Miesięczne archiwum: Kwiecień 2019

Idea gospodarki 4.0 jest już od dłuższego czasu przewija się przez wszystkie dyskusje. Teraz stał się też tematem debata: „Przemysł ciężki w Gospodarce 4.0”, zorganizowanej przez magazyn Polish Market.

Przyjąłem zaproszenie do udziału w tej dyskusji, zaproponowanej mi przez panią Krystynę Woźniak-Trzosek – Prezes wydawnictwa, albowiem rolę przemysłu ciężkiego, uważam za znaczącą w rozwoju gospodarki i budowaniu pomyślności ekonomicznej. Debatę prowadzili dziennikarze: Ewelina Janczylik-Foryś i Jerzy Mosoń. W dyskusji, oprócz mnie uczestniczyli Ireneusz Jazownik – Dyrektor Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji KGHM Polska Miedź SA, Lidia Marcinkowska-Bartkowiak – Dyrektor Naczelny ds. komunikacji w KGHM Polska Miedź, Krzysztof Zaręba – Naczelnik Wydziału Polityki Przemysłowej Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii; który w swoim wystąpieniu przedstawił również zagadnienia ważne z punktu widzenia Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Andrzej Wójcik – Wiceprezes Zarządu ds. Handlu i Rozwoju, Fabryka Kotłów SEFAKO, Jarosław Zagórowski – Doradca Zarządu Przedsiębiorstwa Kompletacji i Montażu Systemów Automatyki Carboautomatyka SA, Andrzej Kaźmierski – Enterprise Project Manager w Agencji Rozwoju Przemysłu.

Znaczący postęp gospodarczy rozpoczął się w XVIII wieku wynalezieniem maszyny parowej. Kolejne słupy milowe to  seryjna linia produkcyjna, automatyzacja, komputery i Internet. W istocie ten ostatni zupełnie zrewolucjonizował całe życie społeczno-ekonomiczne, chociaż prawie połowa ludzkości nadal nie ma dostępu do tego medium, a w Polsce 15 proc. U nas nadal wyzwaniem jest implementacja nowoczesnych rozwiązań informatycznych w przemyśle ciężkim. Biznes jest świadom konieczności wdrażania i optymalizacji korzystania z zaawansowanych maszyn i robotów, albowiem dziś stanowi to obecnie istotną płaszczyznę rywalizacji pomiędzy przedsiębiorstwami. Dodatkowym imperatywem jest brak pracowników i rosnące koszty pracy. To wymusza na przedsiębiorstwach szukania rozwiązań technologicznych pozwalających zastąpić coraz droższych pracowników, zwłaszcza, że ta tendencja w dającej przewidzieć się przyszłości będzie się nasilać.

Gospodarka 4.0, której definicji tak naprawdę nie ma, składa się z wielu komponentów, które ją charakteryzują. Będzie to z pewnością globalizacja, standaryzacja, zarządzanie procesami, produktywność, customizacja, innowacyjność, obniżanie kosztów produkcji, technologia 5G, druk 3D, big data, Internet rzeczy i sztuczna inteligencja. Oczywiście wiąże się też z ryzykami takimi jak uzależnienie od Internetu, prądu, łączności, cyberprzestępczość, alienacja społeczna, ubezwłasnowolnienie ludzi, odhumanizowania rzeczywistości i największego wyzwania jakim jest bycie partnerem sztucznej inteligencji, co, biorąc pod uwagę obserwowane populacyjne obniżenie „inteligencji naturalnej”, skłania do refleksji.

Gospodarce 4.0 w przemyśle powinna spowodować skokowy wzrost produktywności i jakości wytworzonych dóbr. Nie chodzi tutaj tylko o środki produkcji, lecz także o zmiany w kulturze organizacyjnej. Gospodarka 4.0 wymaga zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest działanie zespołowe. Aby kreować inteligentne łańcuchy wytwarzania, łączące producentów, dostawców, odbiorców i konsumentów, w których relacjach funkcjonuje, jak najmniej zakłócane sprzężenie zwrotne to konieczna jest poprawa komunikacji.

Dla przemysłu ciężkiego Gospodarka 4.0 jest poważnym wyzwaniem, ponieważ management małych i średnich przedsiębiorstw zdaje sobie sprawę z tego, że, aby przetrwać na rynku przedsiębiorstwo musi się stale modernizować. Duże organizacje, związane z przemysłem ciężkim mają zazwyczaj środki do przeprowadzenia zmian, ale ich sytuacja jest zazwyczaj na tyle komfortowa, że nie zawsze ich kadry odczuwają potrzebę inwestycji. To ryzykowna sytuacja, ponieważ przy tak szybko zmieniającym się świecie, z łatwością można przeoczyć ostatnią chwilę na modernizację.

Pozytywne wiadomości docierają z KGHM, który aktywnie działa na rzecz wdrażania gospodarki 4.0. Przede wszystkim roboty zastępują ludzi, w realizacji najbardziej niebezpiecznych zadań, oczywiście tak gdzie jest to możliwe. Trwają również prace nad realizacja gospodarki obiegu zamkniętego. Ponieważ już teraz brakuje mechatroników, automatyków i informatyków, KGHM sponsoruje w okolicznych szkołach atrakcyjne pracownie matematyczno-fizyczne, wierząc, że w ten sposób wśród młodych ludzi spopularyzuje zainteresowanie naukami ścisłymi, a w konsekwencji w przyszłości będzie mógł pozyskać utalentowanych pracowników, co oznacza, że jest to organizacja przygotowana na nadchodzące pokolenie alfa. Oby więcej takich przedsięwzięć, od nich zależy jakość przyszłości.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytut Biznesu

Był czas spokoju. Wydawało się, że granice Polski są bezpieczne. Niestety agresywne zachowania różnych państw: militarne, polityczne i propagandowe każą uważać, że sytuacja staje się dużo poważniejsza.

Wojna w Gruzji w 2008 r. i pozbawienie tego kraju części terytorium, oderwania wschodniej części Ukrainy oraz aneksja Krymu pokazują, że w najbliższym sąsiedztwie Polski sytuacja staje ryzykowna. Zagrożenia stają się coraz bardziej realne. Co prawda Polska należy do NATO, jednak z tego faktu nie należy wyciągać jednoznacznej przesłanki o bezpieczeństwie. W ubiegłym wieku już padło stwierdzenie ze strony naszych sojuszników, że „nie będą umierać za Gdańsk”.

Trzeba też pamiętać, że pomiędzy członkami NATO wzmagają się podziały, a nawet konflikty (sytuacja polityczna związana z zachowaniem Turcji, ingerencje w wybory, wojna dezinformacyjna, wspieranie partii radykalnych, projekty przemysłowe o charakterze politycznym, takie jak NordStream 2, etc.). To sprawia, że Pakt Północnoatlantycki nie jest obecnie tak pewnym gwarantem bezpieczeństwa jak kiedyś. Aby liczyć na wsparcie ze strony innych trzeba być silnym i atrakcyjnym partnerem, tak, żeby zagrożenie dla Polski było realnym zagrożeniem również dla interesów sojuszników.

Nie ma obecnie pewności, że atak na polskie terytorium lub strategiczne interesy spotka się z oczekiwaną reakcją naszych sojuszników. Czy powtórzyć się może sytuacja z roku 1939? Niestety, w przypadku konfliktu Polska jest zależna od dobrej woli sojuszników – nie dysponuje własnymi zdolnościami militarnymi, żeby odeprzeć atak. Nie jest też w stanie samodzielnie odstraszyć wroga (np. mocarstwa dysponującego bronią atomową) groźbą zadania jej wystarczająco dotkliwych strat by uczynić agresję nieopłacalną. Odstraszanie w polskich realiach musi więc opierać się na zagwarantowaniu sojuszniczej reakcji. Do tego potrzebne jest Polsce wiarygodne militarne narzędzie, które taką reakcję wymusi. Oczywiście ostatnio Ministerstwo Obrony Narodowej przyspieszyło zakupy – choćby w zakresie śmigłowców w Mielcu i zapewnienie o zakupie takowych też w Świdniku, ale to ciągle mało, to niestety odstraszać nie będzie.

Na obecnym etapie rozwoju technologii, uwarunkowań politycznych i możliwości finansowych Polska potrzebuje czegoś więcej – np. rakiet manewrujących przenoszonych przez okręty podwodne. Dysponowanie taką bronią jest możliwe w dwóch przypadkach:

  • odstraszanie przeciwnika poprzez groźbę uderzeń rakietowych, co może zapobiec rozwinięciu się konfliktu,
  • spowodowanie (właśnie dzięki posiadaniu własnej, polskiej zdolności do eskalowania konfliktu) zaangażowania się w rozwiązanie konfliktu sojuszników Polski, przede wszystkim poprzez uruchomienie artykułu 5 traktatu o NATO.

O tym uzbrojeniu mówi się u nas od lat, mało tego Ministerstwo Obrony Narodowej ma gotowe oferty w tym zakresie, ale jakoś tak od lat jest to rozwiązanie odkładane na później.

Odstraszanie (groźba uderzeń rakietowych) jest wiarygodne dla potencjalnego agresora, kiedy ma ono charakter stały. Sprzęt, na którym znajdują się rakiety musi być trudny do zniszczenia, a ewentualne kontrataki muszą być wystarczająco precyzyjne. Wszystkie te kryteria spełniają jedynie okręty podwodne z rakietami manewrującymi. Przed nimi nadal trudno się bronić. Ataki przeprowadzone, przy użycie tego typu broni, na kluczowe cele, przy użyciu rakiet manewrujących, będą miały znaczenie strategiczne, o wiele większe niż siła samych uderzeń. To sprawia, że okręty podwodne z rakietami manewrującymi to idealna broń dla słabszej strony potencjalnego konfliktu, umożliwiające na zmniejszenie dysproporcji w potencjale wobec strony silniejszej.

Stąd też dziwi mnie opieszałość w podjęciu decyzji o uzupełnienie polskiej armii o tego typu rodzaj uzbrojenia. Zwłaszcza, że może to być robione w oparciu o krajową infrastrukturę przemysłową, co oznacza, że środki przeznaczone na ten cel zostaną wydane w Polsce. Będzie mieć to zatem znaczenie zarówno dla potencjału obronnego, jak również rozwoju krajowej gospodarki.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytut Biznesu

Finalnym produktem produkcji są śmieci. Jak się zastanowić, to nic w tym dziwnego, gorzej kiedy uświadomimy sobie, że dotyczą świata produkującego dobra jednorazowe!

Jacyś decydenci zaczęli to sobie wreszcie uświadamiać. Czy na pewno? Najpierw Unia Europejska rozpoczęła jaką dziwaczną wojnę z plastikowymi słomkami do napojów. Wyglądało to intelektualny żart mający na celu otumanienie środowisk proekologicznych. Aż 3 kwietnia 2019 roku Parlament Europejski zatwierdził  zakaz sprzedaż wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych takich jak talerze, sztućce, słomki, patyczki do uszu rączki do balonów. Przepisy mają obowiązywać od 2021 roku. Jak na Unię to bardzo szybko. Wielu osobom to zaimponowało.

Powiem: świetnie! Tylko co z plastikowymi torebkami w sklepach, jednorazowymi plastikowymi opakowaniami żywności, butelkami plastikowymi itd.? Co, w końcu, z wszystkimi produktami gospodarstwa domowego i sprzętem elektronicznym, który często psuje się po roku i którego nie warto naprawiać, bo koszty są zbyt wysokie i go się wyrzuca?

Działania Unii w sprawie zakazu są słuszne, ale nadal przypominają używanie plastra opatrunkowego jako remedium na podrzynane gardło. Parlament Europejski powinien wprowadzić przepisy zakazujące dystrybucji żywności w opakowaniach jednorazowych. Pomijając aspekt ekologiczny, jest też powód zdrowotny, plastik przedostaje się do organizmu człowieka i pozostaje w nim na zawsze. Powinny też pojawić przepisy obligujące producentów do wprowadzania do sprzedaży tylko takich produktów (z pominięciem żywności), które będą się nadawać do eksploatacji co najmniej kilka lat. Wtedy mógłbym rozważyć czy Unia naprawdę zamierza realnie działać na rzecz środowiska czy tylko otumaniać publikę.

Już słyszę tych, którzy krzyczą, że to szaleństwo, że postradałem zmysły i nie rozumiem współczesnej gospodarki. Od razu odpowiadam, rozumiem współczesną gospodarkę i uważam ją właśnie za szaloną. Chęć zysku, obniżania kosztów, szukania najtańszych rozwiązań to obłęd w którym trwamy. Konieczna jest totalna zmiana podejścia do produkcji.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu