Miesięczne archiwum: Październik 2017

Zapadła decyzja, że Telewizja Polska i Polskie Radio otrzyma w ramach nowelizacji tegorocznego budżetu 980.000.000 zł jako rekompensatę za wpływy z abonamentu radiowo-telewizyjnego nieuzyskane wskutek zwolnień niektórych grup społecznych z płacenia tej daniny. Ta informacja, często zdeformowana, spotkała się w wielu środowiskach z falą krytyki.

Zacząć trzeba od tego, że z woli ustawodawcy media publiczne w Polsce znajdują się w pozycji schizofrenika. Ich fundamentalnym obowiązkiem jest realizacja misji, która została określona w ustawie. Aby to realizować konieczne są znaczące środki finansowe. Ich źródłem jest tzw. abonament radiowo-telewizyjny. Pobiera się go, w postaci quasi podatku, za posiadanie urządzeń stacjonarnych (radia i telewizory) do odbioru programu radiowego lub telewizyjnego. Do tego dochodzą jeszcze wpływy z reklam oraz dotacje. To oznacza, że TVP i PR muszą rywalizować z nadawcami prywatnymi w rankingach oglądalności i słuchalności, aby zapewnić racjonalne przychody od reklamodawców. Sytuację bardziej komplikuje fakt, że media publiczne są zobowiązane do realizacji misji, której pozostali uczestnicy rynku nie muszą wykonywać. Dodatkowym utrudnieniem jest też to, że TVP nie może przerywać programów reklamami tak jak mogą to robić inni, co w znaczący sposób utrudnia konkurencję. Prawdę mówiąc trudno sobie wyobrazić bardziej skomplikowany i nietransparentny ład medialny.

Do tego jeszcze trzeba dodać pogarszająca się sytuację finansową TVP i PR wynikającą z malejących wpływów z tytułu abonamentu radiowo-telewizyjnego. Częściowo przyczynił się do tego swego czasu ówczesny premier Donald Tusk, który publicznie namawiał widzów i słuchaczy, aby nie zaniechali obowiązkowych opłat. To chyba była jedna z najbardziej kuriozalnych akcji lidera Platformy Obywatelskiej. Aktualne próby nowego, ustawowego rozwiązania powszechnej opłaty za media publiczne już dwukrotnie zakończyły się katastrofą i to jeszcze przez głosowaniami w sejmie. To wskazuje na brak jednoznacznej woli politycznej na rozwiązanie tego zagadnienia. W efekcie sytuacja Jacka Kurskiego Prezesa TVP, jako osoby zmuszonej do funkcjonowania w absurdalnie skonfigurowanym ładzie medialnym, jest bardzo skomplikowana.

Krytycy TVP i PR w wielu sprawach mogą mieć rację, zwłaszcza jeśli abstrahują od układu odniesienia lub oceniają sytuacje z konkretnych stanowisk politycznych lub ideologicznych. Niemniej aby tak czynić warto przyjrzeć się co się dzieje na komercyjnej części rynku? Stacja TVN od czasu powstania został już dwukrotnie sprzedany, a szczegóły transakcji zostały objęte tajemnicą handlową, dzięki czemu trudno ocenić dla kogo było to korzystne. Wątpliwe jest jednak, aby kotś pozbywał się rentownego biznesu. Kanał Metro, o który przez wiele lat zabiega Agora (wydawca m. in. „Gazety Wyborczej”), o czym świadczy chociażby tzw. afera Rywina, rozpoczęła nadawanie w grudni 2016 roku, ale zanim do tego doszły już znaczącą większość udziałów sprzedano Discovery Polska. Rok później inwestor przejął już pakiet kontrolny nad stacją…..

Wcale nie lepiej się wiedzie Telewizji WP, która dokonała poważnych cięć w ramówce, dotyczących flagowych programów. W ich miejsce zostały wprowadzone licencyjne formaty. Podobnie dzieje się w stacji Nowa TV (Grupa ZPR Media). Trzeba dodać, że obydwa kanały nie są zarządzane przez nowicjuszy tylko przez potentatów rynku medialnego o znaczący kapitałach i poważnym doświadczeniu. To wszystko wskazuje, że wszystkim stacjom telewizyjnym trudno jest walczyć o względy polskiego widza. Dzisiejsza publiczność jest rozpieszczona i stała się bardzo wymagająca. To oznacza, że na produkcję treści trzeba przeznaczać istotne budżety, a to z kolei sprawia, że przedsięwzięcia tracę ekonomiczna racjonalność. Wszystko wskazuje na to, że rynek medialny w Polsce jest w trakcie nowego kształtowania i wzmożonej walki o oglądalność. Wynika z tego, że telewizją jest jak z wojną. Obydwie wymagają tylko trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.

Maleje zaangażowanie pracowników w obowiązki służbowe. To początek negatywnych tendencji jakie ujawnia raport Aon Best Employers. Być może, można by go zlekceważyć gdyby nie skala badania. Zostało ono przeprowadzona na grupie blisko 72.000 tysięcy pracowników 119 polskich firm przez Aon Hewitt.

Tylko 48 proc. pracowników deklaruje aktywne podejście do pracy. Jeszcze rok wcześniej było to 51 proc. Polacy coraz bardziej odstają od średniej europejskiej, która wynosi 62 proc., zaś globalnie – 63 proc.  Przy czym w Europie rośnie wzrost zaangażowania w prace.

Przyczyn tego zjawiska jest z pewnością wiele. W Polsce obecnie mamy rynek pracownika, a nie pracodawcy. Co więcej zostały ustalone minimalne wynagrodzenia zarówno za pracę na etacie, jak również za godzinę pracy. Do tego wiele rodzin korzysta z dodatkowych funduszy wynikających z programu 500 +. Co nie zmienia faktu, że Polacy zarabiają 25 proc. tego co w państwa Europy zachodniej. Ponadto, tam zatrudnieni mają dużo większe przywileje pracownicze oraz znacznie lepszą opiekę socjalną. Aż 74 proc. pracowników w Polsce uważa, że ich wynagrodzenie nie jest zbyt małe do ich wkładu w wykonywaną pracę. Polacy porównują warunki pracy, w tak zwanej wspólnej Europie i tracą radość z pracy, a tym razem z tym maleje zaangażowanie.

Pracodawcy są coraz bardziej rozczarowani roszczeniowymi postawami zatrudnionych oraz kandydatów do pracy. Atrakcje w postaci dodatkowych świadczeń do wynagrodzenia takich jak karnety na basen, fitness czy prywatna opieka medyczna nie robią wrażenia na kandydatach, którzy uważają takie bonusy za standard. Poza tym zwyczajnie w świecie brakuje rąk do pracy. Otworzenie granic spowodowało, że z Polski ubyło ponad 2.000.000 potencjalnych pracowników, przeważnie o wyższych kompetencjach zawodowych, bo właśnie dla takich czekały miejsca pracy za granicą. Sytuację pracodawców, w jakimś sensie, ratuje ponad milionowa rzesza pracowników zza wschodniej granicy (Białorusini i Ukraińcy). Jednak to nie rozwiązuje problemu.

Czy jest jakieś panaceum na taką sytuację? Na pewno nie ma środka uniwersalnego. Z pewnością istotnym elementem uzdrawiającym sytuację jest ponoszenie wynagrodzeń. Te jednak są uzależnione od uwarunkowań rynkowych i możliwości wynikających z rentowności działalności. One mogą uniemożliwiać podnoszenia wynagrodzeń. Z innych, amerykańskich badań wynika, że pracownicy postrzegają za bardziej atrakcyjne miejsca prace te w których wynagrodzenie jest o 30 proc mniejsze, od możliwego do osiągnięcia w innych organizacjach na tych samych stanowiskach, pod warunkiem, że atmosfera i warunki pracy są miłe i sympatyczne, a nie stresujące. To może być ważna podpowiedź dla polskich przedsiębiorców. Dlatego pracodawcy i ich służby, odpowiedzialne za zarządzanie kapitałem ludzkim, powinny się zastanowić się nad możliwością wykorzystania motywatorów pozapłacowych, nawiązania lepszych relacji z pracownikami, włączenia w działania z zakresu odpowiedzialności za przedsiębiorstwo. Ponadto należy rozważyć możliwość wykorzystania narzędzi, które daje społeczna odpowiedzialność biznesu.

