Miesięczne archiwum: Maj 2019

O Warnijo, O Warnijo! Ty ziamnio śwento moja, krsió mech przodków zlano, kendy spojrzę, wszendzie cudno, (Pieśń ludowa)

W powszechnej świadomości funkcjonuje termin „Warmia i Mazury”. Nic dziwnego, tak nawet brzmi nazwa administracyjna województwa, obejmującego te dwie krainy. Jednak pomiędzy tymi obszarami istnieje spora różnica. O ile Mazury to przed wszystkim turystycznych walorach krajobrazowych, o tyle w przypadku Warmii można mówić za równo o krajobrazie przyrodniczym i kulturowym. Do dziś na tym obszarze istnieje około 2.500 zabytków sakralnych, świadczących o historycznej obecności Polaków na tych terenach od wieków. To o ponad tysiąc obiektów więcej niż na sąsiadujących i większych obszarowo Mazurach.

„Zabytkowe obiekty sakralne na Warmii, krainy o burzliwej historii, to przykłady świetności i dominacji Polski na przełomach wieków”. – Można się dowiedzieć z depeszy Agencji Informacyjnej. – „Część z nich stanowi dziś magnes dla rosnącego ruchu turystycznego. Najważniejszymi obiektami są Wzgórze Katedralne we Fromborku (gdzie znajduje się Dom Mikołaja Kopernika, w którym słynny astronom napisała przełomowe dzieło „O obrotach ciał niebieskich”), Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie, Bazylika Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych w Dobrym Mieście, Kościół św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty w Ornetcie, Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny i św. Józefa w Krosnie, Zamek Biskupów Warmińskich w Lidzbarku Warmińskim, Kościół św. Anny i św. Szczepana w Barczewie, Kościół Apostołów św. Piotra i Pawła w Reszlu, Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Braniewie, Katedra św. Jakuba w Olsztynie, Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie czy Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Polski w Stoczku Klasztornym. To tylko nieliczne przykłady z pośród tysięcy. Wszystkie one zasługują na ochronę i zainteresowanie wiernych oraz publiczności.

Na zaproszenie Jego Ekscelencji Arcybiskupa dr Józefa Górzyńskiego, dzięki uprzejmości Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, miałem okazję zwiedzić wybrane zabytki sakralne Warmii. Na trasie znalazło się m. in. Wzgórze Katedralne we Fromborku. Miałem sposobność zwiedzić strych katedry, którego wiekowa, drewniana konstrukcja została wykona bez użycia gwoździ. To uświadomiło mi, jak łatwo jest, w przypadku braku odpowiedniego zabezpieczenia, zaprószyć ogień, który, podobnie jak w przypadku Katedry Notre Dame w Paryżu, może doprowadzić do katastrofy. W przypadku Bazyliki archikatedralnej Wniebowzięcia NMP i św. Andrzeja Apostoła, która jest przykładem kościoła gotyckiego z XIV wieku, historia raczej się nie powtórzy, ze względu na fakt prowadzonych, imponujących prac konserwatorskich, których wartość przekracza ponad 20 milionów zł, choć aby wszystko wykonać jak należy potrzeba wielokrotnie więcej pieniędzy.

Niestety, Archidiecezja Warmińska nie posiada wystarczających środków, nie tylko wymaganych na prace konserwacyjne we Fromborku, lecz również w innych ponad dwóch tysiącach obiektów. Bardzo martwię się stanem, a co z ta tym idzie również przyszłością, m. in. Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie. To wspaniała świątynia, która pilnie wymaga prac już nie tylko konserwacyjnych, ale także renowacyjnych, a nawet remontowych.

Brak pieniędzy to nie jedyny powód do bólu głowy osób opiekujących się zabytkami sakralnymi na Warmii. Problem stanowią również przepisy, chociażby spełnianie wymagań konserwatora i straży pożarnej, które są z sobą w konflikcie.

Według wiadomości Agencji Informacyjnej „na całkowitą wartość odtworzeniową obiektów potrzeba 11 miliardów zł. Tymczasem władze samorządowe dysponują kwotą miliona złotych. Część środków pozyskuje się z różnych fundusz celowych i Unii Europejskiej. Jednak te pieniądze są zupełnie nieadekwatne do potrzeb”. To bardzo przygnębiające informacje. W kontekście przytoczonych danych, zupełnie inaczej można oceniać przyznawane przez państwo 160 mln zł na Fundusz Kościelny. Brak pieniędzy to poważny, realny problem, bardzo trudny do rozwiązania, zwłaszcza kiedy zabytki muszą konkurować o środki z przedszkolami czy osobami z niepełnosprawnością. Niemniej to po stronie państwa leży zidentyfikowanie sytuacji i wypracowanie takich rozwiązań, które ocalą polską spuźciznę kulturalną. Mimo, że zabytki nie są przedsiębiorstwami, ale to również biznes, który należycie prowadzony może przynosić zyski nie tylko niematerialne, ale również bardziej konkretne.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Z przykrością zauważam, że w polskim systemie podatkowym pełno jest absurdów, które szkodzą przedsiębiorcom, konsumentom, a w konsekwencji również skarbowi państwa. Co więcej cześć systemu jest niezmieniana od lat, a jeżeli rządzący zajmą się zmianami to często tylko mnożą problemy zamiast je rozwiązywać. Takie wnioski płyną z debaty „Podatkowy hamulec czy podatkowe paliwo”, zorganizowanej przez Instytut Staszica i Instytut Studiów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej.

