Miesięczne archiwum: Marzec 2014

UNIA EUROPEJSKA

Właśnie się ukazała książka „Parlament ANTYeuropejski”. Powinna się ona, moim zdaniem, nazywać „Antyparlament europejski”. Publikacja wzbudzi obrzydzenie eurofantyków i zachwyci eurorealistów. Cóż zawiera wiele informacji, których na próżno szukać w polskich mediach, a zatem powinna być zakazana.

Autorem książki „Parlament ANTYeuropejski” jest Marek Migalski, uznawany za jednego z najbardziej kontrowersyjnych polityków, ponieważ przeważnie mówi co myśli, a nie to co pokazują słupki badania opinii publicznej. W 2009 roku został wybrany do Parlamentu Europejskiego. Doświadczenia związane z pełnieniem funkcji eurodeputowanego zawarł właśnie w nowo opublikowanej książce, która przypomina puszkę Pandory. Można też tę publikacje trochę przyrównać do „Kongresu futurologicznego” Sławomira Mrożka. W przypadku Migalskiego jest to jednak literatura faktu.

„Parlament ANTYeuropejski” to opis patologii, które na dobre zagnieździły się w Brukseli. Marek Migalski pokazuje jak eurodeputowani oderwali się od rzeczywistości i bezmyślnie marnotrawią grosz publiczny. Wskazuje też mechanizmy działań politycznych, które sprawiają, że w Polsce żyje się coraz gorzej zamiast coraz lepiej. Publikację czyta się z zainteresowaniem. Ironia i humor z jakim jest napisana – śmieszy. Niestety i dłużej się czyta zaczyna przerażać cynizmem eurodeputowanych, przykładami antydemokratycznych działań i absurdów zamieniających się w kliniczne objawy debilizmu. Tak więc lekturę należy dawkować.

Marek Migalski w swojej książce opublikował „donosy” na polskich znanych i nieznanych eurodeputowanych takich jak: Adam Bielan, Piotr Borys, Arkadiusz Bratkowski, Jerzy Buzek, Tadeusz Cymański, Ryszard Czarnecki, Lidia Geringer de Oedenberg, Adam Gierek, Marek Gróbarczyk, Andrzej Grzyb, Małgorzata Handzlik, Jolanta Hibner, Danuta Hubner, Danuta Jazłowiecka, Sidonia Jędrzejewska, Filip Kaczmarek, Jarosław Kalinowski, Michał Kamiński, Lena Kolarska-Bobińska, Paweł Kowal, Jan Kozłowski, Jacek Kurski, Ryszard Legutko, Bogusław Liberadzki, Krzysztof Lisek, Elżbieta Łukacijewska, Bogdan Marcinkiewicz, Sławomir Nitras, Jan Olbrycht, Wojciech Olejniczak, Mirosław Piotrowski, Tomasz Poręba, Jacek Protasiewicz, Jacek Saryusz-Wolski, Czesław Siekierski, Joanna Senyszyn, Marek Siwiec, Joanna Skrzydlewska, Bogusław Sonik, Konrad Szymański, Róża Thun und Hohenstein, Rafał Trzaskowski, Jarosław Wałęsa, Jacek Włosowicz, Janusz Wojciechowski, Paweł Zalewski, Artur Zasada, Janusz Zemke, Zbigniew Ziobro, Tadeusz Zwiefka. Znamienne, że na tej liście brakuje samego Marka Migalskiego, który stawia się w ten sposób jakby poza nawiasem.

Chciałbym aby ta książka stanowiła lekturę obowiązkową dla uczniów szkół średnich, aby nabrali oni obrzydzenia do praktyk i zwyczajów panujący w Parlamencie Europejskim, bo wówczas, być może, podejmą się trudu aby znów świat postawić na głowie. Bardzo by się to przydało. To byłby zysk.

