Miesięczne archiwum: Luty 2014

spirala-nupow

Jaka książka jest dziś największym bestsellerem? Darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów! Oto genialna metoda jak z jałmużny uczynić trampolinę wyborczej propagandy, zdobyć kolejny szczyt obłudy i zakłamania.

Jest sobie kraj, w którym od lat Ministerstwo Edukacji Narodowej w mozole i trudzie pracuje nad tym jak skutecznie zniszczyć system edukacji. Z perspektywy czasu, trzeba uczciwie powiedzieć, że odnosi w tym zakresie znaczące sukcesy. Jako wykładowca na wyższych uczelniach, z przykrością stwierdzam, że poziom ogólnej wiedzy kolejnych roczników studenckich obniża się. Nie wierzę, że jest to wynikiem kurczących się mózgów młodzieży. Upatruję przyczyn tej tendencji w coraz bardziej automatycznym i bezmyślnym systemie edukacyjnym.

Dopiero co MEN propagował ideę produkcji powszechnych i jedynie słusznych, produkowanych przez ministerstwo e-podręczników. Mówiąc po polsku chodziło o państwową monopolizację rynku podręczników szkolnych. Zmienił się szef resortu i zostało ogłoszone nowe objawienie w postaci darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Jest to ta sama idea monopolizacji rynku, tylko przy użyciu innej retoryki. Państwo łaskawie sfinansuje druk podręcznika raz na kilka lat (z zapowiedzi wynika, że raz na trzy), bo, dzięki wyssanemu, przez ptasi móżdżek, z palca, mądrości, istnieje metafizyczne przekonanie, że wydawnictwo będzie ulegało zniszczeniu właśnie w takim czasie. To pomysł, na który mógł wpaść tylko ktoś kto nigdy nie był dzieckiem korzystającym w szkole z książek, albo sabotażysta.

Idea ma ewidentnie charakter, już nawet nie propagandowy, a skrajnie populistyczny, bo kto odważy się przeciwstawić koncepcji powszechnej darmoszki? Przyjęta przez Sejm ustawa ma doprowadzić do powstania jedynego słusznego podręcznika dla pierwszoklasistów. Z tego co mi wiadomo tylko Rosja, Ukraina, Grecja, Islandia i Węgry mają podręczniki opracowane przez agendy rządowe. Kraje o zupełnie innej specyfice jeśli chodzi o populację lub takie, z których naśladowania trudno być dumnym.

Niekompetencja urzędników, którzy przygotowali ustawę umożliwiającą MEN, a w perspektywie również Ministerstwu Kultury, wydawanie podręczników, doprowadziła do powstania legislacyjnego knota, który skrytykowało Biuro Analiz Sejmowych. Zastrzeżenia miał także Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, za co głową zapłaciła szefowa tego urzędu, zwolniona chwilę po tym, jak skrytykowała ustawę umożliwiającą MEN wydawanie podręczników. Posłowie opozycji, przedstawiciele wydawców, nauczycieli i rodziców także nie pozostawili suchej nitki na projekcie ministerialnego dokumentu. Wszyscy widzą, że akcja realizowana jest według kalendarza wyborczego, a nie potrzeb uczniów, rodziców, czy nauczycieli.

Rządzący krajem najpierw doprowadzili do skrajnego ubóstwa znacznej części społeczeństwa, a teraz udają, że z troska pochylają się nad biednymi. Jeśli tak, to po co fundować bezpłatne podręczniki zamożnym? Uczciwej byłby wprowadzić ulgę podatkową na zakup podręczników i niech każdy kupi taki podręcznik jaki uzna za stosowny. To rozwiązanie jest jednak za proste. Dzieje się tak ponieważ projekt ma pomóc przede wszystkim politykom w kampanii wyborczej.

Juliusz Bolek

koperty
To, że nadciąga kataklizm było wiadomo po tym jak zrezygnowano z usługi telegramu, a razem z nią do Muzeum Techniki trafił telegraf. Jednak zwiastunów było więcej zanik kodu Morse’a, a także dziwnego urządzenia jakim był faks. Teraz zmienia się cały ład łączności, który można porównać z przebiegunowaniem Ziemi.