Działanie podatku VAT w Polsce jest wręcz anegdotyczne – inaczej opodatkowana jest woda w butelce, a inaczej woda z kranu. Lód jest również objęty inną stawką. Takich przykładów można mnożyć. W listopadzie 2018 roku Ministerstwo Finansów zadeklarowało chęć uproszczenia systemu. Cel szczytny i słuszny, ale wykonanie pozostawiało wiele do życzenia, na co zwracali resortowi finansów rządowi koledzy z Ministerstwa Rozwoju Wsi i Rolnictwa. Przykładowo „uproszczenie” podatku na soki, nektary i napoje owocowe z wysokim dodatkiem soku polegało na stworzeniu, zamiast jednej, dwóch stawek, na podobne produkty, które do tej pory cieszyły się preferencyjną stawką 5 proc. VAT. Napoje owocowe zdaniem Ministerstwa powinny być opodatkowane stawkę 23 proc. Niższy VAT objąłby również napoje warzywne posiadające w składzie ponad połowę naturalnego wsadu – tylko, że takich produktów w ogóle nie ma na rynku, a więc wymyślono podatek dla fatamorgany.

Dla konsumentów przyjęcie nowych naliczeń VAT oznaczałaby wzrost cen napojów, a także obniżenie zawartości soku. To natomiast w rezultacie oznaczałoby zmniejszenie zapotrzebowania na owoce od sadowników o 150.000 ton, głównie jabłek. Taki spadek popytu byłby tragiczny w skutkach dla sadowników, którzy i tak mama trudności ze sprzedażą swoich owoców po godziwej cenie, a ponadto z rynku zniknęłyby unikalne na skalę światową napoje, które polski przemysł sokowniczy oferował Polakom.

„Dzięki preferencyjnemu podatkowi, została stworzona wyjątkowa na skalę europejską grupa napojów owocowych. Te produkowane w Polsce zawierają min. 20 proc. soku z owoców (średnia to 30 proc.), podczas gdy w krajach Unii Europejskiej to ok. 5-10 proc. Branża sokownicza oparła się inwazji zagranicznych koncernów. Wszystkie wiodące marki w tej kategorii, to firmy polskie. Jedna z czołowych marek światowych zajmuje poniżej 3 proc. rynku polskiego” – Wyjaśniał uczestnikom konferencji Julian Pawlak – Prezes Krajowej Unii Producentów Soków. Jak to mówią? Czego nie wykończą globalne koncerny potrafi wykończyć fiskus…… Jeśli branża upadnie wyschnie jedno ze źródeł dochodów dla skarbu państwa, to kiepski interes.

Równocześnie nowa matryca VAT za wyroby piekarnicze (takie jak chleb) uznała słone przekąski, w tym smażone na głębokim tłuszczu chipsy. W przeciwieństwie do rynku soków, produkcja tego typu żywności to specjalność zagranicznych koncernów. W ten sposób polscy producenci napojów, przez podwyżkę podatku finansowaliby obniżkę VAT dla smażalni chipsów. Wraz z przetwórcami ucierpieliby ich dostawcy. To prowokuje do zastanowienia się, o czyje interesy dba resort finansów?

Według Krzysztofa Krystowskiego – Prezesa Związku Klastrów Polskich „mali i średni przedsiębiorcy są zaniepokojeni planowanymi zmianami podatku VAT. Ich zdaniem, jeżeli zmiany uderzają w duże polskie firmy przemysłu spożywczego, to negatywne skutki natychmiast dotykają także małych i średnich przedsiębiorców. Póki co, pocieszające jest, że Sejm w marcu 2019 roku wstrzymał prace nad propozycją Ministerstwa Finansów, jednak projekt dalej oczekuje na ponowne wprowadzenie do porządku obrad, co oznacza, że podatkowy miecz Damoklesa ciągle może spaść.

Nadgorliwość urzędników ominęła natomiast inny podatek, ważny dla branży spożywczej. Mowa o sposobie naliczania akcyzy od alkoholu. Od października 1982 roku kiedy szalał ze swoim „stanem wojennym” komunista i politruk Wojciech Jaruzelski obowiązuje złudnie brzmiąca „ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi”. Na jej podstawie do dzisiaj podatek jest naliczany od ilości etanolu w litrażu dla alkoholi mocnych, a w przypadku piwa od ilości ekstraktu. Dlatego w Polsce w piwie bywa do 5 razy więcej alkoholu niż w piwach oferowanych w innych krajach Unii Europejskiej. Z analiz wynika, że ilość spożywanego alkoholu jest prawie niezmieniona od 1982 r., ale jest on konsumowany w większym stopniu w formie piwa, które przez konsumentów nie jest uważane za alkohol….. , bo przecież zawiera ekstrakt! I tak to sobie właśnie prosperuje ustawa dbająca o wychowaniu w trzeźwości. Warto też dodać, że rynek piwa w Polsce jest zdominowany przez 3 globalne koncerny….. A zatem to one są beneficjentami naiwności Jaruzelskiego.

Debata wskazała, że polski system podatkowy wymaga zmian wprowadzanych z uwzględnieniem interesu gospodarki narodowej. Urzędników Ministerstwa Finansów czeka jeszcze wiele pracy, nim w Polsce będziemy mieli nowoczesny i przyjazny system podatkowy. Ważne jest aby praca ta była wykonywana z głową i na trzeźwo!

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Pink tax (po polsku różowy podatek) oznacza zróżnicowanie ceny towaru lub usługi ze względu płeć. W świecie walczącym ze wszelkiego rodzaju dyskryminacjami, szowinizmami i seks izmami i dążącym teoretycznie do wszelkiej unifikacji  wydaje się niemożliwy, a jednak!

Przykładem pink tax są ceny kobiecych i męskich artykułów typu golarki czy jeansy. W tych przypadkach przedmioty dla kobiet okazują się droższe. Przyznam się szczerze, że o ile rozumiem intrygę w przypadku golarek, które różnią się tylko kolorem, to w przypadku ubrań, obawiam się, że trudno porównać cenę.

„Wiele analiz rynkowych, w tym słynne badanie „From Cradle to Cane: The Cost of Being a Female Consumer. A Study of Gender Pricing in New York” pokazuje prostą i nieubłaganą prawdę – kobiety w porównaniu do mężczyzn płacą każdego roku nawet kilkanaście procent więcej za te same produkty i usługi.” – donosi portal marketingprzykawie.pl .

Okazuje się, ze przedmioty różowe są droższe od niebieskich. Jednak nikt nikomu nie każe kupować różowych zamiast niebieskich. Może są droższe i tańsze barwniki? Nie wiem. Osobiście buntuje się przeciwko segregacji klientów ze względu na płeć. Jednak bardzo często to właśnie kobiety wytwarzają tę barierę, poprzez określenie „tylko dla kobiet”. Mało kto zwraca uwagę, że jest to dyskryminujące dla pozostałych płci (według najnowszych badań jest ich ponad 50).

Dysproporcje cenowe według kryterium płci z pewnością są dyskryminujące. W końcu trzeba się zdecydować, albo istnieją te różne płci, albo nie. Pink tax jest jednym z przejawów niekonsekwencji, którą praktykują liczne przedsiębiorstwa, mimo pozornego hołdowania idei brand purpose.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Zgodnie z uchwałą Krajowej Rada Radiofonii i Telewizji media publiczne dostaną od państwa tak zwaną rekompensatę publiczną. Telewizji Polskiej przypadnie 1,12 mld zł, a Polskie Radio tylko 60 mln zł, a ośrodki regionalne PR – w sumie 72,7 mln zł.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zdecydowała o sposobie podziału rekompensaty w wysokości 1,26 mld złotych z tytułu utraconych w latach 2018-2019 wpływów z opłat abonamentowych (z tytułu zwolnienia z płacenia abonamentu wybranych grup społecznych). To wszystko jest przelewaniem „z kieszeni do kieszeni”. Wszystko dlatego, że od lat sprawa abonamentu radiowo-telewizyjnego stanowi aberację. Obecna koalicja rządząca zdaje sobie sprawę z absurdu finansowania mediów narodowych, jednak przez całą kadencję wysmażyła kilka projektów ustaw mających przywróć normalność, w tym temacie, które ze względu na niepraktyczność lub nie brak zgody Unii Europejskiej trafiły do kosza.