Juliusz Bolek

OSZUSTWO FARMACEUTYCZNE

To bardzo interesujące wprowadzić ustawę, pod hasłami troski o portfele pacjentów, poprzez ustalenie bardzo niskich marż aptecznych, jednocześnie sprawiając, że, w ten sposób, będą musieli więcej wydawać na leki. Przy okazji, ludzie, zostali pozbawieni prawa do informacji i wolnej konkurencji.

Mowa o „ustawie o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych”. Teoretycznie jej celem było określenie niskich marż, aby ulżyć doli cierpiącym. Po dwóch latach obowiązywania „dobroczynnej” regulacji prawnej okazało się, że chorzy wydają więcej pieniędzy na leki refundowane, niż było to wcześniej. Co więcej, przez ustawowy zakaz reklamy aptek (wraz z ustawą refundacyjną znowelizowano także prawo farmaceutyczne w tym zakresie), za który uważa się również prawo do informowania o cenach, jak i dostępnych farmaceutykach, także płacą więcej, ponieważ nie mogą porównać cen w poszczególnych placówkach.

Trudniej jest także ustalić, gdzie można zrealizować recepty, ponieważ, za udzielenie, przez aptekarza takiej informacji ustawa zakłada karę w wysokości 50 tysięcy złotych. W kontekście przepisów nielegalna jest nawet telefoniczna informacja o lekach. Niskie marże i częste zmiany na listach refundacyjnych sprawiają, że aptekarze drastycznie ograniczyli asortyment i zmniejszyli zapasy. Skutek jest taki, że przeważnie recepta jest realizowana na drugi dzień. Leki to nie rodzynki, co oznacza, że szybkość ich podania może decydować o zdrowiu lub życiu.

Obrót lekami bez recepty oraz suplementami diety przejęły sklepy i stacje benzynowe, które nie mają zakazu reklamy, albowiem nie dotyczy on farmaceutyków tylko leków. Dzieje się to ze stratą dla pacjentów, ponieważ te kanały dystrybucji nie dysponują farmaceutami, z którymi pacjent może skonsultować właściwości terapeutyczne. Co więcej specyfiki są przechowywane często w niewłaściwych warunkach, przez co tracą swoje korzystne właściwości lub nawet stają się szkodliwe.

Ustawa wraz z zapisami dotyczącymi zakazu reklamy sprawiła, że apteki stały się de facto punktami wydawania leków na receptę. Oznacza to, że ich działalność głównie jest finansowana przez budżet państwa. W ten nieformalny sposób państwo przejęło na utrzymanie ponad dziesięć tysięcy aptek. Gospodarności czy rozsądku w tym żadnego.

W księgowości często mówi się o fałszowaniu wyników sprawozdań finansowych. W przypadku dystrybucji i sprzedaży leków sytuacja jest podobna. Teoretycznie państwo pomaga chorym. Praktyczny bilans zysków i strat pokazuje jednak, że pacjenci zostali obciążeni większymi wydatkami i pozbawieni praw typowego konsumenta. Zyskało państwo, które wydaje mniej pieniędzy na leki i rozbudowany aparat urzędniczy, który jeszcze bardziej uzależnił od siebie apteki i aptekarzy.

Juliusz Bolek

SLEPA DROGA

Są różne syndromy sztokholmski, grupowego myślenia, Stendhala, jerozolimski, paryski, starego kawalera, Otella, Munchausena, chorego budynku, Piotrusia Pana. Osobiście wyodrębniam też syndrom najniższej ceny. To bardzo poważna choroba.

Jeśli chodzi o najniższą cenę można powiedzieć, że jest to epidemia. Z jednej strony wszyscy, wszystko, chcą kupować za najniższą cenę (o ile nie mogą czegoś dostać za darmo). Z drugiej strony oferenci też prześcigają się w oferowaniu wszystkiego jak najtaniej, a przynajmniej tak sugerują w swoich reklamach. Zjawisko jest zrozumiałe i stare jak świat. Część konsumentów jest bardzo wrażliwa na cenę, a część po prostu nie stać na wydanie więcej pieniędzy i to jest uzasadnienie tego amoku.

Każdy kto kupuje jak najtaniej uważa, że zrobił dobry interes. To jednak przeważnie iluzja. Kiełbasa zrobiona w 30 procentach z mięsa, to już chyba nie kiełbasa, ubranie z poliestru to nie to samo co ubranie z bawełny. Niektóre produkty tylko wyglądają jak produkty. Co prawda mogą zaspokajać potrzeby tak jak prawdziwe produkty, a jednak nie do końca. Kiełbasą, w której nie ma mięsa, można się najeść. Jednak czy to zdrowe dla organizmu? Ubranie z plastiku można założyć tak samo jak z bawełny. Różnicę w cenie najłatwiej poczuć w upalny dzień, kiedy w tkaninie poliestrowej człowiek się poci, a odzież wykonana z naturalnego włókna jest przewiewna.

Czy lubimy kupować usługi kierując się najniższa ceną? Teoretycznie tak. W praktyce chyba nie. Kto chciałby się leczyć u lekarza, u którego wizyta kosztowałaby 5 zł? Kto skorzystałby z pomocy adwokata, który za poradę oczekiwałby 4 zł? Psychoza najniższej ceny dotyczy też przetargów. „Wybierzmy to co najtańsze. Nikt nie zarzuci nam korupcji.” – To pogląd populistyczny i asekurancki jednocześnie. Doświadczenie uczy, że kto mało płaci ten dwa razy płaci. W mojej rodzinie od pokoleń powtarza się powiedzenie: biednego nie stać na oszczędzanie. Zawsze najważniejsza jest jakość. Jeśli kupować coś złej jakości, coś tandetnego to lepiej się od tego powstrzymać.

Jednak są też skutki społeczne syndromu najniższej ceny. Wszyscy dążąc do jej zaoferowania starają się obniżyć koszty produkcji. Jest to możliwe głównie na kosztach osobowych. W tej sposób pracownicy zarabiają coraz mniej. I tu jest pułapka. Kto zarabia coraz mniej może kupować coraz mniej. Przedsiębiorstwo, które ma coraz mniejsze marże, a w konsekwencji zyski, nie ma środków na inwestycje i rozwój, w efekcie dąży do upadku. W ten sposób zaciska się pętla na ludzkich portfelach, gospodarce, a w końcu i życiu. Tu nie chodzi o kryterium najniższej ceny tylko kretynizm. Niby podobne, ale jaka różnica!

Juliusz Bolek

dolores

Najwyraźniej Ministerstwo Edukacji Narodowej przeraziły wieści, że polscy uczniowie zajęli trzecie miejsce w Europie, pod względem wykształcenia. Dlatego zostały podjęte pilne prace nad zmianą ustawy o systemie oświaty oraz ustawy o systemie informacji oświatowej. Pod populistyczny hasłem darmowych podręczników uzyskano powszechną akceptację dla idei. Warto jednak pamiętać, że diabeł tkwi w szczegółach a te budzą przerażenie.

Nowelizacja ustawy znosi zasadę, że podręczniki, jakie mają być wykorzystywana w bieżącym roku szkolnym, powinny być znane do 15 czerwca. Można powiedzieć, że to nieistotne, skoro będzie obowiązywał tylko jeden podręcznik, wyprodukowany, samodzielnie, przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Gorzej, że ten podręcznik jeszcze nie istnieje, a czasu na jego powstanie jest tyle co kot napłakał. To naprawdę budzi grozę, albowiem, do tej pory, proces powstawania takiej książki trwał około dwóch lat. Taki czas był potrzebny metodykom do napisania podręcznika, uzyskania pozytywnych recenzji, wreszcie weryfikacji i zaakceptowania przez resort. Wygląda, że teraz można to machnąć na kolanie.

