Miesięczne archiwum: Maj 2014

PORTUGALIA

Na zachodnim krańcu Europy leży niewielka Portugalia. Jeśli chodzi o powierzchnię jest to kraj na 110 miejscu na świecie, jeśli chodzi o liczbę mieszkańców 75. Kiedy przyjedzie tam Polak, ciągle ma wrażenie, że jest otoczony przez rodaków, bo ciągle mu się zdaje, że ktoś mówi w jego języku. I rzeczywiście mu się tak zdaje, ponieważ portugalski i polski mimo, że to kraje z dwóch krańców Europy charakteryzuje podobna melodia języka.

Polska jeśli chodzi o powierzchnie jest na 70 miejscu na świecie. Natomiast pod względem ludności na 34 miejscu. W kraju nad Wisłą mieszka trzy razy więcej niż w kraju nad Oceanem Atlantyckim, co zrozumiałe skoro żyją na trzy razy większej powierzchni. To co zbliża Portugalię i Polskę, poza melodią języka, to PKB na osobę, wynoszące odpowiednio 23 tysiące dolarów i 21 tysięcy dolarów.

Portugalczycy z nieznanych powodów (chyba nie chodzi o melodię języka) upodobali sobie Polskę jako Ziemie Obiecaną do inwestowania. W ciągu 10 lat liczba przedsiębiorstw z kraju nad Oceanem Atlantyckim wzrosła z 20 do ponad 150. Są wśród nich Jeronimo Martins (właściciel „Biedronki” największej sieci sklepów spożywczych w Polsce oraz „Hebe” – ponad 100 aptek i sklepów kosmetycznych), banki Millenium i Espirito Santo, przedsiębiorstwo budowlane Mota-Engil i Fuste, linie lotnicze TAP, kancelaria prawna Coelho Ribeiro E Associados niekonwencjonalna agencja reklamowa Duda Ads oraz restauracje Grill & Co i Portucale.

Polscy inwestorzy wykazują wielokrotnie mniejsze zainteresowanie inwestowaniem w Portugalii. Być może dlatego, że polski rynek jest dużo ciekawszy i stanowi atrakcyjniejsze pole do popisu dla kapitału. Jest się nad czym zadumać, zwłaszcza teraz kiedy rozpoczyna się Tydzień Portugalski w Warszawie organizowany przez Polsko Portugalską Izbę Gospodarczą przybliżający Polakom, kraj z drugiego końca Europy, o podobnej melodii języka. Bez względu na to czy jest to realistyczne, marzę, aby zainteresowanie polskich inwestorów działalnością w Portugalii było podobne, co ich u nas.

AUTOSTRADA kko

Celem budowy autostrad jest to aby można jeździć szybciej i bezpieczniej. Oczywiście już nikt nie pamięta, że drogi finansuje się z podatku drogowego, który wliczony jest w każdy litr benzyny i dzięki tej amnezji za zaszczyt przejazdu autostradami trzeba płacić dodatkowo. Sposób pobierania haraczu doprowadził całą ideę do kompletnego absurdu.

Na każdej autostradzie obowiązuje inny pomysł jak pobierać myto za przejazd. Jednak generalnie cała zabawa polega na tym, że trzeba zwolnić, a następnie zatrzymać się w tzw. „manualnym punkcie opłat”, zapłacić i można jechać dalej. Kiedy użytkowników autostrad jest mało jest to uciążliwe i irytujące. Kiedy pojazdów jest dużo na punktach opłat tworzą się kolejki, czasem długie kolejki.

W samym 2013 roku dokonano 150 milionów pobrań na manualnych punktach poboru opłat. Rocznie w tego typu zatorach kierowcy straci się 8 milionów osobogodzin. Z tego tytułu wypalono dodatkowo 5 milionów litrów paliwa. Do atmosfery niepotrzebnie wprowadzono 11,5 tysiąca ton dwutlenku węgla. Utracony czas można porównać np. do trzymania tysiąca osób w areszcie przez rok. To nie tylko strata czasu, ale i pieniędzy, bo przecież czas to pieniądz. Kierowcy korzystają z autostrad aby dojechać do celu w krótszym, a nie dłuższym czasie. Ceną są także nerwy i irytacja.

Sytuacja jest tak absurdalna, że w pewnych sytuacjach szybciej można się poruszać drogami lokalnymi niż autostradami. Zdarza się nawet, że takie postępowanie zalecają operatorzy szybkich dróg. To pokazuje stan niemocy związany z problemem „manualnego systemu opłat”. Oczywiście jest rozwiązanie. Wymaga jednak podjęcia decyzji o przejściu z tradycyjnego sposobu na elektroniczny.

Proste rozwiązania nigdy nie są proste. Elektroniczny system wymaga porozumienia się operatorów autostrad co do ujednolicenia standardów pobierania myta. To zapewne jest do osiągnięcia. Większym problemem jest to, że na takim rozwiązaniu Skarb Państwa straci ponad 300 milionów złotych z tytułu przychodów VAT i opłaty paliwowej. I to jest najważniejsze, a nie dobro jakichś tam kierowców, co stwierdzam z ogromną przykrością.

swiat_wyciety_w_jablku

Powszechnie uważa się, ze jabłecznik to ciasto z jabłkami. Tak też brzmi polska nazwa dla napoju cydr, który wytwarza się z jabłek. Może, aby nie mylić tych dwóch produktów, obecnie dla napitku zaczęto posługiwać się angielskim pochodzeniem słowa. Tak czy inaczej wokół tego napoju robi się coraz głośniej. Nadciąga lato, pora wzmożonego pragnienia, a więc parę słów na temat cydru.

Cydr jest przefermentowanym sokiem z dojrzałych jabłek (bez dodawania cukru!), o wyglądzie od mętnego po klarowny, o zawartości alkoholu od 2 do 7%. Płynny jabłecznik charakteryzuje się świeżym aromatem i słodkawo-kwaskowym smakiem. Sposób wytwarzania zbliżony jest do produkcji piwa i z tym napojem cydr konkuruje. Obserwuje się, z roku na rok, rosnącą popularność cydru. Ciekawe jak ta rywalizacja się zakończy. Moda na niego w Polsce jest nowym zjawiskiem. Pojawiła się kilka lat temu. Dotarła do nas prawdopodobnie z Wielkiej Brytanii, choć cydr jest popularny od Francji po Litwie.

Największym producentem cydru jest Wielka Brytania, ale to w sąsiedniej Irlandii spożywa się najwięcej tego trunku, bo aż średnio 16 litrów rocznie, dzięki czemu udział jabłecznika w rynku alkoholi na Zielonej Wyspie wynosi około 8 proc. Przeciętny Fin wypija 11 litrów jabłecznika. W Wielkiej Brytanii na każdego mieszkańca przypada rocznie 9 litrów tego napitku.

W 2013 roku Polska była największym producentem jabłek w Unii Europejskiej. Oznacza to, że trzeba poszukiwać wszystkich możliwych sposobu na wykorzystanie tych owoców. W Polsce jabłka do produkcji cydru wykorzystuje się od 1996 roku i od tej daty stale zwiększa się ilość wytwarzania tego trunku. To dobra wiadomość, bo zawsze większe korzyści osiąga się ze sprzedaży z sektora przetwórczego. Rośnie też znaczenie Polski jako eksportera cydru.

Teraz okazuje się, że polski jabłecznik „app!cydr”, za sprawą +H2O, będzie też na bieżąco dostępny w największej sieci sklepów spożywczych w Polsce, a to oznacza, że stanie się on powszechnie dostępny dla wszystkich. Bardzo ciekawi mnie, czy będzie on poważnym rywalem dla piwa czy zajmie znaczącą pozycje niszową? Prawdopodobnie już tego lata będzie się można zorientować czy nowy sposób na wykorzystanie polskich jabłek odniesie sukces. Liczę na zyski.