Miesięczne archiwum: Wrzesień 2020

„Tanio kupić, drogo sprzedać” – to jedna z najprostszych porad biznesowych. Trudno wymagać by instytucje państwowe działały jak prywatne przedsiębiorstwo, ale jeżeli to tylko możliwe to dlaczego nie? Niestety, w przypadku systemu poboru opłat drogowych państwo woli mnożyć koszty i ograniczać przychody, a to po prostu się nie kalkuluje.

System myta w Polsce w obecnej formie funkcjonuje od 2011 r., gdy bramownice i urządzenia pokładowe zastąpiły nieefektywne winiety. Wydane wtedy 1.500.000.000 zł zwróciło się bardzo szybko, a sam system poboru opłat w Polsce uznawany jest za jeden z lepszych w Europie. Zasada jest prosta – każda ciężarówka przekraczająca bramownice odprowadza odpowiednią opłatę, która trafia do Krajowego Funduszu Drogowego i tym samym przeznaczona jest na budowę nowych dróg (które w teorii powinny być od razu objęte opłatami) lub modernizację istniejących odcinków.

Gdyby myto było inicjatywą prywatną, biznes byłby prosty – im więcej dróg w systemie, tym więcej przychodów. Koszty to stawianie nowych bramownic, które zwracają się bardzo szybko, a strumień zysków rośnie z każdym przewoźnikiem. Środki trafiają do skarbu państwa, nie tylko od polskich obywateli, ale również od przewoźników zagranicznych – więc myto nie obciąża własnych obywateli. W ten sposób za budowę dróg w Polsce mogliby płacić wschodni przewoźnicy, przejeżdżający przez Polskę do krajów zachodnich. Ten prosty schemat biznesowy był jednak zaniedbywany od 2018 r. Wtedy zarządzanie systemem trafiło do Generalnego Inspektoratu Transportu Drogowego (GITD), który nie powiększył go o żaden nowy odcinek dróg.

Teraz systemem zajmuje się Krajowa Administracja Skarbowa. Prosta zasada zwiększania przychodów i zmniejszania kosztów, niestety również jest obca dla urzędników, którzy zapowiedzieli zmianę technologii poboru opłat. Przez dwa lata państwo nie zwiększało przychodów z systemu, na czym wg. szacunków pozbawiło się 3.000.000.000 zł na budowę dróg. Nowy zarządca mówi natomiast o wdrażaniu nowej technologii, co oznacza, że poniesione w przeszłości pieniądze na inwestycje zostaną zmarnotrawione, a dodatkowo Polska poniesie kolejny wydatek związany z implementacją nowego systemu.

Co więcej, koszt zmiany systemu bramownic na system satelitarny, bo taki chce wprowadzić KAS, to również wydatek dla przedsiębiorstw prywatnych. Państwo wychodzi z błędnego założenia, że wszyscy posiadają smartfony. Jest to błędne założenie szczególnie w dużych organizacjach przewozowych. Kierowcy jako osoby prywatne mogą mieć najnowszy model smartfona, ale sprzęt służbowy to najczęściej telefony starego typu o wytrzymałych obudowach i długim czasie pracy baterii. KAS nie dość, że chce wydać pieniądze podatników na zastąpienie dobrze działającego systemu, to jeszcze wymaga od przedsiębiorstw transportowych inwestycji w nowy sprzęt dla swojej floty. Na takie masowe zakupy telefonów z pewnością zareaguje rynek, widząc masowe zakupy spedycji i odpowiednio podniesie ceny telefonów wymaganych do nowego poboru myta. Skorzystają na tym zagraniczni producenci teleurządzeń, ale na pewno nie polskie filmy transportowe.

KAS stoi przed szansą znalezienia środków na finansowanie budowy dróg w Polsce. Recepta jest prosta – więcej dróg płatnych dla ciężarówek w Polsce. W latach 2011-2018 r. Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad udało się objąć opłatami prawie 4.000. km dróg (choć na początku deklarowano, że będzie ich 7 tys. km). GITD przez dwa lata nie dodała nawet kilometra. Tymczasem w Niemczech przewoźnicy płacą na 52.000. km dróg. Pomijając większą liczbę dróg ogółem, ciężarówki w Polsce jeżdżą na większości odcinków za darmo.

System myta jest najbardziej dziurawy na ścianie wschodniej, czyli najlepszym miejscu by pobierać opłaty od kierowców z Rosji, Ukrainy czy Białorusi nim rozproszą się w różnych kierunkach. Dodajmy, że bramownice mogą być wykorzystane do kontroli przemytu, czy ważeniu pojazdów. Urzędnicy wolą jednak mnożyć koszty, zamiast zwiększać przychody. Co gorsza narzucają nowe koszty innym podmiotom. W kwestii myta przydałoby się podejście bardziej biznesowe, tak by więcej mieć po stronie „ma”, niż „winien”. Sprawa jest na tyle bulwersująca, że Instytut Biznesu, który reprezentuję opublikował w tej sprawie własne stanowisko.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Instytutu Biznesu

Zabezpieczenie powództwa to jedno z bardziej interesujących narzędzi stosowanych w sądownictwie. W ciągu ostatnich dwudziestu lat w znacząco zyskało na popularności. Okazuje się jednak, że co za dużo to nie zdrowo.