Od tego roku wszystkie procedury zapewniające jakość będą zbędne. Co prawda nie wiadomo, ani kto, ani kiedy stworzy nowy podręcznik. Może do sukcesu wystarczy „zaczarowany ołówek”? Wiadomo natomiast, że na pewno będzie tak genialny, że nie będzie potrzebował żadnego procesu weryfikacji jakości, funkcjonalności i przydatności metodologicznej. Może nic w tym dziwnego skoro będzie powstawał w samym Ministerstwie Edukacji Narodowej, które, z racji swego istnienia, zjadło wszystkie rozumy świata. Jednocześnie zdelegalizowane zostaną inne podręczniki, do tej pory akceptowane przez dostojny urząd. W ten sposób zaprzepaszczony zostanie dorobek wielu autorów, wypracowany przez kilkadziesiąt lat.

Żeby było zabawniej nowy superpodręcznik będzie wielofunkcyjny, albowiem w tym roku do szkół trafią dwa roczniki pierwszoklasistów (sześciolatki i siedmiolatki). Wynika z tego, że z książki zarówno będą mogły w ten sam sposób korzystać dzieci umiejące czytać i pisać i te które jeszcze tego nie potrafią. Poziom proponowanego absurdu jest godny słynnej Dolores Umbridge, znienawidzonej Dyrektor Hogwartu – Szkoły Magii i Czarodziejstwa, a tego ostatniego po wejściu ustaw, w brzmieniu przyjętym przez Sejm, będzie potrzeba szczególnie dużo.

Czasu na realizację jest mało. Trzeba przecież nie tylko napisać podręcznik, ale jeszcze dobrze byłoby go wydrukować i rozesłać do szkół przed rozpoczęciem roku szkolnego. Mam nadzieję, że przetarg na druk książki będzie transparentny i nie pojawiają się protesty, (gdyby do nich doszło trudno sobie wyobrazić dotrzymanie terminu 1 września). Bardzo radzi byliby, z tego powodu, nauczyciele, którzy chcieliby się z nim zapoznać, przed rozpoczęciem lekcji, aby móc jakoś przygotować program dydaktyczny.

Zagadką jest też ile ma kosztować darmowy podręcznik? Niestety bezpłatny jest on tylko w ujęciu propagandowym. W styczniu pojawiły się szacunki, że chodzi o około 5 milionów złotych. W lutym Premier podwoił tę kwotę. Natomiast w projekcie ustawy jest zapisane 73 miliony. Obawiam się, że ta ostatnia liczba jest najbardziej prawdziwa. Ciekawe czy Premier o niej wie i oszukuje opinię publiczną czy też sam jest oszukiwany.

Kto zna historię Dolores Umbridge, z Ministeria Magii, z którą walczył Harry Poter, wie, że jej kariera na szczęście była krótka. Tego też życzę idei monopolizacji przez państwo rynku podręczników szkolnych. Podobnie jak było z promowaną rok temu absurdalną ideą e-podręcznika, która rozmyła się w niebycie, po wydaniu znacznych środków. Dla mnie, projekt ustawy, w obecnym kształcie, jest jakąś wielką hucpą, śmierdzącą kryminałem, której celem jest obniżenie poziomu kształcenia, tak aby polscy kandydaci do pracy mogli ubiegać się tylko o posady hydraulików i pielęgniarek, zgodnie z tym jak kraj od dawna jest promowany w Europie.

Juliusz Bolek

wiatraki
Od lat trwa walka nie tylko na słowa, ale i na czyny w jaki sposób rozwiązać potrzeby energetyczne kraju. Państwo, które ma potencjał węglowy ciągle szuka innych rozwiązań. Była koncepcja zostania republiką naftową, potęgą atomową, gazowym potentatem, a teraz na wokandzie pojawiły się odnawialne źródła energii. Okazuje się, że one też mają wrogów.

Najlepiej byłoby gdyby w ogóle wyrzec się potrzeb energetycznych. Zapewne jednak nikt nie chciałby się pozbyć nie tylko samochodu i pociągu, ale również ogrzewania, lodówki, o telefonach nie wspominając. Trzeba się pogodzić z faktem, że jesteśmy cywilizacją pochłaniającą coraz więcej energii, choć też wiele czyniącą, aby robić to racjonalniej.

Węgiel, którego kraj ma pod dostatkiem, negatywnie oddziałuje na środowisko, a poza tym okazuje się, że sprowadzony z zagranicy jest tańszy, mimo, że powinien być droższy, choćby z powodu dodania kosztów sprowadzenia. Republiką naftową kraj zostać nie może, bo się okazało, że te szyby naftowe to jednak jakaś iluzja. Dobrym rozwiązaniem byłyby elektrownie atomowe, ale obywatele boją się tego, choć sąsiedzkie kraje mają takie wynalazki i jeśli tylko coś tam się stanie złego skutki nie zatrzymają się na granicach. Z elektrowniami atomowymi jest jeszcze ten kłopot, że są drogie, bardzo drogie w budowie, ich uruchomienie jest, z punktu widzenia budżetu państwa, abstrakcyjne. Co z łupkami dzięki którym kraj mógłby stać się znaczącym producentem gazu – właściwie nie wiadomo.

Co więcej, wszyscy nas pouczają, że węgiel szkodliwy, atom niebezpieczny, gaz szkodzi środowisku. Co więcej pouczają Ci, którzy sami z tego korzystają. Ta troska bierze się stąd, warto pozbyć się złudzeń, że nikt nie chce aby powstała konkurencja. Zastanawiające jest też co jest takiego strasznego w odnawialnych źródłach energii, że i one nie są godne być chociażby uzupełnieniem bezpieczeństwa energetycznego kraju.

W przypadku pozyskiwania energii z wiatru, którego w kraju jest pod dostatkiem, a co więcej nic nie kosztuje, okazuje się, że największym zagrożeniem są wydawane przez wiatraki infradźwięki. Według przeciwników jest to bardzo dla ludzi niebezpieczne. Nie wiem czy wiedzą oni o tym, że infradzięki są niesłyszalne dla człowieka, ponieważ ich częstotliwość jest za niska, aby odebrało je ludzkie ucho. Naturalnymi źródłami są m. in. duże wodospady, fale morskie, lawiny, silny wiatr, zorza polarna, a także słonie, żyrafy, wieloryby. Ludzie również wytwarzają infradźwięki choćby przez ciężkie pojazdy samochodowe, drgania mostów, głośniki, sprężarki tłokowe, rurociągi rządzenia chłodzące i ogrzewające powietrze (np.: klimatyzatory i lodówki). Jakoś nikt nie walczy specjalnie z tymi źródłami.

Co prawda są, cytując za Wikipedią opracowania naukowe, które wskazują, że przy narażeniu na wysokie poziomy infradźwięków mogą wystąpić: poczucie ucisku w uszach, dyskomfortu, nadmiernego zmęczenia, senności oraz zaburzenia sprawności psychomotorycznej i funkcji fizjologicznych, a nawet apatii i depresji. Badania prowadzone na zwierzętach wykazały, że infradźwięki o bardzo dużym natężeniu mogą doprowadzić do poważnego uszkodzenia struktur ucha. Jednak nie ma wiarygodnych badań wskazujących na szkodliwość występujących w życiu codziennym źródeł infradźwięków. Dopiero narażanie na bardzo wysoki poziom takiego typu hałasu może być niebezpieczne dla zdrowia.

Warto jednak pamiętać, że istnieje norma PN-86/N-01338, która w odniesieniu do infradźwięków sztucznego pochodzenia, określa pojęcie hałasu infradźwiękowego. Z mojego punktu widzenia oznacza to tyle, że jeśli wiatraki będą zgodne z tą normą, tak aby nie przekraczać punktu krytycznego są absolutnie do zastosowania. Wiem, że także utrudniają one życie niektórym gatunkom ptaków i godzą w walory estetyczne krajobrazu. Należy jednak znaleźć rozwiązania aby zadbać o możliwość korzystania z energii wiatrowej, a nie tylko straszyć i stawiać niekonstruktywny opór. Odnawialne źródła energii są ważne i potrzebne, choćby dlatego, że najmniej szkodzą środowisku.

Juliusz Bolek