Miesięczne archiwum: Listopad 2016

ksiazka_corka-bajarza-2

Biedronka jest symbolem miłości i szczęścia i to bez względu na ilość kropek. Co więcej jest pożytecznym owadem. To bardzo sprytnie, że również tak nazywa się największa w Polsce sieć sklepów Jerónimo Martins.

Niedawno uczestniczyłem w targach „Orzeł Dystrybucji FMCG”, gdzie o wszystkich wielkich sieciach sklepów wyrażano się negatywnie. Oczywiście każdy ma prawo zachować własne zdanie. Wydaje mi się jednak, że jest nadmiernym uproszczeniem „wrzucać wszystkich do jednego wora”. Jeśli chodzi o działalność Biedronki, należy podkreślić, że działa zgodnie z polskim prawem, więc jeśli komuś się to nie podoba, to powinien mieć zastrzeżenia do ustawodawcy, a nie do uczestników rynku, którzy funkcjonują w ustalonym ładzie gospodarczym.

Biedronka, na tle, innych podobnych przedsięwzięć handlowych, wyróżnia się różnymi działaniami prospołecznymi. Należą do nich m. in.: Ogólnopolski Festyn Rodzinny z okazji Dnia Dziecka „Bądźmy razem”, kampanię „Czytajmy etykiety”, „Codziennie bądźmy razem”, Kino z Biedronką, Mistrzostwa Polski i Świata Dzieci z Domów Dziecka w piłce nożnej,  „Śniadanie daje moc”, „Razem zadbajmy o zdrowie”, „Młodzi projektanci dla Biedronki”, „Biedronka i znani projektanci dla Fundacji DKMSFunduszu Stypendialnego Natalii Partyki.

Te prospołeczne działania sieci Biedronka są przemyślane i konsekwentne. Przykładem może być drugi już finał Konkursu „Piórko. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci”, który kończy się tym, że zwycięska praca literacka wraz ze wybraną, również w drodze wyboru, oprawą graficzną. Właśnie teraz, do sklepów  Biedronki, trafi książka dla dzieci pt. „Córka bajarza”, która powstała dzięki projektowi „Piórko”. Jest to debiut literacki Moniki Radzikowskiej, opatrzony grafikami Moniki Biała. Motywem przewodnim wydawnictwa  „Córka bajarza” jest pokazanie, że warto pokonywać trudności i przezwyciężać własne lęki. Książka podpowiada, co w życiu jest najważniejsze, dodaje nadziei i wiary w szczęśliwe zakończenie.

Pisze o tym wszystkim ponieważ widzę kontrast pomiędzy liderem rynku, nastawionym pozytywnie do świata i klientów i tymi którzy poza brakiem zadowolenia, do naszej rzeczywistości, wnoszą bardzo mało. Widzą tylko to co im przeszkadza. Może właśnie dlatego po jednej stornie jest zysk, a po drugiej strata?

fmcg

Każda branża ma swoja specyfikę oraz swoje własne imprezy i wydarzenia, które służą nawiązaniu kontaktów, wymianie informacji i wskazaniu najlepszych. Podobnie jest w przypadku środowiska FMCG (Fast Moving Consumer Goods), przekładając na język polski mowa o rynku produktów sprzedawanych często i po względnie niskich cenach.

Ocenia się, że wartość rynku produktów FMCG (żywność, napoje, alkohole, wyroby tytoniowe, chemia gospodarcza, kosmetyki), w Polsce, w 2015 r. wyniosła 229.600.000.000 zł, i jest to wzrost o 2,1 proc. w porównaniu z rokiem 2014. To pokazuje jak ważna jest to branża dla gospodarki. Znamienne jest również to, że mimo wielkości nadal odnotowuje wzrost. Największymi producentami  produktów szybkozbywalnych są m.in. Maspex, Nestle,  Procter & Gamble, Unilever, Mondelez i Coca-Cola. Oprócz tych potentatów jest mnóstwo mniejszych przedsiębiorstw, które również uczestniczą w tym rynku.

Dlatego też nic dziwnego, że doszło do organizacji Targów Orzeł Dystrybucji FMCG. Tegoroczna edycja odbędzie się w piątek 25 listopada 2016 roku na PGE  Narodowym w Warszawie. Organizatorem jest Media Direct. Do udziału w wydarzeniu zaproszono ponad 1.500 hurtowni i około 300 sieci sklepów z branży spożywczej i kosmetycznej. Wśród uczestników będą producenci i dystrybutorzy artykułów kosmetycznych, producenci i dealerzy wyposażenia, urządzeń i oprogramowania dla sklepów i hurtowni, dostawcy usług i technologii wspierających efektywne prowadzenie biznesu oraz producenci i dystrybutorzy artykułów spożywczych. Impreza jest ważna zwłaszcza dla polskich przedsiębiorstw, średniej i małej wielkości, pracujących nad rozszerzeniem dotarcia poza zasięg lokalny oraz organizacji, które budują ogólnopolską sieć dystrybucji.

Na targach nie zabraknie też konkursów, plebiscytów i nagród. Najważniejszą z nich jest  tytuł „Orzeł Dystrybucji FMCG”, który otrzymują polscy przedsiębiorcy zajmujący się hurtową i detaliczną sprzedażą produktów szybko zbywalnych, którzy wyróżniają się innowacyjnością, uczciwością i rzetelnością w działaniu, a swój biznes prowadzą w poszanowaniu zasad fair play. Ponadto zostaną wręczone nagrody „Polski smak 2016” przyznawane przez Praską Giełdę Spożywczą i „Produkt z potencjałem 2016” Magazynu „Życie Handlowe”. Zostanie rozstrzygnięty także plebiscyt „Aktywny Kupiec”.

Uczestnicy targów będą mogli dowiedzieć się jak zwiększać zyski dzięki analizie cen produktów FMCG?. Będzie także okazja aby przeanalizować znaczenie programów lojalnościowych, które są kluczem do sprzedaży, dzięki tworzeniu dobrych relacji z klientami i jak na tym można zarobić? Organizatorzy też zaplanowali panele dyskusyjne na najbardziej gorące w branży kupieckiej tematy. Pierwszy dotyczy sprzedaży produktów po zaniżonych cenach w zagranicznych dyskontach. Drugi będzie poświęcony sprawie planowanemu zakazowi handlu w niedziele i święta. Cóż zapowiada się ciekawie i interesująco. Spodziewam się więcej zysków niż strat.

apteki-internetowe-w-calej-europie1

Stare powiedzenie mówi, że lepsze jest wrogiem dobrego. Można to rozumieć dwuznacznie. Przeważnie jednak dzieje się tak, że lepsze jest gorsze od dobrego. Przykładem może być psucie rynku aptecznego.

Kilka lat temu w mojej okolicy było wiele aptek, zarówno prywatnych jak i sieciowych świetnie zaopatrzonych, aż człowiekowi chciało się leczyć. Minęło parę lat. W prawie farmaceutycznym nastąpiły zmiany. Liczba aptek się skurczyła, a te które pozostały mają bardzo ograniczony asortyment. Przykłady mogą być następujące: smecta – 4 saszetki (z pudełka zawierającego 10), sól fizjologiczna – 6 ampułek itd. Kiedy mowa o prawdziwych lekach, z jaką receptą bym nie przyszedł słyszę, że to lek na zamówienie, który może być dostarczony następnego dnia. Kiedy jest to poniedziałek, to powiedzmy, że to nie problem. Jednak kiedy z taką receptą przychodzą w piątek, oznacza to, że lek będzie dostępny w poniedziałek, a zatem po trzech dniach. Leki, to nie ciasteczka, opóźnianie terapii, nie tylko może wydłużyć okres leczenia, ale w skrajnych przypadkach może być niebezpieczne dla zdrowia. Takie właśnie są skutki poprawiania prawa farmaceutycznego na wniosek samorządu aptekarskiego…..

Teraz wraca stary pomysł ustawy, której ideą jest tzw. „apteka dla aptekarza”. Pomyślana jest ona głównie jako zabezpieczenie przywilejów aptekarzy. Najlepszy dowodem jest to, że projekt przewiduje nawet dziedziczenie prawa do prowadzenia apteki, o ile spadkobierca posiada odpowiednie uprawnienia. Inicjatorzy ustawy twierdzą, że chcą walczyć z zagrożeniem jakim są zagraniczne apteki sieciowe. Z takim zagrożeniem oczywiście chce walczyć każdy. Jednak rozdrobniony rynek apteczny to fantastyczna wiadomość dla koncernów farmaceutycznych i hurtowni lekarstw, które mając słabych partnerów mogą z nimi robić co zechcą. Jednak projekt ustawy w żaden sposób nie odnosi się do tych oczywistych zagrożeń. Prawdę mówiąc czeka na ustawę, której ideą byłaby „apteka dla pacjenta„.