Największe narodowe poczty na świecie musiały ustąpić i podzielić się rynkiem, na którym panowały. Więcej nadszedł czas na prywatyzację tych szacownych instytucji. Czy to dobrze czy to źle? Jako osoba sentymentalna powiem, że źle bo w świecie bez telegramów, alfabetu Morse’a czy faksu mój świat jest jakoś uboższy. I proszę mnie nie pocieszać telefonami komórkowymi, SMS-ami, MMS-ami, listami elektronicznymi czy też bezpłatną, audiowizualną łącznością internetową. Prawda jest jednak również i taka, że w XXI wieku nie wysłałem ani jednego telegramu, alfabetu Morse’a nigdy się nie nauczyłem, a faks od kilku lat jest dziwnym bibelotem.

Jest też prawda i taka, że kiedy sprywatyzowana na wskroś nowoczesna krajowa telekomunikacja, będąca własnością obcego państwa, z obrzydzeniem, odrzuciła telegram jako nieopłacalny anachronizm, rękawicę podjęła krajowa poczta, wprowadzając na miejsce tej usługi telegram pocztowy, z gwarantowanym czasem doręczania. Jest to już trochę inna korespondencja, ale ponieważ jest opatrzona datownikiem pocztowym, formularz otrzymanego telegramu jest dokumentem z urzędowo potwierdzoną datą nadania i treścią, a więc doskonale nadaje się do przekazywania np. oświadczeń woli. Z tego rozwiązania nadal masowo korzystają operatorzy telekomunikacyjni, banki, firmy windykacyjne, szpitale i uzdrowiska.

Ta sama krajowa poczta przegrała przetarg ogłoszony przez Centrum Zakupów dla Sądownictwa tracąc na dwa lata możliwość obsługi korespondencji wysyłanej m. in. przez sądy i prokuratury. Ustąpiła pola tandemowi dwóch prywatnych przedsiębiorstw pocztowych (z czego jedno niebawem zostanie kupione przez drugie, zgodę już wyraził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów) i kiosków z gazetami. Od tego roku z otrzymanym awizem należy udać się nie na dobrze znaną pocztę, ale do punktu pocztowego, który może mieścić się np. w sklepie spożywczym. To musi boleć wszystkich, którzy mają swoje przyzwyczajenia. W Wielkiej Brytanii czy Niemczech rynek już od lat funkcjonuje w ten sposób. Są jednak i tacy, którzy są zachwyceni nowymi rozwiązaniami.

Deregulacja rynku pocztowego rozpoczęła się na dobre. To dobra wiadomość, bo konkurencja jest bardzo ważna. Każdy zmonopolizowany rynek to rynek chory, a koszty tej choroby ponoszą klienci, którzy płacą drożej. Szkoda tylko, że zmiany na rynku pocztowym zaczęły się od rewolucji. Źle, że wywołają ją instytucja podlegająca pod Ministerstwo Sprawiedliwości, a zatem nie powołana do robienia chaosu, ale budowania poczucia stabilności i zaufania do państwa. Gdyby przetarg zorganizowano odpowiednio wcześniej, z zachowaniem należytej staranności, przewidując wszystkie możliwe procedury odwoławcze, które wykorzystali przegrywający oferenci, to zwycięzca miałby odpowiednio dużo czasu na przejęcie operacji logistycznych. Wygląda na to, że to jest teraz przyczyną pewnych opóźnień w dostarczaniu przesyłek.

Demonopolizacja rynku usług pocztowych zdaje się, że nie jest na rękę rządowi, który ukrywając się pod hasłami liberalnymi, w zeszłym roku zmonopolizował rynek śmieciowy, a w tym rozpoczyna walkę o monopolizację rynku podręczników szkolnych, bo tylko tak można nazwać pomysł wprowadzenia na rynek tylko jednego podręcznika szkolnego. Do akcji przeciwko prywatnemu operatorowi pocztowemu, która wygrała przetarg z państwową firmą, ruszyły Centralne Biuro Antykorupcyjne, Urząd Komunikacji Elektronicznej, w blokach startowych już stoi Najwyższa Izba Kontroli, zastrzeżenia złożyły Naczelna Rada Adwokacka i Związek Zawodowy Prokuratorów i Pracowników Prokuratury, choć sprawa przetargu została już zbadana przez Centrum Zakupów dla Sądownictwa oraz Krajową Izbę Odwoławczą. Wygląda to na zmasowany atak sił, które nie umieją pogodzić się z przegraną, a to już katastrofa.

Tak naprawdę chodzi bowiem o przetarg jaki ma się odbyć za dwa lata na tzw. operatora wyznaczonego, czyli organizację, gwarantującą świadczenie usługi pocztowej, przez sześć dni w tygodniu, na terenie całego kraju. Gdyby i tutaj prywatni operatorzy pocztowi odnieśli sukces, co wydaje się prawdopodobne, byłby to szokujący precedens, na skalę europejską. Ci, którzy są temu przeciwni mogą temu zapobiec, albowiem prywatny operator pocztowy, który wygrał z krajowym państwowym przedsiębiorstwem, jest na sprzedaż…. a zatem można go kupić. Tak już było na rynku niemieckim, gdzie Deutsche Post, chcąc przetrwać, kupił kilka konkurencyjnych firm, m.in. DHL. Wszystko sprowadza się do pytania: jaka jest rola państwa? Czy sektor państwowy ma być odnoszącym sukcesy biznesowe inwestorem, czy raczej instytucją budującą w obywatelach poczucie zaufania.

Juliusz Bolek
Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

temida
Stare porzekadło mówi: sprawiedliwości możesz szukać wszędzie, byleby nie w sądzie. To wiadomo, ale wymiar sprawiedliwości w Krainie Oszustów poszedł znacznie dalej, wygląda jakby zaczął łamać prawo na straży, którego stoi. W ten sposób może zawalić się w gruzy nie tylko cały sens porządku prawnego, ale i państwa jako takiego.

Zaczęło się od uchwały Sądu Najwyższego w sprawie „niekonstytucyjnego” trybu „delegowania sędziów”. Teraz na wokandę trafia sprawa świadomego, popełnianego wielokrotnie i uparcie przez wielu sędziów Sądów Rejonowych i Sądów Okręgowych przestępstwa poprzez potwierdzanie nieprawdy tj. posługiwanie się przy prowadzeniu spraw nienależnymi i niezgodnymi z prawem tytułami wynikającymi z czasowego (2007 – 2009) mechanizmu „awansu poziomego”.

Przejawem lekceważenia, a może i barbarzyństwa jest sprawa tzw. „przetargu pocztowego”, w wyniku, którego zawiadomienia sądów nie docierają do zainteresowanych, albo jeśli docierają to w sposób zaskakująco dziwaczny. Korespondencja sądowa, to nie są „pocztówki z wakacji”, które dotrą czy nie lub kiedy, ma głównie sentymentalne znaczenie. Zawiadomienia o rozprawach, a zwłaszcza wyrokach ma wpływ na sprawy majątkowe, gospodarcze, czasem stanowi o ludzkiej egzystencji. Teraz rzetelność odnośnie tej materii została powierzona ludziom przypadkowym. Bardzo niefrasobliwe postępowanie jak na wymiar sprawiedliwości, którego jedną z nadrzędnych wartości powinno być dbanie o dochowywanie należytej staranności.

Kolejnym przykładem jakiegoś pomylenia z poplątaniem jest zapytanie Prezesa Trybunału Konstytucyjnego do Prezesa Rady Ministrów jakie skutki finansowe dla budżetu wywołałby wyrok wskazujący, że nacjonalizacja pieniędzy zgromadzonych w Otwartych Funduszach emerytalnych była nielegalna? Do czego potrzebna jest taka wiedza, przy orzekaniu konstytucyjności badanego zdarzenia? Powód? Dla Trybunału jedną z kluczowych kwestii jest sprawa finansów publicznych, a nie przestrzeganie zapisów konstytucyjnych! Ręce opadają. Temida ma być ślepa, a nie serwilistyczna. Inaczej jest to zaprzeczenie sensu trójpodziału władzy. Głęboko wierzę, wbrew mającym miejsce przesłankom, że Prezes Sądu miał gorączkę i że kiedy wyzdrowieje to mu przejdzie.

Juliusz Bolek

Gra dla Dużych Chłopców

Kiedy wybuchła afera hazardowa nie mogłem zrozumieć o co w niej chodzi, w tym sensie, że nie widziałem drugiego dna, a przecież jak wynika z doświadczenia przeważnie jest. Teraz zorientowałem się, że chodziło, przy pomocy tak zwanej ustawy hazardowej, o wyprowadzenie z polskiego obiegu finansowego kilku miliardów złotych.

Najuczciwsza Kraina Pod Słońcem ma bardzo rygorystyczną ustawę hazardową, a w zasadzie antyhazardową. Tej regulacji prawnej mogłoby pozazdrościć wiele państw zbudowanych na mądrościach Allacha. To zaskakująca konstatacja, biorąc pod uwagę, że Najuczciwsza Kraina Pod Słońcem nie jest zbudowana na islamskich fundamentach. Ustawa antyhazarodwa została wdrożona w panice o dobry wizerunek miłościwie panujących, alby pokazać jak politycy potrafią sprawnie działać, w tempie, który nie pozwolił na uruchomienie szarych komórek,. Była to jedna z wielu pokazówek, przy pomocy której władcy Najuczciwszej Krainy Pod Słońcem usiłują rządzić.

Ustawa antyhazardowa spowodowała, że warte kilka miliardów zakłady bukmacherskich odpłynęły z Najuczciwszej Krainy Pod Słońcem i zniknęły w szarej strefie. W ten sposób doprowadzono do zmniejszenia dochodów z podatku, upadku wielu krajowych firm, zwiększono bezrobocie, zmniejszono nakłady na sport. To bardzo oryginalny sposób na zwiększanie PKB. Wielu ekonomistów nazwałoby to inaczej. Podobnie zresztą jak powinni to ocenić funkcjonariusze służ specjalnych, których zadaniem jest dociekać, komu zależało i kto miał w tym interes, aby zakłady bukmacherskie były realizowane poza krajem?

Ustawa antyhazardowa godzi w legalnie działające przedsiębiorstwa, które chcąc funkcjonować, w Najuczciwszej Krainie Pod Słońcem, zgodnie z prawem, muszą wykupywać kosztowne licencję Ministerstwa Finansów. Kraina pozwala jednocześnie innym organizacjom z poza kraju robić to na co nie pozwala własnym. Jest to możliwe, albowiem ludzie którzy chcą się zakładać będą to robić, bez względu czy im się będzie to umożliwiać czy nie. W ten sposób świat zakładów bukmacherskich przeniósł się do Internetu, który nie zna granic, więc hulaj dusza! Na takim obrocie sprawy traci Kraina, tracą uczciwi przedsiębiorcy, tracą poddani, ale przecież ktoś na tym zarabia!

Jaśnie panujący Najuczciwszą Krainą Pod Słońcem stale zwiększają deficyt budżetowy, zadłużają bez zahamowania coraz bardziej kraj, wymyślają coraz bardziej oryginalne podatki, równocześnie nonszalancko pozbawiają Skarb Państwa przychodów. Nie sądzę by był to przypadek. Kiedy rozpocząłem rozmowy o wzruszeniu ustawy antyhazardowej usłyszałem od dobrze poinformowanych osób, abym się tym nie interesował, bo to gra zarezerwowana dla Dużych Chłopców. Jak rozumiem działanie na szkodę Najuczciwszej Krainy Pod Słońcem i jej poddanych to akcja zaplanowana, stąd też inicjatywę, wyłączenia z ustawy hazardowej, zakładów bukmacherskich, ogłoszoną na debacie ISB News, oceniam sceptycznie, niemniej ciepło jej kibicuje.

Juliusz Bolek