Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Kiedy obserwuję pomysły reklamowe niektórych organizacji, dostrzegam głębokie wyjałowienie lub też pustkę intelektualną. Często odnoszę wrażenie, że brakuje im pomysłu na wyróżnienie się, a bez tego, obecnie, żadna marka nie ma szansy na dostrzeżenie.

Oczywiście są przedsiębiorstwa, które świadomie unikają w swoich reklamach treści. Odwołuję się np. wyłącznie do ceny: „kupuj nasz produkt – tylko teraz tylko za 3.99”. To są jednak zabawy dla przedsiębiorstw, posiadających bardzo duże budżety marketingowe, świadome tego, że ich działalność opiera się wyłącznie na relacji ilość do ceny.

Pomysł na czym można oprzeć strategię marketingową ma Maciej Świrski, Prezes Zarządu Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom. Uważa on, że przedsiębiorcy powinni wykorzystać, w swojej narracji marketingowej, propagowanie historii i silnej marki Polski. To ciekawa koncepcja. Oczywiście nie można jej stosować bezkrytycznie i w każdym przypadku. Jest ona jednak warta rozważania. Identyfikowanie produktu z krajem, w którym został wytworzony, z pewnością ma szansę zapaść w pamięć, zwłaszcza wtedy, kiedy klienci mają już jakieś pozytywne skojarzenie z Polska, np. Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Puławski (w Stanach Zjednoczonych) czy Fryderyk Chopin (Chiny i Japonia) itd.

Na takich działaniach może zyskać też Polska, wykorzystując efekt synergii. W ten sposób wzmacnia się przekaz marketingowy. Silna, znana, rozpoznawalna i budząca sympatię Polska będzie z pewnością dobrą trampoliną dla marek, odwołujących się do swoich korzeni i tożsamości.

Wrzawa wokół przetargu na helikoptery wielozadaniowe dla polskiej armii trwa. Eksperci nie pozostawili na założeniach, procedurze i wyborze suchej nitki. To bardzo bolesne, biorąc pod uwagę, że chodzi o bezpieczeństwo kraju, jeden z największych w historii wojska wydatek finansowy oraz żywotne interesy polskiej gospodarki.

W sprawę przydatności i potrzeb helikopterów dla Polskich sił zbrojnych zaangażowałem się tak dalece, że dziś sam mógłbym ogłosić przetarg w tej sprawie i go nawet rozstrzygnąć. Nie jest to dowód mojej kompetencji, lecz ilości materiałów jakie są dostępne w tej sprawie, która z natury swej rzeczy jest tajna….

Zwolennicy wszystkich typów helikopterów, a także agenci wpływu poszczególnych mocarstw, którym zależy na słabym potencjalne polskiej armii, już wystrzelali całą amunicje. Jednak sprawa nadal jest żywa. Brakuje już argumentów merytorycznych, dlatego w prasie zaczęły pojawiać się uzasadnienia polityczne. Ostatnią linią obrony pechowego rozstrzygnięcia przetargu na helikoptery wielozadaniowe jest to, że należy wspierać naszych sojuszników. Zgadzam się z tym w całości, zwłaszcza, że do złożenia ofert nie zaproszono żadnego wroga. Jednak próba uznawania argumentów politycznych za ważniejsze niż merytoryczne jest w najlepszym przypadku nierozważna. Żadnego sojuszu nie da się kupić za pieniądze i co więcej nie ma takich pieniędzy.

Bardzo podoba mi się w tym względzie refleksja Andrzeja Malinowskiego – prezesa Pracodawców RP, który uważa, że „w naszym interesie leży nie to, by próbować kupić sobie przychylność zachodnich państw, dokonując u nich zakupów sprzętu bez oglądania się na „szczegóły technologiczne”, lecz to by przekonywać te państwa do tego, że mamy wspólne interesy i że wspieranie oraz chronienie nas – chroni też ich”.

W interesie wszystkich naszych sojuszników z NATO jest aby polska armia miała dobry sprzęt bojowy, adekwatny do wojskowych potrzeb i wyzwań. Oznacza to też, że jeśli nasze alianse są szczere, to państwa zaprzyjaźnione powinny być zainteresowane nie tylko wysokim potencjałem naszych sił zbrojnych, lecz również rozwojem polskiej gospodarki. Dla nich tylko taki sojusznik ma sens i się opłaca. Jedynie wrogowie Polski mogą mieć na ten temat inne zdanie.