Aż trudno uwierzyć, że, w końcu, ma powstać ustawa reprywatyzacyjna, z prawdziwego zdarzenia. Jej zapowiedź przez polityków jest wynikiem prac sejmowej komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji, która posiada nadzwyczajne uprawnienia i obnażyła już skandaliczne patologie i nadużycia, związane ze zwracaniem zagrabionych przez komunistów w latach 40. XX wieku, nieruchomości.

Politycy mówią, że w tzw. duża ustawa reprywatyzacyjna m.in. będzie przewidywała propozycję wypłaty rekompensat w gotówce do 20 proc. wartości nieruchomości w chwili nacjonalizacji, zakaz zwrotów w naturze oraz brak możliwości zwrotu kamienic z lokatorami. Na składanie roszczeń pokrzywdzeni będą mieli tylko rok. Potem roszczenia mają zostać wygaszone. Ma to być kompleksowe uregulowanie problemu reprywatyzacji. Przewiduje się, że będzie kosztować Skarb Państwa od 15.000.000.000 do 20.000.000.000zł.

Zwrot zaledwie 20 proc. wartości, zwłaszcza po ponad 70 latach to z pewnością jedynie gest symboliczny. Zwłaszcza, że większość pokrzywdzonych już nie żyje lub jest u schyłku swojej drogi życiowej, a zatem została pozbawiano prawa korzystania ze swojego majątku. Zaskakuje mnie też dlaczego czas składania wniosków z roszczeniami został ograniczony do 1 roku? Rozumiem intencje pomysłodawców aby jak najszybciej uregulować sprawy związane z zaborem mienia przez komunistów, jednak narzucanie tak krótkiego terminu pokrzywdzonym uważam, co najmniej, za niestosowne, zwłaszcza jeśli porówna się to  z czasem opieszałości państwa w uregulowaniu powyższej kwestii. Wygląda to tak, jakby przy pomocy ustawy reprywatyzacyjnej chciano załatwić zupełnie inne sprawy niż chociażby symboliczne naprawienie krzywd.

Okazuje się jednak, że proponowana tzw. duża ustawa reprywatyzacyjna jest bardzo niesprawiedliwa i krzywdząca. Informuje o tym w swoim komunikacie Polskie Towarzystwo Ziemiańskie. Według organizacji z projektu ustawy, wynika prawo do rekompensat „zostaną pozbawione osoby poszkodowane dekretem PKWN z dn. 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej. (art 13, ust. 1 pkt. 4 projektu), za wyjątkiem mienia przejętego sprzecznie z jego przepisami, a i to przy spełnieniu jeszcze wielu innych warunków. Tym samym niemal całe środowisko ziemiańskie ma zostać bezpowrotnie pozbawione możliwości uzyskania choćby częściowego zadośćuczynienia za doznane krzywdy.”

Projektowana ustawa – w odniesieniu do środowiska Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, jak zauważają autorzy komunikatu – „proponuje rekompensaty tylko tym osobom, których mienie zostało przejęte z naruszeniem prawa, a i to tylko tym z nich, które nie otrzymały żadnego świadczenia z tzw. ustawy zabużańskiej lub też zwrotu jakiegokolwiek (choćby najmniejszego) gruntu z ogółu przejętych przez państwo lub też wypłaty choćby najmniejszego odszkodowania za jakiś fragment przejętego mienia. Zaistnienie któregokolwiek z tych zdarzeń eliminuje określoną osobę  całkowicie z grona osób uprawnionych do rekompensaty i to bez względu na to ile innych i jak wiele wartych nieruchomości zostało jej lub jej poprzednikom prawnym odebrane przez reżim komunistyczny oraz czy zostały one odebrane zgodnie z ówczesnym prawem, czy też całkowicie bezprawnie. Taka eliminacja dotyczy zatem również tych osób, które w obecnym stanie prawnym mogą w pełni dochodzić swoich praw. Również w stosunku do wszystkich innych grup poszkodowanych, przyjęto zupełnie zadziwiające kryteria. Przykładowo, jeśli ktoś na podstawie wyroku sądowego otrzymał zwrot lub też odszkodowanie za jakąś nieruchomość w przeszłości, to nie dostanie już żadnej rekompensaty za jakiekolwiek inne przejęte mienie, choćby przejęcie nastąpiło również bezprawnie.  Co więcej zostanie mu zamknięta droga sądowa (a będące w toku postępowania sprawy zostaną umorzone) do dochodzenia odszkodowania za bezprawne działanie władzy państwowej.”

Okazuje się ustawa, jeśli zostanie uchwalona w obecnym kształcie narusza co najmniej art. 2, art. 32 ust.1, art. 45 ust. 1,  art. 64 ust.1 oraz art. 74 ust. 1 i 2 Konstytucji, prawo UE, jak również podpisaną i ratyfikowaną przez Polskę Konwencję o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Postanowienia ustawy, zamiast naprawiać krzywdy, wbijają gwóźdź do trumny pokrzywdzonych. Wynika z tego, że tak wyczekiwana ustawa reprywatyzacyjna, jest co najmniej zwykłym bublem prawnym, a prawdę mówiąc jest zatwierdzeniem komunistycznych grabieży. Tak się nie buduje państwa prawa i sprawiedliwości. Ustawa zamiast zabliźniać rany, jeśli zostanie ustanowiona w wersji z projektu, rozdrapie je ponownie i zamiast zamykać prawnie problem otworzy jedynie jego nowy rozdział. To będzie wielka strata.

Nie każdy zysk da się wyrazić w pieniądzu. Sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana do wyceny, kiedy chodzi o realizację misji. Ta, w zasadzie, staje się często niemożliwa do wyliczenia.

Takie dylematy są między innymi udziałem władz Telewizji Polskiej. Ustawa o radiofonii i telewizji bardzo szczegółowo definiuje na czym ma polegać realizacja misji przez media publiczne? Jest to tak rozległe i pojemne zadanie jak ocean. To w praktyce oznacza, że media w dowolny sposób mogą decydować o tym w jakim zakresie poszczególne elementy misji będą realizowane. Nic dziwnego, że kiedyś mogła zapaść m. in. decyzja o zlikwidowaniu Teatru Telewizji. Z drugiej jednak strony powinno zastanawiać, dlaczego Telewizja Polska odeszła od tego przedsięwzięcia, które było jednym z najważniejszych zjawisk kulturalnych?

Teatr Telewizji to zawsze był teatr, który gromadził największą widownię w Polsce. Bardzo często jedyny teatr, dostępny dla bardzo wielkiej rzeszy ludzi, którzy czy to z powodów logistycznych, zdrowotnych,  finansowych, a może nawet i czasowych, albowiem był to też jedyny teatr, którego przedstawienia można było oglądać w poniedziałki czyli dzień, kiedy placówki teatralne zwyczajowo są nieczynne. Dlatego z entuzjazmem należy odnotować fakt, że TVP pod kierownictwem Prezesa Jacka Kurskiego postanowiła wskrzesić to jedno z najważniejszych zjawisk kulturalnych.

W tej sposób jesienią tego roku telewidzowie mieli okazję już zobaczyć w programie 1 Telewizji Polskiej „Wojnę – moją miłość“– melodramat  ukazujący ostatnią noc z życia słynnej agentki, jednej z najwybitniejszych kobiet–szpiegów II wojny światowej Krystyny Skarbek, Lekcję polskiego” – wzruszający  portret bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki połączony z pasjonującą lekcją historii Polski, „Lekcję miłości” – spektakl odnoszący się do istoty najważniejszych uczuć, którym ulega człowiek i „Spiskowców“ na podstawie słynnej powieści Josepha Conrada Korzeniowskiego. Wszystkie powyższe przedstawienia w doborowych obsadach aktorskich.

To jednak nie koniec. W sezonie teatralnym 2017/2018 Teatr Telewizji zaplanował jeszcze: „Emigrantów” Sławomira Mrożka, „Brata naszego Boga” Karola Wojtyły, „Marszałka” – błyskotliwą, współczesną sztukę o mniej znanych faktach z życia jednego z najwybitniejszych polskich polityków – marszałka Józefa Piłsudskiego, „Mock. Szósty człowiek” na podstawie kultowej prozy Marka Krajewskiego, „Biesiadę u hrabiny Kotłubaj” Witolda Gombrowicza, „Balladynę” Juliusza Słowackiego, „Kryptonim ośmiornica” – docu dramę o Solidarności Walczącej i najbardziej spektakularnych akcjach Kornela Morawieckiego, Andrzeja Kołodzieja – legendarnego działacza Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, „Pana Jowialskiego“ Aleksandra Fredro, „Inspekcję” przedstawienie poświęcone mefistofelicznych zagrywkach przebiegłego NKW-dzisty.

Na koniec warto też wspomnieć, że reaktywacja tego bardzo ważnego zjawiska kulturalnego jakim jest Teatr Telewizji stała się możliwa dzięki Polskiemu Górnictwu Naftowemu i Gazownictwu, które jest mecenasem projektu. Dlatego też teraz na rachunki za błękitne paliwo będę patrzył bardziej życzliwie.

Polska zamarła przyglądając się politykom, którzy jak mantrę mówią, że nakłady na zdrowie powinny wzrosnąć do 6 proc. PKB. To próba magicznego zaklinania rzeczywiści.

Prawdopodobnie niewiele osób wie, że skrót PKB to produkt krajowy brutto. Co oznacza to pojęcie, zapewne wie jeszcze mniej osób. Do tego dochodzi mylenie pojęć, albowiem środki mają być przeznaczana na zdrowie. To trochę bez sensu, myślą sobie podatnicy. Co innego, gdyby pieniądze były przeznaczana na choroby! Powyższe ilustruje jaką bełkotliwą aberracją jest obecna debata prowadzona przed publicznością.

W rzeczywistości dyskusja o tym czy na służbę zdrowia ma być przeznaczanych 5, 6, 7 czy 8 proc PKB (kto da więcej?) jest kompletnie jałowa. Ważne bowiem, co się robi z tymi pieniędzmi? Jaka jest struktura wydatków? Czy są wydawane racjonalnie? Czy są wydawane efektywnie? I tak dalej. Jedna odpowiedź wyklucza pozytywną odpowiedź na kolejne pytanie. Dlatego zamiast prowadzić poważną debatę, z bardzo niewygodnymi odpowiedziami łatwiej licytować się na procenty PKB.

W tym czasie bardzo ciekawy pakiet rozwiązań poprawiających kondycję służby zdrowia przedstawili Pracodawcy RP. Ponieważ ich propozycje są interesujące postanowiłem je przedstawić w całości jako warte poznania i rozpropagowania.

Co można zacząć wprowadzać właściwie od zaraz?

Rządowy portal z wiedzą medyczną. Zbudowanie strony internetowej zawierającej sprawdzone informacje o chorobach czy zasadach funkcjonowania systemu ochrony zdrowia. Pacjenci mieliby wiarygodne źródło wiedzy o zasadach zachowania zdrowia czy o profilaktyce.

Kontraktowanie świadczeń przez NFZ. Zapewnienie specjalistycznego leczenia w najlepiej do tego przygotowanych placówkach, zwiększając szanse na najlepsze efekty leczenia. Zmiana w zakresie wartości umów ze szpitalami i poradniami specjalistycznymi tego nie gwarantuje (zgodnie z raportem NIK w 2015 roku).

Rozwiązania komunikacyjne dyscyplinujące pacjentów do przychodzenia na wizyty. Szacuje się, że nawet do 30 proc. wizyt nie odbywa się z powodu tego, że pacjent nie pojawia się w zarezerwowanym terminie. Pilotażowy program SMS-owych przypo­mnień o wizytach uruchomiony w 2016 r. przez NFZ, mógłby też uwzględniać informację o koszcie pominiętej wizyty, przekazaną pacjentowi.

Kontynuowanie dialogu między Ministrem Zdrowia a organizacjami pacjenckimi. W dłuższej perspektywie dialog powinien zaowocować dalszymi pozytywnymi rozwiązaniami organi­zacyjnymi i prawnymi dla samych pacjentów.

Szersze stosowanie instrumentów dzielenia ryzyka w refundacji leków innowacyjnych. Instrumenty dzielenia ryzyka (umowy między resortem zdrowia a producentem, warunkujące płacenie za leki) stanowią prosty sposób zmniejszania nakładów na innowacyjne terapie.

Zmiany w regulacjach w praktyce dostępu do farmakoterapii, poprzedzone kompleksowym i przejrzystym dialogiem między regulatorem, klinicystami a branżą farmaceutyczną.

Powołanie do życia instytucji think-tanku ds. reformy systemu ochrony zdrowia. Wspieranie reformy systemu ochrony zdrowia poprzez działalność analityczną oraz pro­wadzenie szerokich konsultacji społecznych i eksperckich.

Rozpoczęcie prac nad kompleksowym programem na rzecz poprawy efektywności systemu ochrony zdrowia. Według Komisji Europejskiej maksymalna racjonalizacja wydatków mogłaby ograniczyć niezbędny wzrost nakładów nawet o 0,5 proc. PKB rocznie.

Przyśpieszenie budowy systemów informatycznych. Łączą płatnika, świadcze­niodawców i pacjentów oraz pozwalają na skuteczny przepływ, gromadzenie i ana­lizę danych.

Upowszechnienie telemedycyny oraz technologii mobilnych, które ułatwią pacjentom dostęp do służby zdrowia. Jest to ogromne wyzwanie zarówno pod względem technologicznym, jak i kulturowym oraz organizacyjnym.

System ocen wyników leczenia w danej placówce z perspektywy pacjenta. Oceny dokonuje pacjent poprzez wypełnienie kwestionariuszy przed zabiegiem i po nim. Następnie informacja o ocenie jest publikowana na stronach płatnika. Pacjenci mogą dokonać wyboru placówki mając informacje o tym, która z nich świadczy najwyższej jakości usługi.

Monitoring pacjentów z dużą liczbą wizyt. Nadzór nad korzystaniem z opieki medycznej gwarantuje kontakt przedstawiciela ubezpieczyciela z chorym w celu zwery­fikowania tego, czy opieka nie powinna być lepiej koordynowana.

Compliance. Skuteczna edukacja pacjentów w kwestii stosowania leków w wie­lu przypadkach pozwala na obniżenie kosztów leczenia na­wet o kilkanaście procent. Racjonalizacja korzystania z leków OTC, poza oszczędnościami w kieszeniach pacjentów, oznacza niższe koszty leczenia ewentualnych powikłań (powikłania nadużywania leków przeciwbólowych ~ 300 mln zł).

Stworzenie spójnego i obowiązującego benchmarku dla szpitali. Zebranie kluczo­wych wskaźników jakościowych i efektywno­ściowych oraz przedstawienie ich w formie mo­delu „szpitala wzorcowego”.

Jakie reformy należy pilnie przyspieszyć?

Odwracanie piramidy świadczeń. Przesuwanie zadań i finansowania na optymalny poziom – korzystanie z opieki w izbach przyjęć i w szpi­talnych oddziałach ratunkowych wtedy, gdy jest niezbędne. Wg. porównań międzynarodowych 12-56 proc. nagłych przyjęć do szpitali to przypad­ki, które mogłyby być leczone na poziomie POZ.

Zwiększanie publicznych nakładów na ochronę zdrowia do optymalnego poziomu. Strategia Narodowej Służby Zdrowia przedstawiona 26 lipca 2016 r. przez Ministra Zdrowia zakła­dała zwiększenie nakładów na ochronę zdro­wia do poziomu 6 proc. PKB w terminie do 2025 r. Niezwykle ważne jest, by postulat ten znalazł odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach rządowych.

Opracowanie spójnej polityki lekowej państwa. Dokument strategiczny obej­mujący m.in. kwestie dostępności leków biopodobnych. Zachowanie równowagi pomiędzy terapiami innowacyjnymi a lekami generycznymi i biopodobnymi ma szczególne znaczenie dla po­prawy skuteczności systemu w długiej perspektywie.

Lepszy nadzór nad wynikami leczenia. Wprowadzenie rejestrów chorych, które uwzględniałyby wyniki leczenia po roku i w dalszej perspektywie. Racjonalne monitorowanie pozwoliłoby na precyzyjniejszy nadzór nad wydatkowaniem środków.

Wielkość placówek i związane z tym koszty stałe. Racjonalne byłoby określenie minimalnych wartości kontraktów z publicznym płatnikiem, poniżej których szpitale nie mogłyby utrzymy­wać nierentownych oddziałów.

Przyspieszenie procesów formalnych i przetwarzania dokumentacji medycznej. Odciążenie lekarzy i pielęgniarek poprzez wdrożenie elektronicznej dokumentacji medycznej czy też zatrudnianie specjalistów do spraw obsługi dokumentacji, tzw. skrybów medycznych.