Instytucja zabezpieczenia powództwa ma, w założeniu, za zadanie chronić prawa i interesy powoda. Polskie sądy potrzebują bardzo dużo czasu, aby rozpatrzeć sprawy cywilne, co związane jest ze zbyt mała liczbą arbitrów oraz dużego nakładu obowiązków. W tym przypadku, długotrwałe rozpatrywanie sprawy może narazić powoda na niekorzystne skutki, nawet jeśli po kilku latach wygra sprawę. Tyle teoria. W praktyce zabezpieczenie powództwa bywa wykorzystywane do walki, w której sąd jest narzędziem.

9 sierpnia 2019 r. Sąd Okręgowy w Warszawie XXV Wydział Cywilny podjął decyzję o zabezpieczeniu powództwa poprzez zawieszenie Rady Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej Centrum I. Takie postanowienie wydała Sędzia Agnieszka Wlekły-Pietrzak. Abstrahując w tej chwili od motywacji Sądu i powoda, warto zauważyć że od 13 już miesięcy nie ma żadnego rozstrzygnięcia w tej sprawie i brak przesłanek, które pozwalałyby mieć nadzieję na rychłe zakończenie postępowania sądowego.

Zawieszenie Rady Nadzorczej wywołuje dramatyczne skutki. Spółdzielnia została decyzją sądu pozbawiona organu nadzorczego. Zarząd nie może otrzymać skwitowania za swoją działalność w 2019 r. Nie można przeprowadzać remontów, inwestycji ani przetargów, albowiem na te wszystkie czynności musi wyrazić zgodę Rada Nadzorcza, a ta dzięki sądowemu zabezpieczeniu powództwa tkwi w zawieszeniu. Generalnie decyzja sądu doprowadziła do ponad rocznego sparaliżowania podmiotu społecznego-gospodarczego zrzeszającego kilkaset osób. W moim przekonaniu, to przykład wskazujący, że, sąd powinien nie tylko rozpatrywać kierowane do niego sprawy, lecz również przewidywać i ważyć skutki swoich decyzji.

Mam wrażenie, że podobnej przenikliwości zabrakło też sędziemu Rafałowi Wagnerowi z Sądu Okręgowego w Warszawie, który 27 sierpnia 2020 r. wydał zabezpieczenie powództwa, polegające na zakazie pisania artykułów o Zbigniewie Bońku – Prezesie Polskiego Związku Piłki Nożnej, w których zawarte będą zarzuty i twierdzenia dotyczące: powiązania (w przeszłości lub obecnie) z władzami komunistycznej Polski, Służbą Bezpieczeństwa, pełnienia w PZPN roli gwaranta i rzecznika systemu komunistycznego, sprawowania funkcji prezesa PZPN w sposób nieetyczny, naruszający prawo i nietransparentny, popełniania przestępstwa karnoskarbowego poprzez nieujawnianie przed urzędem skarbowym 1.100.000 euro dochodu i nie odprowadzenia podatku od tej kwoty. Z tak rozpisanego zakazu właściwie już wszystko wiadomo o Zbigniewie Bońku.

Klu sprawy tkwi w tym, że taki zakaz wydano dla przedsiębiorstwa Forum SA wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie”. Naruszenie postanowienia grozi nakazem zapłaty 10.000 zł za każde takie zdarzenie. Zakaz dotyczy wszystkich pracowników i przedstawicieli Wydawcy w dowolnym medium. Takie rozciągnięcie zobowiązania na Forum jest absurdalne, albowiem Spółka nie ma narzędzi do jego przestrzegania. Pracownicy i przedstawiciele Wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie” są wolnymi ludźmi i każdy z nich ma prawo korzystania ze swoich praw tak jak uważa, a przedsiębiorstwo Forum nie ma ani możliwości, a co więcej prawa ograniczania im tego, a zatem nie może być pociągany do odpowiedzialności za ich działania. Decyzja sędziego naraża Wydawcę na koszty, a nawet straty, z powodów na które Spółka nie ma wpływu. To zbyt daleko idąca, nieuzasadniona ingerencja w obrót gospodarczy. Sąd powinien przychylając się do wniosku powoda o zabezpieczenie powództwa uwzględnić konsekwencję takiego postanowienia.

Temida zapewne powinna być ślepa, niemniej powinna ważyć społeczne i gospodarcze skutki swoich decyzji. Brak tej roztropności zamiast minimalizować krzywdy może prowadzić do ich potęgowania. Jak się okazuje każde działanie wymaga namysłu. W przeciwnym razie może prowadzić do sytuacji, które w swych konsekwencjach zamiast stać na straży sprawiedliwości mogą naruszać porządek prawny.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu