RAKIETY

Milo Minderbinder, to według Josepha Hellera, właściciel jednego z największych koncernów w Ameryce, który zaoferował generałom z Pentagonu niewidzialny bombowiec. Maszyna nie tylko jest niewidzialna dla radarów, ale jest w ogóle niewidzialna, tak bardzo, że nikt jej nie widział i słusznie, bo w przeciwnym razie nie byłby to niewidzialny samolot….. Teraz w Polsce pojawiała się koncepcja sprzedaży nieistniejących rakiet manewrujących…..

O Pod-Naddźwiękowym Niewidzialnym i Bezgłośnym Defensywno-Ofensywnym Bombowcu Szturmowym Drugiego Uderzenia M i M i P Szzzzz! firmy M i M. na poważnie dyskutowano na sesji Agencji do spraw Specjalnych Tajnych Projektów Wojskowych. Wydarzenie zostało opisane w „Ostatnim rozdziale czy Paragrafie 22 bis” powieściopisarza Josepha Hellera i była to fikcja literacka. Koncepcja zaopatrzenia polskiej armii w nieistniejące rakiety manewrujące, w przeciwieństwie do niewidzialnych samolotów dla amerykańskiego wojska, jest prawdziwa.

W tej chwili ważą się losy zakupu nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej.  Dotarła do mnie wiadomość, że Ministerstwo Obrony Narodowej otrzymało ofertę niemieckiego koncernu TKMS. Słabością tej propozycji jest brak na wyposażeniu jednostek rakiet manewrujących. Bez tej broni okręty podwodne można uznać za bezużyteczne, z punktu widzenia ich zdolności do prowadzenia działań bojowych. Jest propozycja, aby ten mankament rozwiązać wyposażając jednostki w norweskie rakiety NSM produkcji koncernu Kongsberg.

Według ekspertów, rakiety NSM nie istnieją, oprócz pokazywanej na targach plastikowej makiety, w wersji manewrującej, wystrzeliwanej z okrętu podwodnego. Firma nigdy jeszcze nie wyprodukowała rakiety wystrzeliwanej spod wody. Gdyby jednak one istniały prawdopodobnie okazałyby się bezużyteczne w roli broni odstraszania, albowiem będą miały zbyt mały o kilkaset kilometrów zasięg, aby dolecieć do strategicznych celów na terytorium ewentualnego przeciwnika. Ich głowica bojowa wypełniona będzie dwa razy mniejszą ilością materiałów wybuchowych niż w przypadku innych rakiet. Największą ułomnością rakiety NSM jest jednak to, że nie jest manewrującą, ponieważ nie potrafi dostosowywać swojego lotu do rzeźby terenu, a to właśnie sprawia, że jest to wyjątkowo skuteczne uzbrojenie.

Uwielbiam książki Josepha Hellera, ponieważ opowiadają wiele prawdy o życiu. Śmieszą mnie, bo wiem, że prezentowany w nich absurdalny humor odnosi się do fikcji literackiej. Inaczej wygląda sprawa w przypadku prawdziwego zakupu uzbrojenia dla polskiej armii. W tym przypadku, gdzie chodzi o olbrzymi wysiłek finansowy, związany z zakupem okrętów podwodnych, chciałbym, aby był to przemyślany zakup, gwarantujący, że okaże się przydatny wojsku, a w przypadku zagrożenia, skuteczny.

ca5b7405-4863-470e-a307-61656304f01c

Ledwo przeszła kontrowersyjna ustawa nazwana „apteką dla aptekarza”, a już zbierają się czarne chmury nad krajowymi producentami farmaceutycznymi, tak przynajmniej uważa Instytut Jagielloński. Historia pokazuje, że raczej się nie myli.

Ministerstwo Zdrowia pracuje nad nowelizacją ustawy refundacyjnej. Ma ona obejmować mechanizm zwrotu kosztów tzw. „payback”, który zmusza producentów leków do ponoszenia finansowych konsekwencji przekroczenia budżetu refundacyjnego. Jeśli nowelizacja ustawy wejdzie w obecnym kształcie może to nie tylko negatywnie wpłynąć na krajową branżę farmaceutyczną, ale także zagrozić bezpieczeństwu lekowemu w Polsce.