Skuteczniejszy pobór składek. Wprowadzenie jednolitego podatku mogącego ustabilizować wpływy na ochronę zdrowia. Koordynacja między ZUS i NFZ jest kluczowa dla racjonalnego prowadzenia polityki zdrowot­nej i polityki społecznej, które są od siebie na­wzajem w szczególny sposób zależne.

Jak widać jest co robić. Pytanie czy decydentom i osobom odpowiedzialnym będzie się chciało?

 

Fake newsy czyli fałszywe, świadomie tworzone kłamliwe informacje rozprzestrzeniają się szybciej niż dżuma, a skutkach mogą być bardziej niebezpieczne od epidemii. Kształtują opinię publiczną i wpływają nastroje społeczne. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że świadome zarządzanie dezinformacją jest częścią większego planu strategicznego.

Przykładem, do budowania powyższych refleksji, może być sprawa zakupu uzbrojenia dla polskiej armii. Otóż, w czasie wizyty Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza w Paryżu 13 września br. portal Onet.pl zamieścił sensacyjny artykuł, oparty na informacjach anonimowych „źródeł zbliżonych do francuskiego odpowiednika MON”. W tekście pojawiła się wiadomość o rzekomym szantażu francuskich rozmówców Ministra w sprawie sprzedaży Polsce okrętów podwodnych razem z rakietami manewrującymi. Zdaniem twórcy informacji, Francuzi mieli, ponoć, odmawiać osobnej sprzedaży produkowanych przez siebie rakiet, w przypadku wyboru przez MON niemieckich okrętów podwodnych. To właśnie niemieckie okręty uważane są przez, nomen omen, należący do Niemców portal Onet.pl za faworytów w wyścigu o polskie zamówienie. Dodatkowo zasugerowano, że strona francuska miała uzależnić zgodę na sprzedaż okrętów od stosunków politycznych między oboma państwami.

Te fałszywe informacje, o francuskim szantażu i naciskach, zostały szybko podchwycone przez inne media. Żaden nowy publikator ich jednak nie zweryfikował, chociaż news natychmiast zdementował wiceminister obrony Michał Dworczyk, jeszcze podczas wizyty Ministra w Paryżu, mówiąc jasno, że nie ma żadnych problemów w relacjach z Francją, a wszystkie takie opowieści należy włożyć między bajki. Później tego samego dnia i w dniach kolejnych informacji Onetu nie potwierdził także sam główny uczestnik rozmów, Antoni Macierewicz, który powiedział podczas briefingu prasowego po zakończonym spotkaniu ze stroną francuską „To ciekawa oferta. Oferta, która na pewno ma przyszłość […] to, co tam zobaczyliśmy napawa optymizmem, co do potencjału francuskiego i skuteczności działania”.

W udzielonym „Naszemu Dziennikowi” wywiadzie Antoni Macierewicz dodał, że „silną stroną propozycji francuskiej jest to, że oferuje zarówno okręt podwodny, jak i rakiety manewrujące […] te rakiety są zintegrowane z okrętami wojennymi i ewentualny kontrakt obejmowałby zarówno budowę okrętów, jak i rakiet”. Zdaniem Ministra Obrony Narodowej „zarówno Szwedzi, jak i Niemcy oferują okręty, do których trzeba byłoby dokupować osobno rakiety i je integrować, co zawsze jest kosztowne i dyskusyjne”. Także w tych wypowiedziach nie słychać nic o rzekomym szantażu ani naciskach władz francuskich. Jak widać po wypowiedziach szefa MON Francuzi nie obrazili się na Polskę za zrezygnowanie z zakupu helikopterów Caracali. Za to bardzo się starają, aby przekonać resort obrony do zakupu okrętów i składają propozycje na tyle interesujące, że wymagają szybkich kolejnych rund rozmów.

To jeszcze nie koniec tej historii. Kilka dni temu RMF FM, a potem jeszcze kolejne media, powołując się na informacje z francuskiego portalu „Mer et Marine” znów informuje o rzekomych naciskach Francji, na Polskę, w sprawie zakupu okrętów, a źródłem tych informacji są „niektórzy obserwatorzy”. Tu cytat: „(…)Niektórzy obserwatorzy sugerują, że zakup okrętów podwodnych mógłby ocieplić polsko-francuskie relacje. Niedawne ataki prezydenta Emmanuela Macrona na polski rząd na unijnej scenie mogłyby zresztą – ich zdaniem – stanowić strategiczny środek nacisku, którego celem miało być zmuszenie do kupna Scorpenów 2000.” Dziwne w tym jest to, że w oryginalnym tekście francuskiego portalu takiej informacji nikt się nie doczyta. Kim zaś są „obserwatorzy”? Tego już nie wiadomo.

Czy to przypadek, że te fake newsy opublikowane zostały w momencie międzyrządowych rozmów w sprawie potencjalnego zakupu okrętów podwodnych od Francji? Może tak, a może to być też działanie inspirowane? Pojawiają się opinie, że to działanie stanowi próbę zdyskredytowania francuskiej oferty na rzecz niemieckiego dostawcy okrętów podwodnych, koncernu TKMS, wychwalanego na portalu Onet.pl. Być może nie jest przypadkiem, że działające w Polsce, ale należące do niemieckiego kapitału media posuwają się do manipulacji, aby wpływać na polską opinię publiczną, polityków i decydentów. Być może medium i jego właściciel nie ma tu nic do rzeczy. Trudno jednak dać wiarę, że przyczyną fałszywych informacji są nieidentyfikowani i nieweryfikowalni informatorzy, co do których można nabrać podejrzenia, że w ogóle nie istnieją.

Właśnie się zorientowałem, że od czasu gdy na Uniwersytecie Warszawskim śpiewałem „Gaudeamus igitur”, minęło 30 lat…. Audytorium Maximum jeszcze jest tam gdzie było, ale już mój Wydział zupełnie zmienił lokalizację, a nazwiska moich ówczesnych profesorów, dziś oznaczają sale wykładowe. Zmieniło się bardzo wiele.

Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego już od dawna nie mieści się w głównym kampusie tylko powędrowała do makabrycznego bunkrowca na Powiślu. Podobno książkom tam lepiej….. Znajduje się tam, w depozycje, również część zasobów Biblioteki Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, która jest największą tego typu placówką w Polsce, ze specjalistycznym księgozbiorem,  dotyczącym nauk historycznych i pokrewnych. Zajrzałem do Biblioteki z okazji otwarcia nowej, a w zasadzie nowoczesnej czytelni. Przedsięwzięcie było możliwe dzięki Jarosławowi Gowinowi, który jako Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego przekazał grant, na ten cel, w wysokości 1.500.000 zł. Ktoś przechodzący, obok starych murów, budynku Instytutu Historii, zapewne nie domyśliłby się jaki modernizm zapanował w środku. To samo zresztą dotyczy starego budynku BUW-u. W Instytucie Historii, kilka lat temu, z magazynu na parterze, utworzono wspaniałą Salę Kolumnową. Z pewnością zmian na Uniwersytecie Warszawskim jest więcej i warto je odkryć. Aby móc to sprawdzić, być może zapiszę się znów na jakieś studia?

Być może skuszę się na edukację w Instytucie Historycznym? Miałbym do dyspozycji fantastyczne zasoby. Biblioteka Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego zawiera ponad 230.000 jednostek, w tym 180.000 książek, 45.000 czasopism, ponad 1.110 starych druków, ponad 3.200 map, ok. 14.000 fotokopii, 650 mikrofilmów i blisko 200 odcisków pieczęci. To są świadectwa kultury, których żaden tablet, a nawet drukarka 3D nie odda. Naprawdę! Jest co czytać i podziwiać! I pewne jest, że życia, na poznanie całości zasobów Biblioteki Instytutu Historycznego, nie starczy.

Biblioteka Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego powstała w 1930 roku. Jednak jej zalążek sięga roku 1915 kiedy zapadła decyzja o odrodzeniu polskiej uczelni. Zasoby placówki pochodzą z własnej działalności oraz pozyskania innych zbiorów. Część obiektów została zniszczona podczas zawieruchy wojennej. Jednak również po II wojnie światowej Biblioteka Instytutu Historycznego stale powiększała swe zasoby dochodząc do dzisiejszego bogactwa, którego niepoliczalna wartość rośnie z każdym rokiem. Tak właśnie łączy się przeszłość ze współczesnością i powstaje jeśli nawet nie zysk, to z pewnością wartość dodana.