Kiedyś przymierzałem się do kupienia tzw. apartamentu na warszawskim Wilanowie. Mieszkanie o powierzchni 120 metrów kwadratowych miało kosztować milion dwieście tysięcy, ale ze względu na mój rok osobisty raptem staniało do okrągłego miliona. Trochę mnie to zachęciło, mimo, że choć to prestiżowy Wilanów, to jednak dla Warszawiaka nie centrum .

Pojechałem zatem do Wilanowa, co prawda, nie tak jak kiedyś pociągiem tylko autem, przyjrzeć się lokalowi z bliska. W salonie pięknie prężyło się 3 milimetrowe pęknięcie biegnące po przekątnej przez całą ścianę nośną. Zapytałem sprzedawcę co to jest, powiedział, że „to nic wielkiego, bo budynek osiada i to jest naturalne, ale jeśli jest to jakiś problem, to on proponuje rabat 100.000 złotych od wcześniej wynegocjowanej ceny miliona złotych. To był jedyny przypadek, kiedy w ciągu jednego dnia praktycznie nic nie robiąc zarobiłem na czysto 300.000 złotych. Oczywiście teoretycznie. Apartamentu nie kupiłem. Nie lubię osiadających budynków, a już apartamentów z pęknięciami ścian nośnych się zwyczajnie brzydzę.

Powiedzmy, że miałem szczęście. Lokal, który mi proponowano był już wybudowany, a jego wady były widoczne. Wiedząc co znaczy budowanie budynków na bagnach rozumiałem, że te 300.000 ekstra rabatu, to nie mój zarobek, tylko panika sprzedającego, aby pozbyć się „śmierdzącego jaja”. W innej sytuacji są ludzie, którzy nie posiadają wiedzy budowlanej, a co gorsza mieszkania kupują zanim zostaną wybudowane.

Tak zwane „wady ukryte” (wynikające np. z błędów budowlach, zastosowania niewłaściwych materiałów, technologii, uchybienia sztuce budowlanej) w nowo wybudowanych budynkach pojawiają się przeważnie nie od razu tylko po dłuższym czasie, kiedy już wszystko pomiędzy klientem i deweloperem zostało rozliczone. Co prawda, zgodnie z ustawą o prawach konsumenta i przepisami kodeksu cywilnego, obowiązuje przez pięć lat rękojmia. Cóż, kiedy jej wyegzekwowanie bywa iluzoryczne. Aby dochodzić swoich praw trzeba udać się w trudną i długą podróż prawną. Przeważnie oznacza to wynajęcie prawnika, wpłacenie opłaty sądowej od pozwu (której wysokość stanowi procent od wartości sporu, to dodatkowy koszt, na poniesienie którego już nie każdego stać), przygotowanie ekspertyzy budowlanej i czekanie na rozstrzygnięcie, najpierw w pierwszej, a potem być może i drugiej instancji. Wymaga to dużych pieniędzy, czasu i cierpliwości.

Deweloperzy przeważnie tworzą spółki celowe, które po zakończeniu inwestycji są likwidowane i szukaj wiatru w polu. Tak przeważnie kończą się spory toczone przed sądami. Tymczasem klient jest ewidentnie stratny i spadają na niego obowiązki związane z usunięciem skutków wad ukrytych. Potrafią to być kosztowne przedsięwzięcia. Jeśli nieruchomość została kupiona na kredyt (oby nie deminowany we franku szwajcarskim), to jest wielce prawdopodobne, że środków na walkę z „wadami ukrytymi” nie ma. Pat.

Czy takiej sytuacji można uniknąć? Można kupować zamiast „nieruchomości w worku” na rynku pierwotnym, szukać czegoś na rynku wtórnym. Wtedy wszystko jest już, mniej więcej, sprawdzone. To oznacza jednak wówczas wiele niechcianych kompromisów. Poza tym możemy kupić mieszkanie w budynku, który ma np. pięć lat, a wada ukryta ujawni się po siedmiu czy ośmiu w postaci pękających ścian czy innych awarii.

Jeśli komuś zależy na rynku pierwotnym powinien szukać rozwiązania poprzez ubezpieczenie od od wad ukrytych. Wówczas roszczenie wysuwa się wobec ubezpieczyciela. W Polsce takie rozwiązanie jest rzadkością, mimo że w innych państwach sprawdza się z powodzeniem. Najlepszym rozwiązanie byłoby obligatoryjne wykupienie takiej polisy przez wszystkich deweloperów, to zabezpieczyłoby interesy klientów. Oczywiście takie ubezpieczenie kosztuje, ale w skali całej inwestycji w nieruchomość i możliwości zabezpieczenia się przed wadami ukrytymi, których naprawa może być bardzo kosztowna, bo często dotyczy kluczowych elementów budynku takich jak fundamenty czy ściany nośne, byłoby to opłacalne. Koszty ubezpieczenia w przypadku obowiązkowych ubezpieczeń nie byłyby takie wysokie, albowiem ze względu na skalę i wartość polis ryzyko uległoby znacznemu rozproszeniu. Warto zwrócić uwagę, że np. w Wielkiej Brytanii żaden bank nie udzieli kredytu hipotecznego pod zakup nieruchomości, jeżeli nie posiada ona wykupionej tego typu polisy.

Alternatywą dla oferty sektora ubezpieczeniowego mogłyby być towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Najważniejsze jest uregulowanie prawne kwestii ubezpieczenia od wad ukrytych, aby kosztów nie ponosili obciążeni kredytami hipotecznymi właściciele mieszkań, tak jak ma to obecnie miejsce.

Zostałem zaproszony na uroczystość nagrody „Luksusowa Marka Roku”. Poszedłem z ciekawości. Rozmyślałem o tym co to jest luksus?

Dobrze, że zastanawiałem się nad tym co to jest luksus, albowiem dopadła mnie telewizji i zadała właśnie takie pytanie. Dla mnie oznacza to zdobycie czegoś trudno dostępnego lub nawet nieosiągalnego. Dla każdego może ty być coś innego.

Odniosłem wrażenie, że dziennikarka nie była zadowolona z odpowiedzi, albowiem jej luksus kojarzy się z bogactwem. Mnie też, tyle, że nie ograniczam go do wartości wyrażonych w sposób materialny. Dla mnie największym luksusem jest życie. Jeszcze większym komfort życia. Luksusem absolutnym jest życie takie jakie się chce. Często aby było to możliwe trzeba być obrzydliwie bogatym. Bardzo nie wiele osób może sobie na to pozwolić, choć często nie wynika to z braku funduszy, tylko umiejętności zapanowania nad rzeczywistością.

W szarym życiu, gdzie motorem napędzającym większość ludzi jest rywalizacja i potrzeba zdobywania, luksus odgrywa istotną rolę motywacyjną. Wartości materialne łatwo zmierzyć, a zatem bardzo szybko można się zorientować kto co jest wart i ile ma luksusu. Wtedy zamienia się to w snobizm. Cóż, bez niego świat utraciłby ważne koło zamachowe.

Mnie życie nauczyło, że każdy za każdą rzecz może zapłacić tyle ile jest to dla niego warte. Są jednak ludzie, którzy mają potrzebę płacić dużo więcej, bo jeśli coś kosztuje mało to wydaje im się, że nie powinni wydawać pieniędzy. Bardzo często towary luksusowe mają cenę nieadekwatną do realnej wartości, a jednak są tacy co chętnie wydają na nie pieniądze. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko, że przepłacanie jest również wartością, luksusem na który mogą pozwolić sobie nieliczni. Zaspokaja to ich ważne potrzeby.

Organizatorzy gali „Luksusowa Marka Roku 2015″ wyszli z założenia, że w Polsce istnieją marki oferujące usługi oraz produkty na międzynarodowym poziomie. Niektóre z nich są Polakom bardzo dobrze znane, inne natomiast potrzebują promocji, by móc „rozwinąć skrzydła” i zaistnieć na rynku. Taki klucz przyświecał przy wręczaniu statuetek, które otrzymali m.in. Wittchen, Gravitan Poland, Promenada, Ferrari, Burda Publishing Polska, Deutsche Bank, RuckZuck, Grand Lubicz, Stone Master S.A., Gala, Radio Kolor, Aries Hotel& Spa.