt natomiast nie wpadł na pomysł, że warszawiacy to po prostu realnie myślący ludzie, którzy nie kupili bajeczek zwolenników referendum. Bajeczek – z jednej strony o zapaści w mieście i wręcz katastrofie, jaką funduje im HGW, a z drugiej o tym, że wystarczy odwołać Hankę, by w Warszawie noc zamieniła się w dzień, zakorkowane ulice w przejezdne, a piach w złoto.

Nie ma cwaniaka nad warszawiaka – oklepane powiedzenie sprawdziło się znowu. Warszawiak potrafi myśleć i kalkulować. Z jednej strony mówili mu, że „Bufetowa” rządzi źle, że w Warszawie żyje się paskudnie i nastąpiła zapaść nie widziana tu od niemalże II wojny. No ale warszawiak – nieważne, leming czy słoik czy rodowity taki, co to ma dziadków na Powązkach – pomyślał: kurczę, pamiętam, jak tu było 5 lat temu, 10, 20 czy 30. I jak jest teraz. I wychodzi mi na to, że lepiej niż teraz nie było. No może Hanka zawaliła i nie dopilnowała paru spraw, są opóźnienia w budowach ulic czy metra, może za bardzo popadła w samozachwyt i arogancję władzy, ale wcześniej tak wielu inwestycji nie było.

Jasne, fajnie się oglądało na Facebookach śmieszne memy po zalaniu trasy AK czy tunelu Wisłostrady podczas budowy metra. Można się było pośmiać, tyle, że nie miało to nic wspólnego z profesjonalną kampanią przeciwników HGW. Bo warszawiacy doskonale wiedzieli, że gdyby rządził pan Guział czy Gliński, trasę zalałoby tak samo, podobnie, jak i tunel Wisłostrady.
Można było czuć sympatię – za pełne zaangażowania działanie – do osób skupionych wokół projektu Polityka Warszawska, jednak w ich kampanii na zewnątrz naprawdę nie było widać mocnych argumentów przeciwko prezydent. Drogie bilety? Miesięczne zdrożały raptem o 10 zł., a to głównie te kupują Warszawiacy. Jednorazowe kupują przyjezdni. A jeździmy teraz coraz większą liczbą nowoczesnych autobusów i tramwajów. Ludzie wiedzą, że za darmo nikt nam ich nie da. Jeśli PiS obiecuje tanie bilety, to znaczy, że obiecuje też np. przestarzały tabor. Wolę zapłacić 10 zł więcej i jeździć wygodniej. Ulica zablokowane przez remonty? OK, teraz jest to męczące, ale za kilkanaście miesięcy w końcu będzie się jeździć o wiele szybciej niż przed remontem. Poza tym, jak można modernizować miasto bez remontów? Tak mogli myśleć ci, którzy nie poszli odwoływać HGW.

Warszawiak, to realista. Skoro chodzi o wojenkę na górze, to  trudu mógł sobie odpowiedzieć na pytanie, co będzie, jak HGW przegra. Ano będzie tyle, że nadal rządzić będzie PO, tyle, że w osobie komisarza, że kierunek zarządzania Warszawą się nie zmieni, a będzie jedynie mniej skuteczności i więcej utrudnień oraz chaosu związanych z całym zamieszaniem na szczytach władzy. Że komisarz nie ma takich uprawnień jak prezydent, że jakieś ważne inwestycje staną. Po co się w to pakować, skoro za rok znowu wybory i może znowu kolejne zamieszanie? Może jedne zaplanowane decyzje pójdą w odstawkę a inne trzeba będzie od nowa? I znowu dłużej będę czekał na remont jakiejś ulicy, chodnika, czy wodociągu.
Dla wielu wyborców zafundowanie stolicy takiego roku przejściowego z polityczną nawalanką w tle oznaczało po prostu czysty absurd i brak racjonalnego myślenia.

W dodatku HGW odpowiedziała najlepiej, jak mogła na zarzuty konkurencji – merytorycznie. Przyspieszeniem remontów, inicjatyw (jak Karta Warszawiaka i rodziny), więcej obecności w mediach, ruszeniem sprawy janosikowego, wywalczeniem pomocy ze strony rządu w sprawie południowej obwodnicy. Pustej demagogii przeciwstawiła konkrety. A że rywale kpili z jej nagłej nadaktywności? Kpina może zastąpić argumenty na Twitterze, ale nie w realu.

Wnioski nasuwają się same. To referendum od początku zostało zorganizowane w sposób skazujący je na porażkę. Okazało się, że jego organizatorzy nie mają argumentów, są nieprzygotowani na różne scenariusze polityczne, nie umieją prowadzić kampanii, kierują się nie realizmem, ale politycznym chciejstwem i – najważniejsze – mylą się w ocenie społecznych nastrojów.

Argumenty można mnożyć i silić się na polityczne wyjaśnianie przyczyn – porażki jednych, zwycięstwa drugich. A przyczyny są bardzo prozaiczne, bo ludzie są realistami. Wydaje się, że HGW zrozumiała to najszybciej i dlatego za rok to ona znowu będzie górą. Jeśli oczywiście po tym referendum nie wpadnie w samozachwyt.

 

 

 

Aleksiej Nawalny, Michaaił Chodorkowski, PussyRiot…. – co łączy te postaci? To, że siedzą w koloniach karnych i więzieniach putinowskiej rosji. Za przestępstwa? Oficjalnie tak. W rzeczywistości za to, że ośmielili się rzucić wyzwanie Władimirowi Putinowi.
Wyrok skazujący Aleksieja Nawalnego, słynnego blogera opozycyjnego i organizatora antyputinowskich demonstracji w Moskwie w 2011 i 2012 roku, to kolejny wpis na liście hańby rosyjskiego państwa. Ta lista mogłaby być jeszcze dłuższa. Dosłownie kilkanaście dni temu zapadł wyrok na Aleksandra Lebiediewa, byłego oficera KGB, który jest obecnie właścicielem brytyjskich gazet „Evening Standard” i „Independent” oraz współwłaścicielem rosyjskiej „Nowej Gazety”. Oficjalnie oskarżono go o chuliganizm za bójkę w telewizji z innym oligarchą Siergiejem Polońskim. Nieoficjalnie mówiło się, że proces to kara za artykuł śledczy wymierzony w rządzącą ekipę wydrukowany w rosyjskiej gazecie.

Lebiediew dostał tylko karę prac społecznych, choć groziło mu 2 lata więzienia. Inny znany Rosjanin, były arcymistrz szachowy Garri Kasparow oświadczył kilka miesięcy temu, że wybiera życie na emigracji, gdyż w Rosji jest zbyt niebezpiecznie dla krytyków Putina z ambicjami politycznymi – takich, jak on.

Od ponad roku władze toczą z kolei walkę z organizacjami pozarządowymi, które oskarżano, że są agenturą obcych państw. Zabierane są fundusze organizacjom, albo zakazywana ich działalność.

Władimir Putin boi się najmniejszych nawet przeciwników politycznych, którzy mogą rywalizować z nim w wyborac. Nawalny, który nazywał partię Putina Jedna Rosja skupiskiem „złodziei i oszustów”, oskarżony został o spowodowanie strat podczas zarzdzania państwową firmą Kirowles wynoszących ponad pół miliona dolarów. W tym roku chciał startować w wyborach na mera Moskwy oraz w wyborach prezydenckich 2018 roku. Teraz może o tym zapomnieć, gdyż w tym czasie będzie odsiadywał wyrok.

Przedłużenia wyroku spodziewa się również Michaił Chodorkowski, w więzieniu od 2003 roku, który w drugim procesie w 2010 roku otrzymał nową karę. Teraz ma siedzieć za kratami do 2017 roku i… obawia się, że wkrótce kara może znów zostać przedłużona, by nie wyszedł na wolność przed wyborami.

W taki sposób rząd Putina rozprawia się z politycznymi przeciwnikami. Zachód protestuje, uchwala specjalne odezwy, ale Putin nic sobie z tego nie robi. Wie, że poza słowami nie będzie większej reakcji, gdyż głos Rosji może się przydać gdy przyjdzie decydować w sprawie kolejnych sankcji na Iran czy pozwolenia na interwencję zbrojną w Syrii.

Tytuł tego komentarza, to cytat z wypowiedzi Aleksieja Nawalnego, rosyjskiego blogera opozycjonisty, skazanego w czwartek na pięć lat kolonii karnej. Wypowiedział on te słowa kilka dni temu, dziennikarzowi gazety „The Sunday Times”, spodziewając się, że zostanie zesłany do kolonii karnej. Putin rzeczywiście może w Rosji posadzić do więzienia każdego niewygodnego i nikt mu nic nie zrobi.

