Miesięczne archiwum: Grudzień 2018

Ministerstwo Finansów planuje dyskryminację nektarów i napojów owocowych oraz faworyzację produktów takich jak ciasta, wafle, chipsy czy krakersy. Narzędziem do tego ma być manipulacja przy stawkach VAT.

Podatek VAT jest najbardziej złodziejskim i oszukańczym podatkiem jaki wymyślono. Uderza on w tak zwanego klienta ostatniego czyli konsumenta, który nie ma żadnej szansy na jego odliczenie. Ofiarami tego podatku są konsumenci czyli ludzie, dzieci, dorośli, seniorzy, matki, beneficjenci 500+. Cóż obecnie jest to teraz najpopularniejsza forma pozyskiwania środków dla budżetu.

W Polsce są różne stawki podatku VAT. Najpopularniejsze jest 23 proc. (wcześniej było 22 proc. – o 1 punkt proc. został on „przejściowo” podwyższony przez rząd Donalda Tuska, którego nie ma już ponad 4 lata, ale rząd PiS nic w tej sprawie nie zmienił). Pozostałe stawki to 8 proc., 5 proc. i 0 proc. Ta ostatnia wcale nie jest taka dobra jak można by sądzić. To jednak już temat na oddzielny tekst. Różne produkty i usługi w zależności od widzimisię urzędników są obłożone różną wysokością podatku VAT. Na przykład pączki w zależności od terminu przydatności do spożycia i sposobu produkcji, objęte są trzema różnymi stawkami. Właśnie aby ukrócić to szaleństwo resort finansów wytrwale pracuje nad udoskonaleniem systemu.

Założeniem Ministerstwa Finansów jest „uproszczenie siatki VAT” i obniżanie stawek. W praktyce, jak się jednak okazuje, formalne obniżanie będzie polegało na podwyższaniu. Niedawno było głośno koncepcji podwyższenia z 8 proc. na 23 proc. stawki VAT na leki weterynaryjne. I podobno, w związku z fala krytyki, idea upadła. Teraz obniżeniem podatku, polegającym na podwyższeniu mają być objęte nektary i napoje owocowe lub warzywne.

Uderzy to przede wszystkim w konsumentów. Jednak nie tylko, również w producentów napojów i sadowników. Stanie się tak ponieważ jest wielce prawdopodobne, że podwyższony VAT wpłynie na cenę, której konsumenci mogą nie zaakceptować, to w konsekwencji spowoduje spadek produkcji i zmniejszenie zapotrzebowania na surowce, także poprzez zmniejszenie zawartości naturalnego soku w objętych podwyżką produktach. Eksperci szacują, że zapotrzebowanie na owoce do produkcji napojów spadnie nawet o 75 proc., a wyrób soku z czarnej porzeczki czy aronii stanie się całkowicie nieopłacalny. W efekcie rynek się skurczy i wielu ludzi straci pracę.

Przyznam się szczerze, że nie rozumiem w jaki sposób powstają tego typu pomysły. Podnoszą one ciśnienie. To wcale nie jest zdrowe dla serca. Chore serca z kolei nie są zdrowe dla budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. To niebezpieczna reakcja łańcuchowa. Jak widać, zanim się zacznie manipulować przy podatkach należy się bardzo dobrze zastanowić, ponieważ często można uruchomić lawinę fatalnych konsekwencji, których koszty przewyższą przychody z podwyższonego VAT. W takiej sytuacji pozorny zysk stanie się realną stratą.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Alkohol jest trucizną i z punktu widzenia toksykologii wypicie każdej jego ilości jest ryzykowne. Specjalnie z tego powodu nie sumitują się ani pijący, ani państwo, a producenci toczą zażarty bój o udział w rynku.

Główna batalia o gardła klientów toczy się pomiędzy producentami piwa i wytwórcami alkoholi wysokoprocentowych. Winiarze w tej walce praktycznie się nie liczą. Liderem w upajaniu alkoholem są browary.

W ostatnim numerze tygodnika „Polityka” można przeczyć artykuł „Małpie sztuczki” pióra Juliusza Ćwielucha, którego wymowa jest następująca – wzrost spożycia alkoholu w Polsce jest spowodowany wzrostem konsumpcji trunków wysokoprocentowych w postaci tzw. „małpek”. Bohaterami tekstu są anonimowi marketingowcy i sprzedawcy, którzy opowiadają jak do tego doszło. Tymczasem, jak czytam w raporcie  Instytutu Jagiellońskiego, w latach 1990-2016 to spożycie piwa zwiększyło się ponad trzykrotnie, z 30 litrów do 99,5 litra per capita. Co więcej, pod tą postacią przemyca się do organizmów ludzi coraz więcej alkoholu, albowiem producenci piwa podnieśli zawartości alkoholu z 4 % w latach osiemdziesiątych do prawie 6 % od połowy lat dziewięćdziesiątych. Jeśli chodzi o trunki wysokoprocentowe to w latach 2002-2007 obserwowany był prawie dwukrotny wzrost rejestrowanego spożycia wódek. Było to spowodowane zmniejszeniem podatku akcyzowego. Obecnie konsumpcja napojów spirytusowych jest na podobnym poziomie jak w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

W 2016 r. piwo było odpowiedzialne za spożycie 58,4 % stu procentowego alkoholu, trunki wysokoprocentowe za 34,2 %, a wino za 7,5%. Zbliżone wyniki znajdują się w opracowaniu RARHA, gdzie piwo odpowiada za 62,6 % spożycia etanolu. Według ekspertów jednym z czynników, który wpływa na wzrost spożycia piwa, jest jego cena. Producenci trunków wysokoprocentowych stanęli do nierównej walki z browarami oferując klientom najpierw napitki w butelkach o pojemności 100 ml, a później w opakowaniach 40 ml. Aby zbliżyć się cenowo do piwa zmniejszono również udział procentowy z 40 do 30 % alkoholu.

W Polsce generalnie obowiązuje zakaz reklamy napojów alkoholowych. Ustawodawca uczynił jednak wyjątek w odniesieniu do piwa, którego reklama dozwolona jest pod pewnymi warunkami. Wynika z tego, że z nieznanych powodów (jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze) piwo jest traktowane przez ustawodawcę w sposób preferencyjny. Spoty reklamowe piwa, jako jedynego spośród napojów alkoholowych, mogą być emitowane w telewizji. Reklama może pojawić się również na bilbordzie, jeśli 20 % jego powierzchni zajmie napis dotyczący szkodliwości alkoholu i zakazu sprzedaży nieletnim. Preferencje regulacyjne dla reklamy i promocji wyłącznie piwa spośród wszystkich gatunków alkoholi w Polsce nie są spotykane w pozostałych krajach europejskich. Haniebnym przykładem promocji piwa było dopuszczenie do jego sprzedaży w strefach kibica podczas Mistrzostw w Piłce Nożnej, a przecież sport i piwo to oksymoron. Tak liberalne traktowanie napojów z pianką sugeruje niezorientowanym, że są one mniej szkodliwe niż inne napitki zawierające alkohol, co jest poglądem fałszywym. Przejawia się to nawet w stwierdzeniach „piwo to nie alkohol”. To bardzo niebezpieczne rozumowanie.

Od marca 2018 r. obowiązuje nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Wprowadza ona m.in. możliwość ograniczenia przez  gminy nocnej sprzedaży alkoholu (między godziną 22:00 a 06:00), a także ogranicza liczbę zezwoleń na sprzedaż alkoholu w obrębie sołectw, dzielnic i osiedli. Jednocześnie jednak liberalizuje ona zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych, zezwalając na uwolnienie od tego zakazu określonych stref. Natychmiast skorzystała z tego Rada Warszawy. Efekt jest taki, że latem bulwary wiślane w stolicy zamieniają się w pijackie pola, wymuszając na policji i straży miejskie wielokrotnie zwiększone zaangażowanie. Podobny skutek wywołuje liberalizacja przepisów zgodnie, z którymi za jazdę po alkoholu na rowerze nie grozi już więzienie ani utrata prawa jazdy.

Generalnie jeśli chodzi o spożycie alkoholu to panuje powszechna hipokryzja. Ludzie chcą pić, bo ulegają złudzeniu, że jest to świetna zabawa, uwalnia ich to od problemów i co równie ważne, stanowi element kulturowej tradycji. Państwo tworzy nieskuteczne przepisy dotyczące ograniczania promocji i spożywania alkoholu. Nakłada na tego typu wyroby akcyzę, która stanowi znaczącą pozycję w budżecie państwa. Cóż, ustawodawca zdaje się nie widzieć, że alkohol generuje też dla kraju poważne obciążenia, wynikające z leczenia osób uzależnionych (800 tysięcy osób), wspierania ich rodzin (3 miliony osób), leczenia chorób wywołanych alkoholem, utraty zdrowia i absencji w pracy.

W tym, aby Polacy byli pijani interes mają wszyscy: producenci, handlowcy, urzędnicy, Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (więcej ofiar większa uzasadnienie potrzeby istnienia), politycy (łatwiej się rządzi), a nawet służba zdrowia, która w ten sposób ma więcej pacjentów. Alkohol towarzyszy ludzkości od wieków. Maksymalna prohibicja, tak jak to miało miejsce w Stanach Zjednoczony, tworzy czarny rynek i wzrost przestępczości. Wynika z tego, że wyeliminowanie alkoholu z życia jest bardzo trudne. Ważne jednak by zyski nie przesłaniały trzeźwości umysłu.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Generalnie wszystkim się zdaje, że historię, mniej lub bardziej znają wszyscy. Poczet królów, poczet bitew i tak dalej. Jednak nie było by ani królów, a tym bardziej wojen gdyby nie przedsiębiorcy. To bardzo mało znana karta historii.

Właśnie ukazała się książka, która przypomina najważniejszych biznesmenów w historii Polski. Jest dzieło czterech osób. W ten sposób doszło do opublikowania książki „Poczet przedsiębiorców polskich. Od Piastów do 1939 roku”. Jest to w zasadzie pierwsza publikacja opowiadająca o dziejach gospodarczych Polski od czasu wydania „Encyklopedii historii gospodarczej Polski do 1945 roku„, jaka ukazała się w latach osiemdziesiątych XX wieku. Jednak tamto wydawnictwo ujmowało procesy ekonomiczne z marksistowsko-leninowskiego punktu widzenia.

„Poczet przedsiębiorców polskich. Od Piastów do 1939 roku” to unikalna publikacja będąca zbiorem ponad 60 sylwetek polskich działaczy gospodarczych. Wybrano przedstawicieli z następujących okresów historycznych: „Czasy Piastów i Jagiellonów”, „Czasy wolnej elekcji”, „Czasy stanisławowskie”, „Pierwsza połowa XIX wieku”, „Druga połowa XIX wieku” i „Dwudziestolecie międzywojenne”. Autorami są: Arkadiusz Bińczyk, Marcin Krajewski, Wojciech Kwilecki i Marcin Rosołowski. Poszczególne rozdziały poprzedzone są wstępem będącym rysem historycznym do okresu, w którym przyszło prosperować przedsiębiorcom. Książka „Poczet przedsiębiorców polskich” została wydana przez Warsaw Enterprise Institute, we współpracy z Fundacją im. XBW Ignacego Krasickiego. Sponsorami i partnerami książki byli: Bank Gospodarstwa Krajowego, Polski Fundusz Rozwoju oraz Fundacja XX. Czartoryskich.

 „Poczet przedsiębiorców polskich. Od Piastów do 1939 roku” to bardzo interesująca i wyjątkowa publikacja. Ukazuje ona jak ludzie walczyli o dobrobyt, nie tylko swój ale również regionów w jakich działali, z jakimi trudnościami przyszło im się mierzyć i co udało im się stworzyć. Lektura nie jest opisem samych sukcesów. Czasem przeciwności lub całe dzieje świata stawały naprzeciw pomyślności, tak jak też było z historią samej Polski. Niemniej jest to bardzo ciekawa lektura, a do tego inspirująca i skłaniająca do refleksji.