Według Instytutu Jagiellońskiego „zaproponowana konstrukcja paybacku przerzuca finansowanie wzrostu kosztów refundacji nowych drogich leków oryginalnych na krajowe firmy generyczne. Zgodnie z planowanymi zmianami, jeśli Narodowy Fundusz Zdrowia wyda na refundację więcej niż zakładał w planie finansowym, różnice pokrywają producenci leków sprzedawanych w aptekach, czyli najczęściej krajowi producenci leków generycznych. Takie rozwiązanie budzi sprzeciw z racji jego jawnej niesprawiedliwości, ponieważ głównymi sprawcami przekroczeń budżetowych są leki, których wytwórcy zwolnieni są z obowiązku pokrywania tych różnic.”

Oczywiście czy coś jest zgodne z prawem i sprawiedliwe, zależy od tego, kto kształtuje prawo i wymierza sprawiedliwość. Dziwi mnie uderzanie w krajowy przemysł farmaceutyczny i przypomina się sytuacja dotycząca Optimusa polskiego przedsiębiorstwa produkującego komputery, który, dlatego, że działał w Polsce zamiast być importerem był poddawany dodatkowym restrykcjom finansowym co doprowadziło przedsiębiorstwo do bankructwa. W efekcie właściciele firmy stracili majątek, zatrudnieni przez nich ludzie pracę, a Skarb Państwa przychody do budżetu. Czy teraz historia ma się powtórzyć z krajowym przemysłem farmaceutycznym?

Tym razem, poza właścicielami, pracownikami oraz Skarbem Państwa po stronie przegranych mogą też znaleźć się pacjenci. Zniszczenie krajowego przemysłu farmaceutycznego, albo choćby w znaczący sposób uszczuplenie zagraża bezpieczeństwu lekowemu Polski. Oczywiście w sytuacji kiedy wszystko jest dobrze, można zamiast produkować leki w kraju sprowadzać je z zagranicy. Kto bogatemu zabroni? Jednak osobiście wolałbym  aby Polska w jak największym zakresie, zamiast być importerem, była eksportem.

To nie wszystko. W sytuacji kryzysowej, a o wyobrażenie sobie takiej, w ostatnim czasie coraz łatwiej, dostawy leków z zagranicy mogą być zagrożone, a w najlepszym razie nieregularne. Taka sytuacja może być bardzo niebezpieczna dla zdrowia i życia pacjentów, którzy nie mogą czekać na leki. Dużo bardziej pewna jest sytuacja, kiedy farmaceutyki są wytwarzane w Polsce, wówczas prawdopodobieństwo problemów z podażą zdecydowanie maleje.

 

kolorowe_roze_

Popularny rak czyli różnego typy nowotworów zatruwają i skracają życie wielu milionów ludzi na całym świecie. Dane epidemiologiczne wskazują na wzrost zapadalności na tę chorobę. Jedną z metod walki z nią jest profilaktyka zdrowotna.

Obecnie w Polsce udaje się wyleczyć z nowotworów zaledwie ok. 40 proc. pacjentów. Przyczyną tak niskiego poziomu zwycięstw z chorobą jest m. in. brak badań profilaktycznych i zbyt późne wykrycie  raka. Wiąże się to z niewielką wiedzą społeczną oraz lękiem przed badaniami i ich wynikami.

Do walki z nowotworami postanowiła włączyć się sieć sklepów spożywczych „Biedronka. W związku z powyższym przyłączyła się do kampanii „Oswoić raka“. Pomysłodawcą akcji jest Polski Komitet Zwalczania Raka, a partnerem Fundacja Przyjaciółka. Celem tego działania jest zwiększenie wiedzy Polaków na temat nowotworów,  profilaktyki oraz wsparcie osób borykających się z problemami onkologicznymi.

W ramach kampanii wystartował sfinansowany przez firmę Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka, portal edukacyjny www.oswoicraka.pl. Pełni on funkcję bazy wiedzy nt. chorób nowotworowych, sposobów ich wczesnego wykrywania, psychoonkologii, zdrowego odżywiania i jego roli w profilaktyce chorób. Na portalu można znaleźć ponad 100 publikacji opracowanych przez specjalistów współpracujących z Polskim Komitetem Zwalczania Raka. Jego uruchomienie możliwe było dzięki zaangażowaniu klientów sieci. W październiku 2016 roku do sieci sprzedaży trafiły specjalne bukiety róż, opatrzone nalepką z hasłem: „Kwota 1 zł z bukietu wspiera profilaktykę raka”. Każdy, kto kupił różę, dołożył cegiełkę i wsparł ideę propagowania wiedzy o tak ważnym problemie, jakim jest przeciwdziałanie chorobom i ich skutkom.

Przyznam szczerze, ze od pewnego już czasu obserwuję różne działania sieci sklepów „Biedronka“, które nie są związane bezpośrednio z handlem, a jedynie wykorzystują sieć jako narzędzie do działań prospołecznych. Być może się mylę, jednak wydaje mi się, że żaden inny prywatny przedsiębiorca nie podejmuje tylu aktywności w tym zakresie. Trochę szkoda, że „Biedronka“ nie znajduje naśladowców. Cóż, „Biedronka“ może być tylko jedna?

1d3692bf857ac919334107d59623a850

Polski parlament to nie tylko miejsce stanowienia prawa i starć politycznych. Przekładem może być inicjatywa Marszałka Senatu Pana Stanisława Karczewskiego zorganizowania konferencji pt.: „Nowoczesne technologie medyczne i ich wpływ na profilaktykę oraz codzienną praktykę kliniczną w polskiej służbie zdrowia”.

Miałem zaszczyt uczestniczyć w tej konferencji jako komentator dwóch tematów: „Radioterapia protonowa wiązką skanującą – nowa technologia leczenia pacjentów onkologicznych” (dr inż. Liliana Stolarczyk) i „Innowacje w możliwościach wykorzystywania perfuzji wątroby pobranej od zmarłego dawcy” (dr n. med. Maciej Krasnodębski). W przypadku pierwszego wystąpienia byłem pełen podziwu, że, zwłaszcza teraz w dobie wąskiej specjalizacji, fizykom i lekarzom, a zatem specjalistom z dwóch odległych dziedzin, udało się nawiązać ważną współpracę, która budzi podziw. W przypadku drugiego tematu warto dostrzec, że uwaga skupia się na sukcesach transplantologów. Tymczasem bardzo ważne są narządy do przeszczepu i ich jakość, co w przypadku wątroby jest szczególnie trudne do zapewnienia. Polska należy do jednego z 10 państw, które dysponują urządzeniem bardzo przydatnym przy tego typu przeszczepach, sprawiającym, że więcej pacjentów będzie mogło skorzystać z dobrodziejstwa transplantologii.

W programie konferencji było więcej bardzo interesujących wystąpień m. in. : „Laboratorium Cyfrowej Patologii – integracja diagnostyki molekularnej i histopatologicznej” (prof. dr. hab. Przemysław Juszczyński), „Polskie badania nad hipofrakcjonowaniem radioterapii przedoperacyjnej w mięsakach tkanek miękkich” (dr n. med. Hanna Koseła-Paterczyk), „Nowoczesne osobiste pompy insulinowe oraz systemy do ciągłego monitorowania glikemii” (Prof. dr. hab. med. Tomasz Klupa), „Zastosowanie obrazowania jądrowego rezonansu magnetycznego w diagnostyce schizofrenii” (prof. Tadeusz Marek), „Innowacyjny program zdalnej opieki nad pacjentami z mechanicznym wspomaganiem serca jako przykład zastosowania systemu telemedycznego” (dr med. Paweł Litwiński), „Badania przesiewowe na 4 kontynentach” (dr hab. n. med. Piotr H. Skarżyński), „Chirurgia robotowa w onkologii” (lek. med. Mateusz Szewczyk), „Zastosowanie rozszerzonej rzeczywistości w planowaniu zabiegów kardiologii interwencyjnej” (dr hab. n. med. Maksymilian P. Opolski), „Rola Rezonansu magnetycznego w diagnostyce raka prostaty” (dr Katarzyna Sklinda), „Współczesne trendy w diagnostyce i chirurgii jaskry na podstawie doświadczeń kliniki” (dr Anna Byszewska), „Nowy model prognostyczny utraty masy ciała u pacjentów z otyłością olbrzymią poddawanych zabiegom bariatrycznym” (lek. Michał R. Janik), „Przeznaczyniowe zamknięcie uszka lewego przedsionka w prewencji udaru mózgu u chorych z migotaniem przedsionków” (dr n. med. Radosław Pracoń), „Test skriningowy na obecność onkogennych typów wirusów HPV oparty o technologie LNA – innowacyjne narzędzie w profilaktyce i wczesnym wykrywaniu raka szyjki macicy” (dr n. med. Katarzyna Kokoszynska-Brejnakowska) itd.

Przyznam, że z zainteresowaniem słuchałem wystąpień na konferencji  „Nowoczesne technologie medyczne i ich wpływ na profilaktykę oraz codzienną praktykę kliniczną w polskiej służbie zdrowia”. Dowodzą one dobitnie, że w medycynie i opiece zdrowotnej stale postępuje rozwój, pozwalający na zwalczanie chorób, prowadzenie profilaktyki i poprawiający komfort leczenia i życia ludzi. To pozwala z innej, lepszej strony patrzeć na polską służbę zdrowia. Mam nadzieję, że innowacyjne projekty szybko zostaną upowszechnione dla dobra pacjentów i satysfakcji lekarzy, którzy dostaną nowoczesne, potrzebne narzędzie do pracy.

109194_odloty-samolotow-z-jednego-lotniska

Z centrum Warszawy do Portu Lotniczego w Modlinie jedzie się tyle samo czasu co do Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina. Przeważnie największa różnica jest tylko w cenie biletu na samolot.

Port Lotniczy w Modlinie powstał w 2012 roku. Jednak tak naprawdę lotnisko zaczęło funkcjonować dwa lata później. Jest to drugi port lotniczy dla warszawskiej aglomeracji. Do stolicy jest 35 kilometrów. Przeważnie aby dotrzeć do Warszawy wystarczy nieco ponad pół godziny.

Osobiście do lotniska w Modlinie podchodziłem z dystansem. Specjalnie mnie nie kusiły niskie ceny, albowiem przeważnie oznaczają one niski standard usług, a do tego obcesową obsługę. Cóż, kiedy zdarza się, że Modlin może zaproponować nie tylko najtańsze, ale i najlepsze połączenie lotnicze. Tak został przełamany mój opór.

Z lotniska w Modlinie skorzystało już ponad 9.000.000 pasażerów. W 2014 było ich 1.704.971, rok później już – 2.591.743, a w 2016 – 2.860.748. To pokazuje, że z portu korzysta coraz więcej podróżnych. Przewiduje się, że maksymalna przepustowość tego obiektu wynosi 3.500.000 pasażerów rocznie.

Z Modlina może polecieć aż w 44 miejsca. Przede wszystkim do głównych miejsc, gdzie znajdują się największe skupiska polskich emigrantów ekonomicznych czyli Londyn, Bruksela, Dublin. Zapewne dlatego ok. 75 proc. podróżnych stanowią Polacy. Statystyczny pasażer Portu Warszawa/Modlin to osoba stosunkowo młoda (90 proc. z nich nie przekroczyła 50 lat). Połowa wszystkich pasażerów nie skończyła jeszcze 32 lat.

W planach jest zwiększenie ilości miejsc, w których pasażerowie przed lotem będą mogli się zrelaksować. Zarząd Portu chce także postawić na usprawnienie odpraw – między innymi za pomocą pierwszej w Polsce, specjalnej bramki biometrycznej. Rozbudowa Portu w Modlinie sprawi zapewne, że liczba podróżnych korzystających z lotniska wzrośnie. Cóż, latanie stało się chlebem powszednim. Nic dziwnego, że planowane jest wybudowanie kolejnego portu w Mszczonowie. Ma to być związane z powstanie największego Parku Rozrywki w Polsce. Być może Modlin czy raczej władze Nowego Dworu Mazowieckiego, do którego przynależy port też powinny zastanowić się nad dodatkowymi atrakcjami?

polskie_interesy_v_ukrainskoj_revolyucii

Dla ukraińskich przedsiębiorców Polska jest przedsionkiem do Unii Europejskiej. Dla Polskich biznesmenów Ukraina to perspektywa poszerzenia działalności na trudnym, stanowiącym wyzwanie rynku. Właśnie takie przesłanki legły u fundamentu organizacji III Polsko Ukraińskiej Konferencji Biznesowej, która została zaplanowana w dnia 27-28 kwietnia 2017 roku we Lwowie.

Konferencja stanowi okazję do zdobycia nowej wiedzy dotyczącej zmieniającego się ładu gospodarczego w Polsce i na Ukrainie, a trzeba przyznać, że zmian jest dużo. Wydarzenie to także okazja nawiązania nowych, cennych kontaktów, wymiana doświadczeń oraz możliwość pozyskania partnerów do prowadzonych i planowanych przedsięwzięć.

Celem III Polsko Ukraińskiej Konferencji Biznesowej jest przekazanie przez praktykujących przedsiębiorców w jasny i przejrzysty sposób wiedzy o najważniejszych zmianach w przepisach oraz tych zaplanowanych w 2018, w Polsce i na Ukrainie. Na konferencji zostaną przedstawione nowe tendencje w obrocie towarowym i zmiany w tym obszarze pomiędzy Ukraina i Unią Europejską. Zaplanowano dyskusję o działalności i kondycji nowych ukraińskich przedsiębiorstw w Polsce oraz polskich na Ukrainie i jakie wyzwania stoją przed tymi organizacjami?

Wśród prelegentów na III Polsko-Ukraińskiej Konferencji Biznesowej są m. in. Tomasz Dąbrowski – Prezes firmy KDS, Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu, Bogdan Malachiwskyj – Prezes T-Projekt, Jan Załubski – Prezes Zet Transport, Krystyna Stecka z Profil Space, Piotr Alejski – Główny Dyrektor polskiej filii międzynarodowej firmy logistycznej SAT Albatros Sea Air Service, Szymon Pawełczyk z Perperikon. Organizatorzy spodziewają się około 200 uczestników. Dla zainteresowanych przedsiębiorstw jest przewidziana część wystawiennicza. Osoby zainteresowane uczestnictwem mogą się rejestrować na stronie: http://rodemna.com/konferencja_biznesowa_2017_pl.php

periscope

Polski przemysł stoczniowy ma ogromy potencjał. Jednak od lat znajduje się w zapaści. Na ratunek przyszło Ministerstwo Obrony Narodowej, które poprzez zależne od siebie podmioty przejęło niedawno kontrolę nad Stocznią Szczecińską i Stocznią Marynarki Wojennej. Pozostaje pytanie co dalej?

Przejęcie kontroli przez państwo nad ważnymi obiektami przemysłowymi, nie oznacza automatycznie sukcesu. Aby było to możliwe w przejętych stoczniach konieczne jest uruchomienie produkcji. Mało tego, wytworzone statki muszą znaleźć nabywców. Dobrym klientem może być polska armia.

Jednak nawet polska armia musi kupić coś, co będzie przydatne wojsku. Ze względu na fakt, że o okręty marynarki wojennej, z uwagi na ich zabytkowy charakter, zabiega muzeum, pole do popisu jest duże. Pozostaje jeszcze pytanie czy polskie stocznie dysponują odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, aby wytworzyć okręty wojenne, które okażą się przydatne na polu walki w XXI wieku?

Według mojej oceny doprowadzone do stanu agonii polskie stocznie nie dysponują obecnie nowoczesną myślą techniczną i wojenną pozwalającymi samodzielnie zaoferować uzbrojenie jakie może potrzebować Marynarka Wojenna. Nasz stocznie mogą jednak wejść w kooperację, w wyniku której będą uczestniczyć w wytwarzaniu sprzętu, którym może być zainteresowana polska armia.

Gdyby znalazł się kooperant gotowy podzielić się swoją myślą techniczną z polskimi stoczniami skupionymi pod egidą Polskiej Grupy Zbrojeniowej mogłaby na poważnie ruszyć produkcja. Mogłoby to być koło zamachowe potwierdzające potencjał polskiego przemysłu stoczniowego. W efekcie mogliby się pojawić też nowi zagraniczni klienci.

Jeden z potencjalnych kooperantów już jest, to francuska stocznia DCNS. Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła już w tym roku z tym przedsiębiorstwem porozumienie, które przewiduje transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych. DCNS zaoferował jako jedyny, oprócz współpracy przy budowie okrętów podwodnych, pociski manewrujące o dalekim zasięgu (ponad 1000 km) i zmiennej trasie lotu. Francuzi zaproponowali budowę pierwszego okrętu dla Polski w stoczniach DCNS, a także równoczesne szkolenie zespołów polskich specjalistów. Druga i trzecia jednostka mogłaby zostać zbudowana w Polsce z możliwością wyposażania przez krajowych poddostawców. Specjaliści ze spółek należących do PGZ zostaliby również włączeni do testów i procedur odbiorczych gotowych okrętów.

Janusz Przyklang, Dyrektor Przedstawicielstwa DCNS w Polsce poinformował, że jego organizacja dokonała analizy wszystkich stoczni należących do PGZ oraz ponad 100 jej kooperantów. Według niego, wykazała ona, że większa część wyposażenia może być z powodzeniem produkowana w Polsce. Wyjątkiem są podzespoły wykonywane w stoczniach francuskich, takie jak np. wyrzutnie torpedowe czy kadłub mocny. Szkolenia oraz podniesienie kwalifikacji kooperantów ze strony polskiej, będzie służyć potem przez wiele lat aby 30-40 lat eksploatacji okrętów. Jest to także szansa, dla krajowych stoczni, że dzięki zdobytej wiedzy i doświadczeniu nie powtórzy się już historia polskiej korwety „Gawron” budowanej 13 lat.

zmiana

Słynna kolekcja Czartoryskich została kupiona przez państwo Polskie. To działanie, z natury rzeczy, które można uznać za doniosłe i chwalebne spotkało się też z krytyką.

Tak zwana kolekcja Czartoryskich to obecnie zbiór ok. 86.000 eksponatów muzealnych, w tym 593 obrazy, m.in. „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci i „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, portrety Jagiellonów pędzla Lukasa Cranacha Młodszego oraz dzieła Andrei Mantegni, Michele Tosiniego czy Michele da Verony. Są także grafiki Rembrandta, Martina Schongauera, rysunki Augusta Renoira. Zbiór to także ok. 250.000 obiektów bibliotecznych: książek, rękopisów, starodruków i druków ulotnych m.in.: oryginał unii horodelskiej z 1413 r., czyli umowy zawartej między Polską i Litwą, akt hołdu pruskiego z 1525 r., rękopisy „Roczników” Jana Długosza, archiwum Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz archiwum Wielkiej Emigracji 1830 r., a także listy i teksty najważniejszych polskich poetów: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, Juliana Ursyna Niemcewicza.

Właścicielem unikalnego zbioru była Fundacja XX Czartoryskich. To ona zgodziła się sprzedać państwu Polskiemu, dzięki inicjatywie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego,  całą kolekcję wraz z budynkami w Krakowie za umowne 100.000.000 euro. Wydatek wielki i z pewnością przekraczający wyobraźnię przeciętnego podatnika. Warto jednak zauważyć, że tylko sama „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, jest  ubezpieczony na kwotę 1.400.000.000 zł, więc gdyby nawet przedmiotem transakcji był tylko ten jeden obraz należy uznać przedsięwzięcie za bardzo korzystne dla Polski, a przecież cała kolekcja jest wyceniana na ponad 40.000.000.000 euro. Muzealnicy, historycy sztuki od lat postulowali przejęcie na własność polskiego państwa bezcennej dla naszej historii kolekcji książąt Czartoryskich. Ta decyzja zabezpiecza w większym zakresie prawo własności narodu polskiego, bo czymś innym jest depozyt, a czymś innym bycie właścicielem.

Niemniej pojawiają się pytania, czy trzeba było płacić za coś, co księżna Izabela Czartoryska dawno temu i tak przekazała narodowi? Czy trzeba było wydawać pieniądze skoro cała kolekcja i tak była „internowana” w Polsce? To już jest taka polska praktyka myślowa: masz prawo posiadać ziemię, co nie oznacza, że możesz nią dysponować, posiadasz za to obowiązek płacenia podatków od nieruchomości. Masz prawo posiadać budynek, ale nie masz prawa decydować o tym kto w nim mieszka, masz natomiast obowiązek nie tylko płacić z tego tytułu podatki i musisz łożyć na jego funkcjonowanie. Możesz mieć ziemię, ale nie masz prawa na niej wycinać drzew, za to  masz obowiązek odpowiadania jeśli takie drzewo ułamie się i kogoś skrzywdzi. Krótko mówiąc prawo własności w Polsce jest mocno ograniczone, nieproporcjonalnie do obowiązków i odpowiedzialności z tym związanej.

Być może jest dyskusyjne czy lub w jakim stopniu kolekcja Czartoryskim powinna zostać zwrócona w 1991 roku spadkobiercom, którzy na tę okoliczność powołali specjalną Fundację do opieki nad zbiorem. Są to jednak obecnie dywagacje czysto akademickie, jako, że do tej pory państwo Polskie nie wypracowało żadnego jednoznacznego stanowiska w sprawie zwrotu tego co PRL sobie zawłaszczył, a Muzeum Czartoryskich było przecież finansowane właśnie ze specjalnie do tego przeznaczonego majątku ziemskiego należącego do 1945 roku do tej rodziny. Od 1991 roku korzystanie, dbanie o kolekcje było przedmiotem relacji pomiędzy Fundacją a muzealnikami reprezentującymi państwo Polskie. Dla mnie te związki nie są czytelne. Dlatego cieszę się, że za kwotę 100.000.000 euro ten wielki zbiór dóbr kultury znalazł się w rękach jednego właściciela, który teraz będzie brał pełną odpowiedzialność za tę kolekcję. Czy dobrze się stało, że kolekcja jest w rękach państwa? Jak najbardziej. W ten sposób Ministerstwo zabezpieczyło polski interes. Przejmując kolekcję, potwierdziło, że dzieła sztuki i zabytki na zawsze będą dostępne dla nas wszystkich i nie znajdą prywatnego nabywcy.

Być może niektórych ciekawi co Fundacja zrobi ze środkami pozyskanymi ze sprzedaży? Jednym z podstawowych kierunków działania jest ochrona zabytków oraz propagowanie historii i tradycji,  w tym związanej z rodziną Czartoryskich i rodzin spokrewnionych. Z zapowiedzi wynika, że w planach jest pomoc finansowa w edukacji młodzieży z dawnych kresów Rzeczypospolitej, a także fundowanie stypendiów młodzieży wybitnie uzdolnionej w bardzo różnych dziedzinach. Innym możliwym kierunkiem jest wspieranie projektów medycznych i innowacyjnych.

????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????

Co trzecie osoba poda ofiarą cyberprzestępczości. Część poszkodowanych nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że zostali wykorzystani. Wiele instytucji, głównie finansowych, utajnia dane na temat cyberprzestępczości w trosce o własną reputację. Zagrożenie jest jednak poważne.

Euforii, związanej z łatwością komunikowania, zdobywania informacji i rozliczania się, z pewnością nie da się zatrzymać. Tymczasem powszechny amok wywołany współczesnymi sposobami elektronicznej komunikacji niesie wiele zagrożeń. Przede wszystkim im więcej ktoś przebywa korzysta z elektronicznej komunikacji zostawia więcej śladów na temat swojej osoby. To skrzętnie jest wykorzystywane przez przedsiębiorstwa, które na tej podstawie zdobywają wiedzę na temat preferencji i słabości ludzkich. Na tej podstawie modyfikują one swoje strategie, ale też wiedzą jak oddziaływać na zachowania opinii publicznej. Ta ostatnia w efekcie, przy wykorzystaniu „owczego pędu” oddziałuje też na poszczególne osoby.

Banki robią wszystko, aby można było jak najłatwiej wydawać pieniądze. Wspierają to nowoczesne systemy elektroniczne: karty zbliżeniowe, płacenie przez telefon itd. Wszystko po to aby przeciętny konsument utracił kontrolę nad wydatkami. Generalnie w tej grze chodzi o to, aby społeczeństwo jak najwięcej konsumowało i wydawało i jak najmniej oszczędzało. To zwiększa zyski i ułatwia kontrolę. Co więcej ludzie, którzy nie mają pieniędzy, chętnie sięgają po kredyty i stają się współczesnymi niewolnikami. Najlepszym przykładem jest milion rodzin w Polsce złapanych w pułapkę z kredytem denominowanym we franku szwajcarskim.

Są również społeczne koszty elektronicznej komunikacji: stalking, mutitasking, osłabienie więzi osobistych, zanik więzi emocjonalnych, upośledzenia w komunikacji personalnej, zmiany w połączeniach nerwowych u dzieci, które korzystają nałogowo z urządzeń elektronicznych. Generalnie jednak wszyscy, którzy mają możliwość systemowego przeciwdziałania negatywnym skutkom, starają się niczego nie dostrzegać.

Dlatego zdziwiłem się aktywnością Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, który dostrzegł problem z ochroną poczty elektronicznej. Jak „Wujek Dobre Rada” na swoich stronach internetowych zaleca jak się zabezpieczać przed ryzykiem grożącym ze strony hakerów. Aby ułatwić wskazuje konkretne oprogramowania. Można by nawet temu przyklasnąć gdyby nie fakt, że GIODO już na pierwszej stronie opinii jako przykład zabezpieczenia danych podaje rosyjski program o nazwie 7-Zip. Jest to bezpłatne, wolne oprogramowanie (open source), które pozwala kompresować i szyfrować pliki. Jest to jednak bardziej zabawka, a nie pożyteczny program, albowiem ogólnie dostępne są również programy do złamania tego szyfrowania. Jako odpowiedniki podaje z kolei: GNU PrivacyGuard (projekt jest wspierany przez rząd niemiecki) oraz Pretty Good Privacy (właścicielem jest amerykański Symantec, jeden z „bohaterów” wycieku danych z CIA). Generalnie kłopot z podpowiedziami GIODO polega na tym, że zamiast pomagać ludziom w ochronie danych osobowych, wpycha ich najkrótszą drogą w objęcia tych, którzy żerują na informacjach, które można zdobyć od osób korzystających z poczty elektronicznej.

Warto zauważyć GIODO, wykazało się podejrzaną gorliwością we wskazywaniu trefnego oprogramowania, albowiem instytucja ta nie ma prawnych umocowań w tworzeniu opinii technicznych i rekomendacji. Z nieznanych powodów Główny Inspektor postanowił wyręczyć w tej materii Ministerstwo Cyfryzacji. Teraz GIODO twierdzi, że nie promuje żadnych konkretnych firm. I to nawet jest prawda, albowiem promuje konkretne produkty, ale nie bądźmy dziećmi oprogramowania nie rosną na łące.

Kontrowersyjna aktywność GIODO, poza działaniem na szkodę ludzi, może mieć poważniejsze konsekwencje. Opublikowanie przez organ państwowy „opinii” ze wskazaniem trefnych programów ochronnych, może sprawić, że osoby i przedsiębiorstwa, które skorzystają z rekomendacji GIODO i poniosą z tego tytułu straty, mogą w przyszłości żądać odszkodowań od Skarbu Państwa…. Biorąc pod uwagę, że Pani dr Edyta Bielak-Jomaa, pełniąca obowiązki GIODO, została na to stanowisko wybrana jeszcze za czasów kiedy rządziła Platforma Obywatelska, można się zastanawiać czy nie mamy do czynienia z świadomą działalnością dywersyjną?

ID-100110359

Generalnie, przeważnie, mam mocno krytyczny stosunek do organizacji, które starają się mnie przekonać, że postępują z zasadami społecznej odpowiedzialności biznesu. Przeważnie albo nie rozumieją terminu albo oszukują. Jednak zdarzają się wyjątki.

Właśnie (już siódmy raz) Grupa Ferrero International, znana z takich produktów jak Nutella, Ferrero Rocher, Mon Chéri, Raffaello, Kinder niespodzianka, Kinder Bueno, Kinder Mleczna Kanapka itd. zaprezentowała raport z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu „Wspólne wartości, by tworzyć wartość” za rok 2015. Może dziwić, że dokument został przedstawiony z takim opóźnieniem. Jednak wyjaśnię, że raport został sporządzony zgodnie z GRI G4 Content Index i był audytowany przez Deloitte & Touche, to opóźnienie przestaje dziwić. Ferrero w realizacji społecznej odpowiedzialności biznesu uwzględnia „10 ZasadUnited Nations Global Compact.

W 2015 roku Ferrero wzięło udział w Światowej Wystawie Expo MilanoWyżywienie planety, energia dla życia”. Przedstawiciele organizacji zaprezentowali tam swoją filozofię działania, która korespondowała z tematem przewodnim wydarzenia. Grupa Ferrrero jest także zaangażowana w porozumienie, którego celem jest całkowite zaprzestanie deforestacji, czyli wylesiania, do 2030 roku. Z tego tytułu została sygnatariuszem Nowojorskiej Deklaracji o Lasach.

Działania społeczne Grupa Ferrero realizuje nie tylko w kategoriach globalnych, ale również w krajach, w których jest obecna ze swoją produkcją. Jednym z głównych przedsięwzięć jest Kinder+Sport. Jego idea jest popularyzacja aktywnego trybu życia dzieci i młodzieży i ich rodzin. Aktualnie te działania realizuje już w 25 państwach. W 2015 roku w programie uczestniczyło ponad 4.000.000 dzieci. Na te działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu Ferrero przeznaczyło 10.000.000 euro, realizując 3105 wydarzeń.

Innym obszarem aktywności Ferrero,  w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu jest „Projekt Przedsiębiorczości im. Michele Ferrero”, łączący biznes z działaniami charytatywnymi. Przedsięwzięcie zakłada rentowność przy tworzeniu miejsc pracy w słabo rozwiniętych częściach świata. Projekt ten został uruchomiony w Kamerunie, RPA i Indiach.

Grupa Ferrero troszczy się również o środowisko naturalne. Planuje zaopatrywanie się kakao, cukier trzcinowy i orzechy laskowe wyłącznie z upraw dbających o zrównoważony rozwój. Ponadto przewidziano 40 proc. redukcję emisji CO2 z działalności produkcyjnej oraz 30 proc. redukcję emisji gazów cieplarnianych z transportu i przechowywania.

Wymienione przedsięwzięcia, inicjatywy i plany to nie są wszystkie prospołeczne przykłady działalności Grupy Ferrero. Uważam, że udało mi się zakreślić zakres aktywności organizacji w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu. To sprawia, że teraz słodycze od Ferrero są jeszcze smaczniejsze.