Prezydent USA Barack Obama obiecuje, że zainicjuje specjalny szczyt amerykańsko-afrykański i spróbuje odbić Afrykę Chinom, które od 2009 roku są największym partnerem handlowym Czarnego Lądu. W Polsce ten fakt pewnie mało kogo zainteresuje, główne media pominą go milczeniem, lub poświęcą mu krótką notkę. Sam ze swoich różnych doświadczeń z pracy w mediach pamiętam, że o Afryce pisze się wówczas, gdy dotknie ją jakaś naprawdę wielka katastrofa, albo inne spektakularne wydarzenie, jak wojna z udziałem krajów Zachodu, nowe dziwactwa seksualne króla Mswatiego III czy informacje o stanie  zdorwia Nelsona Mandeli. Wychodzi się z  założenia, że Czarny Ląd (czytaj: trzeci, zacofany świat) nie interesuje polskiego czytelnika.

Trzeci świat? Błąd. Ba, wielbłąd, jak by powiedział nasz legendarny bramkarz Jan Tomaszewski. Afryka jest w ostatnich latach kontynentem najszybciej rozwijającym się gospodarczo na świecie. Gdy Europa i Ameryka toną w kryzysie, w Afryce powstają nowe fabryki, kwitnie rolnictwo, buduje się drogi i infrastrukturę. Dla większości Europejczyków Somalia to synonim głodu. Tymczasem kraj ten w ostatnich latach przechodzi prawdziwą rolniczą rewolucję, głównie za sprawą kapitału chińskiego. To Chiny pierwsze poznały się na ogromnym i niewykorzystanym potencjale gospodarczym tego kontynentu i zaczęły agresywnie inwestować w Afryce już dziesięć lat temu. Efektem było zdetronizowanie w 2009 roku USA jako głównego partnera handlowego Czarnego Lądu. Dzisiaj większość nowych przedsiębiorstw, fabryk inicjatyw powstaje dzięki kapitałowi chińskiemu.

Niedawno rozmawiałem w Paryżu z wyższym dyrektorem jednej z globalnych firm logistycznych. Powiedział mi, że jeden z najbardziej perspektywicznych rynków widzą właśnie w Afryce. Opowiedział też o tym, jak cudzoziemcy masowo wykupują ziemię na tamtym kontynencie, właśnie choćby w słynącej z głodu i susz Somalii. Grunty są tam dziś do kupienia niemal za bezcen, ale dzięki inwestycjom w infrastrukturę gwałtownie rozwija się rolnictwo w tym kraju. Z ziemi głodu Somalia ma szansę stać się eksporterem żywności.

Podobnie jest w innych krajach, choć dziedziny, w jakich rozwija się tam gospodarka są inne. Zdaniem owego dyrektora, coraz mniejszym problemem w Afryce są też kwestie bezpieczeństwa. Oczywiście inwestorzy unikają regionów, w których trają konflikty, ale takich obszarów coraz szybciej ubywa.

Ameryka, i Barack Obama, już są mocno opóźnieni na rynku Afrykańskim w porównaniu z chińskim rywalem. Jeszcze bardziej w tyle zostaje Europa, która patrzy na kontynent afrykański głównie jak na źródło kłopotów, a nie potencjalnych zysków. Amerykanie jednak przekonali się, że niedocenianie potencjału Afryki drogo ich już kosztuje, a może kosztować jeszze drożej. Czy jednak Ameryka, a przede wszystkim Europa ma szanse rywalizować z Chińczykami w wyścigu o kontrakty na Czarnym Lądzie? Tak. Chiny bowiem traktują swych partnerów z Afryki przeważnie jako źródło surowców, siły roboczej, a nie równorzędnych partnerów, których warto wspierać, by w przyszłości mieć jeszcze większe korzyści ze współpracy z coraz bogatszymi krajami. Europa  i Ameryka z łatwością przebiją chińską ofertę, jeśli będą chciały nie tylko drenować afrykański rynek, ale w swoich programach biznesowych postawią jednocześnie na stymulowanie rozwoju ekonomicznego, cywilizacyjnego, edukacyjnego i infrastrukturalnego krajów afrykańskich. Korzyść odniosą wówczas obie strony.

Na razie jednak Zachód musi zrozumieć to, co już zrozumiał – zdaje się – Obama. Że dzisiaj najważniejsze hasło brzmi: Afryka, głupcze!