Polska ma najbardziej chory system finansowania mediów narodowych, polegający na finansowaniu ich z trzech źródeł abonamentu, reklam i wsparciu państwa. W zamian za to realizuje misję publiczną oraz nie przerywa programów reklamami tak jak robią to prywatni nadawcy. Czyli jest trochę nadawcą publicznym, trochę prywatnym, rywalizuje na rynku komercyjnym, a jednocześnie jest na nim upośledzona. Nikt nie wie co ile w tym jest warte. I tak trwa ten chocholi taniec.

Tymczasem media narodowe, podobnie jak nieistniejący narodowy operator telefoniczny i narodowy bank (nie spełniający podstawowych funkcji) stanowią obecnie rodzaj podstawy cywilizacyjnej tak jak energia, bezpieczeństwo, służba zdrowia, drogi, z czy szkoły, którą powinno zapewniać państwo. Ludzie pytają się na co idą te pieniądze, a więc w przypadku TVP na spektakularne sylwestry, zapewniające powszechną rozrywkę w ten szczególny dzień roku, mecze piłki nożnej, które cieszą się masowym zainteresowaniem, powstawianie kanału anglojęzycznego, edukację historyczną (TVP Historia) itd.

Ostatnio byłem, dzięki zaproszeniu Fundacji XBW Ignacego Krasickiego i Fundacji XX Czartoryskich na premierze filmu „Operacja Saybusch” w reżyserii Rafała Geremka. Dokument opowiada o Niemcach, którzy we wrześniu 1940 roku rozpoczęli planowe wysiedlenia rdzennej ludności polskiej ziemi żywieckiej, do której domów sprowadzali swoich obywateli, zamieszkałych zagarniętych przez Związek Radziecki, na mocy traktatu Ribentrop-Mołotow. Jest to, prawie zupełnie zapomniany dowód na ścisłą współpracę faszystów z tak zwanymi komunistami, którego celem był IV rozbiór Polski. Rosjanie w latach 1940-1941 umożliwiali emigrację ludności pochodzenia niemieckiego z Wołynia, Besarabii Bukowiny i Galicji na tereny okupowane pod hasłem „Heim ins Reich” – „Powrót do Rzeszy”.

W ramach „Operacji Saybusch” pozbawiono domów i majątku 20.000 osób. Polskich górali, których przerzucano na tereny Generalnej Guberni pozostawiając bez żadnego wsparcia. Dodatkowo okupacyjne niemieckie władze wśród miejscowej ludności rozpuszczały plotki, że wygnańcy są kryminalistami. I bez tego zła sytuacja materialna na Mazowszu czy Lubelszczyźnie nie sprzyjały hojności i solidarnego wsparcia dla uchodźców. Ponadto aż 8.000 osób przesiedlono wewnętrznie na terenie Żywiecczyzny, z zadaniem pełnienia przez nich służby dla niemieckich „nadludzi”. Dzieci o cechach „aryjskich” zabierano rodzicom i wysyłano do Rzeszy, aby je odciąć od korzeni i zgermanizować.

Pozbawieni domów nad głową i jakiegokolwiek wsparcia wysiedleni mieszkańcy Żywiecczyzny podejmowali ryzyko powrotów do rodzinnych stron. Podróżowali pieszo, przechodzili wpław rzeki, mając nadzieję, że w swojej małej ojczyźnie uda się im ukryć i przeczekać wojenną zawieruchę. Niestety, jak ujawnia film Rafała Geremka, dla wielu z nich nadzieja ta okazała się płonną – powracających na swoje rodzinne ziemie górali Niemcy po schwytaniu wysyłali na śmierć do obozów koncentracyjnych.

Aktion Saybusch zakończyła się zimą 1940 roku. Przeciwko akcji protestował Generalny Gubernator Hans Frank, twierdzący, iż jego „królestwo” jest przeludnione i nie jest w stanie przyjąć tylu głodnych ludzi. Nie zatrzymało to prowadzenia wysiedleń, tyle, że od 1941 roku Polaków z Żywiecczyzny kierowano do pracy przymusowej w obrębie ziem wcielonych do Rzeszy. Taki los spotkał w sumie kilkadziesiąt tysięcy osób.

Miałem zaszczyt obejrzeć dokument „Operacja Saybusch” na zamkniętym pokazie. Szeroka widownia będzie mogła go zobaczyć dzięki TVP Historia, która zleciła produkcję tego obrazu, realizując nie tylko misję publiczną, bo tę można pojmować w wielkoraki sposób, ale przypominając kolejną czarną stronę historii Niemców i Rosjan podczas II wojny światowej. Publiczność powinna mieć powszechny dostęp do prawdy, a nie tylko do przepisów o gotowaniu, śpiewaniu i tańczeniu. Sądzę, że bez środków publicznych, nie jest to możliwe. I w stronę stabilnego zapewnienie środków dla mediów publicznych, a nie w kierunku pełnej prywatyzacji powinny podążać zmiany.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu