Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

Około 60 proc. małych i średnich przedsiębiorstw boryka się z zatorami płatniczymi. To oznacza, że są one de facto parabankami, które udzielają kredytów. Co prawda dzieje się tak bez ich woli, niemniej tak to można nazwać.

Średnio 42 proc. należności małych i średnich przedsiębiorstw jest opóźnionych. W co szóstej organizacji w zatorach płatniczych utyka 75 proc. wartości sprzedanych usług i towarów. 54 proc. MiSP posiada przeterminowane należności warte ponad 50 tys. zł, a 31 proc. – powyżej 100 tys. zł. Z kolei szacunkowa wartość przeterminowanych należności przypadająca na jedną firmę wynosi 69,5 tys. zł.

To bardzo złe dane, albowiem system jest tak skonstruowany, że podatki VAT i dochodowy płaci się od wystawionych faktur, a nie od otrzymanych pieniędzy. Oznacza to, ze przedsiębiorstwa inwestują w produkcję i angażują się w usługi i z tego tytułu zwiększają swoje obciążenia podatkowe. To bardzo absurdalne.

Im mniejsza organizacja, tym czas oczekiwania na zapłatę jest dłuższy. Najgorzej sytuacja przedstawia się mikroprzedsiębiorstwach, które zatrudniają od jednej do dziewięciu osób. W tej grupie czas oczekiwania na zapłatę wynosi około 4 miesięcy. Małe przedsiębiorstwa oczekują na zapłatę niewiele ponad 3 miesiące, z kolei średnie i duże około – 2 miesięcy. Kiedy organizacja nie otrzymuje pieniędzy na czas, sama zaczyna mieć problemy z realizacją własnych zobowiązań.

„Wymuszone” kredytowanie chwieje stabilnością przedsiębiorstw i utrudnia im bieżącą działalność. Ponadto wprowadza stan niepewności, albowiem przeterminowane należności mogą w każdej chwili stać trudne do odzyskania. W przeciwieństwie do banków, przedsiębiorstwa bardzo rzadko posiadają jakieś zabezpieczenia a tego typu okoliczność.

Kiedy dłużnik nie chce płacić można uruchomić monitorowanie. Często okazuje się w miarę skuteczną i mało kosztowną metodą. Jednak bardzo często dłużnicy świadomie nie płacą. Dla nich otrzymana faktura jest kosztem, a dodatkowo już posiadają zamówione produkty lub wykonane usługi. Przy niewielkich kwotach wierzycielowi może nie opłacać się uruchamianie windykacji.

Odzyskiwanie należności zawsze jest kosztem. Jednak w większości przypadków należy podejmować ten wysiłek. Przeważnie jest szansa, że może się on zwrócić. Im wcześniej rozpocznie się proces upominawczy tym większe prawdopodobieństwo odzyskania pieniędzy. Przedsiębiorcy często opóźniają dochodzenie swoich roszczeń w obawie przed pogorszeniem relacji z kontrahentami. To błędne założenie, bo skoro nie otrzymują pieniędzy w ustalonych terminach oznacza to, że relacje już są złe. Warto w takich sytuacjach korzystać z pomocy przedsiębiorstw profesjonalnie zajmujących się odzyskiwaniem należności. Przede wszystkim takie organizacje potrafią ocenić na ile skuteczny może okazać się proces uzyskiwania pieniędzy oraz jakie działania okażą się najlepsze do określonej sytuacji. Istotny jest też aspekt psychologiczny, pojawienie się pośrednika sprawia, że nie wpływa to na relacje z kontrahentami. Cóż, tak należy postępować, chyba, że ktoś ma ambicję bycia parabankiem.

Co 35 sekund na świecie ktoś zapada na raka krwi. Jest to jedna z najczęstszych i najgroźniejszych chorób dziecięcych. Przeważnie najskuteczniejszym lekarstwem jest przeszczep szpiku kostnego, jednak co piąty pacjent nie znajduje dawcy…. Te dane statystyczne można zmienić.

Przeszczep szpiku kostnego jest najprostszy lekarstwem na choroby krwi. Jednak ta prosta recepta napotyka na trudność w realizacji, albowiem mimo, że ponad 25 milionów dawców zarejestrowanych w światowych bazach w 2015 roku, prawdopodobieństwo znalezienia zgodnego genetycznie wynosi zaledwie 1:20.000. Aby to zmienić konieczne jest zwiększenie bazy dawców. Aby tak się stało każdy ochotnik musi wykonać badanie genetyczne. Kosztuje ono około 250 złotych. Tradycyjnie, przekracza to możliwości państwowego systemu opieki zdrowotnej. Ostatnio odnoszę wrażenie, że wszystko przekracza jego możliwości, z wyjątkiem dofinansowania leków eksportowanych za granicę. Mam nadzieję, że osoby z Ministerstwa Zdrowia odpowiedzialne za tę aferę spotka zasłużona kara.

Tradycyjnie już, tam gdzie państwo jest niewydolne, do akcji, niczym supermen, wkracza sieć sklepów Biedronka, należąca do Jeronimo Martins Polska. Teraz wspiera ona akcję promocji dawstwa szpiku kostnego, którą zajmuje się Fundacja DKMS Polska. Do współpracy zostali zaproszeni projektanci Paprocki&Brzozowski. Szerzeniu idei dawstwa szpiku kostnego będą służyć zaprojektowane specjalnie na tę okazję koce i poduszki z nadrukami znaków zodiaku, które od 20 lipca br. dostępne są wyłącznie w sklepach Biedronka. Nadruki obrazują wyobrażenia i styl rysowania dzieci. Każdy koc i poduszka opatrzone są banderolą, zawierającą informację, o stronie internetowej, na której można się rejestrować, aby zostać dawcą krwiotwórczych komórek macierzystych (krwi lub szpiku).

Jest to piękna i prosta inicjatywa, wspierająca działania na rzecz promocji zdrowia i pomocy potrzebującym oraz budująca świadomość społeczeństwa w tym zakresie, dzięki możliwości dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Odwiedzającym „Biedronkę” zostanie przybliżona idea bycia genetycznym bliźniakiem i niesienia tym samym pomocy chorym na raka krwi. Każdy może pomóc, rejestrując się w bazie dawców krwiotwórczych komórek macierzystych prowadzonej przez Fundację DKMS Polska ( http://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca ). To najlepszy sposób, nie tylko aby walczyć z rakiem krwi, ale również aby tę walkę wygrać.

Powyższa idea znalazła już jedną dobrą pointę. Otóż jeden z pracowników „Biedronki” kilka lat temu zarejestrował się jako dawca. Okazało się, że pewien 3 letni Piotruś właśnie potrzebuje od niego pomocy. Pracownik został dawcą. Dzięki temu chłopiec dostał szansę na powrót do zdrowia i normalne życie.

Koce w cenie 39,99 zł, a poduszki w cenie 19,99 zł są dostępne w sieci „Biedronka” od 20 lipca 2015 roku do wyczerpania zapasów. Zamierzam się tam wybrać i kupić większy zapas, albowiem to będzie mój pomysł na prezenty w tym roku. Poduszki i koce są naprawdę ładne i sądzę, że wszystkim przeze mnie obdarowanym przypadną do gustu. Będą to prezenty wielokrotnie pożyteczne, co oznacza wielokrotny zysk i to mi się BARDZO PODOBA.

Lato. Skorzystałem z zaproszenia do Dworu Somianka na koncert Thomasa Nickella. Pianiście towarzyszyła orkiestra Simfonia Viva pod batutą znakomitego maestro Tomasza Radziwonowicza. Byłem zaskoczony, że gdzieś pod Warszawą, w dworze Państwa Esse, zetknąłem się z muzyką na najwyższym światowym poziomie. Jak to się stało?

Thomas Nickell pianista i kompozytor ma zaledwie szesnaście lat. Na fortepianie gra od 5 roku życia. Znawcy muzyki uważają, że ma wielki talent. Nic dziwnego zatem, że koncertował już na trzech kontynentach i dziesięciokrotnie występował w nowojorskiej Carnegie Hall. Teraz mogła go również poznać nasza publiczność. Do Polski przyleciał, albowiem chciał poznać ojczyznę Fryderyka Chopina. Można rzecz, że skorzystaliśmy nie tylko na talencie Thomasa Nickella (dzięki koncertom), ale również pasji, jaką dla niego jest muzyka, inaczej nie dane byłby posłuchać jego interpretacji utworów Fryderyka Chopina, Ludwiga van Beethovena, Franciszka Liszta, Richarda Wagnera i Johanna Sebastiana Bacha.

Sukces Thomasa Nickella jest wypadkową młodzieńczej energii i znakomitej techniki oraz bardzo dogłębnym zrozumieniem każdego prezentowanej kompozycji. To właśnie sprawia, że słuchacze mają szansę na świeże spojrzenie na najbardziej znane utwory muzyczne. O jego grze mówi się „wrażliwa”, inteligentna” i „dojrzała”. Znawcy muzyczni już uważają go za geniusza muzycznego. Jego artystycznym nauczycielem jest Steinway Cosmo Buono. Niebawem wyda płytę z dziełami Fryderyka Chopina, Franciszka Liszta oraz Franza Schuberta.

Całe wydarzenie było możliwe ponieważ Thomasem Nickellem zaopiekowała się Fundacja Alexander & Buono, która powstała w 2008 roku. Jest organizacją non-profit. Jej misją jest odkrywanie najbardziej obiecujących muzyków klasycznych świata i wspieranie ich, w rozwijaniu kariery artystycznej. Fundacja, cztery razy w roku, w różnych częściach świata, organizuje konkursy „Alexander & Buono Competition” (fortepianowy, wokalny, na instrumenty smyczkowe oraz flet) , podczas których wybiera najbardziej utalentowanych młodych muzyków i śpiewaków. Następnie kieruje pierwszymi krokami w karierze oraz kształci, nie tylko artystycznie, lecz również biznesowo. Uczy negocjowania i analizowania kontraktów, tłumaczy jak rozsądnie gospodarować pieniędzmi, jak poruszać się w świecie muzycznego biznesu. Do tej pory Fundacja ABC pomogła w starcie i potrzymaniu kariery 300 artystom. Wśród podopiecznych znaleźli się m. in. Jan Lisiecki, Ann Cravero, Anna Shelest, Hans Kristian Goldstein czy Ania Hejnar.

Fundacja Alexander & Buono dba też o jak najbardziej wszechstronny rozwój młodych artystów, którzy powinni mieć czas na rozwijanie innych zainteresowań i normalne, pozaartystyczne życie. Praktyka wykazuje, że wpływa to na głębsze, dojrzalsze interpretowanie utworów. Organizatorzy dbają o zachowanie równowagi psychicznej młodych ludzi, którym tłumaczą, że „nie są muzyką, tylko wykonawcami muzyki”. Wyjaśniają też, że kariera zawsze może ulec załamaniu, choćby z powodów losowych, więc nie mogą jej utożsamiać z życiem.

Fundacja Alexander & Bouno nie funkcjonuje w zawieszeniu. Jej aktywność jest możliwa dzięki darczyńcom, mecenasom sztuki i sponsorom. Polskie występy Thomasa Nickella były możliwe dzięki zaangażowaniu i pomocy Pawła i Oli Esse. To właśnie w ich Dworze Somianka miał jeden z dwóch koncertów młodego pianisty. Bardzo pomocna okazał się też Agata Milton. Im oraz pozostałym organizatorom pięknie dziękuję za doświadczone przeżycie artystyczne.