Jeśli chodzi zaś zagrożenie monopolizacją rynku aptecznego to stan przedstawia się następująco. Na blisko 15.000 aptek, dwie trzecie stanowią placówki indywidualne. Aktualnie na rynku działa aż 390 sieci aptecznych, z czego zaledwie 16 sieci ma powyżej 50 aptek w skali całego kraju i tylko 5 należy do organizacji z udziałem kapitału zagranicznego, które mają zaledwie 4 proc. udziału w całym rynku. Oznacza to, że 96 proc. rynku należy do polskich przedsiębiorców, a inicjatorzy ustawy chcą walczyć z 4 procentami. Pomysł ustawy jest ćwiczony na różne sposoby od 25 lat. Jednak już w 1992 roku Trybunał Konstytucyjny, uznał niekonstytucyjność proponowanych rozwiązań z uwagi na nieuzasadnione ograniczenie swobody działalności gospodarczej.

Gdyby ustawodawca bezkrytycznie odniósł się do inicjatywy samorządu aptecznego, skutki tego ulepszenia pogorszyłyby istniejącą sytuację. Z pewnością wzrosną ceny leków (co jest sprzeczne z dążeniami rządu, który choćby na przykładzie ustawy 75+ czyli darmowych leków dla seniorów stara się obniżyć koszty leczenia). Doprowadzi do  to też do wywłaszczenia polskich przedsiębiorców (96 proc. rynku dystrybucji farmaceutycznej to polski kapitał). Aptekarze, którzy mogą posiadać maksymalnie 4 placówki staną się bezbronni w negocjacjach handlowych z wielkimi, międzynarodowymi korporacjami farmaceutycznymi, które praktycznie w dowolny sposób będą  mogły kształtować ceny leków. czy na tym właśnie zależy inicjatorom ustawy?

 

 

95722_sad-wiosna-drzewa

Szczęśliwi ci, którzy nie jeżdżą płatnymi autostradami w Polsce. System płacenia jest nie tylko kompletnie absurdalny, ale i dysfunkcjonalny, o czym przekonuje się kierowca, który wybierze podróż płatnymi drogami. Co gorzej nic nie wskazuje, aby państwo chciało podjąć działania zmierzające do poprawy.

Główny zarzut do płatnych autostrad w Polsce jest taki, że nie ma jednego systemu, według jakiego jest to realizowane. Na różnych drogach istnieją różne rozwiązania. Są bramki, w których manualnie trzeba uiszczać myto za korzystanie z autostrady i elektroniczny pobór opłat, ale funkcjonują różne systemy. Do tego dochodzą bardzo wysokie koszty dla zainteresowanych, które bywają wyższe niż koszt jazdy pociągiem i to bez uwzględnienia kosztów paliwa, o amortyzacji i pracy kierowcy nie wspominając. Do tego, korzystający z autostrad często są oszukiwani, bo myślą, że wybierając to rozwiązanie przemieszczą się szybko, że za to właśnie płacą, ale zatrzymując się wielokrotnie na punkach poboru opłat i stojąc w kolejkach do ich uiszczenia, tracą wiele czasu. Zdarza się, że wybierając jazdę pociągiem lub bezpłatnymi drogami lokalnymi podróżuje się nie tylko taniej, ale i szybciej!

W zasadzie korzystanie z autostrad w Polsce jest tak głupie, że nie wiadomo skąd biorą się ich użytkownicy? No cóż, trzeba przyznać, że są one znacznie wygodniejsze niż drogi bezpłatne, a w niektórych przypadkach, nie ma specjalnej alternatywy. Kiedy jest inaczej, jak na przykład w moim przypadku, kiedy jadę z Warszawy do Krynicy Morskiej, wolę drogę bezpłatną. Jest nie tylko krótsza, bezkosztowa, ale również pozbawiona szaleńców, którzy autostradę traktują jak tor wyścigowy.

Wiceminister Infrastruktury i Budownictwa Jerzy Szmit poinformował, że w listopadzie 2016 roku ma być ogłoszony przetarg na nowy system poboru opłat na drogach. Jest on organizowany, albowiem umowa z firmą Kapsch zarządzającą systemem viaToll wygasa w listopadzie 2018 roku. Wiceminister podkreślił, że nowy system powinien być sprawny m.in. pod względem ściągania opłat i jak najmniej uciążliwy dla kierowców.

Do Krajowego Funduszu Drogowego z poboru opłat na drogach wpływa 1,5 mld zł – z tego 1,2 mld zł pochodzi z systemu viaToll, który pobiera opłaty od samochodów ciężarowych, a ok. 300 mln zł – z poboru opłat do samochodów osobowych. Oczywiście, że można zmienić system z istniejącego na inny, jednak trzeba uwzględnić koszty demontażu istniejącego systemu oraz koszty zbudowania nowego. Są to koszty znaczące, przekraczające roczne przychody. Należy dodać, że właścicielem aktualnej struktury opłat jest państwo, czyli to ono poniesie koszty tej zamiany.

Wymyślony przez Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa przetarg nie będzie mniej uciążliwy dla kierowców, albowiem Krajowa Dyrekcja Dróg i Autostrad nie raczyła porozumieć się z pozostałymi właścicielami płatnych dróg w Polsce, więc nadal na każde drodze będzie obowiązywał inny system poboru opłat, a niektórzy kierowcy, nadal, na wybranych trasach, będą musieli uiszczać opłaty według trzech różnych koncepcji. Żal, że nie ma woli, aby było rozsądnie ekonomicznie.

 

 

 

wpid-kazdy_ma_swoja_bialo-czerwona

Wszystko wskazuje na to, że kurs na repolonizację jest stanowczy i konsekwentny. Po bankach czas przyszedł na energetykę. Idea mi się podoba, w przeciwieństwie do realizacji, która budzi wątpliwości.

W przypadku repolonizacji banków, nie podoba mi się, że przejmowane, przez spółki, kontrolowane przez Skarb Państwa, są instytucje finansowe, które mają poważne problemy, w tym bogate portfele wątpliwych kredytów udzielonych niby to we frankach szwajcarskich. W przypadku jednego z przejmowanych podmiotów, wygląda to na wyciąganie pomocnej dłoni, a zatem udzielanie pomocy publicznej, która jest niedozwolona w Unii Europejskiej. Jeszcze bardziej bulwersujące jest to, że cała akcja dzieje się, po tym jak akcjonariusz tego banku wyssał z polskiego systemu finansowego kilka miliardów euro. To jest co najmniej niemoralne.

Teraz dzięki Instytutowi Staszica dowiaduję się, że są czynione, na drodze sądowej, próby unieważnienia prywatyzacji PKP Energetyka. Może to niekorzystnie wpłynąć na postrzeganie Polski przez inwestorów zagranicznych. Jeżeli sąd uzna, że w procesie prywatyzacji dopuszczono się czynów zabronionych lub nie dopełniono formalności, co byłoby dziwne, biorąc pod uwagę, że wcześniej zarówno prokuratura, jak i Najwyższa Izba Kontroli nie stwierdziły zastrzeżeń do tej transakcji, to będzie to przede wszystkim sygnał, że w Polsce warto przestrzegać prawa i prowadzić procesy zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Wynik procesu sądowego, którego skutkiem miałoby być unieważnienie prywatyzacji PKP Energetyka jest niepewny. Inwestorzy podlegają szczególnej  ochronie prawnej. Przepisy prawa międzynarodowego chronią takie transakcje inwestycyjne i często w sądach arbitrażowych wygrywa kapitał prywatny. Gdyby wyrok sądu był dla Polski niekorzystny trzeba by się liczyć z zapłaceniem odszkodowania.

Ciekawe, że w przypadku instytucji finansowych, w celu polonizacji wybrano drogę handlową, a w przypadku energetyki – sądową. Do tego typu akcji nie doszłoby gdyby nie neoliberalne koncepcje gospodarcze, które, co do zasady, wrogie były przedsiębiorstwom kontrolowanym przez państwo. Zło zaczęło się 20 lat temu, kiedy zaczęto wykreślać poszczególne przedsiębiorstwa z tak zwanej listy spółek strategicznych, które miałby być zawsze pod kontrolą państwa i nigdy nie być prywatyzowane. Cóż, podobno, trzeba było je sprzedawać, ponieważ trzeba było sfinansować deficyt budżetowy. Jak to mawiają, kiedy chce się coś zepsuć powód się zawsze znajdzie.

Idea repolonizacji jest oczywista. Jest to po prostu naprawianie zła i szkód jakie miały miejsce od kilkunastu lat. Niemniej piszę o pomysłach na repolonizację z niepokojem, albowiem wiem, że jeszcze kilka sektorów czeka w kolejce na bolesny i ryzykowny powrót z rąk obcego kapitału, które choć podobno nie mają obywatelstwa, to jednak potrafią płatać kłopotliwe psikusy, które zamiast zyskiem okazują się stratą.